O losie. Dialog z Jungiem

Los nie jest pojęciem, którym współczesna psychologia się zajmuje, albowiem jest pojęciem nienaukowym, a psychologia pragnie być nauką. Ponadto w ogóle nie wiemy, czym los jest. Być może los to tylko słowo, które pomaga nam znieść ten króciutki moment naszej egzystencji, zwany życiem. Całe szczęście C.G. Jung zwykle mało przejmował się tym, czego psychologowie nauczają na swoich katedrach. W jego pismach znajdujemy wiele odwołań do kategorii losu. Los jest kategorią transpersonalną i w psychologii Junga funkcjonuje jako konieczny element, który trzeba wziąć pod uwagę gdy rozważamy rozwój człowieka. Posłuchajmy tych słów Junga: „Wszyscy ludzie, którzy pojmani są jeszcze w sieć emocji, których życie znajduje się pod wpływem emocji i jest przez nie sterowane, właściwie jeszcze się nie narodzili, ciągle tkwią pod wpływem heimarmene, przymusu gwiazd”. Tu mamy odwołanie do starożytnej koncepcji przeznaczenia i powiązanie jej z czymś tak osobistym jak emocje. Powiązanie to było czymś oczywistym dla starożytnych filozofów, na przykład dla stoików. Ale dziś, kto z nas tak myśli o swoich emocjach? Kto wiąże je nie tylko z biegiem swojego życia, ale także z czymś większym? Pod ich wpływem podejmujemy przecież najważniejsze decyzje, nie rozumiejąc, co nami kieruje.
Czym jest zatem to, co kieruje naszym życiem? U Junga znajdujemy słynną odpowiedź: „Dopóki nie uczynisz nieświadomego świadomym, dopóty będzie ono kierowało twoim życiem i będziesz je nazywał losem”. A więc los ma dużo wspólnego z naszą nieświadomością, z tym, że jesteśmy nieświadomi naszych celów i intencji. Wydaje nam się, a raczej aktywnie łudzimy się, że kierujemy swoim życiem. Wcześniej czy później przekonujemy się, że to zwodna iluzja, bo nieświadomego nie można w uczynić świadomym w takim stopniu, by można mówić kierowaniu życiem. Przed nami stoi bowiem samo życie, nieskończenie nas przerastające, i w konfrontacji nim ostatecznie zawsze ponosimy porażkę. Tu znowu można przywołać słowa Junga: „Doświadczenie przeciwieństw nie wiąże się z intelektualnym wglądem czy jakimś doznaniem – można je określić raczej mianem losu”. Tu Jung trafnie zwraca uwagę na naszą bezradność wobec życia. Los to coś co mi się przy-darza, coś, czym życie mnie obdarza, czy tego chcę czy nie. A my stoimy między przeciwieństwami i rzadko komu dane jest dokonać ich integracji w symbolu jednoczącym.
Jeżeli odrzucam swój los zaczynam błądzić. Wikłam się w neurotyczne wyobrażenia i pragnienia, nie mające nic wspólnego z moim życiem. Cierpię, ale to cierpienie jest moim własnym wytworem. Jest fałszywe i nie prowadzi do poznania siebie. Jung pisze: „Poza nerwicowym wypaczeniem stoi przeznaczenie, los i rozwój osobowości, pełne urzeczywistnienie wrodzonej jednostce woli życia. Człowiek bez amor fati to neurotyk; zaniedbuje on siebie samego i nigdy nie mógłby powiedzieć wraz z Nietzschem: ‚Człowiek nigdy nie wznosi się wyżej niż wtedy, kiedy nie wie, dokąd los go zaprowadzi’”. Bez poddania się losowi nie ma zatem rozwoju osobowości, bez przyjęcia tego, co przynosi życie – a ono nie zważa w ogóle na nasze egocentryczne pragnienia – bez tego pozostaniemy tylko liściem unoszonym przez jesienny wiatr, majaczącym, że żyje.
Seneka napisał kiedyś, przytaczając mądrość wspólną jego epoce: „Chętnych los prowadzi, niechętnych wlecze”. I to chodzi w naszym życiu także według Junga, by być owym chętnym, by realizować wrodzoną wolę życia. Ale nie egoistycznie, lecz w zgodzie ze swoim losem. Zawsze gdy odpowiemy na to, co przynosi życie, a nie uciekniemy jak tchórz, zawsze wtedy nasz los się realizuje i wypełniamy swoje posłanie. I wtedy stajemy się sobą, zaskoczeni patrzymy na nasze uczucia, czyny i myśli, zastanawiając się jak to możliwe, że ja tak mogę. Cóż, ja może co najwyżej dołączyć do losu, odpowiedzieć „tak” na jego wyzwanie. I podążyć w podróż, której zakończenia nie zna, ale którą czyni swoją.
Na koniec ważne zastrzeżenie z filozoficznego punktu widzenia. Los nie jest determinizmem. Wiara w determinizm jest tylko kolejnym złudzeniem naszej świadomości. Nie mogę wiedzieć, jakie konsekwencje przyniesie moja decyzja i cały czas istnieje możliwość, że konsekwencje te będą inne niż się spodziewałem. Rozsądnie jest, zważywszy na ograniczoność mojej wiedzy, nie oczekiwać nic, bo zawsze może zdarzyć się coś innego od tego, co oczekiwałem. A jednak owo nieoczekiwane zdarzenie może mieć decydujący charakter dla mnie, a wtedy na podstawie jego konsekwencji buduję kolejne etapy mojego życia, podążając za swoim losem. Powtórzę to, co napisałem na początku – nie wiemy czym jest los, podobnie jak nie wiemy czym jest życie.

O samorealizacji i amor fati

Z nowym semestrem nowe zajęcia. Seminarium o samorealizacji. Dla wielu studentów to prosta rzecz. Samorealizacja oznacza dla nich pełną realizację celów, które stawia przed sobą ich ego. Gdzie wola tam i droga. Cóż, moim zadaniem jest im powiedzieć, że sprawa nie jest tak prosta. Zaczynimy od zwykłego wyrażenia. Czasem mówimy: „nie byłem wtedy sobą”. Kto nie był sobą? Ja? Brzmi to jak oksymoron, sprzeczność, wypowiedź pozbawiona sensu. Logika nie ma dużo wspólnego z naszą psychiką. Tak, możemy się poczuć „nie sobą”, porwani przez jakiś stan emocjonalny. Albo przez spontaniczną myśl czy wizję. Gdy coś takiego się pojawi, wtedy możemy – o ile mamy choć odrobinę autorefleksji – stwierdzić, że mówimy albo robimy coś, czego byśmy nie chcieli.
A teraz podam przykład. Na wspomnianym seminarium opowiedziałem studentom o wiecznym powrocie w filozofii Nietzschego. O tym, że ta koncepcja oznacza całkowitą akceptację danej chwili, bo będzie się ona powtarzać w nieskończoność. Zapytałem, czy chcemy, by ta chwila powtarzała się w nieskończonym cyklu powrotów, bo to jest podstawą amor fati, bezwzględnej miłości losu. Skierowałem to pytanie do pewnego studenta: „Czy chce Pan przez kolejne wieczne powroty siedzieć znowu na zajęciach?”. I on spontanicznie odpowiedział: „Nie!” Za sekundę skonfundowany stwierdził, że nie chodzi oczywiście o te zajęcia. Ale coś w nim to powiedziało i coś innego temu po chwili zaprzeczyło. Otóż w byciu sobą chodzi właśnie o spójność ze sobą, nie o nieustanne zaprzeczanie samemu sobie, co czynimy notorycznie, nawet tego nie zauważając.
Podałem przykład mikroniespójności, które tworzą nasze życie. Są one wynikiem konfliktu między sferą nieświadomą, naturalną i spontaniczną, a sferą świadomości zbiorowej, skrystalizowaną w ego. Bycie sobą sięga poza obszar naszej świadomości skupionej wokół ego, obejmuje bowiem też to, co nazywamy nieświadomością. Jakże jednak to, co nieświadome może być mną? – tak mógłby ktoś zapytać. Dobre pytanie. Odpowiedź jest trudna do przyjęcia dla wielu ludzi: oznacza to akceptację wszystkiego, co mi się przydarza, czy to jako pochodzącego z mojego wnętrza, czy to przychodzącego z zewnątrz. Stać się sobą możemy tylko w relacji do czegoś, co nas przerasta, do czegoś większego od nas. Samorealizacja jako rozwijanie jakości, „zasobów” naszego ego to największa iluzja. Prawdziwe bycie sobą, samorealizacja, to amor fati a nie amor sui.

O gnozie


Biblia rozpoczyna się od Księgi Rodzaju, a Księga Rodzaju zawiera najważniejszy zakaz ze wszystkich konstytuujących kulturę i mentalność Zachodu. Bóg umieścił człowieka w ogrodzie Eden i rzekł: „Z wszelkiego drzewa tego ogrodu możesz spożywać wedle upodobania; ale z drzewa poznania dobra i zła nie wolno ci jeść, bo gdy z niego spożyjesz, niechybnie umrzesz” ( Rdz. 2,16-17). Według tego opisu stworzenia to pierwsze słowa, jakie Bóg wypowiedział do człowieka. Autor tych słów uznał za najbardziej istotne to, by zabronić człowiekowi prawa do poznawania. Czy może istnieć gorszy horror niż religia negująca człowieka w jego najbardziej szlachetnej funkcji, jaką jest poznanie? A tym jest właśnie judeochrześcijaństwo. Jakże odmienne od podejścia Greków czy Hindusów, dla który poznanie jest czymś, w czym spełnia się istota człowieczeństwa.
Poznanie to gnoza (gr. gnosis). Gnostycy w początkach naszej ery podjęli heroiczną próbę odwrócenia błędu Biblii i chcieli przetransformować wiarę – już wtedy chrześcijańską – w wiedzę. Ta wiedza była anamnezą, przypomnieniem sobie siebie. Jak mówi jeden z tekstów gnostyckich to przypomnienie było uświadomieniem sobie, że przed stworzeniem, które było dziełem – a raczej fuszerką – Jahwe, istniał nieśmiertelny, oświecony człowiek. W mitologicznym języku wyrażali swoją dezaprobatę dla żydowskiego pomysłu wyrażonego w Księdze Rodzaju, nazywając Jahwe złym demiurgiem. Motyw pierwotnego upadku spotykamy we wszystkich mitologiach, ale tylko judaizm uczynił z tego swoją główną ideologię. Niestety błędne myślenie się dobrze propaguje i oto mamy już dwa tysiące lat judeochrześcijaństwa, największego błędu w historii ludzkiego ducha. Dla mnie gnoza to zdrowy odruch ludzkiego serca skierowany przeciw obskuranckim pomysłom z Księgi Rodzaju. To postawa egzystencjalna, która pozwala człowiekowi odnaleźć siebie w tym świecie. Czyni to poprzez poznanie, nie przez wiarę. I stara się to czynić od dwóch tysięcy lat, albowiem błąd zawsze wywołuje reakcję.
Współcześnie gnoza przybiera różne postacie. Jedną z nich jest psychologia, ale nie ta akademicka, tworzona przez niezbyt rozgarniętych kapłanów nauki. Mam myśli psychologię jako postawę egzystencjalną, czyli jako wiedzę, którą przede wszystkim odnoszę do samego siebie. Tysiące psychologów i psychoterapeutów chcą leczyć innych, nie pamiętając o zasadzie: Medice, cura te ipsum. Porównanie do kapłanów jest zatem nieprzypadkowe. Jedni i drudzy głównie moralizują i infantylizują swoich penitentów. Oto klient idzie do terapeuty i wierzy w jego Świętą Metodę, która mu pomoże poczuć się lepiej. To skażenie naukami z Księgi Rodzaju. Żydzi popełnili koszmarny błąd opierając swoją religię na zakazie poznania. Ich monoteistyczna wiara mogła się przyczynić do przetrwania ich plemienia. Ale to, co dobre dla plemienia jest trucizną dla człowieka.
Pomóc sobie można tylko w jeden sposób: gnothi seauton. Poznaj samego siebie, by stać się sobą. To jedyny i najwyższy rodzaj gnozy. A jak to zrobić? Z tym jest podobnie jak z uczeniem się pływania. Tu żadne nauki nic nie pomogą, żadna wiara i autorytety – trzeba wejść do wody i…płynąć.

O rozproszeniu

Ludzie żyją powierzchnią swojej świadomości. Prześlizgują się ponad tym, w co mogliby się zagłębić, nie widzą tego, co mogliby zauważyć, przechodzą obojętnie obok tego, co mogłoby ich poruszyć. Przechodzą przez życie pogrążeni w jego najmniej istotnym skrawku, który nazywają swoimi problemami, jak samica w rui podążają za swoimi emocjami, ślepo i bezwiednie. U początków, przez chwilę, jako dzieci, budzą się do życia, ale bardzo szybko są przywoływani do porządku przez innych, zwanych dorosłymi. Dorośli mówią dziecku – z głębi swej nic nie wiedzącej, otchłannej głupoty – co ma czuć, jak myśleć, jak żyć. Nic dziwnego, że potem dorosłe już dzieci przez całe życie unikają samych siebie, skażone tymi straszliwymi naukami.
I dziecko umiera, a gdy umrze, jego dusza wsiada na statek nazywający się zwykłe życie. Nie zawija on jednak do jakiegokolwiek portu, rozprasza się na pustym morzu. Dusza po latach rozproszenia umiera po raz wtóry, już ostatecznie, myśląc sobie: „I to już wszystko? To miało być życie? Tylko tyle?” Dziwi się, bo nie wie, że nad łonem matki, wejściem do życia, widnieje napis: „Porzućcie wszelką nadzieję, wy, którzy stąd wychodzicie”. Tak, wychodzimy z łona matczynego prosto do piekła, jakim jest ten świat. Dziecko jest nieświadome. Gdyby wiedziało co je czeka, co zgotują mu inni, to już przy samych narodzinach powiesiło by się na pępowinie. Dziecko rodząc się czuje, że jest częścią życia, ale nie wie, że już w chwilę po narodzinach stanie się częścią ludzkości. Jako część samego życia pragnie żyć, cieszyć się, rozkwitać i być radosne. Jako człowiek uzyskuje świadomość cierpienia, ból i bezsens.
Gdy ktoś spogląda głębiej, pod powierzchnię życia świadomego, czuje lęk. Chce uciec, uchronić się przed tym, co nieuniknione. Ale unikanie spojrzenia rodzi cierpienie. Nikt nic nie rozumie, nie rozumie siebie, innych, niczego. Jest tylko jedno – byle się nie zagłębiać, byle nie sięgać poza to, co bezpieczne. Byle nie wzburzać fal na powierzchni szamba, w którym wszyscy tkwią po same usta. To jest kondycja człowieka. Tych, którzy nie utonęli w gównie nazywano od tysięcy lat bohaterami. Jednak epoka herosów przeminęła, o ile kiedykolwiek istniała. Teraz każdy z nas musi się samodzielnie uporać ze swym istnieniem. A to jest trudne, o ile nie niemożliwe. Żyjemy w rozproszeniu, pozbawieni substancji, chaotycznie przechodząc z dnia w dzień. Większość oszukuje siebie, kłamie, bo im się wydaje, że w ten sposób trzymają gardę wysoko, broniąc się przed okrucieństwem egzystencji. To tylko piękna iluzja. Wszyscy w swoim czasie ulegniemy rozproszeniu.

O handlarzach sensem

Życie składa się z szeregu następujących po sobie chwil, z których każda jest ulotna, ale zarazem jest absolutna, bo teraźniejsza. Spójrzmy na taką chwilę. Zobaczyłeś w oczach kobiety, którą kochasz, ów szczególny blask, mówiący bez słów, że ona czuje to samo co ty. Tego pierwszego spojrzenia nie da się powtórzyć, ta chwila jednak zapadła ci w pamięć, stała się przeszłym momentem. Nie szkodzi, że ulotna, że może się już w twoim życiu nigdy nie powtórzyć. I jej sensem nie jest wspominanie, bo sens, podobnie jak chwila, jest ulotny. Jej sensem było to, że się przydarzyła. Może z tą kobietą potem byłeś całe lata, ale wtedy już inne chwile budowały sens twojego życia. A może na tym spojrzeniu się skończyło. Gdyby ta pierwsza chwila miała się doskonale powtórzyć, pozbawiło by ją to sensu.
I nie należy spędzać zbyt dużo czasu na wspominaniu, bo wspominanie nawet najpiękniejszych chwil to bardzo nędzny ersatz sensu. Sens jest żywy i aktualny, a to znaczy budowany tylko w teraźniejszości. Dlatego tak trudno o nim opowiedzieć innym. Jeśli gładko opowiadasz o sensie swojego życia innym ludziom, to znaczy, że jest on martwy, przeszły, a często kupiony od handlarzy sensem, których zawsze było pełno na tej dziwnej planecie. Mają oni usta pełne opowieści o wyzwoleniu, zbawieniu, celu życia itd. Znamy ich dobrze od tysięcy lat – to kapłani, filozofowie, politycy, psycholodzy i inna hałastra. Wszyscy z nich mają tylko jedno pragnienie, by wmówić innym jak mają żyć. I robią na tym dobry interes, bo większość ludzi nie umie budować sensu swojego życia z pełnego przeżywania wszystkich tworzących je chwil, są zatem podatni na różne bajkowe opowieści. W życiu piękne są tylko chwile, mówi poeta. Ale tylko wtedy gdy się przydarzają, gdy natomiast stają się jeno strawą dla pamięci, stają się smutne.
Nie ma sensu, który możemy otrzymać z zewnątrz, na który możemy się nawrócić. Jedyny sens to ciąg chwil tworzących nasze życie. Są osnową życia, a nasze reakcje na te chwile to jego wątek. Czasem reagujemy na piękną chwilę tak, że nie tworzy ona tkaniny życia, a czasem reagujemy na straszną tak, że staje się jedną z najważniejszych. Handlarze sensem nie zwracają uwagi na naszą postawę, zamiast tego wciskają nam opowieści, gdzie nawet straszne chwile stają się piękne. Kłamią, bo to co straszne, bolesne, pełne cierpienia, jest po prostu takie. Nie można budować sensu na oszukiwaniu siebie.
To życie to pełnia, która została nam dana i zadana. Nie trzeba do niej nic dodawać, a już najmniej oszukańczych opowieści handlarzy sensem. Są one niebezpieczne, bo nie oparte na żywym doświadczeniu, tylko na martwym przekazie, tradycji, historii. Handlarze sensem mają też osobisty interes w sprzedawaniu sensu innym – z każdym przekonanym osobnikiem utwierdzają się w czymś, co im wydaje się ich własnym sensem. Jest on jednak dosyć nędzny, skoro wymaga przekonywania innych do wykazania swej wartości. Nikt nie potrzebuje do odkrycia sensu swojego życia jakiegoś drugiego człowieka.

O fizyce i miłości

Prawie czterdzieści lat temu byłem na wakacjach w okolicach Ostrowca Świętokrzyskiego. Mieszkałem w starej chacie na zabitej dechami wsi o nazwie Nosów. Żadnych rozrywek, tylko piękne krajobrazy. Chłopi już mniej piękni. Po wodę chodziłem do studni. Z powodu obniżenia się poziomu wód gruntowych wszystkie studnie w okolicy były niesamowicie głębokie. Wzrok nie sięgał lustra wody. Pochylając głowę widziałem tylko ciemność. Wtedy wpadłem na pomysł, by zmierzyć głębokość jednej ze studni. Wrzuciłem do niej kamyk i zmierzyłem czas do momentu, gdy usłyszałem pluśnięcie. Wykorzystując prosty wzór fizyczny obliczyłem głębokość. Ponad sześćdziesiąt metrów.
Podobnie jak ze studnią jest z miłością. Jej głębia to nie tylko sentymentalna metafora. To czysta fizyka. Głębia miłości ukazuje się tylko wtedy, gdy coś zrobimy i do studni serca ukochanej wrzucimy kamień, który u samego jej dna da odzew. Ten kamień to symbol naszego zaangażowania. Moc i głębia miłości ukazuje się dopiero wtedy, gdy spadniemy w te głębie. To my jesteśmy tym kamieniem i rzucamy się w otchłań niewiadomego. Gdy kamień zetknie się z wodą na dnie studni, wywołuje dźwięk, coś subtelnego, co dociera do uszu kilkadziesiąt metrów wyżej. Tu metafora pokazuje swoją moc, pokazuje transformację czegoś zimnego i twardego w wibracje subtelnego żywiołu powietrza, przy udziale żywiołu wody, symbolizującego uczucia. Czyż nie o to też chodzi w miłości?
Skoro rozpoczęliśmy od fizyki, to na fizyce też skończymy. Nie ma bowiem nic ważniejszego niż fizyka w tym świecie. Podaję zatem wzór na głębię miłości: h=gt2/2, gdzie h to poszukiwana przez nas głębia, t to czas jaki zajmuje nam dotarcie do serca ukochanej, a g to stała instynktowa, u ludzi zwykle mająca wartość 10. Czyli jak pomnożymy kwadrat czasu przez stałą instynktowną i podzielimy to przez dwa, to otrzymamy upragniony wynik. Słowo upragniony nie jest tu przypadkowe, bowiem na wynik naszych obliczeń czeka nasza ukochana.

O poznaniu

Poznanie to stwarzanie świadomości. Świadomość człowieka nie jest tylko nędznym zwierciadełkiem, po raz n-ty odbijającym niepojmowalną rzeczywistość wszechświata. Każdy akt poznania jest aktem twórczym. Każda świadomość jest niby kropla światła, spływająca do rzeki powszechnej świadomości. Każde świeże, pierwsze spojrzenie to kreacja nowej rzeczywistości, to moment pierworaźny w historii wszechświata.

Poznanie kreuje indywidualną rzeczywistość, poza wspólną wszystkim rzeczywistością zmysłową. Wspólna rzeczywistość zmysłowa jest tym, co chrześcijaństwo określa mianem grzechu pierworodnego, a buddyzm mianem niewiedzy. Wspólna rzeczywistość jest kreowana przez język. Ludzkość „upadła” w język, zakleszczyła się w słowach, co doprowadziło do powstania kultury. Wszyscy piszący próbują podnieść się z tego upadku, słowami obnażyć pustkę słów – bezskutecznie.

Pierworaźność spojrzenia ginie wraz z pierwszym słowem. Gdy małe dziecko zobaczy coś na gałęzi drzewa i wciągnie ku temu rączkę, usłużna matka od razu zabija gadaniem świeżość jego spojrzenia, dokonuje pierwotnego mordu na jego umyśle, mówiąc: „To ptaszek”. Od tego momentu dziecko staje się ślepe, na jego oczy zasłona konwencji. Już nie patrzy, już tylko widzi „ptaszka”, puste pojęcie.

Poznanie ufundowane jest na takim sposobie istnienia, który możemy nazwać egzystencją dziecka, które wszystkiego doświadcza po raz pierwszy. Dziecko zawsze jest w początku. Bycie dzieckiem to stan źródłowy ludzkiej egzystencji. To stan wolności od uwarunkowań, tak jak pojmuje go joga czy taoizm. Wyzwolenie oznacza tu świeżość i pierwszość każdego spojrzenia. Oznacza porzucenie wszelkich konwencji, wyzwolenie się z tego, co zbiorowe.

A zatem mamy wybór – albo spokój i trwanie w konwencji, stawiające opór przemijalności tego świata, albo tworzenie, nieustanne wykraczanie poza, poza to co znane. Gdy uda się, rzutem piersi na taśmę, choćby o krok wyprzedzić nieuchronny rozpad ciała i zobaczyć świat taki, jakim jest, w jego świeżości i jedynej wieczności, jaką jest teraźniejszość, wtedy życie nie jest zmarnowane. Nic tak bowiem jak śmierć nie zrywa wszelkich zasłon, iluzji, konwencji. Dlatego warto ją uprzedzić.

O frustratach

Znacie frustratów? Trudno ich nie zauważyć. Są wszędzie, jak pluskwy w tanich hotelach. Nazwa pochodzi od łacińskiego czasownika frustrare, który oznacza oszukać, pokrzyżować plany. Tak się właśnie czują frustraci. To osoby, które są ciągle niezadowolone, zagniewane na świat i ludzi, bo ich cele życiowe nie zostały zrealizowane (o ile je w ogóle mieli), reagują więc złością w najzwyklejszych sytuacjach życiowych, ciągle narzekają, obwiniając wszystkich oprócz samych siebie, a gdy już się zmęczą tym wszystkim, to popadają w prostrację. Bardzo nieciekawe typy, które zapełniają całą Ziemię.
Najgorsze jednak jest to, że frustraci mają tendencję do jednoczenia się, zakładania różnego rodzaju ruchów masowych, partii, kolektywów dzielących najdziwniejsze poglądy. Wynika to z nieuświadomionego przez frustrata podstawowego pragnienia, które konstytuuje całą jego osobowość – pragnienia ucieczki od własnego ja. Ja to boląca rana we wnętrzu frustrata, wyjąca bezsensem pustka, coś, czego chce się pozbyć, zagłuszyć w tłumie podobnych mu nieudaczników. Frustrat marzy tylko o jednym – by uciec od siebie.
Stąd też bierze wielka podatność frustratów na mistyfikacje i kłamstwa. Miast poszukiwać prawdy wolą imitować innych, im podobnych, równie jak oni łatwowiernych. Frustrat bowiem uwierzy w największą niedorzeczność, która – jak mu się wydaje – pozwoli choćby na chwilę zapomnieć o miałkości i nicości jego ja. Dlatego frustraci uwielbiają teorie spiskowe. Dają one im poczucie czegoś wielkiego, co oni właśnie przed chwilą odkryli, obejrzawszy parę filmów w internecie. I na tym odkryciu osadzają siebie, bowiem nie mają żadnego ja.
Frustrat to taki spaczony mistyk. Mistyk dąży do wyzwolenia się od własnego ja, frustrat również tego pragnie. Jednak w przypadku frustrata droga, jaką obiera do osiągnięcia swojego celu jest nawet nie tyle fałszywa, co przeciwskuteczna. Ostatecznie bowiem w tłumie na wiecu partyjnym czy w klubie dyskusyjnym racjonalistów (raz byłem na czymś takim, niczym się nie różnią od klubu zwolenników płaskiej Ziemi, tak więc nie polecam, w obu przypadkach to zgromadzenie totalnych frustratów), znowuż odnajduje tylko swoje malutkie, sfrustrowane, zagubione ja.

O religii i wieczności

Religia, a zwłaszcza religia chrześcijańska, pełna jest słów o wieczności. Próbuje osadzić wartość przemijalności w czymś niezmiennym, zwanym Bogiem. Nie może jednak zaprzeczyć doświadczeniu,
które jest nieustannym przepływem i zmiennością, więc ową wieczność i niezmienność widzi poza światem. „Wieczny odpoczynek racz im dać panie, a światłość wiekuista niechaj im świeci”. Te, i tysiące im podobnych słów, od wieków programują umysły wierzących. Nic nie mam przeciwko różnego rodzaju eskapizmom, więc i ucieczka w domniemaną wieczność może być wyjściem dla wielu.
Są jednak ludzie, którzy umieją spojrzeć na ów chrześcijański eternalizm w sposób trzeźwy. Nawet jeśli są bardzo młodzi. Tak było w przypadku mojego syna, który dziś właśnie kończy czterdzieści lat. Wszystkiego najlepszego Arturze! Opowiedzmy zatem historię z nim związaną. Był rok 1997, Artur miał jedenaście lat. W tymże to roku zmarła Matka Teresa. Oglądaliśmy razem film dokumentalny poświęcony jej osobie i działalności. Po zakończeniu oglądania Artur, który nigdy nie miał za dużo wspólnego z religią, a więcej ze zdrowym rozsądkiem, filozoficznie podsumował: „Chrześcijaństwo uważa życie za tak ciężkie, że należy się po nim wieczny odpoczynek”.
Trudno o lepsze streszczenie tego, czym jest owa religia niewolników, marzących przez całe życie o odpoczynku, najlepiej wiecznym. Jakże inaczej rysuje się na tym tle buddyzm, mający u swego źródła doświadczenie księcia Gautamy. W buddyzmie ten, który osiągnął wyzwolenie zwany jest arhatem, co można przełożyć jako „szlachetny”. Słowo to oznacza człowieka, który nie ucieka od ludzkiej kondycji – jak chrześcijanie – ale ją przezwycięża w szlachetnym zmaganiu. Kondycję arhata uzyskuje się w tym życiu, nie w jakimś wyobrażonym życiu wiecznym. Jedyna wieczność dostępna człowiekowi to chwila teraźniejsza. Wszelkie inne wyobrażania o wieczności, jak te chrześcijańskie, są jedynie ucieczką od życia.
Historia ludzkości to historia wielkich błędów. Niektóre trwają tysiące lat, inne parę dekad. Błędne idee opętują ludzkie umysły, sprowadzając na ludzi cierpienie. Jednej idei nie da się zaliczyć do kategorii takich błędów, bo nie jest ona ideą. To po prostu stan czystego umysłu, nie lgnącego do niczego, wyzutego z wszelkich wyobrażeń. Wtedy nie ma cierpienia i nie ma wyzwolenia z cierpienia, nie ma kresu i nie ma początku, nie ma mądrości ani lęku. Osiągnięcie takiego stanu wcale nie takie trudne. Wystarczy w nic nie wierzyć. To uwalnia i wyzwala od wszelkich błędów. Wystarczy sobie powiedzieć: „Wszystkie moje myśli są iluzją”.

O samotności

Cyceron przytacza słowa Scypiona Afrykańskiego: „Nigdy nie byłem mniej samotny niż w chwilach samotności”. Koan godny mistrza zen. Wszystko wskazuje na to, że Scypion opanował trudną sztukę obcowania ze sobą. Ludzie, jako zwierzęta stadne, zwykle źle znoszą dłuższą nieobecność osobników swojego gatunku. Są jednak tacy, nie będący dziwakami czy szaleńcami, którzy największą wartość w swoim życiu widzą w byciu sam na sam ze sobą. Ich wnętrze jest na tyle uporządkowane, tak dobrze znają siebie, że nigdy nie czują się samotni. Wprowadzili porządek do swojego mentalnego gospodarstwa i czują się w nim dobrze. Są oni przeciwieństwem nie tylko zwykłych ludzi, zagubionych, pogrążonych w chaosie, ale też i przysłowiowego, nieszczęsnego pustelnika, którym zawładnęły jego myśli i wyobrażenia tak bardzo, że trudno go nazwać samotnym.
No dobrze, ale Scypion raczej nie był mistrzem zen. Spójrzmy zatem na kwestię samotności bardziej radykalnie. Buddyzm mówi o istotach zwanych pratjekabuddami, czyli samoistnie powstałymi. Pratjekabudda jest wyzwolony, i nie potrzebował nauczyciela, by się wyzwolić. Sam również nie naucza. Przebywa w samotności medytując. Osiągnął stan arhata, czyli urzeczywistnił nieistnienie indywidualnego ja, podobnie rozpoznał pustkę wszystkich rzeczy. Nie możemy więc w sensie właściwym mówić o nim, że spędza czas w samotności, bo w jego grocie nie ma nikogo, kto by był samotny. W jednej z sutr buddyjskich pratjekabuddów określa się jako „szlachetnych spośród ludzi, wolnych od rozpaczy i pragnienia, którzy pokonali swe namiętności i osiągnęli osobiste oświecenie”.
Teraz już wiemy, co przeszkadza nam w byciu prawdziwie samotnymi. To nasze myśli, pragnienia, namiętności, lgnięcie do rzeczy zewnętrznych, ruminowanie spraw sprzed wielu lat nawet wtedy, gdy siedzimy w najgłębszej ciszy w grocie na szczytach Himalajów. Słowem, nie możemy być prawdziwie samotni dopóty, dopóki nie przestaniemy przejmować się całą naszą wewnętrzną menażerią mentalną. Boimy się, że wtedy znikniemy, ale nie, gdy ugruntujemy się poza myślami, uzyskamy spokój i radość w samotności. Wspomniany przeze mnie pod koniec pierwszego akapitu pustelnik nie umiał tego zrobić. Nie wiedział, że prawdziwa i najwyższa samotność to nieobecność siebie. Tylko te chwile, w których nie ma mnie, są najszczęśliwsze.