Archiwum kategorii: Bez kategorii

O dzieci wychowywaniu

Wedle opowieści biblijnej do poznania dobra i zła konieczna była konsumpcja owocu z drzewa wiadomości. Efektem było, o dziwo, skażenie natury ludzkiej i wynikająca stąd konieczność edukacji moralnej opartej o religię. Tako rzecze chrześcijaństwo, opierając swe zdanie na tej mitycznej opowieści. Mity są wprawdzie mądrością odwieczną, ale całe szczęście korygowalną. Współczesne badania pokazują, że ludzkich dzieci nie trzeba uczyć zasad odróżniania dobra od zła. Zaobserwowano, że nawet półtoraroczne dzieci są skłonne pomagać obcym dorosłym. A niespełna roczne dzieci wybierały do zabawy lalkę, która nie była aspołeczna, atakująca inne lalki, ale taką, która bawiła się z innymi lalkami. Jeśli reguły dobra i zła utożsamimy z regułami życia społecznego, to dzieci nie trzeba ich uczyć, bo zachowania moralne są efektem emocji obecnych już u początków naszego życia, a których nie można wytłumaczyć doborem krewniaczym czy zasadą wzajemności. Zatem chrześcijaństwo myli się co do dzieci, dobra i zła i koniecznej edukacji moralnej – i w paru innych sprawach również.

Jednak edukacja moralna dzieci jest najczęstszą, o ile nie jedyną, obsesją dorosłych. Nie jest ona wszelako nakierowana na uczynienie z dzieci dobrych dorosłych. Tym, czego uczy dzieci edukacja prowadzona przez dorosłych jest to, jak zostać złym człowiekiem, dokładnie takim jak wychowujący je dorośli. Cały popęd wychowawczy skierowany na biedne dzieci prowadzi bowiem najczęściej do efektów przeciwnych do zamierzonych. Na przykład dzieci wychowywane w religijnych rodzinach przejawiają mniejszą skłonność do altruizmu. To skutek uczenia tego, by nie ufały własnym intuicjom moralnym, własnym uczuciom. Powiedzmy to wprost – najlepsze co mogliby zrobić dorośli, to przestać wychować i edukować moralnie dzieci, a zamiast tego zacząć wreszcie uczyć się od nich. „Stańcie się jako dzieci” to odwieczne wyzwanie moralne ludzkości, któremu ona jak dotąd niestety nie sprostała.

Dlatego kreatywny dorosły to nader rzadki okaz, gdyż jest on niczym innym jak ocalałym dzieckiem, które jakimś cudem nie zostało przemielone przez wychowawcze zabiegi dorosłych. Wychowanie bowiem tylko temu służy, by wytworzyć człowieka, który potem będzie wychowywał kolejne pokolenie w takim zakłamaniu, w jakim sam żył. Zwykli, nieszczęśliwi dorośli pragną, by dzieci także były nieszczęśliwe i zrobią wszystko, aby to osiągnąć. Tak, trudno to przyjąć, ale pragnieniem prawie wszystkich rodziców jest to, by ich dzieci cierpiały tak jak oni. Robią to całkowicie nieświadomie, przekazując traumę, jakiej sami doświadczyli. Nie można ich winić za ich traumę, ale cóż, trudno nie zauważyć, że prawie nigdy nie poczynili ani próby najmniejszej osiągnięcia świadomości tego, jakim życiem żyją. Ponadto do przekazu traumy indywidualnej dodają jeszcze wpajanie dzieciom norm kulturowych, najczęściej takich, których sami nie przestrzegają. Wynik takiego „wychowania” najczęściej jest opłakany. To właśnie największe nieszczęście, gdy ktoś z typowo ludzką zdolnością do całkowitej akceptacji warunków w jakich żyje, daje się im całkowicie uwarunkować i potem to uwarunkowanie przenosi na swoje dzieci jako swoją „wiedzę o życiu”. Tak pojęte wychowanie to tylko pokoleniowy przekaz traumy i kulturowych obron przed nią.

Aby coś wiedzieć o życiu trzeba je przerosnąć, wznieść się ponad to, co dane, ponad biografię, historię rodzinną, wpływy otoczenia społecznego i kulturowe normy, zwieńczające obręb całego wymienionego przez mnie systemu, który kształtuje to, co nazywamy swoim życiem. Życie to koan, którego praktycznie nikt z żyjących nie umie rozwiązać. Tylko jeśli nam się to uda, to tylko wtedy możemy wziąć za nie odpowiedzialność, a nie poprzestawać na realizowaniu nieświadomych uwarunkowań narzuconych przez rodziców i społeczeństwo. Nie biorąc odpowiedzialności za swoje życie nie powinniśmy się nawet ważyć wychowywać swoich dzieci. Rzekłbym każdemu tylko tyle – wpierw dorośnij, stań się twórcą swojego życia, a dopiero potem myśl o dzieciach i ich wychowywaniu. Jeśli nie rozwiążesz koanu życia, wyprodukujesz tylko swoje nędze kserokopie, które spędzą swoje jeszcze bardziej nędzne życie na poszukiwaniu sensu, którego ty nigdy nie odnalazłeś.

O miłosnym dotyku

Psychologię miłości winni uprawiać tylko Francuzi. Lepiej im to wychodzi niż Niemcom, Polakom czy Amerykanom. Dlaczego tak sądzę? Otóż chodzi o finezję. A oto jej przykład: grupa badaczy z Francji postanowiła ustalić, w jaki sposób mężczyzna może zdobyć przychylność kobiety. W tym celu wymyślili następujący eksperyment społeczny. Wyobraźmy sobie ciepły letni dzień na ulicy pewnego letniskowego miasta. Trzech przystojnych Francuzów miało następujące zadanie: podejść do jakiejś spacerującej kobiety (w sumie spotkań tych było dwieście czterdzieści) i zaprosić ją na randkę. Każdy z nich przedstawiał się, wyrażał zachwyt nad urodą spotkanej kobiety, a następnie mówił, że chce się umówić i prosił o numer telefonu. W przypadku odmowy grzecznie dziękował. A jeśli zaproszenie zostało przyjęte, to tłumaczył, że to w imię nauki (czym wywoływał śmiech większości kobiet). Ale istotą badania było to, że w połowie spotkań delikatnie (ach, ci Francuzi!) muskali ramię kobiety w trakcie rozmowy. Jakie zatem nasi pomysłowi chercheurs d’amour otrzymali wyniki?

Okazało się, że gdy mężczyźni nie dotykali kobiet otrzymywali numery telefonu tylko w dziesięciu procentach spotkań. Gdy jednak dotykali ich ramion, odsetek ten wzrastał do dwudziestu procent! A więc, przelotne, ledwie zauważone przez kobietę muśnięcie (bo tylko jedna trzecia z nich w ogóle uświadamiała sobie, że do dotyku doszło!) zwiększało szansę mężczyzn aż dwukrotnie. Jakie było wyjaśnienie tego efektu przez francuskich badaczy? Ich zdaniem taki subtelny dotyk jest mocnym, acz nieświadomym, czyli działającym podprogowo sygnałem, który daje kobiecie ważny komunikat: „Zależy mi na tobie i troszczę się o ciebie”. Krótkie, trwające mniej niż sekundę dotknięcie było dla kobiety oznaką głębszego i – co najważniejsze – bardziej troskliwego zainteresowania mężczyzny.

Przeprowadzono jeszcze potem wiele innych eksperymentów, które – już w mniej romantycznych sytuacjach – potwierdziły skuteczność i wagę dotyku w relacjach międzyludzkich. Zapewne były, wracając na chwilę do naszego francuskiego eksperymentu, kobiety, które reagowały negatywnie, odskakiwały i uciekały, ale ich reakcje ginęły w przeważającej liczbie reakcji pozytywnych. Tak, dotyk jest tym, czego potrzebujemy od innych ludzi. Dotyk miłosny, stanowiący lepiszcze związku między partnerami, ale też dotyk między rodzicem i dzieckiem, każdy dotyk daje obietnicę uwagi i obecności. Jest silniejszym niż słowa dowodem miłości, czułości i opieki. Przez pierwszy rok naszego życia dotyk matki jest podstawowym sposobem w jaki niemowlę dowiaduje się, że ona je kocha.

Jakie możemy wyciągnąć wnioski z omówionego eksperymentu, szczególnie ważne dla mężczyzn? Otóż, spotykając kobietę w czasie pierwszych randek, warto być delikatnym, muskać dłonią równie subtelnie jak słowem, czy to ramię, czy zewnętrzną stronę jej uda, ale muskać lekko, wręcz niezauważalnie. Kobieta to zapamięta, bo im subtelniejszy dotyk, tym mocniejszy przekaz, mówiący o tym, że zyskuje od nas troskę i uwagę, a to jest trwalszą zapowiedzią miłości niż tylko zainteresowanie seksualne. A gdy już będziemy w związku, wtedy nawet po latach jego trwania, nie zapominajmy o tej subtelnej, francuskiej sztuce miłości, w której mniej znaczy więcej.

O strategiach mężczyzn i kobiet

Dla samców sukces reprodukcyjny sprowadza się właściwie do nieustannej rywalizacji z innymi samcami o względy samicy. Oczywiście nie spoczywają w swych wysiłkach na jednej, lecz zawsze w ich centrum zainteresowania jest wiele samic. Dlatego samce rzadko nawiązują silne więzi społeczne w płaszczyźnie horyzontalnej, a zamiast tego tworzą wertykalne, hierarchiczne koalicje, przesycone agresją i dominacją, a nie współpracą. W przeciwieństwie do tego samice dążą do jak najściślejszych więzi społecznych, do tworzenia grup opartych o pomoc wzajemną i wsparcie psychiczne, tak ważne w procesie wychowania potomstwa. I to właśnie dzięki temu mogą odnieść sukces reprodukcyjny.

Te dwie strategie nie mogą być bardziej od siebie odmienne, ale zarazem stanowią dopełniające się przeciwieństwa, niczym yin i yang w taoizmie. I podobnie jak mężczyzn pociągają kobiety, które nawet swoją figurą niosą obietnicę płodności, tak kobiety pociągają mężczyźni zdolni do rywalizacji i sukcesu. Jednak tym co najważniejsze jest utrzymywanie harmonii pomiędzy tymi przeciwieństwami, bez której żadna społeczność nie może prosperować. Niestety, obecnie żyjemy w epoce patriarchalnej, która jest trwającym od tysięcy lat zaburzeniem tej równowagi, grożącym zagładą cywilizacji. Zatem hasło na dziś brzmi: Mniej testosteronu, więcej oksytocyny!

O wojnie

Wojna stanowi dla zwykłego człowieka odpocznienie. Odrywa go od bezsensownej egzystencji, od trudu konsumpcji i związanej z nią bierności. Daje życiu okrutną, ale jakże pożądaną aktywność. Nagle stają się ważne podstawowe dla życia wartości, nagle życie nabiera sensu, a cele stają się zatrważająco jasne. Wszystko staje się prostsze, a silne uczucia nadają smak nieznośnej codzienności. Tak, wojna rodzi strach, ból, nienawiść, rozpacz – i wszystkie te uczucia wzbudza w natężeniu najwyższym. Nikt jej nie chce, ale podskórnie większość pragnie. Oferuje bowiem sposoby życia niedostępne w zwykłym życiu, umożliwiając by ktoś, kto jest nikim poczuł się kimś. Opłacone jest to ogromnym cierpieniem i zniszczeniami, ale daje, przerażonemu tym faktem człowiekowi, możliwość odejścia od iluzyjnego posiadania świata do realnej ofiary z siebie. Z wojną jest tak, jak z życiem samym – nic bardziej gorszego ani nic bardziej dobrego się człowiekowi nie przytrafia.

Jest to okrutne, co napisałem, i sam tego nie rozumiem i nie chcę by tak było. Jednak z tego co wiem na temat świata, w którym żyję, właśnie tak się to odbywa. Ludzie w przerażającej większości reagują nieświadomie na okoliczności życia. Rzadko który próbuje świadomie żyć, obojętnie czy jest ubogim robotnikiem, marzącym o bogactwie, czy opływającym w dobra oligarchą. Ten brak świadomości mści się tym, że masy podlegają procesom grupowym, realizując swoje przeznaczenie. Niegdyś wojna byłą walką wojowników, dziś jest najczęściej bezosobowym, mechanicznym barbarzyństwem. Ale mimo tego pociąg do niej dalej tkwi w naturze człowieka. Jest tak dlatego, że wojna ma nieodparty urok. Jednoczy ludzi, którzy czują siłę gromady i razem walczą z wrogiem. Już nie są samotni i wyobcowani. Problemy życiowe nie są już banalnymi sprawami osobistymi, nudnym poraniem się z trudnościami zwykłego życia.

Jak to mawiają, pierwszą ofiarą wojny jest prawda. Teraz są tylko dobrzy i źli. Ta prostota jest kusząca. Niweluje banalność, pustkę i powierzchowność naszej trywialnej egzystencji. Czyni wybory oczywistymi. Wojna jest irracjonalna – i to czyni ją tak atrakcyjną w obliczu racjonalizacji przenikających naszą cywilizację. I będzie ona atrakcyjna dopóty, dopóki nie wniesiemy sensu do naszego życia, indywidualnie i na własną odpowiedzialność, gdy odrzucimy zbiorowe racjonalizacje naszego istnienia. Dopóty, dopóki nie staniemy się czymś więcej niż tylko bezwładnym atomem w tłumie, wojny będą trwać. Wojna jest odpowiedzią na fundamentalny brak sensu, którym jest nasze ego. By uciec od pustki, jaka zieje w samym sercu naszej egzystencji, projektujemy ją na naszych wrogów. Widzimy w nich to zagrożenie i chęć destrukcji, które tak naprawdę mieszkają w nas.

O schizofrenii i człowieczeństwie

Doświadczenie schizofrenii jest prawdziwym laboratorium ludzkości. W formie skrajnej i patologicznej pokazuje to, o co chodzi w autentycznej ludzkiej egzystencji. Filozof i psychiatra, Karl Jaspers w swej książce Strindberg i van Gogh. Próba analizy patograficznej z porównawczym przywołaniem Swedenborga i Hölderlina wydanej 1922 roku zauważa: „To spektakularne, że dzisiaj wielu wybitnych artystów-schizofreników wywiera taki wpływ za sprawą swoich dzieł stworzonych w okresie choroby.” Przyznaje, że zafascynowała go twórczość van Gogha, w której w klarownej postaci odnalazł to, co stanowiło centrum jego poszukiwań: „To tak, jak gdyby na przelotną chwilę objawiło się ostateczne źródło egzystencji, jak gdyby bezpośrednio dały o sobie znać utajone źródła wszelkiego bytu.” Następnie przechodzi do osobistej obserwacji : „Kiedy w 1912 roku podczas wystawy kolońskiej oglądałem owe cudowne dzieła europejskiej sztuki ekspresjonistycznej powstałej wokół van Gogha, robiące wrażenie niejakiej monotonii, niekiedy opadało mnie poczucie, że van Gogh był jedynym wzniosłym indywiduum wbrew woli ‘szalonym’ pośród tylu innych, którzy chcieli być szaleni, lecz byli aż nazbyt zdrowi. Czy wierzymy w medium wysokiej kultury intelektualnej, nieograniczoną względem naszej wolę jasności, obowiązek szczerości i adekwatnego do niej realizmu, czy wierzymy w autentyczność tej rozkładającej głębi, owej boskiej świadomości właściwej tylko chorym psychicznie? Żyjemy dziś epoce sztucznego naśladownictwa, przekształcania wszelkiego rodzaju duchowości w fabrykę i instytucję, samej woli w rodzaj egzystencji i czynienia – wszystko to dzieje się na podstawie rozumienia, aktorskiego przeżywania, w epoce, w której żyją ludzie, którzy chcą zarazem być i wiedzieć, czym są, ba, ludzie charakteryzujący się udawaną prostotą, udawanym doświadczeniem dionizyjskim i udawaną dyscypliną formowania, ludzi, którzy w jednej chwili pragnęliby uczynić zadość jednemu i drugiemu. Czy w takich czasach przeżycie schizofreniczne nie jest aby warunkiem autentyczności w sferach, które w okresach znamionujących się większą samodyscypliną mogły być prawdziwe przeżywane i przedstawiane bez udziału schizofrenii?”

Schizofrenik wykracza poza kulturę i stawia się na jej marginesie, na samej krawędzi bycia człowiekiem. Pod pewnymi względami jest takim człowiekiem jak inni, ale pod innymi jest całkiem odmienny. Nie znaczy to, że nie jest ludzki. Można powiedzieć, że ludzie dotknięci schizofrenią są tacy sami jak wszyscy, z tym że jeszcze bardziej. Jak w powiększającym zwierciadle schizofrenia pokazuje to kim naprawdę jesteśmy. Wybitny polski badacz schizofrenii, Antoni Kępiński, uważał że „schizofrenia odsłania niezwykłe bogactwo ludzkiej natury”. Pojawia się ona na styku naszej indywidualności z kulturą i społeczeństwem i często jest reakcją na nieubłagane procesy kształtowania umysłu przez naciski społeczne. Jak pisze Kępiński: „ Schizofrenia jest chorobą ludzi młodych. Najczęściej występuje między pokwitaniem a pełną dojrzałością, tj. mniej więcej między 15 a 30 rokiem życia. Fakt, że właśnie w tym okresie są największe szanse rozbicia osobowości, nie jest, jak się zdaje, bez znaczenia. Przy wszystkich blaskach młodości jest to okres życia bardzo trudny, nieraz tragiczny w spięciu między marzeniem a rzeczywistością, w dążeniu do sprawdzenia siebie, w łamaniu się młodzieńczych ideałów”.

Nie każdy schizofrenik ma taki talent jak van Gogh, nie każdy ma możliwość twórczej ekspresji nawet w stopniu umiarkowanym. Pomimo to owe chwile „szaleństwa”, które zdarzają każdemu z nas, są warte zauważenie i uchwycenia. Gdy pochylimy się nad sobą wtedy, gdy czujemy i robimy coś, co wykracza poza nas i poza wszelkie oczekiwania społeczne, dopiero wtedy sięgamy brzegu autentycznej egzystencji. Stawanie się człowiekiem to wykraczanie poza ustalone ramy człowieczeństwa, to bycie czymś więcej niż tylko zwykłym człowiekiem. Nic dziwnego, że dedykacja Schizofrenii Kępińskiego brzmi: „Tym, którzy więcej czują i inaczej rozumieją i dlatego bardziej cierpią, a których często nazywamy schizofrenikami”. Jak mawiał: tylko dzieci i schizofrenicy, z innymi trudno wytrzymać. Te pierwsze jeszcze nie wkroczyły w zabójczy świat ludzkiej normozy, ci drudzy próbują z niego uciec. I w tej ucieczce przekraczają to, co wyznacza ludzka natura, sięgając do jej źródeł.

O leczącej mocy snów

Według Hipokratesa w samej naturze drzemią leczące siły (vis medicatrix naturae). Dlatego trzeba zaufać naturze, zdać się na jej poczynania. Można jej pomagać, ale nigdy nie należy się jej przeciwstawiać – taki jest sens zasady primum non nocere. Tak więc lekarz ma być tylko pomocnikiem w procesie leczenia, gdyż organizm ma w sobie naturalne siły, zdolne przywrócić mu równowagę i doprowadzić do zdrowia. Natura bowiem, jak to też twierdzili taoiści, to coś, co powstaje samo z siebie (tzu-jan), spontanicznie i samoczynnie. Tao jest niczym innym jak biegiem natury, dążącej do całości i pełni. Podążanie ścieżką tao owocuje uzyskaniem cnoty (te), manifestującej się jako niczym nie zakłócone realizowanie tego, co daje nam natura.

Według C.G. Junga sny są tworem natury, którą nazywał w swoich książkach nieświadomością zbiorową albo psychiką obiektywną. Jako takie są niezależne od naszej postawy świadomej i stanowią jej kompensację. Każdy sen jest emisariuszem siły leczącej, starającej się przywrócić do zdrowia naszą kruchą i szwankującą świadomość. Niesie ze sobą energię, którą odczuwamy jako emocje towarzyszące zawsze marzeniom sennym. Emocje te mają moc transformowania świadomości. Nawet nie zrozumiany, a jedynie przeżyty, opowiedziany lub narysowany sen przyczynia się do zmiany naszego ego. Podstawowym założeniem Junga dotyczącym snów było to, że dzięki nim możemy uleczyć podstawową ranę człowieka współczesnego, jaką jest rozszczepienie pomiędzy świadomością i nieświadomością. Pracując ze swoimi snami i ze snami innych ludzi byłem po wielokroć świadkiem tego, jak zasymilowana przez świadomość treść snu leczy chore ego, zmieniając strukturę kompleksów, na których się ono opiera.

Śnimy cały czas. Nawet w stanie jawy podskórnie płynie aktywność nieświadomości, której nie postrzegamy zaabsorbowani światłem dnia. W nocy jednak, gdy wszystko przycicha, nasze ego w końcu przestaje układać jakże fragmentaryczną historię naszego życia i do głosu dochodzi sama natura. Z nieznanego nam źródła wypływają obrazy, śnimy o najdziwniejszych rzeczach, a wszystkie one, mimo iż tak często świadomość uznaje je za absurdalne, mają witalne znaczenie dla naszej duszy. To tylko dzięki tym obrazom możemy żyć, dzięki nim jeszcze nie wszyscy zwariowaliśmy. Gdy świadomość traci z oczu sens życia, pojawia się on w snach. Taka jest lecząca moc snów.

O monoteizmie i nienawiści

Prof. Aleksander Krawczuk, niedawno zmarły w pięknym wieku 100 lat, prosto wyjaśnił kiedyś w jednym z wywiadów, na czym polega problem z religiami monoteistycznymi: „Wszyscy, którzy są monoteistami wierzą w jednego, doskonałego Boga i zarazem, chcą czy nie chcą, muszą też wierzyć w jego przeciwieństwo, czyli esencję zła. W szatana. Z tej też przyczyny skłoni są dzielić wszystko, co na tym świecie się dzieje – dychotomicznie. Tu jasność, tam ciemność. Ja mam rację, ty jej nie masz, więc trzeba cię niszczyć. I stąd religie monoteistyczne są z reguły swej religiami nienawiści. I to jest zrozumiałe. Bo jeżeli ktoś nie jest po mojej stronie, to służy złu, diabłu i trzeba go wyplenić z korzeniami. Na co zresztą Pismo Święte daje szerokie przyzwolenie”. Sam prof. Krawczuk określał się jako politeista i jak dalej mówi: „Natomiast my, politeiści, jesteśmy sługami wielu bogów, którzy nie są doskonali. I stąd się biorą sympatyczne cechy politeistycznej religii — wyrozumiałość, łagodny sceptycyzm, naturalna tolerancja oraz pokora wobec ludzi i świata. My przede wszystkim jesteśmy otwarci, bo tak do końca nie jesteśmy pewni czy ten, czy tamten ma rację”.

Cóż mogę dodać do słów szacownego, krakowskiego profesora. Monoteizm niestety pociąga za sobą dualizm, a ten jest źródłem wszelkiego zła – i to już u samego jego źródła, czyli w Księdze Rodzaju, gdzie czytamy, że stwarzając światłość Bóg uznał ją za dobrą i oddzielił od ciemności, domyślnie złej. Jakże inaczej jest w taoizmie, gdzie przeciwieństwa nie tylko nie są rozszczepione, ale trwają w ścisłej jedności. Jednak półkula zachodnia wpadała na inny pomysł, fundując podstawy swoich religii. I jak to bywa ze wszelką religią, nauki te zostały szybko przekute na formę strawną dla przeciętnych umysłów, czyli na instytucje religijne. Cechą fundamentalną każdej instytucji jest bowiem zwolnienie jej członka z konieczności myślenia i wybawienie od indywidualnej odpowiedzialności. Z psychologicznego punktu widzenia instytucja jest niczym innym jak tylko powszechnie dostępną formą ucieczki od wolności, czyli zamrożoną nienawiścią.

O codzienności zła

Pierwsza szlachetna prawda buddyzmu głosi, że wszystko jest cierpieniem. Zło w takim razie nie jest czymś co się przytrafia bytowi, a stanowi konstytuujący go element. Trafnie tę intuicję ontologiczną oddają słowa Michela Houllebecqu’a: „Jeśli jest jakaś kategoria, która w naszym świecie czuje się jak w domu, którą tu odnajdujemy bez cienia zdziwienia, o której istnieniu można wiele powiedzieć, ale na pewno że nie jest problematyczna, to właśnie zło”. Niczym sól wodę morską, tak zło przenika ten świat, jest wszechobecne, nadając gorzkawy posmak każdej kropli naszego doświadczenia.

Hannah Arendt komentując proces Adolfa Eichmanna ukuła termin banalność zła. Eichmann, żyjąc poprawnie, wedle reguł jego czasu, przyczynił się do cierpienia milionów ludzi. Codzienność zła nie przybiera tak ekstremalnej postaci. Ujawnia się w tym, że każdy z nas czyni zło nie robiąc nic szczególnego, tylko pragnąc żyć. Nieliczni, którzy wykraczają poza reguły codziennego życia, czasem są zdolni czynić mniej zła, ale tylko trochę.

Nawet najbliższa mi osoba może mnie w każdej chwili zranić – a ja ją – tylko dlatego, że jesteśmy różni. Każde z nas ma inne linie papilarne. Tylko to, co przekracza wszelkie różnice może załagodzić codzienność zła. Zwykle nazywa się ten paradoksalny, bo wykraczający poza nasze ego akt woli, miłością. Dlatego słowa: „Kocham cię” są niczym innym jak zobowiązaniem do tego, by zminimalizować codzienne zło czynione drugiej osobie.

O kompleksach i powadze

Pojęcie kompleksu rozsławił C.G. Jung dzięki swoim badaniom nad testami skojarzeniowymi w pierwszej dekadzie XX wieku. Kompleks to obraz pewnej sytuacji psychicznej, silnie zabarwiony emocjonalnie. To zespół treści psychicznych oderwanych od świadomości, który funkcjonuje autonomicznie w nieświadomości. Jak pisze Jung: „Kompleksy stoją na przeszkodzie zamiarom woli i zakłócają osiągnięcia świadomości; wywołują zaburzenia pamięci, blokują przepływ skojarzeń; mogą czasowo prześladować świadomość lub też wpływać na język i działanie. Jednym słowem, kompleksy zachowują się jak istoty niezależne”. Kompleksy tworzą się pod wpływem traumy, szoku uczuciowego, każdego bolesnego zdarzenia, które odłamuje fragment psychiki, bo nie możemy zaakceptować tego, co nas spotyka. Posiadanie kompleksów oznacza, że istnieje w nas coś niższego, niezgodnego i antagonistycznego. Są przeszkodami, ale zarazem mogą stanowić bodźce do większego wysiłku i nowych osiągnięć. Kompleksy stają się negatywne tylko wtedy gdy uznajemy, że ich nie mamy, gdy nie chcemy afirmować całości naszej indywidualnej natury, gdy nie możemy się pogodzić z tym, co nam się przydarzyło. Uświadomiony kompleks stając się częścią naszej osobowości przyczynia się do jej pełni.

Mamy kompleksy matki, ojca, władzy, erotyczny, niższości czy wyższości, i liczne kompleksy związane z indywidualnymi traumami. Nasza osobowość jest niczym innym jak zbiorowiskiem kompleksów. Także nasze ego też jest tylko kompleksem, jednym z wielu, ale za to naszym ulubionym, czyli zestawem treści psychicznych, z którymi się utożsamiamy. Ego powstaje jako efekt interakcji z otoczeniem rodzicielskim we wczesnym dzieciństwie, jest tym wszystkim, co pozwolono nam zaakceptować w sobie.

Z mojego osobistego doświadczenia wiem dobrze, kiedy jakiś kompleks owłada moją świadomością. Staję się wtedy patologicznie poważny, wszystkie myśli podsuwane mi przez kompleks uważam za ostatecznie prawdziwe. Towarzyszą temu często silne emocje, złość, nienawiść, rozczarowanie i wiele innych. Głos w moim wnętrzu mówi: „Tak jest i nie może być inaczej, nie ma innej opcji”. A to znaczy, że przestaję być świadomy, bo świadomość to nic innego jak możliwość wyboru reakcji. Gdy jestem nieświadomy widzę tylko jedną stronę całej sytuacji, nie mam do niej żadnego dystansu. Jest to szczególnie przykre w relacjach partnerskich, bo wtedy aktywizują się kompleksy animy i animusa, jak również osobiste kompleksy wywodzące się z traum z poprzednich związków. Wtedy na poważnie oskarżamy partnera o rzeczy, które bolą tylko nas.

Zniekształcenie świadomości przez powagę to ważna cecha kompleksu, której Jung zbytnio nie akcentował. Świadomość zmieniona przez kompleks jest świadomością, która traktuje siebie w sposób absolutnie poważny, co samo w sobie jest śmieszne. Opanowuje nas bowiem przekonanie, że to, co nas drażni emocjonalnie jest absolutną prawdą. Nie jest możliwe inne spojrzenie na konstelującą kompleks sytuację, nikną wszelkie inne możliwości. Opętani przez kompleks przypominamy psa goniącego za własnym ogonem, tracimy możliwość świadomego działania, ulegamy natrętnemu myśleniu, słowem jesteśmy w stanie ograniczonej poczytalności. Weźmy kogoś z kompleksem wyższości. Człowiek ów zobaczywszy, że ktoś inny chwali się swoimi osiągnięciami, myśli sobie: „Jestem lepszy, ten ktoś to amator, nieudacznik nie znający się na rzeczy”. I bierze tę myśl na poważnie, opanowuje ona jego świadomość, bo jest przekonany, że tak jest naprawdę. Powaga tej myśli jest zabójcza, a wypływa ona tylko z tego, że właśnie zaktywizował się jego kompleks. Dlatego unikam jak ognia śmiertelnie poważnych ludzi, bo są to osobniki opętane przez kompleksy. Każdy, kto jest przekonany o prawdziwości swoich poglądów, jakiejkolwiek by one nie były natury, jest pod wpływem kompleksu.

Dobrym przykładem takich osobników są ludzie religijni, czy to opętani przez kompleks Boga czy też nawiedzeni przez jakąś bliżej nieokreśloną duchowość. Można ich rozpoznać po tym, że gdy tylko pojawi się przedmiot ich kompleksu, natychmiast piorunują wzrokiem i słowem, wzywając do absolutnej powagi. Stają się drażliwi, wzbiera w nich gniew boży czy też duchowy, albowiem znają prawdę. Ja nie znam i nie rozumiem dlaczego drogą do absolutu nie może być śmiech, radość, dezynwoltura i brak wszelkiej powagi. Śmiech jest przecież oznaką wyzwolenia, doświadczenia wolności, czegoś najcenniejszego w naszym życiu.

Ucieczka od miłości

Tydzień temu pisałem o tym, że tym, co tak naprawdę kochamy jest potencjał obecny w kochanej osobie. Pewien mężczyzna zapytał wtedy: A co się dzieje, gdy ten potencjał umiera? Gdy już nie możemy stać się lustrem dla kochanej osoby? Albo gdy ona nie może odzwierciedlić uczucia? Cóż, mogę tylko powiedzieć, że gdy potencjał umiera, to taka osoba staje się niekochalna. Tak, to ogromny problem naszych czasów. Ów mężczyzna napisał, że widzi tysiące umierających potencjałów. Tak, już nie ma miłości, nawet przyjaźń niknie, mężczyźni i kobiety zostają friends with benefits albo singlami, czy też uskuteczniają situationship, czy jak to jeszcze najnowsza moda każe nazywać kolejny rodzaj ucieczki od miłości, który chwytliwą nazwą przykrywa całkowitą pustkę ich pseudorelacji.

Tak, gdy spotkają się dwie osoby niekochalne to pomiędzy nimi nic się nie może narodzić. Uciekają razem od miłości, prowadząc bezsensowną egzystencję, która daje im schronienie przed tym, co najistotniejsze w życiu, przed prawdziwym i głębokim spotkaniem z drugim człowiekiem. Miłość to nie jest łatwy kawałek chleba, to ciężka praca. O ileż łatwiej spoczywać spokojnie w swoim egoizmie, męczyć drugą osobę, by zaspokajała nasze pragnienia i żądze, a gdy już tego nie robi, to ją zostawić. Zapytajmy, kto nie miał w swoim życiu toksycznego związku? Gdy, gnany własnymi pragnieniami, zgodził się na wiele – by nie osiągnąć nic poza postraumatycznym rozczarowaniem.

Uciekając od miłości uciekamy od świata. Patrząc na współczesny świat nie dziwę się temu totalnemu eskapizmowi. Już bardzo młodzi ludzie jedynie pozorują relacje, a i starsi do nich nie lgną. Ten świat nikomu nie oferuje nic oprócz marnych ersatzów. Tak, gdy potencjał umiera, pozostaje nam tylko ucieczka od miłości, by już nigdy nie poczuć bólu bycia z kimś, bólu, który jako jedyny daje sens istnienia.