O nerwicy i sacrum

C.G. Jung napisał kiedyś nader enigmatyczne zdanie: „Nerwica to obrażony Bóg”. Jak to możemy zrozumieć? Popatrzmy na fenomenologię nerwicy. Nerwica manifestuje się jako wewnętrzny Głos, bezwzględny i okrutny. Potrafi powiedzieć straszne rzeczy, zmusić do dziwnych zachowań. Głos odcina osobę znerwicowaną od rzeczywistości, odcina od relacji z innymi ludźmi. Osoba neurotyczna traci całkowicie dystans do siebie i wyzbyta jest absolutnie poczucia humoru. Liczy się tylko On. Trudno nie porównywać tego Głosu do bezwzględnego głosu Jahwe, który lubował się w nakazach i zakazach, a jedyną argumentacją z jego strony była groźba kary. Głos też grozi, najczęściej najbardziej absurdalnymi karami. To jest sakralny wymiar nerwicy.
Według Freuda nerwica kompulsywna jest karykaturą religii. Jego podejście jest jednak redukcyjne. Jung natomiast w jednym z listów napisał, że głównym przedmiotem jego pracy nie jest leczenie nerwic, lecz raczej stosunek jego pacjenta do sacrum. Jest tak dlatego, że prawdziwą terapią jest tylko praca na poziomie sacrum, bo sama choroba jest manifestacją sacrum, obrażonego Boga. A Bóg to kompleks wyobrażeń, który niesie ze sobą najwyższą energię, dominującą nasz działanie i myślenie.
Obraz Boga jest symbolicznym wyrazem pewnego psychicznego stanu lub funkcji, która charakteryzuje się tym, że bezwarunkowo dominuje nad świadomą wolą podmiotu i dlatego może wymusić lub umożliwić czyny i osiągnięcia, których spełnienie byłoby niedostępne świadomemu wysiłkowi. Jest to bardzo dobrze widoczne w fenomenologii nerwic. Pozytywnym aspektem nerwicy jest doświadczenie tego, że Bóg istnieje. Czeka nas jednak praca jaką musimy podjąć, a która ma nas doprowadzić do nawiązania dobrych relacji z Bogiem, czyli nieświadomością. Wtedy Bóg nam pomaga, zamiast się na nas obrażać. O takiej pracy opowiada Księga Hioba i dzieło Junga Odpowiedź Hiobowi.
Jak bowiem mówi Jung, podejmujemy tą pracę w nadziei, że „z głębi duszy, z której pochodzi cała destrukcja, wyrośnie także ratunek”. Że pojawią się pomocne wyobrażenia, wrodzone duszy ludzkiej, zaktywizują się archetypy, obejmując przewodnictwo i dusza stanie się autonomiczna. Wtedy już nie będzie musiała słuchać Głosu, bo pojawią się na przykład znaczące sny, będące leczącym przekazem od Jaźni do świadomości. Dają one obiektywny obraz sytuacji psychicznej danego człowieka, wyzwalając go z izolujących i egocentrycznych sił nerwicy – bez których jednak nie doszło by do wyzwalającego poznania. Takie enancjodromijne odwrócenie jest trudne i rzadkie, ale możliwe.

O ciszy Nowego Roku

Zwykle w pierwszym dniu Nowego Roku słucham w południe koncertu filharmoników wiedeńskich. Nie ukrywam przy tym, że czekam zawsze na kończący koncert marsz Radetzky’ego, który wnosi dużo witalnej energii do mojej duszy. Mam jeszcze jedno muzyczne przyzwyczajenie noworoczne. Gdy wstaję wcześnie, co mi się ostatnimi laty często zdarza, słucham „New Year’s Day” zespołu U2. Utwór rozpoczyna się od słów: „All is quiet on New Year’s Day”. Tak, patrzę zwykle wtedy przez okno, sycę się ciszą i spokojem. Rozpoczął się Nowy Rok, a tu, o poranku, jest tak spokojnie. Niczym cisza przed burzą, jaką będzie ten nowy rok, ale której ta wczesnoporanna godzina jeszcze nie zapowiada.
Pod koniec piosenki słyszymy:„Nothing changes on New Year’s Day”. Tak, ten dzień jest wyjątkowy, mimo iż jest tylko konwencją. Zarazem jest nowy i jednocześnie nic się w nim nie zmienia. Jest tylko okazją, by pomyśleć o czymś nowym, co jednak nie musi nastąpić już teraz. Nie, mamy cały rok na to, by w naszym życiu pojawiło się coś nowego. Czasem przyniesie to los, czasem my sami będziemy starali się nieudolnie naśladować jego dzieła, pragnąc, niczym niecierpliwe dzieci, przyśpieszyć bieg zdarzeń, które i tak nastąpią same z siebie, bez żadnych wysiłków z naszej strony.
Tak czy inaczej, są momenty w życiu człowieka, czy społeczności, które charakteryzują się odmienną jakością. Takim momentem jest dzień Nowego Roku. Jak mawiali kabaliści, czas jest formą odlewniczą rzeczywistości. A to znaczy, że nie jest tylko ulotnym przepływem chwil, bo są chwile, które się liczą i tworzą to, kim jesteśmy. Mogą one być rytualne, jak Nowy Rok, mogą też być indywidualne, jak pierwsze rzeczy, które zrobiliśmy w swoim życiu. O nich właśnie myślę on New Year’s Day.

O dopasowaniu

Laozi mówił, że jak masz dobrze dopasowane buty, to ich nie czujesz. Podobnie jest z człowiekiem, gdy jest dobrze dopasowany do świata i żyje w zgodzie z tao, świat go nie czuje. I to jest według taoizmu podstawa sztuki życia – by tak w nim funkcjonować, jakby nas nie było, płynąć z nurtem rzeczywistości. Wtedy, jak mawiał pewien psychoterapeuta, dajemy światu odpocząć. Nie narzucamy się innym, nie zawracamy im głowy naszymi problemami. Ba, nawet tych problemów nie mamy, bo nie ma nas.
Nieraz uczestniczyłem w rozmaitych grupowych spotkaniach, terapiach i warsztatach. Dało mi to znakomitą okazję do obserwowania ludzi, którzy przychodzili na takie spotkania (bo moja dusza filozofa uwielbia obserwować). Niektórzy przynosili ze sobą swoje problemy i uważali, że wszyscy dookoła się będą nimi zajmować. Sami jednak byli do tego najmniej skłonni. Z czasem zacząłem podejrzewać, że wcale im nie chodzi o poprawę ich funkcjonowania psychicznego. Nie, zdawali się być wyznawcami zasady: „Cierpię, więc jestem”.
Wiem, po to istnieją różne rodzaje pomagania, by różnym ludziom pomagać. Taka lub inna interwencja, taka lub inna praca zawsze może pomóc, albo nie. Jednak postawa jaką zajmowali ci ludzie to odwrotność postawy taoistycznej. Chcą by to świat się do nich dopasował, a nie oni do świata. Boją się uwolnić od swoich problemów, bo boją się, że wtedy sami znikną. Nie wiedzą, że nieistnienie też ma swoje dobre strony. Na przykład każda przemiana jest zniknięciem, jest odejściem tego, co stare i pojawieniem się czegoś nowego.
Tak więc z jednej strony mamy setki tysięcy ludzi szukających pomocy, a z drugiej całe zastępy pomagaczy wszelkiego sortu. W Polsce obecnie studiuje psychologię 82.000 osób! Jest popyt i jest podaż. Czy jest się jednak z czego cieszyć? Większość terapii i zabiegów pomocowych ma dosyć ograniczoną skuteczność, a jednym z powodów tego jest – moim zdaniem – że klienci tak naprawdę nie chcą dać sobie pomóc. Nie chcą się zmienić, a tylko wygodniej trzymać głowę ponad poziomem szamba, jakim jest ich życie.

Jest takie stare powiedzenie, że terapeuta może pomóc swojemu klientowi tylko wtedy, gdy klient tego chce. Jest szczególnie wyraźne w takim rodzaju pomagania, jakim jest filozofia. Nikogo nie przekona się do filozofii, jeśli tego nie chce. Gdy mówię o filozofii mam na myśli filozofię praktyczną, a nie akademickie rozważania. Zatem, jeśli ktoś pozna filozofię, która mu odpowiada, to będzie ją poznawał cały czas, po to by zniknąć, by dać odpocząć sobie i światu. I będzie to czynił z własnej, nieprzymuszonej woli, bez zachęty z zewnątrz i bez obciążania swoimi problemami kogokolwiek. Istotą życia filozoficznego jest bowiem branie odpowiedzialności za siebie.
C.G. Jung zrobił kiedyś ciekawą ankietę. Zapytał korespondentów do kogo by się udali, gdyby mieli trudności psychologiczne, do lekarza czy do kapłana? Odpowiedzi były zróżnicowane ze względu na wyznanie korespondenta. Nie interesują nas tu szczegółowe wyniki, ale to, że Jung otrzymał też odpowiedź od jednego Chińczyka: „Kiedy byłem młody, chodziłem do lekarza, teraz, kiedy jestem stary, udaję się do filozofa”.
Przypomina to nieco moją historię. W wieku dwudziestu, dwudziestu paru lat byłem na terapii indywidualnej i trzy razy na terapeutycznych wyjazdach grupowych. Czy mi to coś dało? Raczej nie, czasem było ciekawie, a czasem żałośnie. Od tamtych czasów już nigdy nie wpadłem na pomysł, by udać się do terapeuty. A teraz, gdy jestem stary, powinienem, idąc za przykładem owego Chińczyka, iść do filozofa. Ale cóż, sam nim jestem i codziennie udaję się sam do siebie na rozmowę i rozważania nad życiem.

O braniu na serio

Bertrand Russell stwierdził kiedyś: „Na świecie jest zbyt wielu ludzi wierzących w zbyt wiele rzeczy i, być może, najwyższa mądrość zawiera się w zdaniu, że im mniej spraw bierzemy serio, tym mniej wyrządzamy zła”. Za takie słowa kochamy filozofów. Mają oni – oczywiście nie wszyscy, bo spora część tego stadełka jest wręcz uzależniona od swoich poglądów – dystans do swoich słów i myśli, w przeciwieństwie do ludzi pogrążonych we własnych chaotycznych przebiegach mentalnych, które tylko z trudem można nazwać myśleniem, którzy jednak biorą je na poważnie i całkowicie się z nimi utożsamiają.
Branie na serio swoich myśli to nic innego jak nader rozpowszechniona odmiana choroby psychicznej. Cierpi na nią większość populacji homo sapiens. Mało tego, nie tylko biorą oni swe myśli na poważnie, ale też częstują nimi innych. Nie ma nic bardziej żałosnego jak obserwacja przedstawicieli gatunku homo sapiens, którzy bezrefleksyjnie, z niesamowitą powagą wypowiadają to, co burczy im w czaszce.
Refleksja polega na tym, że jesteśmy świadomi, iż możemy się mylić, że nasz ogląd rzeczywistości jest i zawsze pozostanie cząstkowy, niepełny i ułomny. Ja także nie wiem, czy to, co tu piszę jest zasadne czy też nie. Ponieważ jednak nie chcę wyrządzać więcej zła, zostawiam te parę słów tutaj. Człowieka trudno zmusić do refleksji, już łatwiej zmusić go pod lufą karabinu do rozstrzelania swojego bliźniego.
Mamy pod czaszką niecałe półtorej kilograma najbardziej skomplikowanej i złożonej materii w znanym nam wszechświecie. Nazywa się to mózgiem. Zwykle go nie wykorzystujemy nawet w skromnym ułamku, bo jesteśmy nieomal całkowicie nieświadomi. Jak mawiają współcześni badacze, nasza świadomość jest niczym szympans za sterami Jumbo jeta, który naciska kolorowe światełka i wydaje mu się, że steruje lotem. Ale to tylko jego iluzja, bo samolot leci na autopilocie zwanym nieświadomością. Bycie nieświadomym to naturalny stan ludzkiego umysłu, a wyprowadzenie go z tego stanu to ciężka i niewdzięczna praca.

O końcu świata według Walentyna

Jeden z największych mistrzów gnozy. Urodzony w Egipcie, w drugim wieku naszej ery, zdobył wykształcenie w Aleksandrii, następnie udał się do Rzymu, gdzie nieomal nie został jego biskupem. Szkoda, chrześcijaństwo by było ciekawsze. Protekcjonalnie wypowiadał się o ortodoksach, z czego możemy wnosić, że był zdegustowany taką formą chrześcijaństwa w jakiej wyrósł. Z jego poetyckiej duszy wyłonił się wyrafinowany system mitologiczny mówiący o wewnętrznej tragedii w łonie samego bóstwa, o zakłóceniu, które przytrafiło się Absolutowi i spowodowało rozpad Pleromy. Będąca wynikiem tego rozdarcia niewiedza stanowi substancję naszego świata, który jest cierpieniem. Zbawcza gnoza doprowadza rozproszone cząstki boskości z powrotem do jedności. Ponieważ materia jest u Walentyna wynikiem niewiedzy, można przypuszczać, że wraz z oświeceniem ostatniego pneumatyka ten świat ulegnie unicestwieniu.

Świat bowiem ginie nie tylko wtedy, gdy umiera ciało, ów nędzny pojazd hylika. Ginie też wtedy, gdy się od niego wyzwalamy, w najlepszym buddyjskim stylu. Gnoza właśnie na tym polega, na śmierci dla tego świata i na śmierci tego świata. Wiedzieli o tym gnostycy, buddyści, jogini. W klasycznej jodze Patańdżalego znajdujemy kategorię dżiwanmukty, czyli osoby wyzwolonej za życia. Prawzorem dżiwanmukty był Budda, który osiągnąwszy nirwanę w wieku 35 lat, umarł dla życia. Także w chrześcijaństwie znajdujemy taką ideę: „Kto chce znaleźć swe życie, straci je, a kto straci swe życie z mego powodu, znajdzie je” (Mt 10, 37). W tantrze proces wyzwolenia jest tożsamy z procesem dekreacji kosmosu, resorpcji kosmicznej poprzez odwrócenie manifestacji, zwanej całkowitym odwróceniem (paravritti).

Ludzie umierają, umierają też światy. Mistyk jest tym, który umarł dla spraw tego świata. Gnostyk podobnie, żyjąc w tym świecie jest dla niego obcy. Gdyby wszyscy ludzie byli gnostykami, ten świat w pewnym sensie przestał by istnieć. Niestety nie są. Traktują ten świat tak serio, że obecnie rysuje się poważna groźba, iż sczeźnie on w atomowej pożodze, wzbudzonej przez hyliczne pragnienia ludzi. Dlatego wolę koniec świata wedle Walentyna. Koniec, który polega na tym, że najbardziej świadome jednostki się z tego świata wypisują.

O sensie i bezsensie

By zrozumieć jakieś pojęcie trzeba poznać jego właściwe przeciwieństwo. Pisałem już o tym, czym jest sens, ale nie zastanawiałem się dotąd, czym jest bezsens? Jak napisał C.G. Jung: „Duchowe wahadło kołysze się między sensem a bezsensem, nie zaś między tym, co prawdziwe, a tym, co fałszywe”. Nie są zatem najważniejsze moralne oceny tego, co dobre i złe, ale nasze poczucie, czy to co robimy ma sens czy też nie.

Ja uwielbiam robić tylko to, co ma sens – na przykład mówić do ludzi zainteresowanych moim przekazem. Gdy widzę przed sobą znudzone studenckie twarze, odpada mi cały sens mojej pracy. Czy jest coś bardziej bezsensownego niż mówienie do ludzi, którzy cię nie słuchają? Oni też zapewne nie widzą sensu w swoim studiowaniu. I tak oto jeden bezsens indukuje drugi bezsens. Trudno mi nie zauważyć, że na tym polega prawie całe życie większości ludzi.

Ogólnie rzecz ujmując jesteśmy sfrustrowani – czyli nie widzimy sensu życia – wtedy gdy postrzegamy niezgodność biegu naszego życia z porządkiem naszych myśli. Gdy naiwnie myślę, że studenci mogliby być czymś zainteresowani, wtedy porządek moich myśli rozbiega się z porządkiem mojego doświadczenia. Dlatego coraz bardziej lubię prowadzić zajęcia dla osób dorosłych, które dobrowolnie przychodzą na moje wykłady.

Ale cóż mam począć z pewnym poglądem filozoficznym bardzo mi bliskim, czyli z taoizmem? Richard Wilhelm przetłumaczył tao w swoim przekładzie Tao te king jako sens. Może zatem nie rozumiem tao, czyli sensu, kryjącego się nawet w znudzonych twarzach studentów? Przecież nie można odpaść od tao. Może to tylko mojej ograniczonej świadomości coś pojawia się jako bezsens? Takim pytaniom nie ma końca – i one nadają sens mojemu życiu.

O wolności i bezpieczeństwie

Mamy tylko jedno miejsce, w którym możemy się poczuć prawdziwie wolni, a jest nim nasz umysł. Nieco paradoksalnie jednak jesteśmy wolni tylko wtedy, jeśli uwolnimy się od wszystkiego, co umysł stwarza, ciągle powtarzając sobie, w niezwykłej niezależności od jego nawykowej działalności: „nie wiem”. Wszelkie myśli, pojęcia, wrażenia, uczucia – to wszystko jest narzędziem naszego zniewolenia. Średniowieczny mistyk, Mikołaj z Kuzy, mówił obrazowo, że musimy „zwymiotować wszystkie pojęcia”. Buddyzm natomiast twierdzi, że tym, co nas trzyma w samsarze jest nieustanna konceptualizacja. Jedyną wolnością jest czysty umysł.

Nie chcemy się jednak pozbywać treści naszego umysłu. Jest tak z bardzo prostego powodu – dają one nam poczucie bezpieczeństwa, są czymś znanym, czymś do czego nawykliśmy. To poczucie bezpieczeństwa bierze się z identyfikacji z myślami, z lgnięcia do nich i uznawania ich z nasze prawdziwe ja. Niczym śmierdzący i zawszony, ale własny barłóg, tworzą one znany nam świat, pełen cierpienia, ale jednak znany. Boimy się tego, co jest poza naszym ulubionym zestawem myśli. Jak mówi stare powiedzenie, lepsze jest znane piekło niż nieznane niebo. Wszystko czego pragniemy, czego pożądamy, ogranicza naszą wolność. A zwłaszcza przywiązanie do naszego ja.

Wolność to to, co nieznane. Wolność to wolność od znanego, jak mawiał Krisznamurti. Wolność wiąże się zatem z odwagą, z męstwem bycia. Nie należy jednak jej mylić ze swobodą. Swobodny może być i pies, kiedy zostanie spuszczony ze smyczy i skacze po łące, bo czuje brak ograniczeń. Ulega każdemu impulsowi, biegnie za każdym zającem. Bycie wolnym to przeciwieństwo tak pojętej swobody, to panowanie nad sobą, nad swoimi myślami i uczuciami. Grecy nazywali to enkrateia, co można by przełożyć jako wewnętrzną władzę nad samym sobą.

Wolność to też przeciwieństwo bezpieczeństwa, które odczuwa pies prowadzony na smyczy przez swego pana i karmiony w domu po powrocie ze spaceru. Człowiek wolny jest odpowiedzialny za swoje życie, bo je tworzy. Wolność to autokreacja, przekraczanie uwarunkowań, poszukiwanie sensu w życiu. Panując nad sobą, czyli będąc wolnym, tworzę swoje życie, na tyle, na ile jest ono zależne ode mnie, jak słusznie podkreślali stoicy. Bądźmy wolni, twórzmy, przekraczajmy siebie. Życie samo w sobie jest niebezpieczne, więc nie bądźmy zachowawczy.

Bezpieczeństwo przypomina port, w którym statek może spokojnie przeczekać sztorm. Wolność to morze, oferujące nieskończone perspektywy, ale czasem burzliwe. Jak to ujął Erich Fromm: „Człowiek, zdobywając coraz więcej wolności w sensie wyzwalania się z pierwotnej tożsamości z naturą i wyodrębniając się jako jednostka, staje wobec konieczności wyboru: albo zespoli się ze światem w spontanicznym akcie miłości i twórczej pracy, albo będzie szukał bezpieczeństwa w takiej więzi ze światem, która oznacza utratę wolności i dezintegrację własnej osobowości”. Dokładnie tak: albo będziemy kochać i tworzyć, albo zgnijemy w grajdołku bezpieczeństwa. Wybór należy do nas.

O małpim cyrku życia

Marie Louise von Franz w swojej książce Alchemia. Wprowadzenie do symboliki i psychologii zawarła bardzo ciekawą uwagę : „W tych boskich momentach, gdy coś się przejaśnia, wykracza się poza przeciwieństwa i cierpienie. Zazwyczaj to tylko krótkie momenty, ale jeżeli pracuje się nad sobą wystarczająco długo, kamień powoli rośnie i staje się coraz bardziej solidnym jądrem osobowości, która przestaje brać udział w małpim cyrku życia”. Kamień, o którym tu pisze von Franz, to kamień filozoficzny. Symbolizuje on w alchemii skrystalizowane jądro osobowości, stałe i niezmienne w przemianach życia.

Dzięki temu jądru nie musimy już uczestniczyć w czymś, co jest najbardziej żałosnym aspektem naszego życia, w owym „małpim cyrku życia”. Wedle starej hinduskiej opowieści nasz umysł przypomina małpę, która nieustannie skacze z gałęzi na gałąź, nie mogąc uspokoić się ani na chwilę. W miarę integracji swojej osobowości możemy już sobie owo skakanie odpuścić, spocząć w stabilnym oglądzie świata. Dzięki temu wyzwalamy się od cierpienia, jakim jest nieustanne, „małpie” podążanie za zmianami.

Zauważyłem, że wielu ludzi marzy o czymś, co da im taką stabilność. Ostatnio parę osób w czasie zajęć i rozmów mówiło mi o prawdzie, która na pewno gdzieś tam jest, ale trudno do niej dotrzeć. Ta prawda jest niczym innym, jak dostępną im nazwą na owo stabilne jądro osobowości. Wypowiedzi tych osób były całkowicie chaotyczne i prawie niezrozumiałe dla mnie. Czułem tylko, że ich umysły, całkowicie pogrążone w „małpim cyrku życia” pragną czegoś, czego jednak nie potrafią osiągnąć z powodu swej słabości.

A najgorsze jest to, że to pragnienie konkretnej „prawdy” jest najbardziej skuteczną przeszkodą w dotarciu do niej. Oparte jest bowiem na iluzorycznym wyobrażeniu, doprawdy nie wiem skąd wziętym, a dotyczącym tego, czym owa „prawda” by być miała. To odwieczne marzenie ludzkości, które zaowocowało niezliczonymi religiami, filozofiami i ideologiami. To także nieuleczane schorzenie ludzkiej świadomości, która swoim słabym światełkiem zawsze chce coś „ustalić”. Nie, dotarcie do czegoś trwałego wymaga o wiele większego wysiłku niż tylko intelektualne dywagacje. Prawda jest poza słowami.

O śmierci

Za dwa dni będę prowadził warsztat poświęcony śmierci i żałobie. Chciałoby się powiedzieć, że śmierć to dla filozofa wiecznie żywy temat. Jego nieustanne naświetlanie i rozważanie jest kołem napędowym filozofowania. A co jest zadaniem filozofa? Dostarczenie innego niż potoczny sposobu patrzenia na sprawy tego świata, zmiana percepcji. Spróbujmy zatem zrobić to w przypadku śmierci.

Spójrzmy na śmierć jako na przebudzenie się z życia. Budzimy się w śmierci z tego, co uważamy za siebie, w momencie śmierci odpada od nas fundamentalna iluzja naszego ja, które chce żyć wiecznie, pragnie być stałe i niezmienne. Śmierć to zatem najbardziej radykalna zmiana w naszym życiu, Umierając stajemy się tym, czym zawsze byliśmy, wyłączając te kilkadziesiąt lat czasu zwanego życiem.

Żyjący obserwują śmierć z zewnątrz. Daje im to jej zniekształcony obraz – jako zniknięcia, nieobecności, braku. Natomiast śmierć przeżywana od wewnątrz jest przejściem do przynależnego nam wszystkim stanu nieistnienia. Nikt z czytających te słowa nie istniał w roku 1900, nikt nie będzie istniał w roku 2100. Jedno i drugie nieistnienie jest dokładnie tym samym.

Życie to narodziny i śmierć. Te słowa opisują pełny cykl istnienia i nieistnienia. Poza nim nie ma nic. Rodzimy się, wychodząc z nicości i umieramy, wracając do nicości. Życie obejmuje sobą także śmierć. I tym ona jest – odejściem od bolesności istnienia, przebudzeniem z życia. Warto tu przypomnieć słowa z Tybetańskiej Księgi Umarłych: „Szlachetny synu! Oto przyszedł na ciebie czas tego, co nazywamy śmiercią”. A na Śląsku mówią prosto: „Zmarło mu się”.

O bezmyślnym życiu

„Bezmyślnym życiem żyć człowiekowi nie warto”. To Sokrates Platona w dialogu Obrona Sokratesa. Bardziej dosłowne tłumaczenie brzmiałoby: „Życiem nie przebadanym żyć człowiekowi nie warto”. Do tego zachęca Sokrates – do badania swojego życia, przyglądania się mu, poddawaniu refleksji, baczeniu na wszystkie jego chwile. Trudno nie zauważyć, że Sokrates wzywa człowieka do tego, co dziś nazywa się uważnością. Wbrew potocznym poglądom, głoszącym że filozofowie błądzą głowami w chmurach i są odcięci od rzeczywistości, Sokrates pokazuje, iż istotą filozofowania jest nieustanne zważanie na swoje życie. Nazywa to troską o duszę. Zważając na bieg naszego życia badamy każdy jego moment, nie pozwalamy, by umknął on w niepamięci i negatywnie wpłynął na nasze postępowanie.

Sanskryckie słowo smriti, które jest tłumaczone współcześnie jako uważność, oznacza wyjściowo pamięć. Gdy jesteśmy uważni, pamiętamy, a gdy pamiętamy, jesteśmy uważni. To samo znaczenie pobrzmiewa w sokratejskim badaniu życia. Czy zawsze pamiętamy o tym, czy zamknęliśmy drzwi? Czy pamiętamy czy zakręciliśmy wodę przed wyjściem? Jeśli nie pamiętamy takich drobnych spraw znaczy to, że nie byliśmy uważni w chwili, gdy je robiliśmy. Że byliśmy wtedy pogrążeni w swoich myślach, zamiast być tu i teraz. Może nam się wydawać, że Sokrates wzywa nas do jakiś wielkich i poważnych spraw w naszym badaniu życia, ale uważność zaczyna się od tego, co najmniejsze.

Czym jest zatem życie bezmyślne? Nieco paradoksalnie to zabrzmi, ale jest to życie pełne myśli, które przebiegają przez głowę i unoszą umysł poza granice rzeczywistości. Najbardziej bezmyślne życie prowadzą ci, którzy cierpią na mentalną biegunkę; którzy wpierw pomyślą, a potem dopiero się zastanawiają – albo i nie – co pomyśleli. Życie bezmyślne prowadzą ci, co dają się porwać rzygliwej rzece bełkotu, jaka wypełnia ich głowy. I nawet nie tylko głowy, bo owo myślowe szambo wylewa się z ich ust i zalewa innych. Ostatnią myślą, jaka mogłaby przyjść im do głowy, jest ta, że mogliby nie myśleć i nie gadać. Niestety, myśli mają to do siebie, że opętują słabe umysły, podporządkowują je sobie niczym pasożyty.

Badajmy zatem swoje życie, badajmy swoje myśli. W buddyjskiej metaforze nasze myśli są niczym obłoki przepływające na niebie. Możemy na nie spoglądać, obserwować, badać, ale nie jesteśmy nimi. Ci, którzy prowadzą życie bezmyślne – że po raz kolejny powtórzę – są przekonani, że są swoimi myślami, dają się im porwać i podążają za nimi. A tymczasem życie ich omija i biegnie gdzieś w oddali, pozostawiając naszych „myślicieli” za sobą, wyzutych z sensu i radości. Chcesz być szczęśliwy? Przestań się czepiać swoich myśli, lgnąc do nich jak do jedynej rzeczywistości, bo są one niczym innym jak nieciekawym, niewartym nawet najmniejszego zainteresowania gównem, czczą gadaniną, pełną wrzasku i idiotycznych skojarzeń, niosącą tylko ból i cierpienie.