Archiwum autora: Mirosław Piróg

O żołnierzu stoiku i kruchości

James Bond Stockdale był amerykańskim żołnierzem, pilotem myśliwców bojowych. W 1960 roku, gdy miał trzydzieści siedem lat, został skierowany na dodatkowe studia humanistyczne na uniwersytecie Stanford. Tam trafił na seminarium poświęcone filozofii. Prowadzący je profesor polubił żołnierza i podarował mu na koniec kursu Encheiridion Epikteta, klasyczne wprowadzenie w podstawy stoicyzmu. Stockdale przeczytał sumiennie ten krótki tekst, ale bardziej z sympatii do swego wykładowcy niż z innych pobudek. Jak bowiem napisał później, nie za bardzo wiedział wtedy co jemu, pilotowi i żołnierzowi, miałby do zaoferowania „starożytny łachmaniarz”.

Po paru latach okazało się, że wiele. W 1965 został zestrzelony nad Wietnamem i trafił na ponad siedem lat do wietnamskiego wiezienia, gdzie był przesłuchiwany i okrutnie torturowany. Wtedy, jak to ujął, „wszedł w świat Epikteta”. Okazało się, że nauka „starożytnego łachmaniarza” o tym, co od nas zależy i o tym, co od nas nie zależy, stała się paląco aktualna. Jak pisał Stockdale, w zasięgu jego woli pozostały tylko nieliczne rzeczy: jego opinie, radość, rozpacz, moralny cel, ogólnie, jego postawa wobec tego, co się z nim działo.

By mieć siłę do przetrwania tak straszliwych warunków jak wietnamskie więzienie Stockdale zaczerpnął z filozofii stoickiej nie tylko podstawowe rozróżnienie na to, co zależne i niezależne od naszej woli. Akcentował też wagę kruchości naszej egzystencji. Gdy uświadamiał sobie swoją kruchość wiedział, jak to jest w jednej chwili przeistoczyć się z dumnego pilota myśliwca, niszczącego wroga mocą swej technologii, we wrak człowieka, „łkającego, nie mogącego nic kontrolować, nawet własnych kiszek”.

I ten fragment stoickiej filozofii chciałbym zaakcentować. Stoicy uświadamiali adeptom swojej filozofii kruchość człowieka, zwykle tak bardzo zadufanego w sobie, uważającego, że jego nie spotka żadne cierpienie, że cierpią inni. Życie przekonuje nas z czasem, że cierpienie, kruchość, jest czymś codziennym. Buddyzm mówi: sarvam duhkham, wszystko jest cierpieniem. Podobnie jak stoicyzm, chce w ten sposób przygotować nas na nieuchronne doświadczenie kruchości. Ten świat jest kruchy, kruchość to jego esencja. Od tej kruchości ucieka naszego ego, łudząc się iluzją trwałości.

Nieco paradoksalnie, jak to pokazuje przypadek Stockdale’a, po to aby trwać i przetrwać konieczne jest uświadomienie sobie własnej kruchości i przemijalności, fundamentalnej nietrwałości egzystencji. To uświadomienie jest niczym innym jak odpadnięciem iluzji trwałości. Tu buddyzm otwarcie mówi o rozpoznaniu braku ego, czego stoicyzm nie czyni, akcentując raczej siłę woli. To jednak tylko różnica akcentów, bo buddyjskie wyzwolenie się od ego i stoicka siła woli są wbrew pozorom bardzo sobie bliskie. Trzeba bowiem sporej siły wewnętrznej by nie podążać za złudnymi podszeptami ego, a zamiast tego pogodzić się z całością wszechświata i jego wyrokami. Tak, siła woli to brak ego.

Wiadomości biograficzne i cytaty za artykułem: T. Mróz „Epiktet jako terapeuta współczesnego żołnierza: przypadek Jamesa Bonda Stockdale’a”, Zielona Góra 2023.

O miłości według Safony

Safona była mistrzynią miłości i mistrzynią poezji. W jednym i drugim dziele osiągnęła to, co najlepsze można osiągnąć w naszym kruchym, ziemskim żywocie. Kochała często i namiętnie. Potrafiła także łączyć ze sobą miłość i poezję w sposób niedościgły dla większości twórców. Wiemy przecież, że mówienie, pisanie o miłości może aż nazbyt łatwo przeistoczyć się w czysty banał. Tak dzieje się, gdy chcemy zbyt podniosłymi słowami oddać to, co najprostsze. Prawdziwe uczucie jest niczym blask Słońca, olśniewający nasze oczy, nie ma w nim nic zawikłanego. I takie też są słowa Safony.

Jakie zatem są te słowa, oddające – moim zdaniem – samą istotę miłości? Bardzo proste i bardzo zwięzłe: „Najpiękniejsze jest to, co ktoś kocha”. Trudno do tych słów coś dodać, i dlatego proszę czytelnika i czytelniczkę o wybaczenie, że jeszcze coś napiszę. Gdy wpatruję się w twarz ukochanej, widzę ją najpiękniejszą i owo piękno jest dla mnie potwierdzeniem tego, że ją kocham. Ona z kolei, widząc blask moich oczu, czuje, że jest kochana i najpiękniejsza. W tej wymianie spojrzeń zawiera się wszystko, bo miłość to sprawa zmysłowa, a ze zmysłów wzrok jest najszlachetniejszy.

Spojrzawszy w oczy ukochanej oddaję władzę na sobą jednemu z najpiękniejszych greckich bogów, Erosowi. Tak o nim pisała Safona: „Eros mnie pędzi, ta pozbawiająca członków słodko-gorzka istota, wobec której jestem bezradna”. Tak, Eros jest zarazem najsłodszy, niczym miód nadający konsystencję i sens naszemu życiu, jak i gorzki, gdyż z największej bliskości rodzą się nieuniknione scysje między kochankami. Ale jedno i drugie stanowi rzeczywistość miłości. Prosta jest słodycz, prosta jest gorzkość. I jedna i druga przechodzą w siebie płynnie, tworząc cudne kontinuum kochania.

Wszystkiego w tym życiu musimy się uczyć. Także miłości. Jedną z moich nauczycielek z ducha jest Safona. Od niej wiem, że kobieta uczy serce mężczyzny kochać, a mężczyzna uczy kochać serce kobiety. Jeśli są dla siebie dobrymi nauczycielami ich miłość może rozkwitać. Są też nauczycielki, które spotykamy w naszym życiu. Moim szczęściem jest teraz bycie z cudowną nauczycielką miłości. Mam nadzieję, że jestem dla niej też dobrym nauczycielem. Bo na tym ostatecznie polega nasze życie na tym świecie, na nieustannej nauce, jak to jest być człowiekiem, czyli jak kochać.

O duchowości

Czy uczestniczenie w uroczystościach religijnych jest życiem duchowym? Dla wielu, utożsamiających swoje doświadczenie duchowe z uczestnictwem w rytuale, zapewne tak. Czy nieuczestniczenie w uroczystościach religijnych oznacza brak życia duchowego? Oczywiście, że nie. Kwestia, jak dobrze wiemy, jest złożona, bo bardzo indywidualna. Ktoś regularnie uczestniczący w obrzędach religijnych może być całkowitym ateistą, a ktoś kto od lat nie widział kościoła może prowadzić bogate życie duchowe. W pewnym sensie życie religijne i duchowe są nawet swoim przeciwieństwem, chociaż mogą wywodzić się z jednego źródła, bo najczęściej doświadczenie duchowe wybitnej jednostki dawało początek religii. Jezus nie chciał zakładać religii, chciał wyzwolić człowieka. Religię chrześcijańską założył św. Paweł.

By prowadzić życie religijne trzeba być wyznawcą jakieś religii, przynależeć do jakiejś społeczności, zachowywać określone przez nią reguły życia. Życie religijne polega bowiem na tym, że lgnę (od religare, czyli „wiązać”, jak twierdzili już Laktancjusz i św. Augustyn) do jakieś struktury zewnętrznej, która podtrzymuje moją tożsamość, jest dla mnie swoistym egzoszkieletem. Przybrawszy taki pancerz mogę stawiać czoła przeciwnościom życia. Ma to swój koszt, bo dosłownie opancerzam się także na to, co może do mnie przyjść z mojego wnętrza. Jak mawiał Mistrz Eckhart, największy z mistyków chrześcijańskich, staję się wtedy człowiekiem, który ma całego Boga na zewnątrz.

Życie duchowe jest czymś innym niż życie religijne. To życie wedle ducha, a ten „tchnie, kędy chce”, bo duch jest inną nazwą dla doświadczenia wolności. Wolność ta rozpoczyna się od naszego wnętrza, czyli od wolności od siebie samego. Można to też nazwać dystansem, trzymaniem się na odległość od własnych myśli, emocji, popędów i impulsów. A przede wszystkim jest to odsunięcie się od ego. To fundament wszelkiej duchowości – trzymać się jak najdalej od siebie. Jeśli nam się to uda, to w naszym wnętrzu rodzi się przestrzeń, powstaje dużo miejsca, w którym mogą zaistnieć wartościowe relacje, dobre uczucia, współczucie, intuicja. I na tym polega duchowość w swej najlepszej postaci, a nie na nazwach, doktrynach, podniosłych śpiewach czy ubiorach. Ludzie religijni zwykle mylą podniosłość z duchowością.

Jakże często bywa tak, że podchodzimy do kogoś i już po chwili czujemy, że jest nam duszno. Bo w tym człowieku nie ma wewnętrznej przestrzeni, nie ma w nim wolności, nie ma ducha. Dusimy się w jego obecności, bo całe wnętrze tej osoby wypełniania wyłącznie jej ego. Taka osoba wszędzie widzi tylko siebie i swoje interesy. Zdradza tym samym swoje człowieczeństwo, bo przecież tylko w człowieku może zamieszkać duch, i dzięki temu człowiek może być prawdziwie wolny. A bycie wolnym polega na dawaniu wolności innym istotom, czerpiąc ze swojej własnej wolności. Ludzie obawiają się duchowości, uważają bowiem, że amorficzna wolność zagraża ich egzystencji, a więc lgną do czegokolwiek – do siebie, do doktryny, byle tylko nie być wolnym. A przecież duch jest tym samym co życie.

Rytuały religijne mogą być okazją do doświadczeń duchowych, w końcu po to zostały stworzone i dla wielu wypełniają taką funkcję, dostarczając łatwego sacrum, jak to nazwał Mircea Eliade. Jednak nie są one jakimś rodzajem bezosobowej metody, jak metoda naukowa, mającej prowadzić do określonego celu bez współdziałania intencji samego człowieka. Znam wielu ludzi, którzy medytowali przez dekady i nie doczekali się żadnych efektów, które im obiecywała ich „ścieżka duchowa”. Czego im brakło? Właśnie intencji, wolności ducha, otwartości na to, co się przydarza, a co zwiemy życiem. Życie przekracza wszystko i oddanie się mu w całej pełni jest tym, co nazywamy duchowością.

O Życiu i sensie

Parę dni temu miałem wykład o sensie życia. Jak to bywa w tych czasach, odbył się online. Słuchało mnie grono szacownych, starszych osób, które zapewne już wiele w życiu przeżyły. Powiedziałem to, co można było powiedzieć, szczególnie zwracając uwagę na fundamentalny fakt, że za bardzo nie ma o czym mówić, gdy mówimy o sensie, że nawet najpiękniejsze słowa tu dużo nie pomogą. Chcemy, żeby nasze życie było sensowne, co znaczy mniej więcej tyle, by było szczęśliwe. A ponieważ ani zbyt dobrze nie wiemy czym jest szczęście ani czym jest sens, to wyszło na to, że zastosowałem alchemiczną metodę wyjaśniania, nazywającą się obscurum per obscurius, ignotum per ignotius,czyli objaśnianie czegoś ciemnego przez coś jeszcze bardziej ciemnego, czegoś nieznanego przez coś jeszcze bardziej nieznane. W każdym razie na pewno chodzi o to, by poczuć się lepiej.

Po moim wykładzie padły rozmaite pytania. Takie jakie zwykle padają po takim wykładzie. A ponieważ w czasie wykładu wspomniałem o trudnym losie młodych ludzi, zwanych pokoleniem Z, to pojawiło się też sakramentalne pytanie o to, co można zrobić by zmienić sytuację i by młode pokolenie było szczęśliwe i mogło żyć życiem pełnym sensu. Dziwne, że ludzie pytają filozofa co można zrobić. Nie jestem ideologiem ani psychologiem, kapłanem czy też inżynierem. Wpatruję się po prostu w rzeczywistość i o niej mówię albo piszę. Co ktoś z tym zrobi, to jego sprawa.

A może lepiej nic nie robić? Bo jeśli ktoś zauważy, że w życiu społecznym dzieje się coś, co mu się nie podoba, to może mu się zachcieć, jak to się mówi, „walczyć z systemem”, zmieniać świat, być aktywistą itd., itp. Tymczasem każde przeciwstawienie się „systemowi” powoduje, że staję się jego częścią, że daję się wciągnąć w powszechną grę, prowadzoną wedle nie moich reguł. Dla wielu wydaje się to sensowne, od stuleci wielu było rewolucjonistami. Chcieli w wymiarze zbiorowym coś zrobić, by życie wszystkich miało sens. Może już czas zrozumieć, że nikt nie uzyska sensu życia wpisując się do jakieś grupy, religii, ideologii, rewolucji.

Bowiem, mój drogi i moja droga, twoje życie to jest tym tylko tym, co zrobisz ze swoim życiem. Ty i tylko ty. Możesz być samotnikiem albo lgnąć do ludzi. Możesz kochać albo nienawidzić. Możesz działać albo spać. Jedno i drugie to twój wybór. A jeśli nie jest wyborem, tylko psychologiczną kompulsją, to tym gorzej dla ciebie. Życie jest czymś co przepływa przez każdego, jesteśmy jego manifestacjami. To co możemy zrobić, to powiedzieć Życiu tak, bo jest ono od nas większe. To bardzo trudne i większość ludzi tego unika, nie potrafi zaakceptować przepływu i mocy Życia. Bo ku temu by trzeba odpuścić, dać się ponieść, nie trzymać się niczego, ogołocić się ze znaczeń, zwymiotować pojęcia. Dopiero wtedy zamiast ogólnikowego sensu życia możemy poczuć Życie. Bo gdy zamykamy Życie w obrębie naszego jednostkowego życia, odcinamy wszelki sens, jaki by ono mogło mieć. Sens to tak naprawdę oddanie się przepływowi Życia przez nasze wnętrze.

Piszę Życie dużą literą by podkreślić, że chodzi mi o coś więcej niż indywidualnie przeżywane życie, kończące się śmiercią. Nie, Życie to coś co trwa i przenika przez wszystkie istoty, a doświadczamy go w tych momentach, gdy wiemy, że istniejemy. Nie zapytujemy wtedy o jakiś „sens życia”, bo samo Życie przez nas przepływa. To najpierwotniejsze i najgłębsze z doświadczeń człowieka. Doskonale to opisał Leśmian w zachwycającym wierszu Pragnienie:

„I za boga brać wszelkie lśniwo u błękitu,
I na piersi dziewczęcej doczekać się świtu,
A słońce witać krzykiem i wrzaskiem i wyciem,
Żyć na oślep, nie wiedząc, że to zwie się życiem, —
I pewnej nocy przez sen zaśmiać się w twarz niebu
I nie znając pokuty, modlitw, ni pogrzebu,
Jak owoc, co się paszczy żarłocznej spodziewa,
Z łoskotem i łomotem w mrok śmierci spaść z drzewa!”

Kiedyś wszyscy odpadniemy prosto w otwarte ramiona Życia, które przerasta każdego z nas nieskończenie.

O karmie i stoikach

Pewien współczesny hinduski guru napisał w swej książce o karmie takie słowa: „Powodem niedoli nie jest sytuacja zewnętrzna, ale sposób, w jaki na nią reagujesz. Twoja karma nie zależy od tego, co ci się przydarza, lecz od sposobu, w jaki reagujesz na to, co ci się przytrafia”. Jak zaznacza dalej, karma oznacza działanie. Czyje? Moje. Jeśli cierpię w jakiejś sytuacji to nie z jej powodu, ale dlatego, że reaguję na nią w określony sposób. Albowiem karma nie jest jakimś nieubłaganym fatum, karma to nasze odczuwanie życia i reakcja na nie. Karma to działanie, takie jakie jest dostępne człowiekowi, czyli zmiana swojego stosunku do tego, co mu się przytrafia. Źródłem mojego cierpienia teraz nie są moje przeszłe czyny. Jest nim to, jak obecnie reaguję na te ślady przeszłości. Jak mawiał Dalajlama, jeśli ktoś jest chory, to jest jego karma, ale karmą lekarza jest podjęcie się leczenia tej choroby, czyli aktywne działanie. Podobnie w naszym przypadku – coś się nam przytrafia, a my możemy to potraktować jako okazję do właściwej reakcji.

Te nauki zadziwiająco przypominają te, które w dawnych czasach udzielali stoicy. Epiktet rozpoczyna swój „Podręcznik” (Encheiridion) od sformułowania: „Z wszystkich rzeczy jedne są od nas zależne, drugie zaś niezależne. Zależne są od nas: sądy, popędy, pragnienia, odrazy i jednym słowem – to wszystko, co jest naszym dziełem. Niezależne natomiast są od nas : ciało, mienie, sława, godności i jednym słowem – to wszystko, co nie jest naszym dziełem”. Jasno wskazuje tym samym na obszar wolności człowieka. Człowiek bowiem z jednej strony podlega całości wszechświata, będąc jego marną cząstką, jak to pięknie opisywał Marek Aureliusz w Rozmyślaniach, ale z drugiej strony zachowuje dla siebie wolność osądu. To osąd dla stoików był najważniejszy, bo od niego zależą nasze pragnienia i odrazy. Wszechświat sprowadza na nas rozmaite przypadki, a my mamy wolność reakcji, możemy wybrać wedle naszego osądu, czym dla nas jest to, co nam się przydarza.

Hinduscy guru i stoicy niekoniecznie musieli czerpać od siebie nawzajem. Raczej sięgali niezależnie od siebie do odwiecznego źródła mądrości. Jedni piszą o karmie, drudzy o rozumnej pneumie, przenikającej całość wszechświata. Niezależnie od słów, od filozofii, jaka kryje się za nimi, sedno jest to samo. Jest nim prowadzenie życia w sposób, który najbardziej przystoi człowiekowi. Jest to kierowanie się w życiu mądrością, a mądrość to nic innego jak połączenie rozumu i uczuć. Dzięki rozumowi wiem, jak coś zrobić. Dzięki uczuciu wiem, czy należy to zrobić. Nie wszystko, co możliwe do pomyślenia, trzeba urzeczywistniać, warto wpierw spytać się serca, czy to będzie mądre. Tylko odwołując się do tak pojętej mądrości możemy odróżnić to, co działa na mnie (karma) od tego, co ja mogę zrobić, a co jest również karmą, tylko już moją karmą, moim działaniem.

Jeśli karmą jest to, co mi się przy-darza, to znaczy że jest ona darem. Mam takie ciało, a nie inne, żyję w takich, a nie innych czasach, przy-darzają mi się w tym życiu rozmaite rzeczy. To wszystko jest darem dla mnie, mogę z niego skorzystać i w ten sposób wypalić moją karmę. Jeśli utyskujemy na przypadek, który sprowadził na nas niechciane rzeczy (mam na myśli słynne pytanie: „Dlaczego akurat mnie to spotkało?”), to pamiętajmy, że przypadek to także coś co nam przy-pada, to nasza działka w losie całego wszechświata, jakby to rzekł stoik. Takie rozumienie przy-padku i przy-darzania się jest warunkiem wstępnym pojawienia się właściwej reakcji, polegającej na indywidualnej odpowiedzi na pytanie, jakie zadało mi życie. Odpowiadając na to pytanie mogę znaleźć sobie miejsce w owej wszechcałości, moje miejsce w tym jej zakątku, który mi przy-padł na ten krótki czas zwany życiem.

O sprawczości i mitach

O czym mówią wszelkie mity, podania, baśnie i opowieści ludzkości? O sprawczości. Pokazują, że ledwo co wyłoniona z ciemności nieświadomego istnienia świadomość człowieka chce czuć, że jest ważna, że liczy się w sprawach świata, który dopiero co odsłonił się przed jej oczami. Postawiona wobec ogromu zjawisk chce je ogarnąć w całości, bo nic innego jej nie satysfakcjonuje. Chce czuć się podmiotem w tym świecie, chce odnaleźć w nim swoje miejsce, mimo tego, że go nie rozumie. Tworzy zatem opowieści, które mają oswoić świat. Wszystkie twory kultury są wyrazem owego niesamowitego wysiłku twórczego. Są one opowieściami o tym, jak człowiek budował swoje poczucie sprawczości.

C. G. Jung wspomina rozmowę z wodzem Pueblosów, Ochwie Biano, który mu powiedział w przypływie szczerości: „Jesteśmy ludem, który mieszka na dachu świata, jesteśmy synami naszego Ojca Słońca i naszą religią ciągle pomagamy Ojcu w jego codziennej wędrowce po niebie. Nie robimy tego tylko dla siebie, lecz dla całego świata. Gdybyśmy zaprzestali praktyk naszej religii, to nie później niż za dziesięć lat Słońce by zaszło i już nigdy więcej nie wzeszło”. Jung podkreśla egzystencjalny sens takiego widzenia świata, sens nieobecny w życiu współczesnego człowieka. Ale podkreśla też, że taka postawa, nawet wobec wszechmogącego Boga chrześcijaństwa, „rodzi poczucie dumy nadające ludzkiemu indywiduum godność czynnika metafizycznego”.

Zwykle to poczucie sprawstwa było mniej „metafizyczne”. Dawnymi czasy w Polsce na samym początku wiosny niszczono kukłę symbolizującą Marzannę, boginię uśpionej natury, śmierci i zimy. Czyniono tak po to, by mogła się przemieniać w Dziewannę, boginię rozkwitającej przyrody. W ten sposób uwalniano ducha roślinności, pomagano wiośnie w jej dziele. Także w dzień Matki Boskiej Roztwornej rozwiązywano w stodołach snopy zboża, albowiem ludzie byli przekonani, że bez tej czynności nie urodzi się nowe zboże. Wspomagali w ten sposób cykl wegetacji. Takie opowieści mityczne można by przytaczać bez końca, bo ostatecznie o tym traktuje cała mitologia ludzkości – o współpracy człowieka ze światem natury i bogów.

Można ową współpracę człowieka z naturą rozumieć jako wyraz jego łączności ze światem przyrody, bogów i duchów, w duchu holizmu i jedności. To bardzo modny dziś pogląd. Warto jednak zwrócić uwagę na to, że ten świat tak naprawdę zawsze był sprawą między bogami – pojętymi jako moce bytu – a człowiekiem. Tak było od czasu pierwszej zapisanego mitu, opowieści o Gilgameszu, i tak było tysiące lat wcześniej. Malowidła naskalne w prehistorycznych grotach, powstałe kilkadziesiąt tysięcy lat temu, są świadectwem prób uchwycenia niesamowitości i niepoznawalności tego świata, ale też okiełznania zjawisk, których nie można było kontrolować, jak na przykład populacji zwierząt łownych. Możemy się dziś domyślać, że w grotach tych odbywały się magiczne rytuały, oparte o opowieści mityczne i mające zapewnić pomyślność łowów i obfitość zwierząt.

A dziś? Cóż, mamy od czasów nowożytnych swój mit, całkiem nowy, mit o władaniu nad światem poprzez naukę i technikę. Już nie potrzebujemy teurgicznie zaklinać bogów, bo ich się pozbyliśmy, redukując świat do samej tylko płaskiej materialności. A tym najniższym poziomem rzeczywistości można w miarę łatwo władać, tu wystarczy tylko intelekt. Łudzimy się, że jesteśmy bogami, którzy wkrótce polecą na Marsa albo opanują energię termojądrową. Tymczasem nie umiemy nawet panować na sobą. Tu sprawczość człowieka Zachodu niestety pokazuje swoje fundamentalne ograniczenie, bo owo „opanowanie” poziomu materialnego jak dotąd przynosi głównie zagrożenia dla dalszej egzystencji ludzkości.

O nieprzywiązywaniu

O niczym nie jestem bardziej przekonany jak o tym, że nie ma innego świata niż ten. Widzę drzewo w blasku słońca, chmury, a pod nimi ptaka płynącego w powietrzu – i to jest ostateczna rzeczywistość. Być może oczyszczone „bramy percepcji” pozwoliłyby mi widzieć „rzeczy same w sobie”, anioły, demony, czy przyszłość – ale to wszystko jest dalej t y m światem, poza którym nie ma innego. „Tamten” czy też „inny” świat jest najgorszym ze wszystkich możliwych złudzeń. Równie silnie jestem jednak przekonany, że drugą najgorszą rzeczą jest przywiązanie do t e g o świata, obojętnie czy będziemy w nim wielbili rozkosze zmysłowe, władzę, wizje, odczucia, wiedzę czy cokolwiek innego. Jedynie życie pozbawione przywiązania do tego świata jest życiem ludzkim.

Wielu twierdzi, że jeśli boimy się śmierci to znaczy, iż nie żyjemy pełnią życia. Że nie jest ono radosne, głębokie, znaczące. Jak więc żyć tak, by nie bać się śmierci? Skłaniam się do jednej odpowiedzi – nie przywiązywać się do niczego, łącznie z samym sobą. Nic nie posiadamy, nic nie jest naszą własnością. Gdy niczego nie chcemy, żyjemy pełnią życia i nie myślimy o śmierci. Pozwólmy życiu przez nas przepływać, jak w tych najpiękniejszych chwilach, kiedy nic od świata nie chcieliśmy, doświadczając jedynie cudowności i świeżości chwili. Choć zabrzmi to paradoksalnie, tylko gdy nie trzymamy się życia możemy w pełni z niego czerpać. Będąc przywiązanym, na przykład do moich doznań, boję się, że je utracę gdy umrę. A to rodzi strach.

Jak mówił Epikur, gdy jestem, wtedy nie ma śmierci, a gdy jest śmierć, nie ma mnie. Te suche słowa filozofa mają wszelako głębokie i żywe znaczenie. W bardzo zwięzły sposób przekazują nam sens życia, wskazując, że nie istnieje on poza samym życiem. Bo żyć, jak pisał Mistrz Eckhart, to być niczym młody źrebak wypuszczony na łąkę, radosny i skaczący. Niczego więcej nie potrzeba. Pamiętam jedną chwilę, gdy byłem takim młodziutkim źrebakiem i beztrosko wybiegłem do ogrodu tuż za moim domem. Stałem pośród drzew i krzewów, pławiłem się w słońcu i zieleni, a w mej głowie nie było nawet jednej myśli. Tylko czysta radość bycia i całkowite nieprzywiązanie.

O infantylizmie ludzi

Ponad sto lat temu Jung napisał jakże prawdziwe słowa: „Psychologicznie rzecz biorąc, ludzkość w gruncie rzeczy znajduje się jeszcze ciągle w okresie dzieciństwa. Ogromna większość ludzi potrzebuje autorytetu, przywództwa i prawa”. Tak, jesteśmy dziećmi, a gdy osoby pretendujące do bycia dorosłymi zachowują się jak dzieci, nazywamy to infantylizmem. I Jung trafnie wypunktował, o co w nim chodzi.

Po pierwsze – autorytet. Jak pies słucha swojego pana, tak my słuchamy tzw. autorytetów. To oczywiste, że dla dzieci autorytetami naturalnymi są ich rodzice. A dla rodziców? Ktokolwiek. Telewizyjna postać, polityk, youtubowy gaduła, kapłan, ktokolwiek. Taki podążający za autorytetem osobnik może napisać w komentarzu na Facebooku: „Myśl samodzielnie”. Nie wie jednak, że myślenie samodzielne do nie myślenie wedle tego, co chce. Praktycznie wszyscy mylą myślenie z własnymi pragnieniami. I dlatego gdy znajdzie się ktoś, ktokolwiek, kto wyrazi ich pragnienia, idą za nim jak owce. Brak samodzielnego myślenia jest infantylny.

Po drugie – przywództwo. Jeśli już znalazłem autorytet, to podążam za nim. Jeśli jest to polityk, albo influencer, to poddaję się jego władzy. Myślę, to co on myśli, pragnę tego, czego on pragnie, jest po prostu moją zastępczą osobowością. Tak funkcję spełniają rodzice wobec dzieci. Gdy dziecko się przewróci, patrzy na rodzica, czeka na jego reakcję. Jak rodzic powie: „O, jak boli”, to dziecko się rozpłacze. Jak powie: „Nic się nie stało kochanie”, dziecko się uśmiechnie. Na tym polega przywództwo, na wyznaczaniu przez kogoś innego niż my tego, co czujemy wobec siebie i ludzi, co w nich widzimy i co o nich myślimy. I każdy, kto pragnie przywództwa, jest infantylny.

Po trzecie – prawo. Podleganie autorytetowi i uległość przywództwu rozwijają postawę krańcowej niemoralności. Kształtuje ona ludzi, którzy zachowują się dobrze tylko wtedy gdy stoi przy nich policjant. Nietrudno zauważyć, że to powszechna postawa społeczna. Zwykli ludzie robią to po amatorsku, bogaci – przekupują policjantów. Jedyne prawo, które działa, to to wyryte w naszych sercach. Ale by postępować zgodnie z wewnętrznym prawem, trzeba być dorosłym. Kierowanie się strachem i normami społecznymi jest infantylne.

Nic dziwnego, że Jung kiedyś napisał, że Ziemia to „a house for idiot children”, co można obrazowo przełożyć na język polski jako przytułek dla kretynków. A to jest nawet gorsze niż infantylizm. Ludzie dorośli powinni troszczyć się swoje dzieci. Niestety tego nie robią. Ani w wymiarze indywidualnym ani zbiorowym. Dlaczego? Bo sami są „an idiot children”. A zamiast troski o swoje dzieci wymyślają Auschwitz, chińską rewolucję kulturalną, naturalizację dzieci Aborygenów, reżim Czerwonych Khmerów, głód na Ukrainie w latach trzydziestych, rzeź w Rwandzie, eksterminację ludów oby Ameryk, wojny wszelkiego sortu i tysiące innych kretyństw.

Tak, ludzie próbujący robić rzeczy, które uważają za dorosłe, ale dysponując jedynie mentalnością parolatka, emanują niesamowitym okrucieństwem, bo dzieci są okrutne w całkiem nieświadomy, niewinny sposób. Natomiast tzw. ludzie dorośli zwykle pozostają takimi nieświadomymi kretynkami, małymi, głupimi, okrutnymi i złośliwymi stworzeniami, nawet nie zasługującymi na miano ludzi. Są tylko dziećmi w dorosłym ciele. Przypominam, że Eichmann był posłuszny autorytetom, podległy swojemu przywódcy i wypełniać chciał jak najlepiej prawo Trzeciej Rzeszy.

O pytaniu o Boga

„Bo wszelkie pytanie jest wrogiem mimowolnym własnej odpowiedzi”

Bolesław Leśmian, Schadzka

Pytany byłem nieraz czy wierzę w Boga. Uważam to pytanie za jedno z najgorzej postawionych. Proste odpowiedzi – tak albo nie – są niesamowicie płaskie, zamykające wszystko i nie odpowiadające na nic. Bóg raczej nie uprawia logiki zero jedynkowej, to specyfika homo sapiens. A zatem sprawa jest warta pewnego zniuansowania. Po pierwsze, piszę Bóg dużą literą, by podkreślić to, że umysł człowieka zdolny jest ustosunkować do całości, jakkolwiek by ją ujmował. Po drugie, treść pytania zmienia się, mimo tej samej formy, w zależności od tego, kto pyta. Tak więc udzielenie odpowiedzi, na przykład w postaci tekstu, jest bardzo trudne, o ile nie niemożliwe. Spróbuję jednak coś napisać, wiedząc, że większość czytelników – mówiąc łagodnie – pojmie to po swojemu.

Zatem, jak to jest z tą „wiarą” w Boga ? Odpowiem pewnym obrazem, bo moje myślenie to tworzenie obrazów, malowanie słowami. Oto przede mną siedzi mój rozmówca, który właśnie mnie o to zapytał. Widzę jego postać, słyszę głos, odczuwam do pewnego stopnia jego emocje. Jest dla mnie jasne, że poza tymi postrzeżeniami jest ktoś, jego ja, które on odczuwa jako siebie. To ja jest mi niedostępne bezpośrednio, żadnym zmysłem go nie sięgam. Odczuwam jednak, że organizuje ono tą postać, która siedzi przede mną, która mi zadaje pytanie. Że ten człowiek od lat, podobnie jak ja sam, odczuwa coś co nazywa sobą, z czym się utożsamia, a co nie jest tylko jego ciałem. Można powiedzieć, że ciało tego człowieka, jego zachowanie, jest do pewnego stopnia manifestacją jego ja.

Podobnie jest z Bogiem, którego odczytuję ze świata. Mam przed sobą rzeczywistość, mam swoje życie, nad którym po części mogę panować, a po większej części nie. To wszystko, czego doświadczam w świecie, relacje z innymi ludźmi, świat przyrody, stan mojego ciała, tworzy tą rzeczywistość, w której żyję. W tej perspektywie Bóg jest niczym innym jak sposobem organizacji mojego postrzegania tego świata. Nie muszę używać dodatkowych nazw, jak dajmy na to Jezus czy Allah, bo nie jestem człowiekiem, który by się przywiązał do jakiegoś ograniczonego sposobu percepcji rzeczywistości, związanego z jakąś religią. Bóg, o którym tu mówię, jest nieskończenie większy niż wszystkie religie.

Nie muszę zatem „wierzyć” w Boga. Mogę Go doświadczać doświadczając życia w tym świecie, w całym jego pięknie i w przerażającym cierpieniu, w miłości i nienawiści, w życiu i śmierci, we wszystkich przeciwieństwach, które są Jego manifestacją. To nie jest jakiś panteizm albo inny filozoficzny pomysł, wymyślony tylko po to, by obracać nim jak nic nie wartym żetonem. Nie, to coś bardzo konkretnego. Wiem, że Bóg jest sposobem organizacji mojego doświadczenia. Niczym więcej. Nie jest to żaden stworzyciel świata, albo ktoś, do którego miałbym się zwracać w osobistych sprawach. Takie ujęcia Boga zostawmy małym umysłom, zagubionym i pragnącym opieki. Od zawsze takie umysły kształtowały historię religii, ale to nie znaczy, że mają coś w ogóle do powiedzenia w kwestii, o której tu mówimy. Bóg przerasta każdy umysł ludzki, a największą cnotą człowieka jest przyznanie się do tego.

Jeśli Bóg jest dla mnie sposobem organizacji mojego doświadczania świata to nie znaczy, że ja cokolwiek rozumiem. Raczej chodzi mi o te chwile, gdy cały świat zjawisk, tak fascynujący i przerażający, na moment ujawnia się jedynie jako zasłona, poza którą odczuwam coś nieuchwytywalnego. Wtedy nie „wierzę”, ale wiem, że poza wszystkim co jest mi dane, jest coś jeszcze. Takie chwile są bezcenne, są esencją mojego życia, bo w nich doświadczam czegoś przerastającego to wszystko, czym jestem. Tak, Bóg jest tym czymś więcej, nieskończenie więcej niż możemy naszym małym umysłem ogarnąć z rzeczywistości tego świata.

O czterech jeźdźcach apokalipsy raz jeszcze – niedualnie

Pod poprzednim wpisem otrzymałem na Facebooku bardzo ciekawy komentarz. Jego Autorka doszukała się głębszego podłoża apokaliptycznych wizji świata, którym to podłożem jest dualizm, wywodzący się źródłowo z zaratusztrianizmu. Chodzi o to, że apokaliptyczne wizje chrześcijaństwa i innych religii są specyficzną próbą rozwiązania problemu dualizmu, będącego, jak pisze Autorka, „młotem na duchowość współczesnego człowieka”. Dualizm jest obecny w scjentyzmie, materializmie i konsumeryzmie, bo są to nieudane próby negowania jego istnienia.

Zgadzam się z tymi uwagami. Ulegnę zatem monoteistycznej pokusie szukania jednej przyczyny i spojrzę na problem duchowości współczesnego (i nie tylko) człowieka w tej perspektywie. Bez wątpienia dualizm wiąże się ze sposobem funkcjonowania ludzkiej świadomości, na co też zwraca uwagę Autorka komentarza. Ludzka świadomość odnajduje świat jako coś jej danego, niekoniecznie tożsamego z nią. Być może niemowlęta odczuwają całkowitą jedność z rzeczywistością. O takowej też mówią mistycy. Dla zwykłego człowieka dualizm jest naturalną wizją świata, w której z jednej strony jest jego ja, z drugiej – rzeczywistość.

By poradzić sobie z dualizmem mogę przywołać to, co głosi buddyzm. Budda zapytany kiedyś o istnienie ja milczał. Podobnie zapytany o nieistnienie ja również milczał. Unikał w ten sposób dualizmu, który późniejsza filozofia buddyjska ujęła jako opozycję pomiędzy eternalizmem (ja istnieje) a nihilizmem (ja nie istnieje). Buddyzm w kontrze do takiego dualistycznego podejścia naucza ścieżki środkowej, którą nazywa ścieżką niedualną. To miałem na myśli, gdy akapit wyżej wspomniałem o mistykach, niekonieczne tylko buddyjskich. Możliwe jest funkcjonowanie ludzkiego umysłu na poziomie niedualnym, chociaż jest to rzadkie i trudne. Możemy wyjść poza przeciwieństwa w ekstazie mistycznej, albo co najmniej je zjednoczyć w psychologicznym doświadczeniu coincidentia oppositorum.

O podejściu niedualnym można by długo pisać, ale zostawię to na inną okazję. Tu chciałem tylko zaznaczyć, że moim zdaniem problemy, z którymi boryka się obecnie ludzkość, a które narastają wykładniczo, wynikają ze zwykłego sposobu funkcjonowania świadomości człowieka. Być może kiedyś ów sposób, jak dotąd naznaczony dualistycznym postrzeganiem rzeczywistości, się zmieni. Bo – co nie trudno dziś zauważyć – jeśli się nie zmieni, to nie będzie już po prostu komu czegokolwiek postrzegać. To, czy ten świat przetrwa jeszcze dekadę czy dwie zależy tylko od tego, ilu ludzi wykroczy poza dualizm.