Archiwum kategorii: Bez kategorii

O miłości i śmierci

Siedemnaście lat temu recenzowałem pracę magisterską, którą napisała pewna studentka filozofii. Zapamiętałem z tej pracy jedno zdanie, dziś już nie wiem, czy pochodziło one od autorki pracy czy być może parafrazowała Wojaczka, któremu praca była poświęcona. Brzmiało ono tak: „Życie przez miłość zużywa się i prowadzi do nieuchronnej śmierci”. Geniusz tych słów mnie zachwycił. Dokładnie tak jest, kochamy, żyjemy, zużywamy się, a potem umieramy. A tym, co zużywa nasze życie jest miłość. Dajemy siebie w miłości innej osobie, przelewamy swoją energię, oferujemy wszystko co mamy, swoje serce kładziemy na dłoni i dajemy je kochanej osobie. Czasem ona odpowie tym samym, czasem nie. Ale miłość polega na dawaniu, na bezinteresownym obdarowywaniu kochanej osoby.

Możemy też kochać życie samo w sobie, i też ta miłość nas zużywa i prowadzi do śmierci. Miłość i śmierć są bowiem w cichej komitywie, są połączone w radosnym splocie jak in i jang w taoizmie, albo też jak eros i thanatos w ponurych dywagacjach Freuda. Wszystko co kochamy pragnie naszej energii i siły życiowej. Dajemy ją zatem i z tego oddania czerpiemy największą przyjemność. Oferujemy swoje serce i jesteśmy gotowi na śmierć. I ta gotowość jest najpiękniejszym przejawem miłości. A Francuzi, zawsze potrafiący wypowiedzieć rzeczy najcięższe z najwyższą lekkością, ustami Ambroise’a Paré twierdzili, że „l’orgasme est une petite mort”.

O wspólnotach ekskluzywnych

Ludzie budują wspólnoty na dwóch podstawowych zasadach. Jedna to przynależność oparta na zasadzie robienia czegoś wspólnie. Druga to przynależność do wspólnoty oparta na zasadzie nie robienia czegoś, co robią inni. Na przykład nie jem mięsa i w każdej sytuacji, otoczony przez mięsożerców, gdy odkrywam w pobliżu wegetarianina, czuję instynktowną wspólnotę z nim.

Nie robienie czegoś wypływa z zakazu, a posłuszeństwo temu zakazowi to prosty i szybki sposób na samookreślenie się i przyłączenie do grupy. Dlatego tak wiele religii narzuca zakazy żywieniowe, gdyż to, czego nie jem definiuje mnie w praktycznie każdej sytuacji społecznej. Albo czego nie piję. To zakaz jest esencją ekskluzywizmu. Nie robię tego, co robią inni, a zatem przynależę do pewnej elity, do grupy wybranych. Jestem czymś lepszym, ponad tymi, którzy nie mają żadnych zakazów i folgują sobie.

Paradoksalnie zatem, bo ego nie lubi zakazów, są one czymś co jest dla ego bardzo ważne. Może ono podnieść swoją wartość, krytykując to, co robią inni i czerpać samozadowolenie z tego, że od czegoś się powstrzymuje. Zakaz jest przy tym czymś, co absolutnie odcina mnie od innej wspólnoty niż moja. Jest źródłem wszelkich podziałów.

Zbyt często słyszałem i czytałem opinie osób, które dobrowolnie poddały się jakiemuś zakazowi, by nie patrzeć krytycznie na taki sposób organizowania się ludzi w grupy. Bijące z ich słów poczucie wyższości jest zaprzeczeniem człowieczeństwa, które opiera się na inkluzywności. Swoją osobistą niechęć do robienia czegoś poszerzają i robią z niej dogmat ideologiczny. Zakładają swój klub wzajemnej adoracji i czerpią stąd siłę do podporządkowania się zakazom.

O pamięci i ego

Najsprytniejszym trickiem Natury tworzącej człowieka było wyposażenie go w pamięć, zapewne po to, by świadomość mogła sycić się poczuciem własnej trwałości. Pamięć daje świadomości surogat trwania, wypełnia lukę powstałą przez nieobecność instynktów, których trwanie jest cykliczne, w kręgu pragnienia i zaspokojenia tworząc świat zwierzęcy. Pamiętać to przedstawiać sobie to, co przeszłe jako istniejące, pamięć jest bowiem swego rodzaju halucynacją, dającą nam blade wizje w modusie przeszłości. Bez tych głęboko ukrytych obrazów nie było by możliwe zaistnienie czegoś takiego jak ego. Ego mówi: „Jestem moją przeszłością, jestem tym, co pamiętam, jestem tym wycinkiem świata, który zachował się w mojej pamięci.” Nie przeczę istnieniu pamięci pojętej jako pozaczasowe, pozaświadome trwanie, jak u Bergsona; przecież dopiero pokłady takiej pamięci oświetlone światłem wiedzy pozwalają mówić o byciu w ogóle. Dla ego wszakże pamięć jest bóstwem, twórcą przeszłości i przyszłości.

Poszukajmy jednak pozytywnej strony istnienia ego. Przeciwstawiając się instynktom dążącym do natychmiastowego zaspokojenia, ego odwleka to zaspokojenie, oscylując na granicy pomiędzy płynącymi z głębi impulsami a rzeczywistością zewnętrzną. Tak rodzi się świadomość, powstając jako instancja równoważąca potęgę popędów. Bez pamięci nie ma ego, nie ma trwałej rzeczywistości świadomościowej. Wprawdzie to pamięć jest podstawą ego, a uczucie pierwotnego oddzielenia i związany z nim lęk odpowiedzialne są za jego powstanie, ale świadomość – w swych szczytowych momentach – jest jedna i stoi poza rozróżnieniem na moje i twoje. Ludzkość jest jednością na początku, w swych ciemnych głębiach i może kiedyś stać się jednością świadomą, co najpierw urzeczywistni się w pojedynczych osobach.

O dzieciach

Parę dni temu mojemu młodemu przyjacielowi urodził się syn. Ma teraz klasyczną parkę, bo jest już ojcem dwuletniej dziewczynki. Niby nic niezwykłego, bo na świecie co dzień rodzi się jakieś trzysta tysięcy dzieci. Jednak dla rodziców to wielkie wydarzenie, a dla samego dziecka największe. Oto rozpoczyna, całkowicie tego nieświadome, swoją podróż przez życie. Kilkadziesiąt lat, pełnych radości i cierpienia, pełnych obietnic odkrycia tego, kim się jest, i pełnych rozczarowań. Narodzone dziecko jest absolutną potencjalnością, pełnią możliwości, niczym młody bóg. Jednak w świecie fizycznym realizują się tylko nieliczne z tych możliwości. Z pierwotnej pełni kształtuje się jedynie ograniczony przez otoczenie człowiek, poddany wpływom rodziców, rówieśników, kultury.

Każdy z nas przeszedł przez ten proces ograniczania. Jesteśmy tym, kim jesteśmy. Zwierzę, w nienaruszonych, naturalnych warunkach środowiskowych staje się sobą. Lew staje się lwem. W przypadku człowieka sprawa nie ma się tak prosto. Od pierwszych lat życia jest mocno programowany przez proces wychowania. To nieuniknione, ale jednak ograniczające. W miarę dorastania w dziecku kształtuje się jednak samoświadomość, która jest zawsze obietnicą tego, że może ono uzyskać wolność i wyzwolić się z ograniczeń, wśród których wzrósł.

Tego właśnie życzę owemu młodemu człowiekowi, który pojawił się na tej niewesołej planecie. Oby wzrósł na samoświadomą istotę, by wykorzystał te kilkadziesiąt lat życia, które być może mu zapewnią biologiczne struktury jego organizmu, do tego, aby w danym mu czasie dowiedział się, po co tu jest. Wszystkiego najlepszego, Jasiu! Jesteś na drodze, której sam nie wybrałeś, ale którą możesz samodzielnie przemierzyć. A rodzicom powiem – dzieci to nie bezduszne automaty, one wiedzą o życiu o wiele więcej niż my wszyscy razem wzięci.

O stworzeniu świata

We wszystkich mitologiach świata znajdujemy mity o stworzeniu. Od religii pierwotnych po religie uniwersalistyczne, wszędzie jest mowa o tym, iż świat został stworzony. Ludzkość od zawsze tworzyła opowieści o jego początkach, starając się w ten pierwotny sposób oswoić niepojmowalny fakt istnienia świata. W mitach o stworzeniu znajdujemy bowiem pierwotną intuicję dotyczącą samego charakteru istnienia. A intuicja ta mówi ludziom, że świat w którym żyją jest iluzoryczny, nierealny, w głębokim sensie nie istniejący. Snując opowieści o tym, że świat został stworzony przez bogów lub przez Boga, ludzie wyrażali poczucie jego fundamentalnej nierzeczywistości. Odczuwali to gnostycy, zarzucając światu, że został stworzony przez złego demiurga, jako coś wtórnego, sfuszerowanego. W filozofii adwajtawedanty maja jest iluzją, namacalną i mentalną rzeczywistością codziennie absorbującą świadomość żywych istot, zakrywającą przed nimi prawdę na temat ich tożsamości z prawdziwym bytem (brahmanem).

Zapewne chrześcijanin mówiący o tym, że Bóg stworzył świat wyraża tym samym swoje przekonanie o jego, czyli świata, realności, którą akt boży nadawał światu. Moim zdaniem jednak jest dokładnie odwrotnie. Świadczy o tym teologiczna koncepcja creatio continua, głosząca iż Bóg nieustannie (w czasie!) podtrzymuje świat w istnieniu. Stworzył go bowiem ex nihilo i gdyby nie jego nieustanna aktywność stwórcza, świat by w mgnieniu oka przestał istnieć. Buddyści, mniej dramatycznie, wysnuli koncepcję pustki, która z kolei głosi iż wszelkie rzeczy są pozbawione immanentnego istnienia. To, co jawiło się jako świat twórcom takich koncepcji odbierali oni jako wytworzony obraz. Dzisiaj byśmy powiedzieli, że moce stwarzające świat są projekcją ludzkiej świadomości. Także w refleksji filozoficznej, jaką spotykamy u Platona, zmysłowo dana rzeczywistość to tylko obrazy na ścianie jaskini.

Jeśli mity stanowią odwieczną mądrość ludzkości, to mity o stworzeniu mówią właśnie to: ten świat jest tylko bezpodstawnym obrazem, nie jest rzeczywisty, i dlatego jest odczuwany jako stworzony. Bycie stworzonym oznacza bycie nierealnym. Księga Rodzaju opowiada o kreacji świata, który jest całkowicie zależny od Boga. To doskonały wyraz nieświadomej intuicji, że ten świat nie zależy ode mnie, tylko od czegoś większego, że jestem tylko obserwatorem i elementem tej rzeczywistości, która rozwija się przed moimi oczami w ciągu krótkiego życia i niknie wraz z moją śmiercią. Świat jest czymś, co kiedyś zgaśnie w moich oczach, wraz ze zgaśnięciem mojej świadomości.

Mity o stworzeniu opowiadają tak naprawdę o kondycji świadomości, tego małego zwierciadełka odbijającego coś o wiele większego od niego, a czego natury nigdy ono nie zgłębi. Świadomość pozostaje na zawsze w sferze obrazów, nierealnych odbić albo tworów imaginacji. Jest ona, jak to często powtarzał Jung, opus contra naturam. Snując mity o stworzycielu tego świata świadomość stara się jeno skompensować swoją nieistotność. Próżny to jednak wysiłek. Jesteśmy nieubłaganie wystawieni na kontyngentny charakter świata zapośredniczonego przez medium świadomości. Patrząc na cudowną grę kolorów chmur o zachodzie widzę, że to wszystko to tylko iluzja, piękna i wzniosła, ale jednak tylko iluzja.

O związkach i optyce

Wchodząc w związek z drugim człowiekiem możemy zobaczyć w nas coś, czego sami nigdy byśmy nie zobaczyli. W języku psychologicznym oznacza to, że możemy poznać swoją nieświadomość, czyli to wszystko, czego o sobie nie wiemy. Jako ciekawy przykład tej zasady mogę przytoczyć fakt z własnego doświadczenia. Opowiadając jakiś sen różnym osobom, otrzymuję zwrotne informacje, z których każda akcentuje inny element mojego snu. W ten sposób mogę zobaczyć jak w różnych osobowościach załamuje się, jak światło w pryzmacie, ten sam obraz senny, manifestując bogactwo swych znaczeń, niedostępne dla pojedynczego interpretatora jakim jestem. Czerpię stąd, podobnie jak z wielu innych związków z ludźmi, wiedzę na temat mojej nieświadomości.

O ileż jednak doskonalszym pryzmatem jest związek romantyczny, gdy promień tego, kim jestem rozszczepia się w duszy mojej kobiety. Dzięki temu mogę poznać najgłębiej skryte zakamarki swojej nieświadomości. Poznanie to nie jest przyjemne. Zakochanie jest przyjemne, ale gdy związek je przetrwa, wtedy zaczyna się proces obopólnego poznawania. A to jest często bolesne, bowiem prawda o sobie nie jest miła naszemu ego. Gdy jednak partnerzy są dla siebie dobrymi pryzmatami, wtedy związek ma szanse na przetrwanie.

Jaki stąd wniosek? Uczcie się optyki! Bo najważniejsze jest to, by siebie widzieć i wiedzieć, że to widzenie przypomina spektrum barw, które obserwujemy po przejściu promienia światła przez pryzmat. Rozpoznajemy się w swoich oczach i rozszczepiamy w nich. I wszystkie barwy i odcienie przynależą do nas. Nikt nie jest monochromatyczny, w każdym jest tęcza.

Nie napisałem nic nowego, po prostu ubrałem to, co wszyscy wiedzą w nową szatę. Jak kobieta, zawsze pozostając sobą, chce ubierać się w coraz to inne suknie, tak i ja postąpiłem. Albowiem związek jest kobietą i by należycie oddać jego naturę, nie można poprzestać na jednym ubiorze.

O symbolu

Dlaczego nie dowierzam znakom, słowom, pojęciom? Alchemik Gerardus Dorneus pisze: „Poznanie jest rozpuszczeniem wszystkich mniemań co do prawdy”. Pojęcie, bóstwo filozofów, zdaje się zaklinać w sobie prawdę w postaci znaczenia, odnoszącego się do rzeczywistości; nie jest to jednak bezpośredni sposób dotarcia do świata. W ten sposób nie dotrzemy do prawdy. Pojęcia wyrażają pewne collectivum, służąc porozumieniu pomiędzy wyodrębnionymi, obcymi sobie świadomościami. Myśląc pojęciami nie wychodzę poza ustalony obręb wspólnego świata, w pewnym sensie rozmawiam sam ze sobą, potwierdzam siebie jako element kolektywnego świata świadomości, co prowadzi do utożsamienia się z personą.

Inaczej jest z symbolem. Wyłania się on z ciemnych głębin nieświadomości, przy całej swej niejednoznaczności stanowiąc jądro indywidualnego życia; wyrażając jakieś archetypowe praprzeżycie oddaje ducha człowieka doświadczającego tego symbolu. Wizja feniksa jest nieskończenie bardziej „do mnie się odnosząca” niż samo słowo „feniks”. Słowo może działać jako symbol tylko w swej funkcji mantrycznej.

Symbol transformuje, przemienia świadomość, wprowadzając w jej obręb treści dotychczas nieznane; tym samym zmienia „mnie”, wrzucając w samo centrum przeżywanej rzeczywistości, bez różnicy między podmiotem a przedmiotem. Pojęcie pozostawia nietkniętą szybę pomiędzy mną, jako „obiektywnym obserwatorem”, a tym, co ono denotuje. Nie daje ono poznania jednoczącego, pozostawia mnie pustym, niezmienionym. Symbol nie tyle pośredniczy w poznaniu, ile jest samym poznaniem, stanowi substancję doświadczenia przemieniającego, a zatem buduje substancję samej duszy. W poznaniu symbolowym poznający i poznawana zapamiętują się w sobie, zatracają aż do zupełnej niemożliwości rozróżnienia. Tworzą jedność i wychodzą z niej całkowicie odmienieni. To prawdziwe mysterium coniunctionis.

Poznawanie symboliczne to odwieczny taniec oparty na archetypowych motywach, dzięki któremu dusza doznaje przemiany wyprowadzając na światło swej epoki prastare symbole. Odkrywa wtedy, że nie kończy się tuż za granicą skóry, że nie kończy się wraz z rozkładem ciała, że sięga swymi korzeniami samych początków istnienia. W nieskończonym tańcu motywów, w oślepiającym cauda pavonis zjawisk odkrywa s i e b i e. Może nazwie to sensem, a może po prostu życiem.

O samorealizacji raz jeszcze

Nie ma nic ważniejszego od tego, by swoje życie przeżyć tak, jak chcemy. A to trudna rzecz. Najpierw nasi rodzice chcą byśmy żyli tak, jak oni sobie to wyobrażają, byśmy realizowali w swoim życiu to, co oni nie zrealizowali. Gdy już nieco dorośniemy, to wtedy społeczeństwo pragnie, byśmy żyli wedle jego zasad. Podsuwa nam gotowe ścieżki życia, wąskie nisze, w których to niby mamy realizować swoje marzenia. Gdy spotkamy partnera czy partnerkę, to oni także chcą byśmy żyli tak, jak sobie wyobrażają idealnego partnera czy partnerkę. Całe nasze życie jest niczym innym jak nieustannym zmaganiem pomiędzy tym, kim możemy być, a tym, czego chcą od nas inni.

A jednak jest w nas coś, co się tym naciskom przeciwstawia. Jakiś rdzeń, immanentne pragnienie, coś poza wszelkimi kolektywnymi wpływami. To coś jest źródłem siły, która może nadać, o ile zostanie dopuszczona do głosu, sens naszemu życiu. Bo nikt poza mną nie może przeżyć mojego życia, nikt mi nie powie, jak mam żyć i po co. Moje życie nie musi być szczęśliwe, zgodne z wyznaczonym ścieżkami, ma być po prostu moje. Długie czy krótkie, szalone czy rozumne, ale przede wszystkim ma być – moje.

Gdy uda nam się to osiągnąć – a jedni to osiągają wcześniej, inni dopiero pod koniec swego życia – to dopiero wtedy czujemy, że nasze życie jest spełnione. Już nie musimy siebie okłamywać, nie musimy kłamać innym. To jest właśnie samorealizacja. Dostąpienie pełni bycia sobą niezależnie od tego, czego chcą od nas inni ludzie, a wprost przeciwnie, danie im swego wewnętrznego bogactwa i obdarowanie ich czymś, co jest nader rzadkie – swoją osobowością. Bo wielu tego pragnie, acz nie wie jak to osiągnąć i szuka tych, którym się to udało.

Bycie sobą to zadanie na całe życie. Trudne i żmudne, ale jest jedyną pracą, która daje satysfakcję i poczucie spełnienia. Bycie sobą to nie pospolity egoizm, to jego przeciwieństwo. To doświadczenie po raz pierwszy współbycia i współczucia z innymi, oparte nie na zależności i podleganiu wpływom innych ludzi, lecz na wyrażaniu zdrowego rdzenia naszej własnej istoty. To jest to, co jedynie możemy dać światu: możemy mu dać siebie.

O gnozie

Jak w początkach naszej ery gnoza koniecznie chciała być religią, tak obecnie chce być nauką – vide Jung, Koestler, Bohm, Capra, Sheldrake i wielu innych. Głębinowe przeżycie psychiczne zawsze chce się wyrazić językiem maksymalnie obiektywnym, akceptowalnym w ramach aktualnego paradygmatu kulturowego, po to by móc zakorzenić się w rzeczywistości i ją przemienić. Gnostycy jednak nie są naukowcami ani ludźmi religii, przybierają się tylko ich szaty, są niczym wilki między owcami.

Czym bowiem jest nauka? Jej podstawowym postulatem jest twierdzenie, że to, co może stać się przedmiotem jednej świadomości może także stać się przedmiotem innych świadomości. Eksperyment naukowy jest powtarzalny, obliczenia są zrozumiałe dla każdego, kto zna matematykę. Kartezjański ideał świadomości jest bezosobowy, fakty naukowe mają tworzyć świat, w którym indywidualność nie istnieje. Ex definitione poza granicami nauki znajdują się więc emocje i to, co nieświadome.

Czy na tak wrogim sobie gruncie może zakorzenić się gnoza ? Oczywiście nie, dlatego też ci, którzy jej sprzyjają stoją na „ziemi niczyjej”, najczęściej eksplorując rejony nieuczęszczane czy to przez umysł naukowy, czy też religijny, albo i filozoficzny. Robią rzeczy dziwne – tezy metafizyczne próbują uzasadnić argumentami ze sfery nauki (Jung); odrzucają logiczne myślenie wzywając do odkrycia ducha poezji (Graves); łączą fizykę z taoizmem (Capra) itd. itp. Idą pod prąd, stosując w praktyce tezę o jedności przeciwieństw, starając się zaleczyć rozdarcie w świadomości współczesnego człowieka.

Gnoza to szukanie nieskończoności w głębi własnego serca – formuła ta brzmi jak poetycka analogia, ściśle wszelako ujmuje najważniejszą zasadę gnozy. Zaczynamy od skończonego ja, a szukamy tego, co je przerasta. Na początku są to emocje i myślimy, że rozum może zapanować nad emocjami. Dopiero dotarłszy do głębi serca rozumiemy czym jest owo „panowanie” – jest to poznanie, że prawdziwą mądrość zyskujemy wtedy, gdy idziemy za głosem naszych najgłębszych podszeptów. Odkrywa się wtedy przed nami otchłań, nieskończoność, droga, której końca nie sposób przewidzieć, jednak podążanie nią daje nam wszystko to, czego pragnęliśmy. Aż do momentu osiągnięcia „zdumiewającej błogości”, o której pisał Mikołaj z Kuzy. Warto przy tym pamiętać, że ową błogość osiąga się przez „zwymiotowanie obrazów i pojęć”, jak o tym Kuzańczyk pisał w swoim dziele O oświeconej niewiedzy.

O pamięci transaktywnej i rozstaniu

Psycholog Daniel Wegner ukuł niegdyś pojęcie pamięci transaktywnej. Tak nazwał pamięć, która nie jest przechowywana w naszym mózgu, jak głosi obecny paradygmat, ale której treści są nam dostępne pośrednio, na nośnikach zewnętrznych, by tak rzec. Na przykład nie wiem jaka jest stolica Burundi, ale wiem gdzie stoi atlas geograficzny, w którym mogę ją znaleźć. Nie pamiętam numerów telefonów do dziesiątków moich znajomych, ale mam je zapisane w swoim telefonie. Najważniejsza jest jednak pamięć transaktywna przechowywana w umysłach znanych nam ludzi. Może tu chodzić o grupę współpracujących ludzi, ale bardzo dobrym przykładem jest rodzina. Nasi rodzice pamiętają wydarzenia w naszego dzieciństwa, które sobie sami ledwo przypominamy. Brat albo siostra, wujek, ciocia, dziadek czy babcia – to wspaniałe zasobniki pamięci transaktywnej. Kontakty międzyludzkie, nie tylko rodzinne, ale praktycznie wszystkie, są możliwe dzięki rozmaitym sieciom pamięci transaktywnej. Któż lepiej niż najbliższy przyjaciel przypomni mi po czterdziestu latach, co robiłem na pierwszym roku studiów?

Istnieje także pewien szczególny przypadek pamięci transaktywnej, który pojawia się wtedy, gdy dwoje ludzi poznaje się i zakochuje się w sobie. Wraz z upływem czasu i z rozwojem relacji pomiędzy kochankami pamięć ta krzepnie, obrasta w zdjęcia i filmy na komórkach, pliki na komputerze, ale przede wszystkim w wiele bardzo intymnych wspomnień, które para opowiada sobie jedynie w cztery oczy wieczorami, by ożywić dawne namiętności. Pamięć transaktywna pary jest jednym z podstawowych elementów budujących intymność, bez której nie można sobie wyobrazić prawdziwego związku. Ona pamięta jedno, on coś innego, ich pamięci się uzupełniają i tworzą ponadindywidualną całość, będącą czymś więcej niż sumą części.

Jednak wszystko co ma swój początek, ma też swój koniec. Para się rozstaje, małżeństwo się rozwodzi. Przy rozstaniu tracimy zewnętrzny system pamięci, współdzielona niegdyś tkanka pamięci transaktywnej się rozpada. W moim doświadczeniu momentem, w którym związek ostatecznie się kończy jest chwila, gdy czuję, że nie mogę się już odwołać do zasobów pamięci transaktywnej mojej byłej partnerki. Kiedyś mogłem ją zapytać: „A pamiętasz jak to było, gdy byliśmy razem nad morzem tamtego lata?” albo „Czy możesz mi powiedzieć, dlaczego byłaś tak smutna przy naszym trzecim spotkaniu?” Jej odpowiedzi dawały wtedy poczucie pełnego zrozumienia i bliskości. Gdy jednak poczuję, że już takich pytań nie mogę zadawać, że już nie otrzymam na nie żadnej odpowiedzi oprócz wzruszenia ramion, wtedy wiem, że rozstanie się dokonało.

Przy każdym poznaniu coś zyskujemy, przy każdym rozstaniu coś tracimy. Czuję smutek, że nie mogę już zadawać pewnych pytań, mimo iż pozostaję w kontakcie z moją byłą partnerką. Jednak pamięć transaktywna już nie jest dostępna, intymność zanikła; nie można już rozmawiać o przeszłości, pozostaje tylko rzeczowa wymiana zdań o sprawach bieżących. Czasem ta niedostępność jest ostateczna, gdy bliska mi osoba nie żyje. Jednak w przypadku osób żyjących zawsze czuję pewien subtelny zawód, rozczarowanie i frustrację poznawczą. Bo zawsze jest jeszcze do zadania mnóstwo pytań, które nie uzyskały odpowiedzi nawet po długich latach związku; czasem wydaje mi się, że można jeszcze porozmawiać, dowiedzieć się czegoś. Ale to tylko przykre złudzenie, bo już nie nie mamy wspólnej pamięci, nasze linie czasu się rozdzieliły. Prymarna obcość wróciła na właściwe sobie miejsce.