Zdałem sobie sprawę, że we wrześniu tego roku miną dokładnie 34 lata odkąd zacząłem uczyć filozofii. Był to rok 1992, zajęcia w liceum. Potem, od roku 1994 rozpocząłem pracę na uczelni, ale aż do 2003 uczyłem dalej w liceum. W roku 1998 rozpoczęły się moje wykłady publiczne, a od 2010 zaczął się czas Akademii Jungowskiej. Po drodze były książki, artykuły, a teraz blog i podtcasty. Mógłbym jeszcze bardziej szczegółowo opisywać to, co robiłem, a co można nazwać nauczaniem. Chcę jednak teraz, bez dłuższych opisów mojej przeszłości, rozpatrzyć fundamentalne pytanie: co uprawnia jedną osobę do uczenia drugiej osoby?
Przyznam, że lata temu nie stawiałem sobie tego pytania. Bezrefleksyjnie, idąc za głosem serca, wybrałem nauczanie. Nie wiedziałem dlaczego, ale taka aktywność była dla mnie po prostu najbardziej wartościowa i najprzyjemniejsza ze wszelkich innych relacji międzyludzkich, odbywających się w grupach albo w indywidualnych rozmowach. Zawsze uwielbiałem zdobywać nową wiedzę i – być może naiwnie – uważałem, że inni też lubią poznawać.
Po pewnym czasie uświadomiłem sobie, że tylko nieliczne jednostki są podobne do mnie. Pracując już wtedy na uczelni, przechodziłem nad tym do porządku dziennego. Podobnie było z wykładami publicznymi, chociaż tu już mogłem zakładać, że jeśli ktoś chce za wysłuchanie mnie zapłacić choćby minimalną kwotę, to jest dla tej osoby coś bardziej wartościowego niż kolejny serial. Wszelako nauczanie za pieniądze nie jest odpowiedzią na moje pytanie.
Wróćmy zatem do wyjściowego pytania. Najpierw odpowiem z pozycji uczącego się. Przez 10 lat uczęszczałem na wykłady prowadzone w Instytucie Religioznawstwa UJ przez mojego promotora, profesora Andrzeja Wiercińskiego. Kabała, gematria, religie, mitologia – wtedy nie pytałem go dlaczego naucza, tylko chłonąłem wiedzę. Zdawałoby się zatem, że istnienie uczniów jest ważnym powodem do tego, by istnieli nauczyciele. To jednak zbyt prosta odpowiedź, którą wszelako w dalszym ciągu postaram się rozwinąć.
Obecnie jestem w sytuacji, która zmusza mnie do tego, bym odpowiedział na to pytanie ze strony uczącego. Co mnie uprawnia do nauczania innych? Oczywiście mam tu na myśli tylko tych, którzy, jak ja kiedyś, chcieli zdobywać wiedzę. Czy owym uprawnieniem jest, dajmy na to, różnica wieku? Niektórzy młodzi ludzie wyrażają przekonanie, że starsi coś wiedzą. Oczywiście równie wielu buntuje się przeciw starszym, mniemając, że to oni sami wiedzą lepiej. A zatem z wiekiem i wiedzą bywa różnie.
Zostawmy więc złudzenie różnicy wieku. Czyż więc takim uprawnieniem jest to, że po prostu ktoś wie więcej? To także iluzja. Dobry nauczyciel stawia więcej pytań niż daje odpowiedzi, i dzięki temu otwiera umysł ucznia, jak i swój własny. Relacja uczenia, w swoim najlepszym wydaniu, jest oparta na wzajemnym partnerstwie. A mówiąc mocniej, jest wyrazem erosa, który uczącego i ucznia prowadzi do poznania w miłosnym uścisku. Przyznam, że mi się taka relacja zdarzała, acz nader rzadko. Pozostaje ona wszakże istotą nauczania, bo czyni ucznia uczącym, transformuje jego umysł, tak że uczeń z czasem staje się własnym nauczycielem.
Nic dziwnego, że taką relację trudno zrealizować w ramach jakieś instytucji. Jeśli ktoś naucza tylko dlatego, że jest profesorem na uczelni, to przekazuje co najwyżej swoje poglądy, metody, nurty myślenia, przeżutą papkę mentalną. A to nic wartościowego. Iluż ja poznałem profesorów idiotów! Tylko biednym studentom się czasem wydaje się, że gdy ich nauczyciel używa nieznanych im słów, to znaczy, że coś wie. Uczenie nie jest tresurą, ani bezwiednym powtarzaniem czy napełnianiem pustego kubka umysłu ucznia wiadomościami. Nauczyciel nie jest kapłanem, przekazującym sztywny dogmat, który uśmierca umysły młodych ludzi. Choć niektórzy z nich zapewne tego pragną. Jeśli ktoś ma prawdziwego nauczyciela, to znaczy, że jest wybitny, bo głupcy nie mają nauczycieli. Tylko najlepsze dusze charakteryzują się libido sciendi, czyli pragnieniem wiedzy. Odnosi się to do ucznia, jak i do nauczyciela. Trzeba jednak mocno zaznaczyć, że dobry nauczyciel, o którym tu mówię, jest równie rzadkim przypadkiem jak dobry uczeń.
Czy zatem istnieje odpowiedź na pytanie, które postawiłem? Mając w pamięci słowa poety, Bolesława Leśmiana, iż wszelkie pytanie jest wrogiem mimowolnym swojej odpowiedzi, spróbuję zaryzykować i dać odpowiedź. Brzmi ona tak: tym, co daje uprawnienie do nauczania jest tylko i wyłącznie pragnienie wiedzy u nauczającego.
Jeśli spotka ono analogiczne pragnienie u nauczanego, wtedy mamy do czynienia z najpiękniejszą relacją międzyludzką, w której dwoje ludzi spotyka się w pełnej miłości do czegoś, co ich przerasta – do wiedzy. Nie ma bowiem nic piękniejszego we wszechświecie niż wiedza, dająca wyzwolenie od wszelkich udręk. I nic radośniejszego, niż rozpalenie w drugim człowieku miłości do tego, co się samemu kocha.