Niegdyś bywałem często w zakonno-alumnowym mieście Krakowie. Były to lata osiemdziesiąte, gdy zjawiałem się tam z pustym plecakiem, by napełnić go książkami zakupionymi w antykwariatach. Książki w antykwariatach były wtedy tanie i często wracałem z takich „łowów” zapełniwszy plecak kilkunastoma pozycjami. Poza sentymentalną pamięcią o buszowaniu po antykwariatach i księgarniach mam jedno bardzo specyficzne wspomnienie z tamtych lat. Pewnego razu ujrzałem grupę alumnów na rynku, raźnie maszerujących gęsiego – przeraziłem się wtedy, że oni, tak młodzi, w moim wieku albo nawet młodsi, już wiedzą, jak będzie przebiegało ich życie, jak będą się ubierać, jak zachowywać, co będą mówić innym ludziom jako ich osobiste przesłanie, że są już „zaprogramowani” na całe swoje życie. Ich decyzja była antytezą mojej, polegającej na ustawicznym poszukiwaniu, odnajdywaniu i dookreślaniu tego, czym jest moje życie. Chciałem, by moje życie polegało na nieustannym odkrywaniu. Tymczasem życie kapłana to gotowy format, w który wlewa się młoda dusza pełna idealistycznych (być może) pragnień i nieźle pokręcona psychologicznie, jak pokazuje to Eugen Drewermann w książce „Kler. Psychogram pewnego ideału”. Dla mnie właściwsze wtedy – i dziś tym bardziej – wydawało się podejście do życia jako do eksperymentu. Każdy nowy człowiek jest kolejnym eksperymentem natury. Kształtują go odwieczne nawyki, koduje go DNA, formatuje go kultura – a jego zadaniem jest odkrycie, jaka jest jego droga w tym labiryncie. Nie unikniemy przemożnych wpływów, nie uciekniemy od ogromnych sił, które na nas oddziaływają, ale naszym zadaniem jest odnaleźć w tym siebie.
Po latach odkryłem, że w Polsce jest pewna grupa osób, urodzonych jak ja w latach 60-tych, których życie potoczyło się właśnie w tak specyficzny sposób. Weźmy dwa znane przykłady – Tadeusza Bartosia (1967) i Jacka Krzysztofowicza (1969). Obydwaj w latach osiemdziesiątych stwierdzili, że tylko kościół, a w szczególności dominikanie, może być dla nich bezpieczną przystanią. Po latach jednak zweryfikowali swoją decyzję. Niegdyś to były pewnie rogate dusze, może zbyt rogate jak na polskie warunki lat osiemdziesiątych, które jednak złagodziły się wstępując do zakonu, osadzając swe zagubienie w macierzyńskim konkrecie instytucji. Całe szczęście było mi dane ominięcie tej pokusy, owego „zniewolenia umysłu”. Raz kiedyś tylko uległem owej przelotnej słabości. Gdy mijałem mury pewnego zakonu w Krakowie, przez te dwie minuty chciałem być zakonnikiem. Całe szczęście przeszło mi owo pragnienie w trzeciej minucie. Nie popełniłem błędu Bartosia czy Krzysztofowicza. Trwałe struktury i odwieczna prawda nie są dla mnie – nawet jako pomyłka i słabość.
O przelotnych słabościach
Dodaj komentarz
