Archiwum kategorii: Bez kategorii

O twórczości

Tworzenie to odciśnięcie kształtu (obrazu) w materii, w przestrzeni barw, w kamieniu, w dźwięku, słowie czy ruchu. Kształt jest elementem ducha, natomiast materia ( u człowieka jest to cielesność) jest elementem opozycyjnym wobec ducha, koniecznym oporem, dzięki któremu dochodzi do konkretyzacji aktu stworzenia. Stworzenie jest możliwe dzięki działaniu, cudownej mocy świadomej aktywności wypływającej z myślowych przedstawień, a realizującej się poprzez fizjologiczno-mięśniowy aparat człowieka. Do stworzenia dzieła tchnącego autentycznością dochodzi dopiero wtedy, gdy artysta pozwoli się prowadzić wewnętrznej, boskiej „myślotwórczości”, gdy jego ręka „wodzi” za tym, co dusza chce oddać w zmysłowych obrazach, gdy działanie nie jest niczym odrębnym od wizerunku kształtującego się w duszy. To piękno. Modelka, pędzel, farby, płótno i ręka Leonarda da Vinci współgrają w oddaniu wiecznego uśmiechu Giocondy, rysującego się w tle świadomości Leonarda. Odczytał on w swej głębi archetyp uśmiechu i dzięki swemu geniuszowi potrafił go utrwalić, w sposób doskonały dając się powodować (jak koń daje się powodować jeźdźcowi za pomocą uzdy w platońskiej metaforze) obrazowi wyłaniającemu się z nieświadomości.

Im bardziej świadome jest działanie, tym mniej twórcze. Sięgając po szklankę wody, możemy to zrobić z nieświadomą gracją, możemy też uronić parę kropel angażując naszą nieporadną świadomość w proces kontrolowania ruchu. W świadomości pojawiają się obrazy, ale aby przetransformować je w twórcze działanie potrzebna jest nieświadomość. Świadomość zainteresowana tylko w oglądaniu obrazów jest nader często brana mylnie za element duchowy w człowieku. Duchem jest dopiero świadomość wraz z nadającą jej niezbędną głębię nieświadomością. Inne pojmowanie tej sprawy prowadzi nas na przykład do rozpatrywania miłości jako pojęcia albo do tworzenia abstrakcyjnych „trzecich światów”. Tymczasem duch może objawić się w człowieku tylko w ścisłej syntezie z jego ciałem, które jest siedliskiem nieświadomości.

O indywiduacji

W dialogu Państwo Platon opisuje człowieka sprawiedliwego, takiego, który zharmonizował w sobie trzy cnoty: mądrość, męstwo i umiarkowanie. Tak o nim pisze: „Taki człowiek urządził sobie gospodarstwo wewnętrzne jak należy, panuje sam nad sobą, utrzymuje we własnym wnętrzu ład, jest dla samego siebie przyjacielem; zharmonizował swoje trzy czynniki wewnętrzne, jakby trzy struny dobrze współbrzmiące, wszystkie je związał i stał się ze wszech miar jednostką – a nie jakimś zbiorem wielu jednostek. Opanowany i zharmonizowany postępuje też tak samo, kiedy coś robi, czy to gdy majątek zdobywa, czy o własne ciało dba, albo i w jakimś wystąpieniu publicznym, albo w prywatnych umowach, we wszystkich tych sprawach i dziedzinach on uważa i nazywa sprawiedliwym i pięknym każdy taki czyn, który tę jego równowagę zachowuje i się do niej przyczynia.”

Ten opis człowieka sprawiedliwego jest moim zdaniem dobrym opisem człowieka, który przeszedł indywiduację w sensie jungowskim. Sam Jung odmawiał szczegółowego opisu tego, jakim jest człowiek, który urzeczywistnił archetyp jaźni. Jednak filozofowie są znani z tego, że odważają się oddawać słowami to, co nienazywalne. I tak też uczynił Platon. Jego słowa oddają to, co najważniejsze – że człowiek może być sobą, jednostką (indywiduum) w każdych okolicznościach i że może być przyjacielem samego siebie. To ostatnie określenie jest bardzo ważne. My wszyscy jesteśmy rozszczepieni, jesteśmy „zbiorem wielu jednostek” często wrogich wobec siebie, a człowiek, który osiągnął pełnię psychiczną jest spójny sam ze sobą. Nie jest ideałem, nie jest „dobry”, jest świadomy swoich wad, których ma tyle, co każdy śmiertelnik. I tylko tyle – i aż tyle – gdyż tylko ta świadomość daje mu pełnię.

Z filozoficznego punktu widzenia, ale tym razem trochę innego niż platoński, człowiek zindywiduowany to człowiek, który doświadczył tego, że jest tymczasowym domem dla transindywidualnej siły życiowej i wyraził to doświadczenie na swój specyficzny, w pełni indywidualny sposób. Przeżył do końca własną wyjątkowość i niepowtarzalność, zachowując zarazem pełną świadomość, że jest tylko jednostkową ekspresją czegoś wielkiego i nieznanego.

O kolistej naturze życia

Jeden z modeli kosmologicznych opisuje ciekawą cechę naszego wszechświata. Jeśli mianowicie gęstość materii jest w nim odpowiednio duża, to może okazać się, że jest on wszechświatem zamkniętym. Kiedyś więc ulegnie kolapsowi, który zakończy jego karierę rozpoczętą wielkim wybuchem. Mnie ciekawi wszakże coś innego – jeśli w zamkniętym wszechświecie wystrzelimy z Ziemi rakietę, to po bardzo, ale doprawdy bardzo długim czasie powróci ona, tyle że z przeciwnego kierunku, niejako zza naszych pleców. W jakimś sensie wszechświat ma zatem strukturę kolistą, nie ma w nim linearnej ucieczki w nieskończoność, wszystko powraca.

Podobną strukturę ma życie. W dzieciństwie i młodości patrzymy przed siebie, wystrzeliwujemy rakietę naszego życia w oczekiwaniu, iż osiągnie ona niezmierzone rejony, do których wówczas nie sięgała nawet nasza wyobraźnia. Paliwem rakiety są marzenia, a niebo nie ma granic. Patrzymy tylko w jednym kierunku, przed siebie. Przyszłość, niczym arystotelesowska przyczyna celowa, przyciąga nas z nieodpartą siłą. Życie jawi się jako jedna, ogromna obietnica spełnienia.

Jednak u zmierzchu życia, najczęściej tak około sześćdziesiątki, rakieta naszego życia wraca do nas, tyle że z przeciwnego kierunku. Niczym wystrzelony pocisk uderza nas prosto w plecy. Wszystko co zrobiliśmy – a zwłaszcza to, czego nie zrobiliśmy – powraca i domaga się uwzględnienia. Wspominamy nasze zwycięstwa, najlepsze chwile, spędzone na rozmaitych rozkoszach i triumfach. Tak jest w chwilach dobrych. Gdy jednak gryzie nas czarny pies, rana na plecach zaczyna się jątrzyć, a ból niespełnionej przeszłości staje się dojmujący.

Wtedy, gdy ciemność nocy już wyraźnie jaśnieje przed nami, nie możemy tak po prostu, pełni lęku, obrócić się i spojrzeć wstecz, pielęgnując tylko dobre, szczęśliwe fragmenty naszej przeszłości. Nie możemy odwracać oczu od tego, co nas czeka. To pułapka, w którą wpada większość. Nie, my wiemy, że teraz dana jest nam po raz pierwszy w życiu możliwość prawdziwego spełnienia, jakże innego od tego, które wyobrażała sobie młodość. Jeżeli obejmiemy ból, ranę przeszłości, życie zatoczy pełny krąg i domknie się. Jeśli tylko potraktujemy życie poważnie, dopełni się jego kolista natura, a my będziemy mogli spokojnie odejść.

O nudnych ludziach

Jedną z najbardziej przerażających myśli, dotyczących kondycji psychicznej i mentalnej ludzi, jest dla mnie myśl, że że istnieją osobniki tak bardzo nudne, iż nawet nie mogą doświadczyć depresji. Prowadzą oni swe życie w stabilnym samozadowoleniu, w tępej mgle codzienności, pracy, domu, dzieci i błahych rozrywek. Ich umysły są tak ograniczone i zamknięte, że nic ponad proste i schematyczne wymagania związane z kontynuacją istnienia fizycznego nie przebija się do ich wnętrza. Są po prostu nudni, do szpiku kości. Obcowanie z nimi przypomina jedzenie nie posolonej zupy – można ją strawić, ale chce się jak najszybciej przestać ją jeść. Gdybyż chociaż mogli poczuć na chwilę smak życia, zwrócić swój wzrok na ciemne jego strony, dające życiu tło i głębię. Niestety, nie potrafią tego, są nudni. Może czasem przeżywają przerastające ich emocje, ale nie są zdolni do refleksji, do zejścia do swego wnętrza na bólu, który daje poznanie. Nic dziwnego, że wolę obcować z tymi, którzy cierpią, których ten świat boli, którzy chcą się wyrwać z samozadowolenia swego ograniczonego bycia nawet kosztem dojmującego bólu.

Takim nudnym człowiekiem jest profesor, który napisał parę nudnych książek i który nie wzbudza zainteresowania – ani kontrowersji – wśród studentów. Po prostu ich nudzi, zasypiają na jego wykładach. Nudnym typem jest pater familias, głoszący swe mądrości przy każdej okazji, bo przecież każdy, kto zachowuje się i myśli inaczej niż on jest dlań dziwny. I wysłuchiwanie jego gadaniny budzi nic więcej, jak odruch ucieczki. Nudna jest też matka, która czerpie całą swoją powagę z tego, że jest matką i myśli, że jest guru dla swego dziecka. Współczujemy dziecku. Nudnym typem jest osobnik, któremu ideologia – polityczna czy religijna – zastępuje myślenie. Wszelkie szczytne idee i ideały zasługują tylko na cynizm, bo cynik nie jest nudny. Takie typy nudnych ludzi mógłbym wymieniać jeszcze dziesiątkami. Prowadzą swoje płytkie życie, pałają samozadowoleniem. I są nudni. To już lepiej by popadli w depresję, bo nauczyć się cierpieć, to znaczy nauczyć się żyć.

O synchroniczności

W 1952 roku C.G. Jung opublikował rozprawę Synchronizität als ein Prinzip akausaler Zusammenhänge, w której podsumował swoje, trwające ponad dwie dekady, rozmyślania i badania nad komplementarną do przyczynowości zasadą wyjaśniania zjawisk, którą nazwał synchronicznością. Być może lepszym tłumaczeniem byłoby słowo „synchronistyczność”, akceptujące zbieżność w czasie dwóch nie powiązanych przyczynowo zdarzeń. Synchroniczność można formalnie zdefiniować jako jednoczesne pojawienie się pewnego stanu psychicznego i jednego lub więcej zewnętrznych zdarzeń, postrzeganych jako sensownie powiązane z tym stanem psychicznym jakiegoś człowieka. Jung pisze: „Na synchroniczność składają się dwa czynniki: a) jakiś nieświadomy obraz pojawia się w świadomości już to bezpośrednio (tj. literalnie), już to pośrednio (w formie symbolu lub sugestii) jako marzenie senne, idea czy przeczucie; b) jakaś obiektywna sytuacja zbiega się z tą treścią.” Mamy tu zatem do czynienia ze zjawiskami, pomiędzy którymi zachodzi znacząca koincydencja, ale które w żaden sposób nie mogą być ze sobą powiązane przepływem energetycznym. Synchroniczność może także obejmować jednoczesne pojawienie się dwóch stanów psychicznych mających podobne znaczenie. Innymi słowy synchroniczność to nic innego jak sensowna koincydencja zjawisk nie powiązanych ze sobą w żaden sposób przyczynowo.

We wspomnianej rozprawie Jung opisuje przypadek młodej pacjentki, której postępy w terapii były zahamowane przez jej nader krytyczny, kartezjański intelekt. W czasie terapii opowiedziała sen, w którym otrzymała złotego egipskiego skarabeusza:„Pewna młoda kobieta, którą leczyłem, miała w krytycznym momencie terapii sen, w którym podarowano jej złotego skarabeusza. Kiedy opowiadała mi ten sen, siedziałem tyłem do zamkniętego okna. Nagle usłyszałem za sobą hałas przypominający łagodne stukanie. Odwróciłem się i zobaczyłem owada, który w locie uderzał z zewnątrz w futrynę okna. Otworzyłem okno i schwytałem go. Stworzonko to stanowiło najbliższą analogie do złotego skarabeusza, jaką można spotkać w naszej strefie geograficznej: był to żuk z rzędu skarabeuszowatych, pospolity złotawiec (Cetonia aurata), który wbrew swym normalnym obyczajom wyraźnie poczuł potrzebę dostania się do ciemnego pokoju w tym szczególnym momencie. Muszę przyznać, że nic podobnego nigdy nie wydarzyło mi się ani przedtem, ani potem, i że sen pacjentki również pozostał czymś niepowtarzalnym w całym moim życiu.”

Jak podkreśla, „niemożliwość” owej sytuacji skruszyła opór jej intelektu i terapia ruszyła dalej. Przykład ten, oprócz tego, że ilustruje zjawisko synchroniczne, jest też przykładem genialnej interwencji terapeutycznej Junga. Wielokrotnie doprowadzał on swych pacjentów do granic ich racjonalnego światopoglądu i pokazywał, jak poszerzenie postrzegania rzeczywistości poza obowiązujący paradygmat naukowy czy filozoficzny może doprowadzać do uleczenia z nerwicy. Zapytajmy teraz, co to znaczy: genialna interwencja terapeutyczna? Czy nie oznacza ona tego, że we właściwym momencie terapeuta wypowiedział właśnie to słowo, uczynił właśnie ten gest, dokładnie takie, jakie były potrzebne i skuteczne dla procesu terapii? Taka interwencja jest zjawiskiem synchronicznym, zbiegiem dwóch nie powiązanych przyczynowo zdarzeń. Bo nie jest tak, że to terapeuta, reagując na sytuację klienta, coś wymyśla przyczynowo, czerpiąc z zasobów swej wiedzy. Nie, najlepsze interwencje to te nieuprzyczynowane, nie zapośredniczone przez wiedzę, wyszkolenie i intelekt.

Jeśli otworzymy się na takie transracjonalne postrzeganie rzeczywistości, możemy rzeczywiście przełamać wiele ograniczeń naszego umysłu. Opowiem, o co mi chodzi. W miejscu, w którym teraz mieszkam, lubię siedzieć sobie wieczorem na balkonie. Wtedy, tak około godziny 21, gromady chrabąszczy, guniaków czerwczyków, nawiedzają moje siedzisko. Pchają się do okna, nie zwracając na nic uwagi. Mają teraz okres godowy i tracą głowę, tak twierdzą entomolodzy. Zatem nic dziwnego nie ma w tym, że jakiś owad zachowuje się dziwnie. Mogę zatem spokojnie przylgnąć do owego wyjaśnienia przyczynowego, tym bardziej, że nie niepokoił mnie żaden sen o skarabeuszu. Zauważyliście, że wyjaśnienia przyczynowe są tak uspokajające, a zdarzenia synchroniczne tak niepokojące? Odnośnie żuka schwytanego przez Junga, nie wiem, w jakiej porze roku ani w jakiej godzinie dnia się garnął do jego ciemnego gabinetu. Zapewne też można by podać jakąś przyczynę jego osobliwego zachowania. Budowanie ciągów przyczyn jest jednak tu nieistotne, nie zajmujemy się bowiem nauką, ale poznaniem duszy. Najważniejsze jest to, że Jung otworzył oko swego umysłu na to całkowicie przypadkowe zdarzenie i wbrew racjonalnym wyjaśnieniom odkrył w nim sens. Tym jest bowiem ostatecznie zjawisko synchroniczności: to kreacja sensu, która dokonuje się dzięki wglądowi umysłu.

O głupocie

Głupota to doskonały temat do rozważań. Jest tak dlatego, że stanowi ona dominującą i definiującą cechę gatunku homo sapiens, i zawsze warto zastanawiać się, na czym ona polega – by jej nie ulegać. Oprócz uwagi, którą doskonale, z wyśmienitym angielskim akcentem, wypowiedział kiedyś John Cleese w jednym ze swoich filmików, a mianowicie, że głupiec świadomy swej głupoty przestaje być głupcem, mam jeszcze jedną, komplementarną uwagę. Otóż znaczącym znamieniem głupoty jest przekonanie, jakie żywi każdy głupiec, że to, co on uznaje za prawdę, jest powszechnie obowiązującą prawdą. Dlatego też głupiec nie może pomyśleć, że jest głupi. Jego zdaniem to, co myśli jest po prostu prawdą dotyczącą wszystkiego i wszystkich.

Tak, znamieniem głupoty jest takie właśnie przekonanie, które stanowi zadziwiające odwrócenie imperatywu kategorycznego Kanta. Imperatyw ów stwierdza, że właściwym postępowaniem jest to, które odbywa się wedle zasad, które powinny stać się prawem powszechnym, obowiązującym wszystkich ludzi. Głupiec myśli, by tak rzec, „podobnie”, i formułuje imperatyw kantowski á rebours. To, co wykluło się w mej głowie – rzecze sobie głupiec – jest przecie oczywistą oczywistością i prawdą uniwersalną. A kto myśli inaczej, ten idiota.

A na koniec: jeślibym pomyślał, że to co napisałem powyżej, jest prawdą, to byłbym głupcem. Zatem, drogi czytelniku, nie przejmuj się mymi słowami. Myśl swoje, raduj się świadomością tego, że masz własne myśli, które nie obowiązują nikogo. Nawet ciebie.

O samoświadomości

Samoświadomość wyraża się z sformułowaniu: „Wiem, że wiem”, albo jeszcze dokładniej: „Jestem świadomy tego, co jest treścią mojej świadomości”. Otóż okazuje się, że przez około 30-50% czasu naszego życia na jawie nie jesteśmy samoświadomi (tak pokazują różne badania, jest to więc średnia, moim zdaniem zbyt optymistyczna, bo o wiele więcej czasu spędzamy na autopilocie). Jesteśmy rozproszeni, nasz umysł wędruje, dokonujemy wielu rzeczy i rozmawiamy z ludźmi – ale nie jesteśmy samoświadomi. Nieustannie odklejamy się od teraźniejszości, pogrążając się w myślach, wspomnieniach, nagłych nastrojach. Śnimy na jawie i to przez połowę lub więcej swojego życia. Wskazuje to, jak trudny jest do uzyskania – i utrzymania – stan samoświadomości.

Jest takie piękne polskie słowo, którego zawsze używam mówiąc o samoświadomości. To słowo przytomność, które nie ma dla mnie sensu potocznego („stracił przytomność”), ale wywodzę go ze skojarzenia „być przy”. Jestem w pełni „przy czymś”, gdy jestem samoświadomy i w pełnym kontakcie z teraźniejszością. Ten stan pełnej przytomności pokazuje opowieść z kręgu buddyzmu zen. Otóż pewien mistrz zen swoich uczniów, którzy wchodzili do jego pokoju na indywidualne spotkanie mające sprawdzić ich stopień urzeczywistnienia, zwane dokusan, pytał zawsze na początku o to, gdzie zostawili swoje sandały przed wejściem – po lewej czy po prawej stronie drzwi. Jeśli jakiś uczeń nie umiał odpowiedzieć, był odsyłany z kwitkiem. Pełna przytomność, samoświadomość związana jest bowiem mocno z pamięcią, jak to dziś mawiają psychologowie, pamięcią roboczą.

Pamięć robocza (inaczej nazywana operacyjną) odpowiada za jednoczesne przechowywanie i przetwarzanie informacji. Pamięć tę można porównać do pamięci komputera. Podobnie jak w naszych komputerach mała pojemność pamięci operacyjnej sprawia, że sprzęt działa powoli, a niektórych programów wręcz nie może uruchomić, tak samo dzieje się w naszym wędrującym zwykle umyśle. Trenowanie przytomności jest zatem niczym innym jak nieustannym rozbudowywaniem pamięci operacyjnej naszego wewnętrznego komputera. Bo umysł uwielbia się zajmować sobą, ciągle ruminować i marzyć, i dopiero samoświadomym, medytacyjnym wysiłkiem trzeba go sprowadzać do rzeczywistości, dokleić do teraźniejszości.

Tylko w momentach samoświadomości jesteśmy w pełni ludźmi, bo wtedy jesteśmy wolni. Samoświadomość daje nam możliwość działania bez szkody dla innych, bo tylko wolny człowiek daje wolność. A dlaczego napisałem o momentach samoświadomości? Czy nie byłoby lepiej trwać w tym stanie bezustannie? Nie wiem czy to możliwe, wątpię, a ponadto mam w głowie pewną kabalistyczną przypowieść. Mówi ona, że Bóg patrzy na wszystko, zna wszystko i nad wszystkim panuje. Jak zatem człowiek może być wolny – pyta kabalista? Otóż może być wolny tylko w tych chwilach, gdy Bóg przymyka oczy. To najpiękniejsza przypowieść o samoświadomości jaką znam.

Gdy pisałem te słowa, z mojej pamięci wychynęło wspomnienie tego, w jakich okolicznościach ją po raz pierwszy usłyszałem. Było to w sierpniu 1997 roku, w letniskowej mieścinie pod Warszawą nazywającej się Urle, w czasie dyskusji na moim doktoratem, którą prowadziłem z moim promotorem, profesorem Andrzejem Wiercińskim. On wówczas, w niepamiętnym już teraz kontekście, przytoczył ową przypowieść. Tak, pamięć zachowuje tylko chwile samoświadomości.

O południu życia

Wszyscy znają frazę z Horacego: Carpe diem. Zwykle jest tłumaczona jako „chwytaj dzień”. Jednak łacińskie carpo odnosi się do znacznie łagodniejszego działania, które można powiązać z kwiatem albo owocem. Można by powiedzieć, że chodzi o rozkoszowanie się czymś, a nie o zawładnięcie. Horacy nam mówi: nie chwytaj dnia kurczowo, tylko dlatego że przemija zbyt szybko, raczej smakuj go niczym owoc rozpływający się w twoich ustach, albo wąchaj jak spotkany przy drodze kwiat, którego nie zrywasz. Uwolnij się od pokusy posiadania chwili, bądź w niej, a potem pozwól jej odpłynąć, niczego nie oczekując. Bo Horacy pisze też: Quam minimum credula postero – „jak najmniej ufaj przyszłości”; pozostań w teraźniejszości, bo nie ma niczego poza nią.

Tak się właśnie teraz czuję, siedząc na balkonie pogrążony w lekturze dobrej książki; podnoszę oczy, rozkoszując się błękitem nieba, i wiem, że jestem w południu mojego życia. Słońce stoi w zenicie, nic mi nie brakuje, niczego nie chcę, do niczego nie dążę. Jest południe, jestem spokojny, spełniony, żadne niepokojące myśli nie nawiedzają mojego umysłu. Spoglądam w górę, mrużę oczy w słonecznym blasku, czuję ciepło na skórze, jest cicho, i wiem, dobrze wiem, że nic mi więcej nie potrzeba.

O ego raz jeszcze

W 1998 roku Matthew Botvinick i Jonathan Cohen, psychiatrzy z uniwersytetu w Pittsburghu, przeprowadzili słynny eksperyment z użyciem gumowej ręki. Badani obserwowali leżącą przed nimi gumową rękę, podczas gdy ich własna była zasłonięta ekranem. Pozostająca na widoku ręka gumowa i ręka rzeczywista na ekranem były jednocześnie dotykane. Okazało się, że w krótkim czasie, nawet jednej minuty, gumowa ręką zaczynała być odczuwana jako własna i badana osoba doznawała kolejnych dotknięć jako odczuwanych w niej. Badacze wykazali w ten sposób, że ludzka świadomość ma wrodzoną tendencję do budowania pewnego obrazu całości swojego ciała, do tworzenia jego wyobrażenia poprzez inkorporowanie wszelkich doznań zmysłowych. Ta tendencja odnosi się także do wszelkich innych cech, nie tylko fizycznych, ale i psychicznych. Na ich podstawie budujemy obraz siebie, który nazywamy zwykle ego. Jego istotą jest to, że powstaje wtedy, gdy do obrazu samych siebie włączymy swoje akty poznania samych siebie! Tak zaistniałe ego odpowiada (i jest wyrazem) za nasze poczucie „mojości”: mamy nasze myśli, nasze uczucia, nasze ciało.

Jak dobrze wiemy, zmysły człowieka prezentują tylko bardzo ograniczony wycinek rzeczywistości fizycznej. Funkcjonująca w oparciu o nie świadomość jest bardziej organem selekcji informacji przychodzących ze świata niż jego poznawania. Na tych wąskich podstawach jest budowane naszego ego. Służy ono dobrze przetrwaniu jednostki, ale nie poznaniu tego, jaka jest rzeczywistość, która ją otacza. Ego to druga strona monety, której pierwszą stroną jest obraz świata, jaki tworzy nasza świadomość z tak niepełnych danych. Ego jest sposobem konceptualizacji tego cząstkowego doświadczenia, ale jest też dążnością, by do tego cząstkowego doświadczenia włączać to wszystko, co odnosi się do ciała, jak to pokazuje eksperyment z gumową ręką. Konceptualizacja prowadzi do wytworzenia pojęcia, a pojęcie to coś, co „pojmuje” jakąś treść, to inkorporacja naszego doświadczenia w obręb świadomości, a zatem w bardzo ograniczony sposób. Ego jest takim właśnie pojęciem, centralnym pojęciem, wokół którego grupują się inne pojęcia kształtujące nasz odbiór rzeczywistości. Technicznie można je określić mianem metareprezentacji nadbudowanej na prezentacjach obrazów rzeczywistości w naszym mózgu. Wydaje się, że dążenie do integracji obrazu rzeczywistości, stworzenie całości z mnóstwa odrębnych doznań zmysłowych jest jedną z najważniejszych funkcji naszego umysłu. Jednak to ona właśnie doprowadziła do powstania ego jako fenomenalnego wyrazu owej integracji, który wyodrębnił się od pozostałych treści świadomości, poczynając swe istnienie w pętli samoodniesienia.

Ujmując to w innej metaforyce – ego to swego rodzaju okno, przez które patrzymy na świat, ale którego nie jesteśmy świadomi – ta nieświadomość to właśnie to, co czujemy jako „ja jestem”. Ego to obraz, który nie jest świadom sam siebie jako obrazu. Dlatego poszerzenie świadomość, na przykład w czasie praktyk medytacyjnych, powoduje, iż ego zanika, stając się tylko tym, czym zawsze było: strumieniem wrażeń, jak o tym pisał David Hume. Jawi się wtedy jako jako błąd poznawczy i rozpoznane jako takie odchodzi. Błąd ten ma wszelako swoją podstawę, w której jest dobrze ugruntowany, jest zatem w pewnym sensie błędem nieuniknionym. Podstawą tą jest nasze ciało. Bez nieustannego, trwającego całe życie dopływu bodźców z i za pośrednictwem ciała, ego by nie zaistniało. Spory wpływ na jego powstanie mają też inni ludzie, sami wyposażeni w ego i spoglądający na nas od kołyski jako na ludzi wyposażonych w ego. Relacje społeczne są bowiem silnym czynnikiem współgenerującym ego w jednostce. Jak pisał Arystoteles, jesteśmy zwierzęciem społecznym, a poza wspólnotą polis człowiek jest zwierzęciem albo bogiem.

Czy możliwe jest inne funkcjonowanie świadomości niż to oparte na ego? Co najmniej od czasów Upaniszad na taką możliwość wskazywały rozliczne tradycje duchowe. Rozmaite wybitne jednostki, takie jak Budda, rozpoznawały, że możliwie jest osiągnięcie transegoicznej podmiotowości, świadomości niedualnej, opisywanej w upaniszadzie Mandukja jak stan czwarty (turija). A w naszych czasach C.G. Jung pisał o jaźni, archetypie całości psychicznej, ujmując w tym pojęciu stan dynamicznej jedności świadomości i nieświadomości, relatywizujący ego, przenoszący je z roli podmiotu psychiki do statusu przedmiotu danego świadomości. Ego to niesamowite osiągnięcie ewolucji, musi jednak być przekroczone, gdyż jest tylko ograniczonym ewolucyjnie sposobem na osiągnięcie jedności obrazu świata. W doświadczeniach medytacyjnych i mistycznych zostaje ono zniesione. Nie zanika całkiem, ale zajmuje swoją właściwą pozycję, jako jedno z pojęć pomiędzy innymi pojęciami zaludniającymi nasz umysł.

O pociesze

To, że każda religia daje pociechę, jest oczywiste. Po to wszak pojawiły się w tym świecie. Idę o zakład, że również każda filozofia, nawet podobno takich pesymistów jak Schopenhauer czy Cioran, daje pociechę. Także nauka jest pełna pociechy w swym dążeniu do intersubiektywnej prawdy i w pragmatyzmie techniki. A cóż innego jak pociecha przyciąga wrażliwe na piękno jednostki do sztuki? Wbrew Freudowi, cała kultura jest źródłem pociechy. Ale ultymatywną pociechą jest samobójstwo – skoro nie mogę nigdzie znaleźć pociechy, niech chociaż nie odczuwam jej braku. Wszystko zatem, co czyni człowiek, jest albo pociechą albo ma na celu pociechę. Życie to nie przeciwstawianie się entropii (a jak wskazuje współczesna nauka, entropia nie jest tak straszna, jak ją Boltzmann malował – cóż za pociecha!), o nie! – życie to pęd ku pociesze. Jeżeli tak zdefiniujemy życie, bezprzedmiotowe staje się pytanie: „Dlaczego ludzie muszą mieć coś, co ich pociesza?” Po zadaniu takiego pytania świat staje się zagadką, a życie na nim zaczyna tak nieznośnie uwierać, że szukamy natychmiastowej… pociechy.

Pociecha, o ile ma być prawdziwa, musi być skuteczna. Najbardziej efektywne pod tym względem wydaje się być całkowite wstrzymywanie się od zadawania pytań metafizycznych. Pytań metafizycznych nie stawiamy sobie w dwu przypadkach: albo gdy jesteśmy dżdżownicą lub też gdy metodycznie powstrzymujemy się od zadawania takich pytań. To drugie oznacza powstrzymywanie się od myślenia w ogóle. Dlatego dionizyjska mądrość Greków mówiła, że najlepiej człowiekowi nie narodzić się w ogóle, a już narodzonym zalecała jak najszybszą śmierć; natomiast apollińska mądrość Hindusów zachwalała natychmiastową nirwanę. Co do chrześcijan, dobry chrześcijanin to chrześcijanin, który nie myśli. Każdy szuka pociechy – jednym wystarcza soczyste przekleństwo, inni nie spoczną, póki nie stworzą totalnego systemu metafizycznego czy religijnego.

Oto, co mam do powiedzenia: nieustanne zapytywanie naprawdę nic nie daje. Jest tylko jeden świat, tylko jedno rozwiązanie, tylko jeden wysiłek. W średniowieczu wystarczyło stwierdzić ora et labora; dzisiaj wybór dróg życia jest obfitszy. W każdym razie pociechę z ust Epikura odnośnie bogów i śmierci należy stosować notorycznie i nie pytać wciąż „kto” lub „co” zrzuciło cegłę na naszą głowę. Świat nasz, tak żywo pulsujący w czasie i przestrzeni, odznacza się bowiem pewną piękną koniecznością, koniecznością faktu. Gdyby nią nie dysponował, nie moglibyśmy go podziwiać. Umysł ludzki jest wyposażony mocą tej konieczności w zdolność do wybiegania w przyszłość; może przewidywać, ale przewidywaniu temu podlegają jedynie możliwości. Otóż pociecha to nic innego jak możliwość, co do której żywimy nadzieję, że stanie się faktem. Prawie wszyscy ludzie są tak niecierpliwi, że to, co daje im pociechę uznają za fakt, popełniając niewybaczalny błąd przejścia od możliwości do faktyczności. Mechanizm ten można nazwać ideologizacją pociechy, tj. uznaniem jej za rzeczywistość, czyli za coś, co może być przyczyną naszych czynów. Pociecha powinna jednak zostać jedynie możliwością, czystą potencjalnością, gdyż inaczej wyradza się w lęk przed rzeczywistością.

Jakie zatem jest wyjście? Tylko powstrzymanie się od wszelkich pociech może dać, by tak rzec, ostateczną pociechę. To eschatologiczne epoche, stanowiącepodstawowy warunek dobrego życia. A zatem, podsumowując, nie ma żadnej pociechy, shit happens, a paragraf 22 obowiązuje. Nad portalem kobiecego łona, przez które wchodzimy na ten świat, winien widnieć napis: Lasciate ogni speranza, voi ch’entrate. Każdy bowiem, kto świadomie na ten świat patrzy, nie pragnie żadnej pociechy, a interesuje go tylko jedna rzecz: to, jak najszybciej ten świat opuścić. Nie przez samobójstwo czy inną głupotę, ale przez rozpoznanie, że nie ma nikogo, kto miałby pragnąć jakiejkolwiek pociechy.