Archiwum autora: Mirosław Piróg

O rozumieniu siebie

W każdym człowieku jest zakątek, o którym on nic nie może powiedzieć, którego nie zna. A jeśli z tego zakątka coś wypłynie na światło dzienne, ów człowiek tego nie rozumie. Znaczy to, że nie zrozumie samego siebie. To, że w pełni i całkowicie pojmujemy samych siebie, że wszystko w nas jest nam dostępne i jasne, jest jedną z największych iluzji. Jakże bowiem często z tego zakątka wyłaniają się takie stany psychiczne, myśli i uczucia, które danego człowieka powinny wprawić w ekstremalne zdziwienie albo i przerażenie. Ale tak się nie dzieje. Dlaczego? Odpowiada za to mechanizm działania świadomości, będącej w swej podstawowej funkcji uniwersalnym mechanizmem identyfikacji ze wszystkim, co w niej się zjawia. Cokolwiek sobie uświadamiam czy czuję, to jest mną – tak mówi mi moja świadomość.

Mam zatem radę praktyczną wypływająca z powyższych obserwacji: nigdy nie należy brać dosłownie nic z tego, co ktoś o sobie mówi. Absolutnie nic. Podobnie z tego, co my sami o sobie myślimy. Prawie wszyscy ludzie biorą za dobrą monetę wszystko, co tylko pojawia się w ich umysłach, a zwłaszcza to, co wypływa z owego ukrytego zakątka. Zachowują się jak osobniki poddane sugestii posthipnotycznej i racjonalizują wszelkie myśli i impulsy. Wyobraźcie sobie – ludzie traktują siebie na serio. Dla mnie jest to doprawdy coś zadziwiającego.

Ostatnimi czasy miałem możliwość obserwowania i uczestniczenia w różnych ciekawych zdarzeniach. Ludzie w nich uczestniczący bez wątpienia uważali, że są świadomi. Tu moja refleksja jest prosta – traktowali oni to co robią i swoje stany wewnętrzne bardzo poważnie. Spotkałem się na przykład z opinią że „uczucia są zawsze prawdziwe”. To ciekawe stanowisko, zważywszy, że uczucia pochodzą z owego zakątka. Osoby czujące uwielbiają się jednak z nimi identyfikować, podobnie jak ideolodzy ze swoimi myślami. Ot, taki imperializm epistemologiczny, pozwalający za pomocą paru pojęć wszystko uzasadnić.

Krańcową postacią takiego identyfikowania się ze swoimi myślami i stanami wewnętrznymi jest schizofrenia. Jak dobrze wiadomo, wszelkie patologie najlepiej pokazują sposób funkcjonowania ludzkiego umysłu. Schizofrenik wierzy, że głosy w jego głowie są realne, że to, co widzi jest realne i że jego uczucia są realne. Schizofrenik nie jest zdolny do tego, by obserwować samego siebie, bo całkowicie się utożsamił się z treściami swojego umysłu – a jest to nic innego jak najprostsza definicja stanu nieświadomego.

Zwykli ludzie nie są schizofrenikami, ale poziom ich samoświadomości jest w większości przypadków prawie zerowy. Są takimi niedorobionym schizofrenikami drugiego sortu, pałętają się po swoim życiu na oślep, nie wiedząc kim są i co robią na tym świecie, a wszystko, co im miga pod czaszką biorą za dobrą monetę. Ich życie nie ma większego sensu, ale nawet tego nie widzą. Nie rozumieją samych siebie i nawet nie odczuwają takiej potrzeby. Niczym się właściwie nie różnią od zwierząt, z tym, że zwierzęta mają nad nimi znaczącą przewagę – słuchają się swoich instynktów. Ludzie natomiast mają zaburzoną strukturę instynktów, zwichrowaną przez ten koszmarny wynalazek ewolucji, zwany świadomością.

O Grofie i Jungu

Niedawno swoje 94 urodziny obchodził Stanislav Grof, autor wielu książek, w których przedstawia niezwykłą wizję ludzkiej psychiki. Prowadzone przez niego od lat pięćdziesiątych XX wieku badania nad wpływem LSD na ludzką psychikę doprowadziły do skonstruowania zgoła niezwykłej topografii nieświadomości. Okazało się, że pomiędzy obszarem indywidualnych kompleksów a jungowskimi archetypami znajduje się sfera tzw. matryc okołoporodowych. Są to struktury psychiczne kształtujące się w czasie porodu i mające przemożny wpływ na życie człowieka. A co najistotniejsze – doświadczenie obrazów wiążących się z tymi matrycami w czasie sesji LSD równoważne jest przeżyciu inicjacyjnemu i ma potencjalnie głęboko leczący wpływ na psychikę. O traumie narodzin pisał już w 1924 roku Otto Rank. Jung wyśmiał jego pomysły, pisząc, że przecież każdy człowieka przechodzi przez proces narodzin i trudno tu stawiać jakieś różnicujące diagnozy. Okazuje się jednak, że się grubo mylił.

W późniejszym okresie swojej działalności, gdy w Stanach Zjednoczonych LSD stało się substancją nielegalną, Grof opracował technikę oddychania holotropowego, które ma dawać podobne efekty do zażywania substancji psychodelicznych. Wśród reformatorów duszy ludzkiej rzadko kto sięgał ku tak radykalnym początkom jak Grof. W ten psychodeliczny sposób ziściło się w wieku XX odwieczne pragnienie człowieka – odrodzenia się przez doświadczenie początku swego indywidualnego bytu. W doświadczeniach, które opisuje, ludzie sięgali także poza okres okołoporodowy, aż do wymiaru doświadczeń archetypowych. Tu koncepcje Grofa łączą się z koncepcjami Junga.

We wrześniu 2014 roku miałem okazję porozmawiać z Grofem w czasie jego wizyty w Krakowie. Były to dwa dni bardzo ciekawych wykładów, a pomiędzy nimi obiad w pięknym krakowskim ogrodzie. Zapytałem go wtedy o to, czy Jung zawdzięczał swoje niesamowite wizje, opisane w Czerwonej księdze, jakimś substancjom psychodelicznym. Stanowczo odparł, że nie nie. Wiem, że niektórzy jungiści twierdzą, że te wizje są podobne do tych jakie mamy po meskalinie. Ale z kolei Richard Noll, autor bardzo kontrowersyjnych i plotkarskich książek Kult Junga i Aryan Christ, które nie zostawiają suchej nitki na Jungu, podając także niezbyt smaczne szczegóły z jego życia osobistego, nie wspomina nigdzie o tym, że Jung używał jakiś substancji psychodelicznych. Noll nie przepuściłby żadnej okazji by zdeprecjonować myśl Junga. Tak więc myślę, że Jung dotarł do swych wizji korzystając tylko z niezwykłych zdolności swojego umysłu.

Grof jest entuzjastą użycia psychodelików do eksploracji duszy i ducha ludzkiego. Cała jego twórczość mówi o tym, jak wartościowe może być dla eksploracji swojego wnętrza używanie psychodelików. Jung najprawdopodobniej sam nie eksperymentował, ani też nie był zwolennikiem używania psychodelików. W jednym z listów napisał, komentując referowane mu doświadczenia z meskaliną: „Wiem tylko tyle, że bezcelowe byłby próby, by dowiedzieć się więcej na temat nieświadomości, niż podają marzenia senne i intuicje. Im więcej człowiek o tym wie, tym większe obciążenie moralne, tym cięższe brzemię, albowiem gdy tylko treści niewiadome zaczynają przedostawać się do świadomości, przemieniają się w indywidualne zadania i obowiązki”. Grof zapewne by się z Jungiem nie zgodził co do użycia substancji psychodelicznych, chociaż być może przyznałby mu rację co do zobowiązań moralnych płynących z kontaktu z treściami nieświadomymi.

Każdy z nich ma swoje racje i odbywaj są wielkimi autoinicjowanymi XX wieku, każdy z nich to wybitny pionier w badaniu obszaru transpersonalnego ludzkiego ducha i mapowaniu tej przestrzeni. Ich metody są różne, ale wyniki, do jakich doszli są w dużej mierze zbieżne. Zaznajomienie się z dorobkiem Junga i Grofa jest punktem wyjścia dla każdej osobistej podróży w obszary nieświadomości, jak i do refleksji nad kondycją współczesnego człowieka. Niezależnie od tego, w jaki sposób otwieramy bramy percepcji, są one drzwiami do takiego rodzaju egzystencji, który może być nazwany w pełni ludzkim. Jung i Grof przeciwstawiają się płaskiemu racjonalizmowi naszej epoki, który spłaszcza człowieka i niweluje świat duchowy. To największe zagrożenie naszych czasów, wmawianie ludziom, że nie ma nic poza zmysłowo-racjonalną rzeczywistością. Nie dajmy się uwieść tym tendencjom – czytajmy Junga i Grofa i podróżujmy w światy poza tym światem.

O gnieździe i jaju

Często byłem pytany przez różne osoby, co sądzę o ich niezwykłych doświadczeniach – czy to, nazwijmy je tak, mistycznych czy też psychodelicznych. Także nieraz na wykładach i spotkaniach publicznych byłem świadkiem, jak takie osoby pytały nauczyciela czy wykładowcę o to, co im się przytrafiło. Ludzie ci chcieli porozmawiać o swoich doświadczeniach, które najczęściej ledwo co były ujmowalne w słowa. Z punktu widzenia ich zwykłej świadomości, nie przemienionej przez to doświadczenie, chcieli coś zrozumieć – czym to było, jak można by ich doświadczenie ująć w ramach jakieś filozofii czy psychologii. Byli świadomi, że to nie słowa dostarczyły im owego doświadczenia, ale jednak pragnęli słów.

Cóż, zawsze starałem się coś powiedzieć. Coś o koncepcjach Junga albo innej postaci, która miała podobne doświadczenia i sama starała się je ująć w słowa. Zastanawiało mnie jednak zawsze jedno – przecież słowa, nawet najbardziej niezwykłe, nijak się mają do doświadczeń, o których owi ludzie opowiadali. Skąd więc owa potrzeba, po co ktoś chce używać słów, zwykle całkowicie nieadekwatnych? W ramach bliskiego mi podejścia Junga mógłbym na przykład powiedzieć, że świadomość chce jakoś zasymilować treści, które wypłynęły z nieświadomości. Za Plotynem, który miał doświadczenia mistyczne i stworzył system filozoficzny przez nie inspirowany, mógłbym powiedzieć, że filozof tylko wskazuje drogę, a samo zobaczenie jej celu jest dziełem widzącego. Obydwaj ci twórcy są zresztą doskonałym przykładem tego, jak można zasymilować swoje doświadczenia. Bardziej jednak ostatnio przemawia do mnie pewna metafora.

Otóż wszelkie myśli, systemy filozoficzne i psychologiczne, nauki duchowe zawarte w uczonych księgach są niczym gałązki, piórka, trawa i liście, z których ptaki budują gniazda. Jeśli ptak zbuduje gniazdo, to ono samo w sobie nic nie znaczy, ale jeśli złoży w nim jajo, to wtedy gniazdo jest konieczną podstawą do tego, by owo jajo można było wysiedzieć. A jeżeli się to dokona, to z jaja wykluje się nowe życie. I dlatego ci, którzy przeżyli coś niezwykłego, pragną tych wszystkich intelektualnych, suchych koncepcji, bo chcą zbudować sobie takie gniazdo. Daje im ono niezbędne oparcie, osadzenie we wspólnym świecie ludzi. Jeśli zatem mamy gniazdo, potem mamy jajo, i w końcu mamy człowieka, który pragnie je wysiedzieć, to może coś się z tego wykluć.

Na koniec mała opowieść. Prawie czterdzieści lat temu pewien członek buddyjskiej sanghi zen, z którą wówczas utrzymywałem dosyć luźne kontakty, przyłapał mnie na czytaniu książki o buddyzmie. Zbulwersowany rzekł, że on nic nie czyta, nawet książek swojego nauczyciela, bo czytanie nie prowadzi do oświecenia, tylko medytacja. Spotykałem się wówczas często z takim poglądem. Obecnie też, bo jest to typowy pogląd dla nieświadomych intelektualistów, którzy boją się słów i są przez nie wykorzystywani, bo nie potrafią użyć ich do własnych celów. Po latach dowiedziałem się, że wspomniany buddysta zen jest rozczarowany swoją praktyką, która nie przyniosła spodziewanych efektów. Obarczył za wszystko linię przekazu, okazując się tym samym nieświadomym więźniem myślenia magicznego. Nie wiem czy to zła linia była, czy sobie nie uwił właściwego gniazda dla jaja własnego doświadczenia.

O przyjacielu duszy

Joseph Goldstein w swej książce Medytacja wglądu przytoczył słowa pewnego samuraja: „Nie mam przyjaciół, własny umysł uczynię moim przyjacielem”. To jest najwyższa sztuka, godna mistrzostwa samuraja, by własny umysł uczynić swoim przyjacielem. Nie możemy tego zrobić tylko siłą woli, bo nasz wewnętrzny przyjaciel jest poza obrębem naszej świadomości. Tylko otwarcie się na to, co nieznane, co rośnie i działa poza nami, może nam dać dostęp do wewnętrznego przyjaciela, przyjaciela duszy, który – raz odkryty – nieustannie jest przy nas, wpiera swoją obecnością, czasem strofuje, ale zawsze jest przychylny.

Tak o przyjacielu duszy pisze C. G. Jung w intrygującym i tajemniczym fragmencie swojej rozprawy O odrodzeniu: „W punkcie szczytowym życia, gdy pączek się otwiera i gdy z tego, co mniejsze wyłania się, to co większe, ‘jedno staje się dwojgiem’, i owa większa postać, którą przecież zawsze się było, która jednak była przez cały czas niewidzialna, staje przed dotychczasowym człowiekiem z siłą objawienia. Człowiek naprawdę i beznadziejnie mały zawsze będzie próbował ściągnąć owo objawienie większego w dziedzinę swej małości i nigdy nie zrozumie, że oto nadszedł dzień Sądu Ostatecznego nad jego małością. Ale człowiek wielki wewnętrznie wie, że ów od tak dawna oczekiwany przyjaciel duszy, Nieśmiertelny, zstąpił w rzeczywistość”.

Przyjaciel duszy jest miarą naszego człowieczeństwa. Objawia się i od nas zależy jak zareagujemy na jego postać. Spotkanie przyjaciela duszy to jedyna okazja w naszym życiu do tego, by wzrosnąć. Jest on ową „większą postacią”, którą zawsze byliśmy, ale która teraz staje przed nami i mówi: „Stań się mną”. Jeśli podołamy temu wyzwaniu, nasze życie się zmienia. Jung podaje przykłady takich spotkań – to Nietzsche spotykający Zaratustrę albo Paweł spotykający Chrystusa. Przyjaciel duszy jest tym, co w nas nieśmiertelne, a czemu możemy nadawać różne nazwy. Nazwy są nieistotne. W upaniszadzie Śwetaśwatara są to na przykład dwa ptaki.

Spotkanie przyjaciela duszy to potężne wyzwanie dla naszego ja. Gdy go spotykamy, zadajemy sobie podstawowe, egzystencjalne pytanie – czy uda nam się wzrosnąć do tego, co on sobą przedstawia? Prawdziwy wzrost przychodzi zawsze z wnętrza, nigdy z zewnątrz. Przyjaciel duszy stawia przed nami zadania, wyzwania, mówi prawdę, wkurza nas niepomiernie, bo jest najdoskonalszym reprezentantem obiektywnej rzeczywistości. Zwykli ludzie nas okłamują albo wykorzystują. Przyjaciel duszy to nasz przewodnik w tym świecie, ktoś, z kim chcemy być cały czas, by czerpać radość z porozumienia umysłów i dusz.

O guru i życiu

Hinduski guru, Śri Nisargadatta Maharaj, zapytany kiedyś, czy guru jest zawsze potrzebny odpowiedział: „Nie. Jeśli traktujesz życie poważnie, guru nie jest potrzebny. Wtedy samo życie jest twoim guru”. Często przytaczam te słowa na swoich wykładach. Zawsze mnie jednak zastanawia to, jak słuchacze rozumieją ów zwrot: „traktujesz życie poważnie”. Co to znaczy traktować życie poważnie? Jeśli będziesz traktował je poważnie, będzie twoim guru. A zatem traktować życie poważnie to traktować je jak swojego guru. Wiemy jednak, że ludzie chcą być guru dla swojego życia, chcą je programować i nad nim władać. To dokładne przeciwieństwo tego, co powiedział Śri Nisargadatta Maharaj.

Co zatem znaczy, traktować życie jak swojego guru? Guru jest osobą, która udziela nam nauk i którą obdarzamy pełnym zaufaniem, bo prowadzi nas do wyzwolenia. Wielu się zgodzi, że życie udziela nam nauk. Zwykle jednak mu nie ufamy i dlatego mówimy raczej o nauczkach, które otrzymujemy od życia. Chcemy doświadczać czegoś innego niż daje nam życie – i to jest właśnie nie traktowanie swojego życia poważnie. Uciekamy przed życiem, oszukujemy się, pragniemy robić karierę, pracować, by dużo zarabiać, zajmować się rodziną, być szczęśliwym. Ale to są tylko ucieczki przed życiem. Marzenia o byciu bezpiecznym, ważnym, docenionym, marzenia małego dziecka.

Życie daje nam najczęściej coś innego. Coś czego nie chcemy, cierpienie, ból, rozczarowanie, rozstania i rozpacz. Poważne traktowanie życia to wzięcie odpowiedzialności za nasz stosunek do tego, co nam się przydarza, a czego nie chcemy. Tak pojęta odpowiedzialność, czyli traktowanie życia poważnie, to nic innego jak wolność. Dla mnie kimś, kto traktował życie poważnie był Grek Zorba (polecam film albo książkę, ale tylko w tłumaczeniu Ireneusza Kani). Zorba to obraz życia spełnionego, przeżytego do końca, radosnego, wysyconego, ale zarazem pełnego porażek. Nie uciekał przed niczym, akceptował wszystko i – co najważniejsze – cieszył się wszelkimi przyjemnościami. Był wolnym człowiekiem.

Jest jeszcze jeden rodzaj ucieczki od życia. Nie traktujemy życia poważnie, jeśli kłamiemy i nie mówimy prawdy o nim – ani sobie, ani tym bardziej innym. Większość ludzi, których spotkałem w swoim życiu tak właśnie robiło. Nie prowadzili życia prawdziwego, jedynie snuli egoistyczne koncepcje na jego temat. Traktować życie poważnie oznacza zawsze mówić prawdę o nim. A to jest bardzo trudne, bo gdy ich pytałem, to albo odmawiali odpowiedzi, albo raczyli mnie ochłapami prawdy. Jak to mówią młodzi, ściemniali. Podejrzewam, że w swoich umysłach i sercach również nie byli szczerzy wobec siebie. Unikali w ten sposób odpowiedzialności, bo bycie odpowiedzialnym to bycie wolnym.

O obserwowaniu umysłu

Jednym z moich ulubionych zajęć jest obserwowanie treści mojego umysłu. To naprawdę wciąga. Czy to leżąc, czy idąc albo siedząc, w dowolnej pozycji przyglądam się swojemu umysłowi i go obserwuję. Obserwuję pojawiające się w nim myśli, uczucia, obrazy, wspomnienia. Coś pojawia się na wewnętrznym ekranie i rozwija jak film – czasem ciekawy i pociągający, czasem męczący i przykry. Świat zewnętrzny oferuje atrakcyjne obrazy, ludzie domagają się mojej uwagi, ale ja spędzam najlepsze chwile mojego życia obserwując swój umysł.

A chwile te są najlepsze tylko wtedy, gdy się z zawartością mojego umysłu nie utożsamiam, a jedynie ją obserwuję. Widzę ją z punktu, który jest poza wszystkim, co ustalone. Zawsze, gdy uda mi się osiągnąć taki stan obserwacji, odczuwam spokój. Bo nie zawsze się to udaje, najczęściej doświadczam tego, co wszyscy ludzie, czyli nawykowego utożsamiania się z treściami umysłu. Dlatego uważam, że Kartezjusz, którego filozofię wykładałem ponad dwadzieścia lat na studiach filozoficznych, popełnił jeden z szlachetnych filozoficznych błędów swoją formułą cogito ergo sum.

Obserwuję. Pojawia się obraz, patrzę na niego. Pojawia się uczucie, patrzę na nie. Nie ma niczego poza widzeniem. Nie jestem niczym, co pojawia się w moim wnętrzu. Cokolwiek tam znajduję, nie jest mną. Nawet najbardziej osobiste wspomnienie, albo intymna myśl o bliskiej osobie. Nic nie jest mną. To tylko twory mojego umysłu, wytwarzane poza moją świadomością. Siedzę z zamkniętymi oczami i obserwuję mój umysł. A im bardziej widzę jego treść, tym bardziej się przekonuję, że nie jest moja. Widzę te twory mojego umysłu jak las, pełen roślin i zwierząt, las, po którym tylko spaceruję.

A raczej siedzę. W chwilach pełnej obserwacji czuję się bowiem jakbym siedział nad strumieniem, wartkim strumieniem mojej świadomości. Wpatruję się w jej zawirowania, słucham nieustannego szmeru przepływających myśli. Wszystko płynie, zmienia się, chociaż w niektórych miejscach tego strumienia ciągle pojawiają się te same wiry. Siedzę obok, obserwuję. Piękny widok, bo wszystko jest piękne, gdy nie utożsamiasz się z obserwowanym przedmiotem. To prawdziwa wolność. Pozwalasz strumieniowi płynąć i pozwalasz sobie nie zanurzać się w nim.

Mark Epstein w swojej wyśmienitej książce Trauma codzienności pisze, że „możemy znaleźć w sobie miejsce pełne klarowności, z którego da się obserwować nawet własne umieranie”. To spora obietnica, bo przecież możemy obserwować za życia jedynie obiekty naszego umysłu – i to już jest duże osiągnięcie. A czy śmierć jest takim obiektem? Nie wiem, jeszcze żyję, a gdy będę obserwował swoją śmierć – o ile będzie mi to dane – niestety nie będę mógł zdać z relacji na moim blogu. Mam nadzieję, że czytający ten blog mi to wybaczą.

O czystej świadomości

Określenie czysta świadomość brzmi nieco mistycznie i może się wydawać, że jest jakimś odległym, trudno osiągalnym stanem świadomości. Sprawa ma się jednak dużo prościej niż to się wydaje przeintelektualizowanemu umysłowi. Chodzi o stan umysłu dostępny nam w każdej chwili, w której przestajemy zajmować się naszymi myślami. Każdy zna stany świadomości, w których nie ma poczucia ego i które są wolne od myślenia. To stany pozbawione egoicznego punktu odniesienia, będące samym tylko widzeniem bez widzącego. Nie zwracamy jednak na nie uwagi, nie zauważamy ich, a są one esencją naszego istnienia.

Tak jest wtedy, gdy doświadczamy jakiegoś dźwięku albo koloru, gdy widzimy lśnienie słońca na krawędzi liścia, zapach kwiatu albo krzyk ptaka w czasie spaceru po lesie. Nie ma w tym ja, nie ma nazywania, przez chwilę jest tylko samo doświadczenie. Nazywanie przychodzi później. Zachwyceni widokiem, dźwiękiem, zapachem nie odczuwamy siebie, tylko to, co do nas dociera poprzez zmysły. Chwile te należą do najpiękniejszych w naszym życiu. Zdarzają się one też wtedy, gdy kochamy się i w bliskości zmysłów nawet nie odróżniamy swoich ciał.

Jest też moment postrzegania samej bezprzedmiotowej świadomość, poza pojęciami. To doświadczenie samej uwagi, po prostu czystej przytomności. Jak mawiał pewien nauczyciel medytacji: „Choć nie możemy odnaleźć w sobie, tego co wie, wiedzenie się wciąż się dokonuje”. Co postrzega dźwięki? Co czuje smak? Co widzi? Nie kto, ale co? W czystej świadomości nie ma ego, tylko bezpośrednie przeżycie. Czysta świadomość to miejsce pełnej klarowności, w którym możemy się odprężyć i po prostu być. To ten moment błogiej ciszy, gdy wydychane z moich płuc powietrze ulatuje, moment, w którym nie pojawia się żadna myśl i w którym nie ma mnie.

Chcielibyśmy utrwalić to cudowne doświadczenie, ale jedynym, co utrwala wszystko, jest myśl. Czysta świadomość jest poza myśleniem, poza utrwalającym wszystko uchwyceniem myśli. Jeśli uwolnimy się od pragnienia trwałości czysta świadomość staje się dostępna w każdej chwili. Jest trwała będąc nietrwałą. Dla myśli to paradoks, ale jeśli osadzimy się poza myśleniem to stanie się naszym doświadczeniem, codziennością naszego życia. Trzeba po prostu oddychać, wdech i wydech.

O istnieniu w czasie

Dla każdego człowieka przeniknięcie do końca zagadki, jaką on sam stanowi dla siebie to bardzo trudne zadanie. Mało tego, sam cykl życia temu nie sprzyja. Weźmy, dla przykładu najlepszego, ludzi młodych, takich w wieku licealnym, czy na początku studiów. Sami sobie wydają się świadomi swej formy istnienia, ale nie jest to do końca prawdą. Jest tak z bardzo prostego powodu – ludzie młodzi nie wiedzą jeszcze, co to znaczy istnieć w czasie. Te skromne kilkanaście lub nawet dwadzieścia lat, od których zamieszkują ten świat, to stanowczo za mało by doświadczyć, co to znaczy istnieć w formie ludzkiej. Młodzi mają jakiś zestaw wyobrażeń na ten temat, ale żadnego doświadczenia. Przeciętny dwudziestolatek prędzej sobie wyobrazi kwadratowe koło niż siebie w wieku sześćdziesięciu lat.

Nic zatem dziwnego, że młodzi lgną do różnego rodzaju mentalnych protez życia, do rozmaitych religii i ideologii, które dają im surogat wiedzy o tym, co to znaczy żyć. Są niecierpliwi i chcą od razu dowiedzieć się, jak to jest istnieć w czasie. Niestety, to nie jest takie łatwe. By doświadczyć istnienia w czasie musimy przepuścić przez siebie trochę strumienia czasu. Doznać, jak to jest, gdy ma się trzydzieści, czterdzieści, sześćdziesiąt, siedemdziesiąt lat. Zachodzą wtedy subtelne zmiany w funkcjonowaniu świadomości. Zmiany te zapowiadają się już bardzo wcześnie, w przeczuciu przyszłości. Ktoś na ławce w gabinecie fizycznym mojego liceum wyrył słowa piosenki: „Coś w człowieku się zmienia, myśli wychodzą z cienia”. Ta osoba tylko cytowała tekst, który jej się spodobał, ale spodobał się dlatego, że czuła początek zmian.

Wszystkie społeczeństwa pierwotne znały jakąś formę inicjacji, dzięki której osoby przechodziły do nowej, dojrzałej formy istnienia. Czasem proces inicjacji nie obejmował tylko inicjacji dojrzałościowych, ale trwał przez całe życie. I to mam na myśli. Ludzie zawsze potrzebowali wprowadzenia w kolejne fazy życia, w kolejne fale strumienia czasu, by móc zaadaptować się do zmiennych form istnienia. Dziś już tego rodzaju inicjacje są nieobecne albo dostępne są tylko ich marne zastępniki. Dziś sami musimy otwierać się na to, co nadchodzi. Ma to swoją dobrą stronę, bo już nie jesteśmy zależni od nauczycieli inicjacji, bo życie samo w sobie, czyli czas, który nas tworzy, ma strukturę autoinicjacji. Każdy człowiek, którego spotykamy, wszystko, co nam się przy-darza, wszystko czego doświadczamy, rok po roku, dekada po dekadzie, kształtuje formę naszej świadomości.

Zaistniawszy w czasie podlegamy doświadczeniu nieustannych zmian, temu co buddyzm nazywa duhkha. Nieustannie stajemy się inni, bo istnienie w czasie tworzy to, kim jesteśmy. W początkach młodości jesteśmy niczym wieczne dzieci, żyjemy marzeniami, nierzeczywistymi pragnieniami, tym wszystkim, co nam się mówi i przekazuje. Z czasem stajemy się dopiero sobą, nabieramy własnych doświadczeń, zostawiamy iluzoryczną przeszłość za sobą. I nagle, w pewnym momencie, w przepływie czasu naszego życia, stajemy się sobą. I od tego momentu wiemy już, kim jesteśmy, czego naprawdę pragniemy, za czym idzie nasze serce. Stajemy się świadomi swojego istnienia w czasie.

O radości

O, radości, iskro bogów,

kwiecie Elizejskich Pól,

święta, na twym świętym progu staje

nasz natchniony chór.

Jasność twoja wszystko zaćmi,

złączy, co rozdzielił los.

Wszyscy ludzie będą braćmi tam,

gdzie twój przemówi głos.

W „Odzie do radości” Friedrich Schiller odwołał się do najszlachetniejszego stanu ludzkiego ducha, w którym wykracza on poza swoje granice. Radość to chwila, gdy wstępuje w (en) człowieka bóg (theos). Radość to zatem en-tuzjazm. Czujemy to, gdy słuchamy IX symfonii Beethovena. Dwa ostatnie wersy mówią o tym, co dla mnie najważniejsze w całym tekście. Tylko wtedy, gdy w ekstazie – która jest inną nazwą entuzjazmu – wychodzimy poza egoiczne ograniczenia, możemy poczuć, że jesteśmy ludźmi.

Poczucie odrębności, indywidualności, jest prymarnym zawinieniem ludzkiego istnienia. Dualizm oddzielający mnie od całości świata to iluzja, podstawowe źródło cierpienia. Co je znosi? Wedle Schillera – radość. Czy zauważyliście, że w chwilach radości rzeczywiście nie ma granic? To chwila, gdy wstępuje w nas bóg (theos) i obdarza wszystkich radujących się jednością. Dla takich chwil radości warto żyć. Bo radość jednoczy.

Wszystko, co dzieli to pierwiastek dia-boliczny, który rozdziela, różnicuje, kłóci. Jest zatem źródłem smutku, rozpaczy, gniewu, złości. Powoduje cierpienie i ból. Zawsze gdy mówisz „ja”, dzielisz świat na dwie części. I wtedy świat staje się smutny, wyganiasz z niego radość, gaśnie blask w twoich oczach i czeźnie uśmiech na twoich ustach. Nagle stoisz, całkowicie samotny, w ciemnościach tylko własnego istnienia.

Tym, co łączy i jednoczy ludzi jest muzyka, taniec, rytm. Pewien prymatolog powiedział: „Ludzie to tańczące małpy”. To nie jest nic deprecjonującego. Moim zdaniem, to pochwała ludzi – o ile tańczą. Natomiast myśl dzieli, odróżnia. Czasem wydaje się, że jednoczy, gdy grupa ludzi łączy się wokół jakiejś ideologii. Jest to jednak zawsze jedność przeciwko komuś innemu. Zatem, kończąc już, tańczmy, śpiewajmy, bądźmy ludźmi.

O starości i wolności

Przeczytałem niedawno wywiad z Markiem Kondratem. To nader ciekawy człowiek. Ma siedemdziesiąt pięć lat, młodszą od siebie o trzydzieści osiem lat żonę i siedmioletnią córeczkę. Dla wielu taka sytuacja byłaby dyskomfortowa, bo jego życie się z jednej strony kończy, a z drugiej zaczyna. Jednak on podchodzi do swej sytuacji w sposób pełen otwartości i mądrości. Tak pisze o swoim życiu obecnie: „Gdybym miał je przedstawić za pomocą zegara piaskowego, to mam już za sobą nieprzyjemny moment przejścia przez ten cienki przesmyk – jestem na wielkiej, kwiecistej przestrzeni. W jedynym okresie swojego życia pozbawionym presji.”

Trudno mu nie przyznać racji. Praktycznie całe życie spędzamy na zaspokajaniu potrzeb innych (nazywa się to robieniem kariery). Najpierw są to rodzice, potem nauczyciele, potem partnerzy, potem szef. W każdej chwili ktoś może do nas podejść i powiedzieć: „Chcę tego albo tamtego”. Od samego początku życia wpadamy do wąskiego przesmyku piaskowego zegara, o którym pisze Kondrat, nieświadomi tego, co nas czeka. Kolejne kilkadziesiąt lat to przeciskanie się przez ów przesmyk – to właśnie większość ludzi zwie życiem. I dopiero na starość, niczym radosny piasek opadający na dno zegara, możemy podążać za głosem swojego serca.

I tu dotykamy kwestii wolności. Marek Kondrat czuje się wreszcie wolny. Czy jednak musimy czekać kilkadziesiąt lat na to, by być wolnym? „Wolność to wielki ciężar, ogromne i dziwne brzemię dla ducha. Nie jest darem, lecz wyborem, często bardzo trudnym”. Tak pisze Ursula le Guin w Grobowcach Atuanu. Staramy się być wolnymi przez całe życie. Zwykle nam to jednak niezbyt się udaje. Naciski zewnętrzne są zbyt duże, a przynajmniej za takie je uważamy. Dopiero na starość mamy już szersze spojrzenie i mądrość, która pozwala nam odpuszczać sobie i światu prawie wszystko.

Czy zatem na starość możemy być bardziej wolni? Moim zdaniem – tak. Oczywiście musimy spełnić najpierw pewne warunki (ale to paradoks wszelkiej wolności, że nie jest ona czystym kaprysem poza wszelkimi uwarunkowaniami). Warunków tych nie jest dużo. Po pierwsze trzeba sobie zapewnić niejaką stabilność finansową. Po drugie zadbać o zdrowie. I po trzecie, co nie jest najmniej ważne, a właśnie najważniejsze z tej trójki, znaleźć odpowiednią partnerkę albo partnera. Myślę, że to dobry program na taką starość, w której będziemy mogli w pełni doświadczać wolności.

Zauważam wszelako w słowach Kondrata jeszcze drugie dno. Owa „kwiecista przestrzeń” to także przedsmak ostatecznej wolności, jaką daje wyzwolenie się duszy z okowów ciała, to wstąpienie na asfodelowe łąki. Śmierć, bo o niej tu mowa, jest także wyzwoleniem. Prace życia, jakkolwiek by nie były słodkie i pociągające, są także znojne. I nawet po najbardziej satysfakcjonującym żywocie pragniemy przejść do stanu, który uwalnia nas od wszystkiego. A starość to okres, gdy już czujemy zbliżanie się tego stanu, gdy w poczuciu spełnienia, niczym w pełni dojrzały owoc, gotujemy się do radosnego odpadnięcia z drzewa życia.