O twarzy sprzed narodzin

Prowadzę od paru lat seminarium na uczelni, opatrzone szumnym tytułem: „Filozofia i psychologia procesu samorealizacji”. Wychodzę od tak oczywistego dla współczesnych młodych ludzi pojęcia samorealizacji jako osiągnięcia sukcesu w życiu – jakkolwiek oni go pojmują. A potem wybijam ich z tego stanu samozadowolenia, bo pokazuję, że samorealizacja to coś o wiele więcej niż tylko zwykła satysfakcja uzyskiwana przez ego. To sięganie daleko poza ego, sięganie poza wszystko, co można określić. Samorealizacja to self-realization, czyli w psychologii Junga urzeczywistnienie jaźni. A ta ma dużo wspólnego z naszym ja, ale jeszcze więcej z kamieniem filozoficznym albo nieosobową strukturą mandali. To poszukiwanie źródła naszego bycia sobą, które nie jest personalne. A zatem samorealizacja jest docieraniem na granice niewypowiadalnego. Nie przekraczam jej, pozostając po tej stronie słów. Zresztą i tak niewielu studentów podąża ku tej granicy.

Huineng, szósty patriarcha chan, uznawany jest za autora koanu: „Jaka była twoja prawdziwa twarz przed narodzinami twoich rodziców?”. To najlepszy koan, docierający do samego sedna samorealizacji. Gdy zostanie rozwiązany, następuje przejście na drugą stronę lustra. Zwykle pozostajemy po tej stronie lustra i nie zapuszczamy się za Alicją dalej. Myślenie o sobie jako o tym „kim naprawdę jestem”, albo „kim chcę się stać” – te sformułowania pozostawiają nas po tej stronie lustra. Huineng pyta o drugą stronę, wytykając adeptowi zen to, że jest sobą. Nie chodzi mu o reinkarnację czy podobne rzeczy. Koan wskazuje na to, co wykracza poza zwykłe, egoiczne funkcjonowanie umysłu, na jego pozaosobową podstawę.

Czasem o takich stanach umysłu raportują osoby po kontakcie z psychodelikami: „Przestałem istnieć, straciłem wszelki kształt i formę. Nie było już mnie, moich wspomnień, marzeń, pragnień, nadziei, lęków. Wszystko co osobiste, przepadało. Owa esencja, która pozostała, nie była niczym określonym, a jednak doświadczała”. Tak pisze Christof Koch, słynny neurobiolog, po zażyciu takiej substancji. Dla kogoś może to brzmieć jako patologiczny stan depersonalizacji. Tymczasem Huineng – i na swój sposób Koch – wskazują, że to personalizacja jest patologią, od której starają się nas uwolnić wszystkie autentyczne tradycje duchowe świata. De-personalizacja to nic innego jak poczucie jedności z całym wszechświatem. Po tej stronie lustra jesteśmy Alicją, tylko Alicją i niczym więcej niż Alicją. Po tamtej jesteśmy podstawą bytu, o której mówiły już Upaniszady, w słynnej formule tat tvam asi – ty tym jesteś, jesteś atmanem tożsamym z brahmanem.

Nie chcę tu robić długiego wykładu o mistyce Wschodu i Zachodu. Rzecz dotyczy bowiem nas samych, a nie pięknych słów starożytnej wiedzy, które jedynie łechczą nasze ego, dotyczy samorealizacji, czyli tego, na ile możemy przekroczyć personalne ograniczenia. Dlatego rozmaite tradycje duchowe mówią o wyzwoleniu, zbawieniu, ciszy – to wszystko słowa wskazujące na stan poza ego. Czym „byłem” nim narodzili się moi rodzice? Nie umiem na to pytanie odpowiedzieć, ale też nie chcę. Jak to mawiał Leśmian, wszelkie pytanie jest wrogiem mimowolnym własnej odpowiedzi. Albo, jeśli już ktoś (albo i my sami) zada nam pytanie: „Kim jesteś?”, odpowiedzmy: „Nie wiem, bo nie ma żadnego ja, które by mogło udzielić odpowiedzi”. Jest doświadczanie, nie ma doświadczającego.

Dodaj komentarz