Archiwa miesięczne: Grudzień 2022

O zmianie i wolności

Viktor Frankl pisze w swej klasycznej książce Człowiek w poszukiwaniu sensu: „W sytuacji, której nie jesteśmy w stanie zmienić, stajemy przed wyzwaniem, które brzmi: zmień samego siebie”. Nie możemy zmienić tego, jak funkcjonuje ten świat. Nasza wolność w większości przypadków ogranicza się tylko do obrębu nas samych. A to znaczy, że w każdej sytuacji możemy zareagować tak, by uchronić swoją wolność i sens życia. Tak, by nie wejść w rolę bezwolnej ofiary, przytłoczonej tym, co nas warunkuje. I jak pokazuje Frankl, ta zmiana postawy wobec zewnętrznych wydarzeń i sytuacji jest możliwa nawet w obozie koncentracyjnym. Tym bardziej możemy ją zmienić w zwykłych okolicznościach życia, w relacji z kochaną osobą, z bliskimi, w pracy. Zawsze mamy wybór. Stoickie hasło „Drzwi są zawsze otwarte” można odnieść nie tylko do opuszczenia tego świata w akcie samobójstwa, w którym to kontekście zostało ono ukute. Nie, w każdej sytuacji naszego życia drzwi wolności są zawsze otwarte. Zawsze możemy zmienić swoją postawę wobec tego, co nam się przydarza. W cyklonie, jakim jest nasze życie, zawsze istnieje jego spokojne, ciche i wolne centrum, do którego możemy się odwołać i powiedzieć wszelkim zawirowaniom losu: „Zareaguję inaczej”. Albo, jak to napisał Albert Camus: „W odmętach zimy zrozumiałem, że w moim wnętrzu kryje się niezwyciężone lato”.

Nie tylko egzystencjalizm i stoicyzm mają podobną odpowiedź w kwestii fundamentalnej możliwości zmiany, opartej na wolności. Także buddyzm, ustami tantrycznego mistrza Milarepy, mówi: „Twoim problemem nie jest sansara, lecz twój stosunek do niej”. Według tantry sansara i nirwana to jedno, gdyż ostatecznie nirwana to nic innego jak dogłębne poznanie sansary, rozpoznanie jej prawdziwej natury. Buddyjska filozofia pustki (śunjata) jest wyrazem tego poznania. Twierdzi ona, że możliwa jest trwała zamiana percepcji, dzięki której rozpoznajemy zjawiska jako współzależne i nie posiadające trwałej istoty. A to oznacza, że możliwa jest wolność, że możliwa jest zmiana. Zamiast o pustce można zatem mówić o pełni, nieograniczonej możliwości zmiany. Puste jest także ja, i to chyba najważniejszy aspekt tej nauki, bowiem pustka ja oznacza możliwość zmiany przez odpuszczenie lgnięcia do niego, rozpoznanie go jako tylko konceptu i osiągnięcie nirwany – czyli innego stosunku do sansary, już nie zniekształconego przez ja, wolnego od ja.

O introwersji, ekstrawersji i miłości

Wedle koncepcji Junga introwertycy pragną władzy i kontroli nad obiektami, które – jak im się wydaje – stanowią dla nich zagrożenie. Ekstrawertycy natomiast wychodzą do obiektów i czerpią z nich przyjemność. To zróżnicowanie odbija się w podejściu do miłości i związków u obu typów. I wygląda to na pierwszy rzut oka nieco paradoksalnie. Introwertyk zachowuje rezerwę wobec obiektu uczuć, ale dąży to tego, by się zakochać. Stan zakochania daje mu bowiem iluzję kontroli nad obiektem uczuć. Jakże pożądaną, ale tylko iluzję (czyż można bowiem kogokolwiek kontrolować?). Ekstrawertyk, w poszukiwaniu przyjemności, wchodzi w relację z obiektem swoich uczuć, nie dążąc do stanu zakochania. Daje mu to iluzję przyjemności (ale czy można naprawdę przeżyć coś przyjemnego bez bliższego kontaktu?). Niestety, introwertyk szybko przekonuje się, że zakochując się właśnie stracił wszelką kontrolę, a ekstrawertyk przekonuje się, że dążąc do przyjemności właśnie się jej pozbawił.

Wyjściem z tej niezbyt wesołej sytuacji jest, jak zawsze, wyzbycie się iluzji. Dla introwertyka oznacza to uświadomienie sobie, że zakochując się poddaje się władzy obiektu uczuć. Jeśli sobie to uświadomi, będzie mógł naprawdę dawać miłość. Dla ekstrawertyka z kolei oznacza to uświadomienie sobie, że przyjemność, do której dąży, może wyniknąć tylko z autentycznego pokochania obiektu uczuć. Jeśli pokocha, da siebie i utworzy autentyczny związek. W ten sposób możemy uwolnić się od nawykowych postaw psychicznych i stać się zdolnymi do nawiązania prawdziwej, głębokiej relacji z drugą osobą, poza osobistymi uwarunkowaniami.

O tym, dlaczego jesteśmy tak genialni i dlaczego nas to przerosło

Tym, co wyróżnia gatunek homo sapiens jest niezwykła zdolność do adaptacji kulturowych. Znaczy to, że nie możemy istnieć bez wiedzy, która jest nam przekazywana przez poprzednie generacje. Już nie instynkt, ale właśnie nabywana wiedza pozwala nam kontynuować i tworzyć swoje życie. Dzieje się tak dzięki trzem umiejętnościom: jesteśmy inteligentni, mamy rozwiniętą zdolność do współpracy w obrębie własnego gatunku i mamy doskonale opanowane to, co psychologia nazywa społecznym uczeniem się. Ponadto, dzięki językowi mamy zdolność do tego, by od poprzednich pokoleń nauczyć się sposobów życia, a następnie wznieść się ponad nie, rozwijając wiedzę i cywilizację dzięki innowacjom. Michael Tomasello w swej książce Kulturowe źródła ludzkiego poznawania nazywa to uczeniem opartym na współpracy: „Wierny przekaz społeczny funkcjonuje jak zapadka, nie pozwalając się cofnąć do poprzednich stadiów. W ten sposób nowo powstały czy zmodyfikowany wytwór czy praktyka zachowują osiągniętą formę, dopóki nie zdarzy się kolejna modyfikacja czy ulepszenie”.

Cóż, jednak każdy geniusz napotyka swoje ograniczenia. Tak oto i my staliśmy się zakładnikami własnego sukcesu ewolucyjnego. Ewolucja kulturowa ma bowiem jedną niebezpieczną cechę – jest o wiele szybsza niż ewolucja biologiczna. Dosłownie przerosła człowieka, jego umiejętności mentalne i emocjonalne. Według Robina Dunbara ewolucja wyposażyła ludzki mózg w zdolność radzenia sobie tylko z grupami liczącymi do 150 osób (tzw. liczba Dunbara). Życie osiadłe, rewolucja agrarna, powstanie miast zaowocowało skupiskami ludzkimi idącymi w tysiące. W ciągu ostatnich 10.000 tysięcy lat doszliśmy do współczesnego etapu rozwoju i co się okazało? Nasze życie emocjonalne pozostało daleko w tyle za osiągnięciami technicznymi. Nie radzimy sobie z naszymi pragnieniami, zalewającymi nas afektami. Cywilizacja naukowo-techniczna, wisienka na torcie naszego geniuszu, jawi się coraz bardziej jako narzędzie zagłady naszego gatunku. Naukowcy – najwyższy owoc owego rozwoju cywilizacyjnego – prognozują upadek naszej cywilizacji w ciągu dekady lub dwóch. Czy uratuje nas geniusz gatunku homo sapiens? Czy może raczej, by tak rzec, nie ogarniemy tego, co wytworzyliśmy i, jak dinozaury, odejdziemy w przeszłość? Cóż, o tym się dowiemy już wkrótce.

Szymon Mag i Helena

Nazwany przez apologetyków chrześcijańskich ojcem wszystkich herezji, Szymon Mag do dzisiaj funkcjonuje jako archetyp gnostyka. Medium zbawczej wiedzy była dla niego prostytutka z Tyru, Helena, w której rozpoznał upadłe wcielenie myśli (ennoia) bożej. Szymon w związku z Heleną odtworzył święte małżeństwo boga i jego żeńskiego aspektu, kobiety-idei. Była ona wcieleniem pierwiastka żeńskiego, odrzuconego i zduszonego przez chrześcijaństwo, łączyła w sobie wszelkie przeciwieństwa jako święta ladacznica. W doświadczeniu wewnętrznym Szymona Helena była dlań wszystkim – prostytutką, boginią, kobietą-ideą, księżycem. Jego rozumienie świętości nie było ograniczone tylko do jasnej strony, zawierało także ciemną, żeńską stronę związaną z cielesnością i transgresją. Helena jest symbolem duszy księżycowej, duszy świata cielesnego. Ale zarazem jest ona także kobietą–ideą, boską pełnią wszystkich stwórczych myśli, jungowską animą.

Szymon Mag wiedział, że „mnie będą złorzeczyć jako temu, kto głosi rzeczy nowe, o których nikt nie słyszał.” Tą niesłychaną nowością, którą znajdujemy u Szymona i innych gnostyków jest bezkompromisowy bunt przeciw światu i jego stwórcy w imię absolutnej wolności duchowej, bunt stanowiący esencję wszelkiej gnozy, dążącej zawsze do przewartościowania wszystkich wartości. Gnostycy tacy jak Szymon pragnęli religii pojętej jako wewnętrzne doświadczenie przemieniające człowieka. Takie doświadczenie nie jest możliwe bez doświadczenia pełni kobiecości, jej wszystkich aspektów, jasnych i ciemnych. Tylko taka kobiecość dopełnia męskie doświadczenie świata, i prowadzi do wyzwolenia.