Archiwum kategorii: Bez kategorii

O samsarze i nirwanie

Samsara i nirwana. Słowa, które sugerują nieusuwalny dualizm. Samsara to świat, w którym żyjemy, utkany z naszych pragnień i lęków, a jego budulcem jest niewiedza. Nirwana jawi się, szczególnie pobożnym i naiwnym fanom buddyzmu, jako przeciwieństwo samsary, jak świat bez pragnień, lęków i niewiedzy. Czyż nie jest jednak tak, że jeśli ktoś nieustanie dostrzega różnicę między samsarą a nirwaną to jest dalej pogrążony w samsarze? A jeśli jej nie postrzega to jest już w nirwanie? Samsara jest nirwaną, nirwana jest samsarą – bez dwóch, jak głosi nauka niedualności. Dobrze ujmuje to Allan Watts: „Jeśli nie ma nirwany, którą można by osiągnąć, i w rzeczywistości nie ma żadnych odrębnych bytów, wtedy nasze uwiązanie w kole samsary jest jedynie iluzją i faktycznie trwamy już w nirwanie, wobec czego dążenie do niej jest równie bezsensowne jak szukanie rzeczy, której się nigdy nie zgubiło”.

Co to jednak znaczy praktycznie? Jeden z największych fizyków XX wieku, Richard Feynman, mawiał, że jeśli nie potrafisz podać przykładu to nie rozumiesz teorii fizycznej. Kiedy zatem pogrążeni w samsarze spoczywamy zarazem w nirwanie? Czy jest to możliwe bez dwudziestu lat intensywnej praktyki medytacyjnej? Bo gdyby tylko praktyka przybliżała do nirwany, to znaczyłoby, że jest ona różna od samsary. A tak przecież nie jest. Podam dwa przykłady. Czy nie jest tak, że samsara i nirwana spotykają się w tym momencie, gdy zatopieni w wodach emocji czujemy nagle, że rodzi się z nich wolność? Albo gdy pochłonięci przez neurotyczne myśli, zachęcające do niekończącej się ruminacji, odkrywamy, że są one tylko myślami i akceptujemy je jako takie? Emocje i myśli dalej wtedy istnieją, bo to jest samsara, ale jednocześnie odkrywamy, że nie jesteśmy nimi – i to jest nirwana.

O niemożności opisu

Zauważyłem, że ilekroć ktoś mi opisuje jakąś osobę, którą dobrze znał nawet przez lata, to z jego słów wyłania się obraz tej osoby nader nieadekwatny. A jest on takim dlatego, że gdy uda mi się kiedyś poznać ową osobę, to nie rozpoznaję w niej opisywanego mi osobnika. Zawsze, absolutnie zawsze, filtrujemy każdą znaną nam osobowość, przez filtr własnej osobowości. Wycinamy, przykrawamy, modyfikujemy, zmieniamy – i obraz jaki opisujemy bardziej oddaje nasze reakcje, marzenia, idiosynkrazje, urazy itd. niż to, kim ta osoba była. W złudnym pragnieniu adekwatności opisu dopytuję nieraz dalej, wiem jednak, że to czcze pragnienie. Że zawsze będę obcował tylko z wykreowanym obrazem, wytworzonym przez słowa.

Czy jednak należy się temu dziwić? Nie. Nawet przecież będąc z kimś blisko obcujemy tylko z obrazem, być może tylko trochę bardziej adekwatnym, bo wzbogaconym o wspólne przeżycia; z obrazem wyposażonym w niejaką głębię, którą dają emocje. Zawszeć to jednak obraz. I widać to najdoskonalej wtedy, gdy się rozstajemy. Nagle złudzenie obcowania pryska. Sami wtedy nie możemy opisać, z kim byliśmy. Nie poznajemy też siebie, tamtych. Coś się wytworzyło i coś zniknęło. Nie byłem to ja, nie była to ona. Reakcja chemiczna się skończyła, nie powstała żadna nowa substancja. I to też jest nieopisywalne.

O subtelnej toksyczności

Wiele się pisze o toksycznych związkach, rodzicach, ludziach. Esencją toksyczności jest brak poszanowania dla granic drugiej osoby. W związku ich przekroczenie może być jawne i oczywiste, jak w przypadku przemocy psychicznej i fizycznej, sięgającej gwałtu. Ale jest też toksyczność subtelna. Pojawia się ona wtedy, gdy w związku jedna z osób zrobiła coś, co dla niej jest całkowicie normalne i akceptowalne, co jej po prostu „nie przeszkadza”, bo przecież swemu partnerowi nie chciała nic złego zrobić w sposób bezpośredni, a tylko chciała, dajmy na to, przeżyć chwilę przyjemności. Ale dla drugiej osoby to „coś” jest nie do zaakceptowania, bo jest niezgodne z jej wartościami i wizją dobrej relacji w związku. I wtedy mamy do czynienia z owym najsubtelniejszym przekroczeniem granic. Osoba, która się go dopuściła czuje się czysta i niewinna, bo przecież robiła tylko to, co jest zgodne z jej wizją tego, co dobre i normalne. To właśnie subtelna, bo na poziomie duchowym, dotyczącym wartości, toksyczność. Subtelna, bo jest właściwie niczym innym jak aksjologicznym dysonansem, pozostawiającym po sobie jedynie niesmak i rozczarowanie.

O braku więzi

Carl Gustav Jung był bardzo przenikliwym obserwatorem stanu współczesnego świata. W jednej ze swych książek postawił radykalną diagnozę dotyczącą największej bolączki trapiącej ludzkość: „Tym, czego brak naszemu światu, jest więź psychiczna, której nie zastąpi ani związek zawodowy ani żaden inny związek oparty na wspólnocie interesów, ani partia polityczna, ani państwo”. W masie miliardów ludzi zamieszkujących Ziemię, w epoce globalizacji i natychmiastowej łączności zagubiła się więź, co dostrzegł Jung już ponad siedemdziesiąt lat temu. Nie wiemy już jak to jest być z kimś, przyjaźnić się, kochać. Gdy zamieściłem ten cytat na Facebooku ktoś zapytał, co to znaczy więź. Tak, już nie wiemy co ona znaczy. To pytanie jest prawdziwym signum temporis. Grupujemy się wokół naszych interesów, związki przypominają spółki z o. o., tworzymy grupy i partie, będące marnym ersatzem plemion, skrzykujemy się w mniej lub bardziej nietrwałe flash moby – ale jakże rzadko jesteśmy tak naprawdę razem.

O kondycji współczesnych społeczeństw powiedziano już wszystko, tak więc tylko przypominam, że nie są one społeczeństwami, nic nie współ-dzielą, co najwyżej zamieszkują jedno państwo. Ludzie, niczym atomy tworzące gaz doskonały, obijają się o siebie i przechodzą przez życie nie zauważając innych i sami pozostając niezauważeni. Doskonale samotni, pogrążeni w depresji, łaknący namiastki więzi w gabinecie psychoterapeuty. Ale więź zniknęła, niczym św. Mikołaj stała się złudzeniem, w które wierzą tylko dzieci. Tak, one nie tylko wierzą w więź, ale bez niej nie mogą istnieć. Kochają, w sposób niedostępny dorosłym, którzy pastwią się nad nimi, nazywając to wychowaniem. A mogli by się przecież od swoich dzieci uczyć…i stać się jako dzieci.

O prawości w związku

Gdy czytamy o związkach słowo prawość prawie się nie pojawia. Nic dziwnego, ten temat zdominowali psycholodzy, a oni mają inne słownictwo. Ale dobrze czasem coś usłyszeć inaczej. Człowiek prawy to taki, który żyje w zgodzie ze swoim wnętrzem, kieruje się wewnętrzną dobrocią i zasadami. Jego zachowanie nie jest zależne zatem od zachowania innych ludzi. Tymczasem w związkach często da się usłyszeć sformułowanie: Będę dobrze traktował ciebie, jeśli będziesz dobrze traktować mnie. Albo: Jeśli coś zrobisz dla mnie, to ja coś zrobię dla ciebie. Takie słowa są wyrazem skrajnej niedojrzałości, jeśli są wypowiadane na początku związku albo wskazują, iż związek się właśnie zakończył, jeśli partner słyszy je po jakimś czasie trwania związku. To ten etap, gdy już tylko chcemy, by partner zaspokoił nasze potrzeby, nie dbając o niego. A to znaczy, że pozwalamy się kontrolować zachowaniami innej osoby i nie jesteśmy już osobą prawą. Bo osoba prawa nie kieruje się własną korzyścią, jej zasady nie są skierowane na nią – wtedy stanowiły by tylko racjonalizację jej egoizmu, jak to bywa u większości ludzi. Prawe zasady postępowania nie odnoszą się do jednostki, ale do wszystkich. Postępując zgodnie z nimi traktuję innych ludzi na równi ze sobą. Dlatego postawa prawości może być podstawą dobrego związku, w którym moja partnerka jest rzeczywiście moją partnerką. A to znaczy, że jej dobro jest na równi z moim, ale nie na zasadzie patologicznej wzajemności (ty mi zrób dobrze, to ja tobie zrobię dobrze), lecz poprzez utożsamienie – wszystko co czynię tobie, ty czynisz mnie.

O polerowaniu pamięci

Według św. Augustyna pamięć jest „obecnością rzeczy przeszłych”. Dzięki niej przeszłość istnieje w pewien sposób, ułomny, acz często dotkliwy. Staramy się ją wyprzeć, jak mawia psychoanaliza, ale ona zawsze powraca, uparcie domagając się uwagi. Przeszłość jest bowiem tym segmentem trójdzielnego czasu, który nadaje konsystencję naszemu życiu. Jesteśmy zbudowani z przeszłości i im bardziej staramy się od niej uciec, tym bardziej jej podlegamy. Często słyszymy: To przeszłość, zostaw to, nie wracaj do niej. Ale nie da się zostawić przeszłości, uwolnić się od niej. Wolność od przeszłości to częste pragnienie, ale jest ono niebezpiecznym łudzeniem samego siebie. Im mniej bowiem pamiętamy przeszłość, tym bardziej jest ona obecna w naszym życiu, tyle że w sposób nieświadomy. A wtedy rządzi naszym życiem poza świadomą wolą. Ci, którzy nie pamiętają przeszłości, skazani są na jej powtarzanie, jak pisał Santayana. Nie tak prosto jest napić się wody z Lete, rzeki zapomnienia.

Dlatego jedyne, co możemy zrobić, to polerować pamięć. Przeszłość jest obecna jako pamięć, a ta jest podstawą naszej świadomości. Musimy ją poznać i wykorzystać po to, by żyć. I tym jest właśnie polerowanie pamięci – oczyszczaniem jej poprzez dokładne poznanie, tak dokładnie na ile to możliwe. Wygaszamy w ten sposób stare uwarunkowania i budujemy nowe życie, już wolne. Sięgajmy zatem do wszystkich przetrwalników pamięci, do naszych zapisków, wspomnień, nagrań, zdjęć, wypytujmy znane nam osoby o ich wersje zdarzeń z przeszłości, o najbardziej ważne albo całkiem nieistotne szczegóły (kto może bowiem rozstrzygnąć, co jest ważne dla drugiej osoby?). W ten sposób, na wypolerowanej silnej nici naszej pamięci, snujemy osnowę naszego życia, a wplatając w nią teraźniejsze wątki, tkamy jego kobierzec.

A co to znaczy praktycznie? Gdy odejdzie od nas najbliższa nam osoba, niekoniecznie umierając, pamiętamy o niej, ale dzięki wypolerowanej pamięci uczymy się żyć bez niej. Dzięki temu zmienimy nasze życie. Przeszłość z nią zawiązana nie będzie już ciężarem i więzieniem, a stanie się zarodkiem przyszłości.

O uczeniu się emocji

Dobrze znany jest schemat czterech etapów uczenia się autorstwa Noela Burcha. Można go zastosować do procesu uczenia się panowania nad emocjami. Wtedy są to etapy naszego dojrzewania, stawania się dorosłym, odpowiedzialnym i samoświadomym człowiekiem.

Etap pierwszy to całkowite zanurzenie się w emocjach. W reakcji na jakieś nawet błahe wydarzenie dajemy upust emocjom, nie odróżniając się od nich. Na przykład nasza partnerka zapomniała zrobić coś o co ją prosiliśmy i wyrażamy swoją złość, narzekając na jej roztrzepanie. To etap nieświadomej niekompetencji.

Etap drugi polega na tym, że uświadamiamy sobie iż emocje nas poniosły, ale nic z tym nie możemy zrobić, dalej im podlegamy. W głębi ducha czujemy, że to idiotyczne, ale dalej narzekamy. To etap świadomej niekompetencji.

Etap trzeci następuje wtedy, gdy dostrzegamy, że gderanie i narzekanie nic nie da, tylko pogorszy sytuację. Czujemy emocje, ale ich nie uzewnętrzniamy i pomieszczamy je w sobie. To etap świadomej kompetencji.

Wreszcie etap czwarty, gdy problem po prostu nie powstaje. Przyjmujemy do wiadomości, że partnerka czegoś zapomniała i nie pojawiają się żadne emocje Mówimy: W porządku Kochanie, jutro to załatwimy. To etap nieświadomej kompetencji.

W przechodzeniu tych etapów pomaga uważność. W przejściu od pierwszego do drugiego jest to zauważenie emocji. Drugi etap jest trudny, bo zauważamy już swoje emocje, ale dalej im podlegamy. Ale jak uda się przejść do etapu trzeciego zyskujemy poczucie wolności od emocji, osadzone w naszej uważności. A stąd już tylko krok do etapu czwartego, w którym rozkoszujemy się wolnością od emocji i przytulamy naszą partnerkę mówiąc: Kochanie, nic się nie stało, kocham cię.

Niestety, prawie wszyscy ludzie pozostają na etapie pierwszym. Jeśli chodzi o emocje jesteśmy dziećmi, obłąkanymi dziećmi pogrążonymi we śnie, chorymi na emocje, które biorą się z lęku, przywiązania i niewiedzy. Konsensualna rzeczywistość jest tkana przez emocje, które wiążą wszystkie umysły we wspólnym śnie. A sen, który śnimy dziś jest szczególnie przerażający – to kryzys klimatyczny i wojna, twory naszych emocji. Dlatego tak dobrze jest się przebudzić z tego obłąkanego snu…ale jest to możliwe tylko dla jednostek.

O nomadach

Jesteśmy nomadami. Nasze życie to wędrówka. Tak było przez dziesiątki tysięcy lat. Nieustanne wędrowanie, czasem siedzisko na porę zimową. Stabilność życia osiadłego to tylko ostatnie dziesięć tysięcy lat. A i ta stabilność tylko pozorna, podtrzymywana przez takie kulturowe pomysły jak pismo, organizacja społeczna, religie jako instytucje, miasto. To kulturowe chochoły, w których trwożliwe lokujemy swoją tożsamość. Ale tak naprawdę nic się nie zmieniło. Struktura naszej egzystencji, jako istot obdarzonych świadomym ja, pozostaje niezmienna. Startujemy z punktu, w którym nas nie ma i dochodzimy do punktu, w którym nas nie ma. A pomiędzy tymi punktami bywamy tu i ówdzie, pomieszkujemy w różnych miejscach i gościmy w życiu różnych ludzi. Tak, nasze życie ma stały, niezmienny rytm: raz tu, raz tam, raz nigdzie…

O kreatywności

Istotą kreatywności jest umiejętność do utrzymywania w umyśle dwóch sprzecznych, całkowicie sobie przeciwstawnych idei jednocześnie. Jeśli od razu dążę do zredukowania dysonansu poznawczego, tłumię tym samym swoją kreatywność, dlatego warto wytrzymać napięcie pomiędzy tymi ideami. Nazywa się to czasem myśleniem janusowym, od rzymskiego boga Janusa, którego dwa oblicza spoglądały w przeciwne strony. Dodatkowym źródłem kreatywności jest odczuwanie tego napięcia jako przyjemnego, podniecającego, bo to daje zastrzyk naturalnych endorfin, które ułatwiają nowe połączenia pomiędzy neuronami w moim mózgu. Jak napisał Albert Einstein: „Kreatywność to inteligencja, która się raduje”. Tak, tylko wtedy gdy jestem przyjemnie podniecony tym, że to, o czym myślę, może być jednocześnie całkiem czymś innym, tylko wtedy mogę być kreatywny. Tworzenie rodzi się ze zderzenia przeciwieństw, jak iskra rodzi się z uderzenia dwóch kawałków krzemienia.

Tworzeniu towarzyszy dogłębne poczucie satysfakcji, wypływające z odnalezienia tego, co wspólne. Jednolity wzór strukturalny rządzący odkryciem ukrytych podobieństw został nazwany przez Arthura Koestlera aktem bisocjacji. Akt bisocjacji jest centralnym momentem procesu twórczego, jego esencją, próbą uchwycenia chwili transformacji umysłu prowadzącej do pojawienia się nowych ujęć znanych treści. Jest on zdefiniowany przez niego jako przecięcie się dwóch matryc myślenia czy też percepcji. Podobnie jak psycholog Alison Gopnik ujmuje akt wyjaśniania jako analog orgazmu, tak dla Koestlera intelektualna ciekawość wywodząca się z jednego z podstawowych popędów – popędu eksploracyjnego – daje powód do zamanifestowania się skomplikowanego zespołu emocji: „Najpierw jest triumfalna eksplozja napięcia, które nagle okazało się zbędne, gdyż problem został rozwiązany – tak więc wyskakujesz z kąpieli i biegniesz przez miasto śmiejąc się i krzycząc ‘Eureka!’ Potem następuje powolny zanik poświaty, stopniowe katharsis emocji samotranscendujących – spokojne, kontemplatywne rozkoszowanie się prawdą, którą odsłoniło odkrycie, blisko spokrewnione z doświadczeniem piękna, które jest dane artystom”. Dla takich doświadczeń warto żyć, bo życie to tworzenie.

O rodzajach inteligencji

To podobno Robert Oppenheimer, jeden z ojców bomby atomowej, miał powiedzieć, że są trzy rodzaje inteligencji: ludzka, zwierzęca i wojskowa. Przykładem inteligencji ludzkiej był on sam, genialny fizyk, doktorat w wieku 22 lat, znał pięć języków, a holenderskiego nauczył się w ciągu 6 tygodni, co pozwoliło mu swobodnie wygłosić w tym języku referat naukowy oraz uczestniczyć w dyskusji podczas pobytu w Lejdzie. Potem mamy inteligencję zwierzęcą, której przykłady by można mnożyć bez końca, od roztropności kruków po językowe zdolności szympansów. No i w końcu mamy inteligencję wojskową. Czym się ona charakteryzuje? Jej esencją jest rozkaz, czyli brak samodzielnego myślenia, całkowite posłuszeństwo bez zwracania uwagi na indywidualny osąd sytuacji. To całkowite zaprzeczenie człowieczeństwa. Zatem, najkrócej, inteligencja wojskowa jest brakiem. Brakiem myślenia, brakiem współczucia, brakiem wyobraźni. Te puste miejsca zapełnia schematyzmem, rygorem, obowiązującą ideologią i – co najważniejsze – realizacją najniższych instynktów, odreagowaniem strachu i przymusu. Bo dziś etos wojownika już nie istnieje. Gromady młodych mężczyzn zmuszanych do uczestnictwa w wojnie reagują na grożąca im śmiercią sytuację na najniższym poziomie, mordując i gwałcąc. A rozkazy wydają im podstarzali generałowie, którzy widzą tylko jedną możliwość rozstrzygania konfliktów: wojnę. Oppenheimer miał styczność z generalicją amerykańską, gdyż był szefem projektu Manhattan. Zakończył się on wyprodukowaniem bomby atomowej. Decyzję o jej użyciu podjęli generałowie. Pierwszą detonację bomby atomowej, 16 lipca 1945 roku na poligonie w Nowym Meksyku, w pobliżu miasta Alamogordo, skomentował cytatem z Bhagavadgity: „Jasność tysiąca słońc, rozbłysłych na niebie, oddaje moc Jego potęgi. Teraz stałem się Śmiercią, niszczycielem światów”. Ten poziom refleksji jest niedostępny dla inteligencji wojskowej.