Powiedzenie o kimś lub czymś, że jest dojrzały ma zwykle pozytywne konotacje. Dojrzały człowiek albo dojrzały owoc. To brzmi dobrze. Bo niedojrzały to znaczy niepełny, niegotowy. Dojrzały to ten, który osiągnął pewną granicę. Owoc na drzewie jest dojrzały, znaczy to, że może już odpaść z drzewa. Osiągnął swoją pełnię.
Ktoś może jednak zauważyć z niepokojem, że dojrzały to ten, który nie może się dalej rozwijać. Jego los się zakończył, jest tym, czym jest. Oto osiągnął to, czego pragnął. Już nie może wzrastać. Dojrzały znaczy gotów skończyć się i umrzeć. To ciemna strona dojrzewania.
Poeta kiedyś napisał: „Każde pytanie jest wrogiem mimowolnym swojej odpowiedzi”. Podobnie dojrzewanie jest wrogiem mimowolnym dla dojrzewającego. Oto bowiem mogę stać się sobą, dojrzeć. I już nic więcej. Ale może jednak droga jest ważniejsza od jej celu?
O tao
Mając w pamięci pierwsze słowa Tao-te-king, mówiące, że tao, które można wyrazić słowami nie jest prawdziwym tao, spróbuję jednak coś napisać. Pisanie o tao jest bowiem wzorcowym przypadkiem odejścia od tao, bo dla taoistów język był konwencją. I tu pojawia się pytanie, które wiele razy mi zadawano: Czy można odejść od tao, skoro jest ono wszystkim i wszystko przenika?
Istnieje wiele opowieści, które zdają się sugerować, że od tao można odejść, można od niego odpaść. Oto jedna z nich, ulubiona opowieść Junga: „Była wielka susza, przez wiele miesięcy nie spadła ani kropla deszczu i sytuacja stała się katastrofalna. Katolicy urządzali procesje, protestanci odmawiali modlitwy, a Chińczycy palili kadzidła i strzelali z pistoletów, aby odstraszyć demony suszy, ale bez rezultatu.
W końcu Chińczycy powiedzieli: ‚Sprowadzimy twórcę deszczu’. I z innej prowincji pojawił się wysuszony starzec. Jedyne, o co poprosił, to cichy mały domek, w którym zamknął się na trzy dni. Czwartego dnia zebrały się chmury i spadł deszcz, a nawet śnieg. Richard Wilhelm poszedł zapytać starca, jak to zrobił.
W prawdziwie europejskim stylu powiedział: ‚Nazywają cię twórcą deszczu; powiesz mi, jak sprawiłeś, że spadł śnieg?’
A twórca deszczu powiedział: ‚Nie sprawiłem, że spadł śnieg; nie jestem za to odpowiedzialny’.
‚Ale co robiłeś przez te trzy dni?’
‚Och, mogę to wyjaśnić. Pochodzę z innego kraju, gdzie wszystko jest w porządku. Tutaj nie jest tak, jak powinno być zgodnie z rozporządzeniem niebios. Dlatego cały kraj nie jest w Tao, a ja również nie jestem w naturalnym porządku rzeczy, ponieważ jestem w kraju, w którym panuje nieporządek. Więc musiałem czekać trzy dni, aż wrócę do Tao, a potem naturalnie spadł deszcz’.”
Czy zatem można odpaść od tao? Być z nim w niezgodzie? Opowieść sugeruje, że tak. Ale można odpaść tylko od nazwanego tao, które jest „rodzicielką dziesięciu tysięcy rzeczy”. Jest jeszcze tao nienazwane, od którego nic nie może odpaść. Ale nawet owo nienazwane nie jest abstrakcyjnym absolutem, niezmiennym i wiecznym. Jest czymś konkretnym, czymś, co staje się dzięki człowiekowi praktykującemu wu wei, czyli niedziałanie, tak jak to zrobił jak starzec w przytoczonej opowieści.
O mądrości i filozofii
Według Platona są dwa rodzaje ludzi, którzy nie poszukują mądrości. Pierwszy to mędrcy, którzy mądrość posiadają. Drugi to głupcy, którzy za zadowalający uznają swój brak rozumu. Jest też trzeci rodzaj ludzi, zwanych filozofami, a są to ci, którzy mądrości nie mają, ale są tego świadomi i mądrości poszukują. Wiedzą bowiem, że tylko mądrość pozwala wieść życie szczęśliwe.
Jak jednak rozpoznać mądrość? Jeśli bowiem czegoś poszukujemy warto wiedzieć, choćby w przybliżeniu, za czym się rozglądamy. To trudne zadanie, bo filozof mądrości nie posiada, ale stawia rozmaite hipotezy, czym mądrość mogłaby być. Jedna z tych hipotez mówi, że mądrość to precyzyjne postrzeganie rzeczywistości, wolne od złudzeń.
Nie jest zatem mądrością coś, co umysł nabywa i gromadzi, nie jest wiedzą. Jest raczej pewnym oczyszczeniem, nieobecnością przekonań i mniemań. Umysł mądry to umysł pusty. A być może nawet więcej: mądrość to nieobecność umysłu. Gdy umysł nie istnieje, rzeczywistość jawi się jako taka, bez zniekształceń.
Albowiem zwykły umysł to nic innego jak kłębek skojarzeń, nędzne narzędzie nie służące poznaniu rzeczywistości. Najlepiej świadczą o tym dysfunkcje umysłu, takie jak nerwica obsesyjno-kompulsywna, a jeszcze bardziej schizofrenia. W tych stanach umysł zajęty jest tylko sobą, zajmują go tylko ksobne skojarzenia. Mądrość to wolność od skojarzeń.
Padmasambhawa
Mamy VIII wiek n.e. . Na świecie pojawia się wielki nauczyciel buddyzmu, Padmasambhawa. Jego imię znaczy „zrodzony z lotosu”, a więc mamy tu do czynienia ze swego rodzaju „dziewiczymi” narodzinami, przewyższającymi bez wątpienia roszczenia chrześcijan, gdyż do zrodzenia Jezusa była potrzebna dziewica. Jako tak źródłowo wygenerowana istota Padmasambhawa jest uznany za tego, który zapoczątkował buddyzm tantryczny w Tybecie. Dla Tybetańczyków jest „drugim buddą”, i jako Guru Rinpocze, czyli drogocenny guru, uosabia istotę buddyzmu wadżrajany – zasadę guru. Zasłynął ze swoich niezwykłych umiejętności, z których najskromniejsza to umiejętność podporządkowywania sobie wrogich duchów, personifikujących nieokiełznane emocjonalne życie Tybetańczyków. Warto tu zaznaczyć, że zapoczątkowany przez Padmasmbhawę buddyzm przekształcił z większości krewkich górali w pobożny lud.
Padmasambhawie tradycja przypisuje autorstwo słynnej „Tybetańskiej Księgi Umarłych”. Oryginalny tytuł to Bar-do Thos-grol czen-mo, co można przełożyć jako: „Wielkie Wyzwolenie z Bar-do przez Słuchanie”. Księga zawiera nauki, jakich udzielano osobom zmarłym, jak również umierającym, by ułatwić im przejście przez bar-do, obszar pomiędzy wcieleniami. We współczesnej interpretacji każda sytuacja graniczna jest takim obszarem bar-do, też choroba. Choroba jest bowiem niczym innym jak małą śmiercią, a każda śmierć ma walor inicjacyjny.
I tak, macie rację. Złożony chorobą podczytuję sobie takie dzieło. Bo „Tybetańska Księga Umarłych” uczy nie tylko jak umierać, ale też jak żyć, szczególnie w trudnych okresach naszego życia. Tak w ogóle to zawsze miałem predylekcję do czytania dziwnych tekstów w trudnych sytuacjach. Podam tylko jeden przykład. Mając 22 lata wylądowałem na parę dni w szpitalu, powodem była konieczność przeprowadzenia małego zabiegu chirurgicznego. Leżałem na sali w grupie starszych mężczyzn, jęczących, nie mogących spać w nocy, gdyż zżerał ich lęk przed bolesnymi zabiegami. By podnieść się na duchu, czytałem „Schizofrenię” Kępińskiego.
O pożytkach z choroby
Laozi powiada: „Nie wychodząc za drzwi domu, można poznać świat; nie wyglądając przez okno, można poznać tao nieba”. Czym jest ta niesamowita zdolność, pozwalająca poznać wszystko z zacisza własnej izdebki? Co takiego w niej jest? Na te pytania odpowiada św. Augustyn:”Noli foras ire, in te ipsum redi. In interiore homine habitat veritas. Nie wychodź na zewnątrz, wróć do siebie samego, we wnętrzu człowieka mieszka prawda”.
To niemała rzecz: poznać prawdę. I nie muszę w tym celu odbywać podróży, rozmawiać z ludźmi prowadzić badania. Coś w sam raz dla introwertyka jak ja. A w dwójnasób dla chorego introwertyka. Pochorowało mi się, dosyć poważnie, i dłuższy czas spędzałem w czterech ścianach mojej izdebki. Ciało cierpiało, ale umysł był czujny, obserwował to, co się działo w moim wnętrzu, poszukiwał prawdy.
By takie obserwacje mogły zaistnieć, konieczne są odpowiednie warunki. Choroba je zapewnia, bo gwarantuje prawie całkowite zaprzestanie działalności w świecie zewnętrznym. Wtedy, z uwagą przykutą do ciała, można zejść głębiej w siebie. Nic i nikt nie rozprasza. Cisza, ta przyjaciółka podróżników wewnętrznych, prowadzi od jednego miejsca do drugiego. I wtedy mam wszystko czego potrzebuję, znam cały świat i jego tao.
O przemianie
Czasem krążę na tym blogu wokół pewnych tematów od lat. Takim tematem jest poznanie samego siebie. Nie jestem sam w tym krążeniu, wielu zajmował już stanowisko, pisząc, mówiąc, nauczając. Tak, że ja dziś tylko krótko zwrócę uwagę na pewien paradoks łączący się z poznaniem siebie. Słyszymy nieraz; „Dążę do poznania siebie”, a niektórzy mogą nawet twierdzić: „Poznałem siebie”. Czy to tylko puste deklaracje, czy też się coś za nimi kryje? Można to do pewnego stopnia sprawdzić.
Otóż, należy w tym przypadku zastosować regułę: Nikt, poznawszy siebie, nie pozostaje tym, kim był poprzednio. To ten paradoks i kryterium prawdziwości przemiany. Zatem poznanie siebie to radykalna przemiana, przejście od tego „siebie”, którego znam, do czegoś innego. Dotąd nie wiedziałem kim jestem, a teraz poznałem siebie. Czy zatem mamy w sobie dwa ja? W pewnym sensie tak, bo możemy powiedzieć: „Prawdziwy ja to nie ja”.
Przeróżnie ową przemianę opisywano. Podam tylko przykłady. Jung mówił o odejściu od identyfikacji z personą i zintegrowaniu cienia. Efektem jest pełniejsza osobowość, co odczuwa nie tylko sam podmiot przemiany, ale i inni ludzie. Chrześcijaństwo mówi o starym i nowym człowieku. Najbardziej radykalni są buddyści, dla których przemiana to porzucenie lgnięcia do iluzorycznego ja i odkrycie pustki własnej natury.
Wszystkie opisy przemiany złożyłby się na opasłą historię religii, filozofii i psychologii. Dzieje tej przemiany to bowiem nic innego jak dzieje ludzkiego ducha. Życie ducha polega na nieustannym stawaniu się, przemianie. Wychodzi on od stanu pierwotnej niewinności, nieświadomości i dąży do przemiany, do stania się kimś innym. Poznaje siebie i już nie pozostaje tym, kim był.
O cichym umyśle
Według pięknej buddyjskiej legendy, gdy Bodhidharma przybył do Chin i medytował w jaskini przyszedł do niego Huike, jego przyszły następca i powiedział: „Mój umysł nie jest jeszcze spokojny! Proszę cię mistrzu, ucisz mój umysł!” Bodhidharma miał na to odpowiedzieć: „Pokaż mi swój umysł, a ja go uciszę”. Na to Huike odparł: „ Nie mogę znaleźć mojego umysłu i nie mogę go tobie pokazać”. Bodhidharma spokojnie skonkludował: „A więc twój umysł jest już cichy.”
Opowieść ta ma wiele wersji, czasem o wiele bardziej dramatycznych. Ja chcę jednak skupić się na ciszy. Huike dobrze znał buddyzm, medytował już wiele lat, a mimo to jego umysł dalej nie był cichy, nie był spokojny. Był niczym małpa, skacząca z gałęzi na gałąź. Dlaczego umysł Huike był taki niespokojny? Bo Huike był przekonany, że zna swój umysł, że wie, kim on sam jest. To przekonanie jest podstawą wszelkiego niepokoju i cierpienia.
Bodhidharma poprosił o pokazanie tego umysłu. Wtedy Huike doznał obrotu u podstaw świadomości, uświadomił sobie, że nie wie kim jest i nie może nikomu powiedzieć, jaki jest jego umysł, jak wygląda. Być może dla niego to była pierwsza chwila, gdy nie myślał o sobie, gdy nie układał opowieści wewnętrznej o tym, kim jest – tak jak to my wszyscy czynimy. Nie myślał, a zatem jego umysł przestał istnieć i uciszył się. Przekaz Bodhidharmy był prosty – zrezygnuj z poszukiwania siebie, bo ciebie nie ma.
I to jest jedyny sposób uciszenia naszego umysłu i osiągnięcia wewnętrznego spokoju. Zapomnieć o sobie, nie myśleć, zostawić wszystko za sobą. Cisza jest wtedy, gdy nie ma wiatru. A wiatr przestaje wiać, gdy przestajemy pragnąć. Ja ostatnio przestałem pragnąć czegoś, czego pragnąłem od lat. Wiatr jeszcze dmie, ale czekam spokojnie, bo wiem, że niedługo ucichnie. W ciszy, która wtedy nastanie, będę mógł odnaleźć to, co najważniejsze.
O pieczarze osobistej
Platon w dialogu Państwo opisuje strukturę rzeczywistości posługując się metaforą jaskini. Na jej dnie siedzą ludzie, którzy obserwują cienie na ścianie. Te cienie to świat poznawany zmysłami. Są ponadto spętani kajdanami tak, że nie mogą obrócić głowy, by zobaczyć skąd biorą się te cienie. Nie mogą też oczywiście wyjść z jaskini. To ujęta bardzo zwięźle kondycja człowieka, niezdolnego do poznania prawdy. Dla Platona świat jest swego rodzaju Hadesem, w którym ludzie spędzają swoje życie. Owszem, istnieje obietnica, opowiedziana w dialogu, że ktoś może uwolnić się z kajdan, jeśli zazna obrócenia (periagoge), obrotu u najgłębszych podstaw świadomości.
Nie miejsce tu, by analizować całość metafory jaskini, zawierającej in nuce pełnię filozofii Platona. Chcę skupić się na jednej rzeczy. Stawiam sobie pytanie: czym są w tej metaforze kajdany, tak skutecznie krępujące ludzi? Są one przede wszystkim tym, co nie pozwala poznać prawdy. A więc wyjściowo to przywiązanie do tego, co możemy poznać zmysłami. Przywiązanie owo jest wszakże niczym innym jak przekonaniem, że przez świat dany zmysłowo nie prześwieca nic więcej. Dla niektórych wszelako przez piękno zmysłowego świata prześwieca transcendencja. Oni już widzą wyjście z jaskini. To dusze wrażliwe, artystyczne, czujące.
Ponadto jest mnóstwo innych przekonań i ograniczeń. Jedne są zbiorowe, jak postrzeganie zmysłowe, dostosowane do człowieka, nie do wszechświata, jak pisał nowożytny filozof Francis Bacon. Potem mamy kolejne przekonania: zwyczaje, język, moralność, światopoglądy, nauka. Inne jeszcze są te indywidualne, tworzące naszą pieczarę osobistą ( to termin Bacona). To nasza biografia, wykształcenie, wychowanie, słabości, nieporadność, podatność na autorytety. Jakby to powiedział współczesny psycholog – kompleksy i traumy. To one tworzą to, co nazywamy sobą, a co najczęściej jest niczym innym jak tylko dosyć żałosnym zestawem opinii i mniemań.
Praktycznie cała współczesna psychologia poświęca się badaniu pieczary osobistej. Ale z niej nie wyprowadza, za cel stawiając sobie wygodniejsze umoszczenie człowieka w więzi jego kajdan. Nie ma w niej żadnej wizji czegoś, co by przeświecało przez zmysłowy byt człowieka. Niektórzy wielcy psychologowie mówili o czymś takim. Dla mnie kimś takim był Jung. To jednak są wyjątki, dzisiaj wszyscy skupiają się na adaptacji do warunków życia. Nie zaprzeczam, to nader praktyczne i bardzo potrzebne, ale czy to wystarczy? Od lat powtarzam jedno: tylko jeśli przerośniemy nasze uwarunkowania i przekonania, jeśli obrócimy się i wyjdziemy z pieczary osobistej, tylko wtedy możemy zostać prawdziwie uzdrowieni.
O patrzeniu w niebo
Jako chłopiec miałem szczęście żyć w domu jednorodzinnym, który miał duży ogród, a za nim dwa spłachetki ziemi uprawnej i łąkę. Mogłem więc latem i jesienią oddawać się takim przyjemnościom, jak jedzenie czereśni i innych owoców prosto z drzewa, albo pomaganiu rodzicom i dziadkom w pracach polowych, głównie sadzeniu, a potem wykopywaniu ziemniaków. Napiszę o tym innym razem, bo teraz jest czas na łąkę.
Otóż nie wiem sam kiedy, ale w wieku chłopięcym, odkryłem coś niesamowitego. Miałem chyba już te lata, w których ciężar relacji społecznych zaczynał być dla mnie znacząco odczuwalny. Pewnego letniego dnia poszedłem na łąkę, niebo było bezchmurne. Było ciepło, łąka była upstrzona kwiatami, zapylanymi przez owady. Położyłem się na plecach w trawie, wpatrzyłem się nieruchomo w błękit nieba.
I wtedy zniknąłem. W absolutnie jednolitym błękicie nie było nic, co by przyciągało moją uwagę, na czym bym mógł skupić wzrok. Byłem samym patrzeniem. Nic nie zakłócało spokoju, wszelkie dźwięki gdzieś odeszły. Zaznałem całkowitego rozluźnienia, mógłbym tak leżeć godzinami. Dziś bym to nazwał relaksacją czy medytacją, ale wtedy żadne takie pojęcia nie były mi znane, był po prostu spokój.
Potem, póki mieszkałem w tym domu, czasami chodziłem na łąkę, kładłem się na plecach i wpatrywałem w błękit, wielki błękit, obietnicę nieskończoności. Rozpływałem się w nim, a moja dusza milczała szczęśliwa. Dziś ludzie uczęszczają na specjalne kursy, mające im zapewnić kontakt z przyrodą. Ja miałem to szczęście, że dobry impuls mojej duszy pokazał mi, co mogę zrobić, by trwać w spokoju. A łąka była tuż obok.
O byciu dojrzałym
Niedawno napisałem wpis o dorosłych, przez wielu kojarzonych z osobami dojrzałymi. Ale bycie dorosłym i dojrzałym to nie to samo. Dorośli nic innego jak tylko dzieci o pomarszczonej skórze. Chcą oni trwać w nieskończoność w niezmiennej postaci, jak kolorowe postacie w broszurkach świadków Jehowy. Są wiecznymi chłopcami i dziewczynkami. Bycie dojrzałym to całkiem coś innego. To uświadomienie sobie, że doszło się do kresu swej drogi – i że nastąpił czas na przekazanie pałeczki istnienia innym. Niekoniecznie to muszą być własne dzieci, o wiele częściej chodzi tu o młodych, którym dajemy swoją wiedzę i doświadczenie.
Dojrzały jest ten, który jest gotów skończyć swoje życie i umrzeć. Stać się tym, czym staje się dojrzała gruszka. Kiedyś mieszkałem w domu z ogrodem, rosła tam potężna grusza. Jesienią dojrzewały gruszki i te najbardziej dojrzałe, najsłodsze i soczyste, spadały na trawę, z której je zbierałem i jadłem. Od tego czasu dojrzała gruszka to dla mnie obraz dojrzałego człowieka. Gdy gruszka osiąga swoją pełnię, pełny smak i kolory, to pozostaje jej tylko odpaść z drzewa, by służyć jako pokarm. Podobnie jest z dojrzałym człowiekiem.
Bycie dojrzałym to pełna otwartość na śmierć. Odrywamy się z drzewa życia i dajemy pokarm innym. Karmimy ich, by też z czasem dojrzeli, a nie stali się tylko dorosłymi, którzy myślą tylko o sobie. Bo można być dojrzałym w różnych etapach życia. Możemy już za młodu dojrzeć do miłości, by w niej umrzeć jako wsobne ego. Potem możemy dojrzeć do mądrości w drugiej połowie życia, by stać się sobą. I wreszcie możemy dojrzeć do śmierci, by być pokarmem dla innych. Dojrzałość to ten czas, w którym osiągamy pełnię swojego istnienia i czujemy, że nasze życie jest byciem dla innych. .
