Archiwum kategorii: Bez kategorii

O normozie

W 1999 roku byłem na konferencji poświęconej zagadnieniu nieświadomości. Odbywała się w pięknych okolicach pod Poznaniem, nic zatem dziwnego, że razem z Jerzym Prokopiukiem i jego dwoma młodymi przyjaciółmi spędzaliśmy więcej czasu na zwiedzaniu okolicy niż na konferowaniu. Od Jerzego usłyszałem wtedy o normozie, tej nader powszechnej dolegliwości wszystkich ludzi. Religia dysponuje ideą nadnaturalnego porządku, personifikowaną w osobie boga. Analogicznie psychologia ma swoją ideę regulatywną, w postaci wyobrażenia normalnego funkcjonowania jednostki w społeczeństwie. Możemy zapytać – czy można zdrowo funkcjonować w społeczeństwie chorym na normozę? Normoza zawsze charakteryzowała wszelkie społeczeństwa – dziś po prostu jest bardziej zauważalna. Owa zauważalność jest cechą charakterystyczną całej współczesnej kultury. Nauka i technika spotęgowały zjawiska dysfunkcji ludzkiego umysł do tego stopnia, że ludzkość nie przetrwa przez następne sto lat. Tak będzie jeśli ludzka świadomość pozostanie niezmieniona, jeśli w dalszym ciągu będziemy podlegać normozie, najlepiej ujętej w prawie Jante (pisałem o nim tu).

Musimy przestać być dziećmi, bowiem to dzieci uważają wszystko, co zastają w swoim życiu za normalne i pożądane. Tymczasem wiele ludzkich zachowań, dziś uważanych za normalne, nie tak dawno uznano by za szalone. Czy rolnik z początków XIX wieku uznałby za normalne posypywanie pól trucizną, którą dziś eufemistycznie nazywamy środkiem ochrony roślin? A czyż nie jest dla nas czymś normalnym, że dzięki broni atomowej możemy zniszczyć ludzkość? A przecież to absolutna nowość w dziejach człowieka! Perspektywa totalnej destrukcji towarzyszy nam od nieco ponad pół wieku dopiero – a czy kogokolwiek ona dziś przeraża? Jednak kultura – każda kultura, a nasza czyni to wyjątkowo skutecznie – usypia tworzące ją jednostki, a szczególnie efektywnie czyni to wtedy, gdy grozi im ona całkowitą zagładą. Religijne marzenie o centralnym miejscu człowieka we wszechświecie zostało dziś zrealizowane, acz w czysto negatywnej postaci. Przyroda może zgładzić ludzkość – może nas spotkać los dinozaurów. Lecz dziś możemy także sami dokonać samozagłady. Jak trafnie pisał Zygmunt Baumann, zawsze byliśmy bezbronni wobec sił przyrody, a dziś dodaliśmy drugiego okrutnego boga do naszego panteonu, a jest nim społeczeństwo i jego stechnologizowane struktury. Czy to powód do dumy?

O upadku cywilizacji

Erich Fromm w swej słynnej książce Zdrowe społeczeństwo, opublikowanej w 1955 roku, postawił podstawowe dla współczesności pytanie o patologię normalności, czyli pytanie o to, czy żyjący we współczesnym społeczeństwie przemysłowym człowiek jest jeszcze zdrowy psychicznie. Jego analizy wykazały, że to, co jest korzystne dla funkcjonowania obecnego systemu ekonomicznego i co przyczynia się do tzw. sukcesu jednostki w społeczeństwie przemysłowym, jest zarazem wyrazem patologii psychicznej, przybierającej co najmniej postać nerwicy, a często także choroby psychicznej. Słowem, Fromm proponuje nam przyjęcie wizji, że społeczeństwo może być jako całość chore, i że tym chorym społeczeństwem jest to, w którym żyjemy. Czy był osamotniony w swych przemyśleniach? Prześledźmy teraz krótko historię tej refleksji.

Ćwierć wieku przed Frommem jego pytanie, aczkolwiek jeszcze ostrożnie, postawił Freud w swym fundamentalnym dziele Kultura jako źródło cierpień, gdzie zauważa: „Czyż nie jesteśmy uprawnieni do postawienia diagnozy, że niektóre kultury – epoki w dziejach kultury czy może cała ludzkość – stały się ‘neurotyczne’ pod wpływem dążeń kulturowych?”. Jak wiadomo Freud proponował swoją psychoanalizę jako uniwersalne lekarstwo na dręczące ludzkość kulturowe złudzenia. Równolegle do Fromma kwestie te podjął, w swoim specyficznym, profetycznym stylu, C. G. Jung, który w rozprawie Teraźniejszość i przyszłość opublikowanej w 1956 roku pisze: „Stawić opór zorganizowanej masie może tylko człowiek, który jest równie dobrze jak ta masa zorganizowany w swojej indywidualności.”. Swe wołanie o indywidualność opiera na niesłychanie krytycznej wizji współczesności, nazywając obecną cywilizację „a house for idiot children”. Nie mija kolejne ćwierć wieku i Arthur Koestler w książce Ghost in the Machine z roku 1967 pisze: „Natura dała nam kosza. Bóg poszedł na urlop. Nasz czas powoli dobiega końca. Wiara w to, że da się szukać dróg zbawienia w laboratorium może wydawać się głupia i naiwna, jednak nie jesteśmy w niej odosobnieni, podążamy tropem Junga. Odbija się w niej starożytne marzenie alchemików o sporządzeniu elixir vitae. Jednak w przeciwieństwie do alchemików nie oczekujemy od niego wiecznego życia ani przemiany metali w złoto, tylko transformacji homo maniacus w homo sapiens. Wszystko to stanie się możliwe, kiedy człowiek wreszcie zdecyduje się wziąć sprawy w swoje ręce.” Parę lat później, w pracy The Denial of Death Ernsta Beckera, znajdujemy kolejną bezkompromisową diagnozę kultury: „Cała kultura, wszystkie sposoby życia ludzkiego są w swej zasadniczej części protestem wytworzonym przeciwko naturalnej rzeczywistości, są zaprzeczeniem prawdy kondycji ludzkiej, próbą zapomnienia o tym, jak nieszczęsnym stworzeniem jest człowiek.” A co kultura proponuje w zamian? Becker daje nam odpowiedź: „Człowiek wykrawa posłuszny dla siebie świat. Uczy się nie po to, by się ujawniać, nie żeby się wyróżnić; uczy się, żeby dorwać się do władzy nad innymi, zarówno konkretnymi osobami, jak i nakazami kulturowymi; w rezultacie zaczyna istnieć w wyobrażonej niezawodności świata wokół niego.”

Z kolei w książce Nowa Ziemia pochodzącej z 2005 roku, współczesny nauczyciel duchowy, Eckhart Tolle stwierdza: „Gdyby historia ludzkości była klinicznym przypadkiem historii jednego człowieka, diagnoza musiałaby brzmieć: chroniczne omamy paranoidalne, patologiczna skłonność do mordowania oraz czynów skrajnie brutalnych i okrutnych w stosunku do osób uznanych za wrogów – przypisywanie innym własnej nieświadomości. Osobowość psychicznie chorego kryminalisty, z krótkimi i rzadkimi przebłyskami normalności.” Dosadne i w pełni prawdziwe. Trudno bardziej syntetycznie opisać historię gatunku ludzkiego, historię przemocy, okrucieństwa, i patologicznej głupoty.

To tylko parę dosyć przypadkowo wybranych przykładów diagnozy współczesnej kultury. Od czasów powstania książki Fromma analizowane przez niego patologiczne formy życia społecznego kultury zachodu rozprzestrzeniły się na kolejne obszary naszej planety. W tym świetle myśl Fromma: „Fakt, że miliony ludzi maja te same wady, nie czyni tych wad cnotami”, nabiera globalnego znaczenia. Tym, co wyróżnia naszą obecna sytuację jest bez wątpienia powszechność występowania owych wad. W książce Zerwać okowy iluzji Fromm przytacza słowa Marksa, charakteryzujące wyalienowanego człowieka XIX wieku: „To towar świadomy sam siebie i zdolny do samodzielnej działalności.” Dziś te słowa brzmią jeszcze dosadniej. Uczyniliśmy bowiem z ludzkości jednolitą masę towarową, rządzona za pomocą doktryny szoku.

Świat współczesny jest poszerzonym na całą planetę królestwem ślepców. „W królestwie ślepców – jednooki królem”. Autorem tego zdania jest Erazm z Rotterdamu, z czasem stało się ono angielskim przysłowiem, a potem inspiracją noweli Kraina ślepców Wellsa, która opowiada następującą historię. Otóż zagubiony w Andach młody wędrowiec ląduje wraz z lawiną w odciętej od świata dolinie. Okazuje się, że zamieszkuje ją od kilkuset lat plemię, które dotknięte chorobą oczu, ślepło z pokolenia na pokolenie. Domy wprawdzie są nieco łaciate a ubrania pstre, ale poza tym społeczność radzi sobie doskonale. Drogi są proste i równe jak stół (i mają zróżnicowaną nawierzchnię, dla ułatwienia orientacji), wody jest pod dostatkiem, trawa bujna, lamy – zwierzęta hodowlane – łagodne… Słowem – da się żyć. Wytworzył się nawet system wierzeń: świat jest wklęsły jak miska, niebo kamienne, raz ciepłe, raz zimne, na przemian… Nasz młody, ambitny bohater, przypominając sobie cytowane wyżej przysłowie, uznaje, że ze swoim doskonałym wzrokiem, przyda się ludziom z wioski, jak nikt. Problem w tym, że nie potrafi wytłumaczyć ślepcom, czym jest… wzrok. Wszelkie argumenty i próby przeprowadzenia dowodu – zawodzą. Na przykład, widząc zbliżającego się, powiedzmy Pedra, mówi: „Pedro zaraz tu będzie, widzę go”. Niestety Pedro skręca na skrzyżowaniu, a ślepcy śmieją się, bo od razu wiedzieli, że w tym czasie Pedro idzie doić lamy. Pytają za to, co właśnie robi Juan? Niestety, ten jest wewnątrz budynku, który oczywiście nie ma okien (bo i po co?)… Zrozpaczony Bogota (bo tak nazywają przybysza) wpada w rozpacz, zaczyna się szarpać ze ślepcami, a potem ratuje się ucieczką. Na darmo, bo ślepcy mają doskonały słuch i znają w dolinie każdy zakątek. Bogota pogrąża się w rezygnacji i żyje wśród ślepców, uznawany za wariata, za niemal zwierzę. Z czasem jednak zakochuje się w dziewczynie, która ma piękne, regularne i delikatne rysy (czyli uchodzi za brzydką i „niewyrazistą”). Niestety, nawet ona jest dla pół-zwierzęcego Bogoty za dobra. Bardziej liberalni mędrcy wśród ślepców widzą jeszcze jedną nadzieję dla nieudacznika. Można mu usunąć dwie obrzydliwe i nienaturalne, kuliste deformacje (umiejscowione pod brwiami, tam, gdzie powinny być miłe w dotyku zaklęśnięcia), które prawdopodobnie uciskają mu na dodatek mózg…

Tym co nas czeka, to ostateczne usunięcie tych kulistych deformacji. Już jest w toku. Operacja zostanie zakończona sukcesem już wkrótce.

O egoistycznej patologii umysłu

W latach osiemdziesiątych prawie co tydzień odwiedzałem Kraków. Nie po to, by go zwiedzać, ale by pobuszować po księgarniach i antykwariatach. Pewnego dnia, a był to 18 maja 1988 roku, byłem w Krakowie i odwiedziłem wtedy między innymi księgarnię prowadzaną przez braci zakonnych na ulicy Kopernika. Dzień ten pamiętam dlatego, że na każdej zakupionej książce zapisuję datę jej zakupu. O tym, że był to dzień urodzin papieża niezbyt wtedy pamiętałem. Dziś mi ten dzień kojarzy się raczej z pewną długowłosą brunetką, która tego dnia właśnie się urodziła, a z którą po latach miałem okazję spędzić parę miłych chwil. Wracając jednak do owego 18 maja, wstąpiłem do księgarni zakonnej i przeglądałem książki wyłożone na ladzie. Zauważyłem świeżo wydane dzieło Leszka Kołakowskiego Jeśli Boga nie ma… Przede mną stała jakaś starsza pani, za mną kolejna. Nie wiem dlaczego, ale położyłem przed sobą książkę Kołakowskiego okładką w dół. Czyżbym nie chciał bulwersować maluczkich? To jednak nie pomogło. Pani przede mną, dobrze po sześćdziesiątce, wzięła książkę w swoje ręce, obróciła ją, przeczytała tytuł i wyszeptała, ale na tyle głośno, abym usłyszał: „Ciekawość to pierwszy stopień do piekła”.

Te słowa to esencja patologicznej umysłowości opartej na religii. Wtrącanie się w nie swoje sprawy i wydawanie ocen jest jedynym sposobem funkcjonowania takiego umysłu. Żadnej refleksji, współczucia, empatii, nic. Kiedyś wystarczyło posądzenie o to, że jesteś czarownicą, dziś – że jesteś odmiennej orientacji seksualnej. Dla ludzi o takiej umysłowości nie jest ważne kim jesteś, tylko to, czy jesteś z nimi. Czy ma to coś wspólnego z religią? Nic. Egoistyczna patologia umysłu może się żywić czymkolwiek – religią, ideologią polityczną, filozofią. Akurat najbardziej popularna jest w Polsce religia, a zaraz potem polityka. Zamknięty w sobie umysł wykorzysta cokolwiek, nawet najbardziej wspaniałe idee wytworzone przez ludzkość, tylko w jednym celu – by zrobić sobie dobrze. By potwierdzić sobie, że owo malutkie, żałosne ego ma jakikolwiek sens, że w ogóle istnieje. To tak, jakby ktoś kartkami Biblii podcierał sobie tyłek.

O muzyce i archetypach

C.G. Jung tak opisuje w jednym ze swych listów powiązanie muzyki i nieświadomości: „Muzyka wyraża poprzez dźwięki to, co fantazje i wizje wyrażają w obrazach wizualnych.(…)muzyka przedstawia ruch, rozwój i transformację motywów nieświadomości zbiorowej”.W innym miejscu zauważa: „Muzyka sięga do głębokich pokładów materiału archetypowego, tam, gdzie jedynie z rzadka udaje się nam dotrzeć w trakcie pracy analitycznej z pacjentami”. Jung pracował ze swoimi pacjentami głównie za pomocą analizy obrazów i symboli, jakie pojawiały się w ich snach i wizjach. Niestety w jego pracach nie znajdujemy dalszych, szerszych rozważań, które odnosiłby się do, by tak rzec, muzycznego aspektu archetypów, a nie tylko do ich obrazowej natury. Niejako usprawiedliwiając się twierdził, że nie odwoływał się do silnego wpływu muzyki na uczucia właśnie dlatego, że pojawiający się wtedy materiał nieświadomy wywierał jego zdaniem zbyt silny wpływ na psychikę pacjenta. Można tu zaryzykować śmiałą hipotezę, że podobnie jak nigdy nie zalecał stosowania środków psychoaktywnych w celu „poszerzenia świadomości”, tak analogicznie był świadom potężnej mocy muzyki w ewokowaniu treści nieświadomych, która to moc może przerastać to, co świadomość pacjenta jest zdolna zasymilować. Starożytni doskonale znali ową moc i słusznie przypisywali jej znaczenie religijne i lecznicze. W świetle archetypowej hipotezy Junga może tu chodzić o dominację głębokich struktur nieświadomości nad strukturą świadomości.

Nie sposób tu podawać wielu przykładów, ilustrujących ów wpływ, tak więc podam tylko jeden. To spektakularny fragment Drugiej Księgi Kronik (5, 12-14) opisujący zakończenie budowy świątyni przez Salomona: „Wszyscy Lewici śpiewający: Asaf, Heman, Jedutun, ich synowie i bracia, ubrani w bisior, stali na wschód od ołtarza grając na cymbałach, harfach i cytrach, a z nimi stu dwudziestu kapłanów, grających na trąbkach – kiedy tak zgodnie, jak jeden, trąbili i śpiewali, tak iż słychać było tylko jeden głos wysławiający majestat Jahwe, kiedy podnieśli głos wysoko, przy wtórze trąb, cymbałów i instrumentów muzycznych przy wychwalaniu Jahwe, że jest dobry i że na wieki jego miłosierdzie, świątynia napełniła się obłokiem chwały Jahwe, tak iż nie mogli kapłani tam pozostawać i wypełniać swej służby na skutek tego obłoku, bo chwała Jahwe wypełniała świątynię bożą”. Chwała (hbr. kawod) oznacza też „ciężar” albo ogólniej „znaczenie”, co może wskazywać na jej konotacje matematyczne, związane z porządkiem, ładem i harmonią. Co ciekawe, współcześnie słowo to oznacza w nowohebrajskim „grawitację”. Także bardzo interesujące są znaczenia tego słowa, ustalane na podstawie innego jego odczytania, a które odnoszą się do wątroby (hbr. kaved), tu pojętej w ogólnym sensie ludzkiego wnętrza jako siedziby intensywnych emocji. Teraz rozumiemy dlaczego kapłani nie mogli wypełniać swej służby, i przesyceni przemożnymi emocjami musieli opuścić miejsce, gdzie rozbrzmiewała muzyka. Swoją drogą trudno tu nie wspomnieć doświadczenia Odyseusza, który kazał przywiązać się do masztu na swoim okręcie, by nie ulec śpiewowi Syren.

O mieście i negatywnej kobiecości

Ostatnio coraz częściej spotykam ludzi, którzy marzą o tym, by żyć poza miastem, z rodziną na wsi lub w jakiejś komunie. Niektórzy realizują to pragnienie, które kontrastuje z ogólnym trendem, polegającym na tym, że już ponad połowa ludzkości mieszka w miastach, a ten odsetek będzie rosnąć. A skoro pragnienie i realność się rozbiegają, to warto się odwołać do psychologii. Czego szukamy w mieście, a co otrzymujemy?

W ujęciu psychologii analitycznej miasto jest powiązane z pierwiastkiem żeńskim. Jego symbolika zatem wywodzi się z pierwotnej, archetypowej z sensie Junga, symboliki kobiecości, którą dokładnie opisał Erich Neumann w swoim dziele Wielka Matka. Dowodzi on w nim, że fundamentalna symbolika kobiecości zawarta jest w równoważności znaczeń następujących domen symbolicznych; kobieta, ciało, naczynie, świat. Z formuły tej, obowiązującej jeszcze w świecie przedneolitycznym, wywodzi się symbolika chroniącej jaskini, prowadząca do dalszych domen symbolicznych: „Chroniąca jaskinia – pisze Neumann – jako część góry w kontekście rozwoju historycznego stanowi naturalną formę symboli kulturowych oznaczających zamknięta, strzeżoną przestrzeń – świątynia i temenos, chata i dom, wioska i miasto, ogrodzenie płot, mur, to, co zamknięte; bramy i drzwi stanowią tu łono macierzyńskiego naczynia”. Miasto, jako zajmujące określoną przestrzeń, funduje swoje numinalne znaczenie na świętości pierwiastka żeńskiego. Miasto to zawsze mieszkanie bogini, która jest jego symboliczną personifikacją, jego „osobowością”. Można też pojmować miasto jako ciało bogini, na zasadzie symbolicznego powiązania między miastem, materią, przestrzenią i ciałem, które w symbolice noszą zawsze żeński charakter.

Przytoczone motywy mitologiczne są charakterystyczne dla pozytywnej symboliki miasta. Ma ona jednak także swój negatywny aspekt, związany z archetypem Strasznej Matki, kojarzonej ze śmiercią, pochłanianiem, ćwiartowaniem, niszczeniem, gniciem. Ta ambiwalencja jest ujmowana nieraz jako przeciwstawienie dwu stron miasta. Jak podaje Neumann: „Jako dobra matka jest ona panią Wschodniej bramy, Bramy narodzin; jako okrutna matka czuwa nad Bramą Zachodnią, Bramą Śmierci. Brama , drzwi, gardziel, przepaść i otchłań to symbole łona kobiecego, łona ziemi – jako miejsca numinalne wyznaczają one drogę wiodącą w mistyczne mroki świata podziemnego”. Mieszkańcy miasta w tej perspektywie są jednej strony dziećmi Wielkiej Matki, chronionymi przez nią macierzyńskimi murami, a z drugiej strony są embrionami, pożeranymi i wchłanianymi przez potężną strukturę miasta.

Chciałbym przytoczyć teraz słowa Ericha Fromma, ukazujące ciekawy aspekt negatywnej kobiecości: „Nasza konsumpcyjna kultura kreuje nową wizję: jeśli pójdziemy dalej drogą postępu technologicznego, to w końcu osiągniemy punkt, w którym żadne życzenie nie pozostanie nie spełnione, a spełnienie będzie natychmiastowe i nie wymagające jakiegokolwiek wysiłku. W wizji tej technika przybiera cechy Wielkiej Matki, już nie naturalnej, lecz technicznej, która niańczy swoje dzieci i koi je nieustanną kołysanką (w postaci radia i telewizji). Pod względem emocjonalnym człowiek na powrót staje się niemowlęciem, któremu poczucie bezpieczeństwa daje nadzieja, że pierś matki zawsze dostarczy obfitości mleka i że nigdy nie trzeba już będzie samodzielnie podejmować decyzji. Będą one bowiem leżały w gestii samego aparatu technologicznego, interpretowane i wcielane w życie przez technokratów – nowych kapłanów rodzącej się religii matriarchalnej, której boginią jest Technika”. Zwraca on uwagę na oczywisty skądinąd fakt, że każde miasto jest przejawem technicznych umiejętności ludzi, zarówno w sensie zdolności do produkcji artefaktów, jak i zdolności do wytwarzania złożonej organizacji społecznej, bez której zbiorowy wysiłek owocujący zbudowaniem miasta nie byłby możliwy. Ta organizacja społeczna, skorelowana z rozwojem techniki, ma jednak wedle Fromma charakter regresywny i infantylizujący. Współcześnie, gdy już ponad połowa populacji planety żyje w miastach, słowa Fromma o „technicznej”, a nie naturalnej Wielkiej Matce brzmią doprawdy złowieszczo.

Nadmierne zagęszczenie populacji miast sprzyja spontanicznym i nieukierunkowanym manifestacjom dynamizmów ponadosobowych w ich obrębie. Jak pisze Jung: „Wszystko co przekracza w jakimś stopniu ludzki wymiar, wywołuje w takim samym stopniu nieludzkie siły w nieświadomości człowieka”. W obliczu tych sił adekwatna, indywidualna reakcja, wypływająca z określonych rozstrzygnięć etycznych staje się prawie niemożliwa. To właśnie w mieście człowiek jest postawiony wobec potężniejszej od niego rzeczywistości, która nie jest już rzeczywistością sił czysto naturalnych, lecz jest jego własnym wytworem, efektem trwających tysiące lat przemian kultury ludzkiej. Miasto jest „materializacją” tego, co w człowieku ponadludzkie, nie znaczy to jednak – najlepsze. Co zatem otrzymujemy żyjąc w miastach? Nic dobrego, nic ponad amplifikacje najbardziej negatywnych cech ludzkiej natury – przemoc, wyzysk, egoizm, alienacja, nienawiść, depresja, hałas, pośpiech. Każdy mieszkaniec miasta może tu dopisać swoją ulubioną negatywną cechę życia w mieście, w konsumpcyjnym łonie negatywnej Wielkiej Matki.

O lewej półkuli

Michael S. Gazzaniga, jeden z czołowych neuronaukowców, badacz osób z rozszczepionym mózgiem, u który rozcięto połączenie między półkulami mózgowymi, opisuje w swej najnowszej książce Instynkt świadomości reakcje takich osób na następującą historyjkę (nie wiem dlaczego etycy uwielbiają historyjki, szczególnie takie wagonowe – nie mają poważniejszych problemów?). Oto ta historyjka: sekretarka podaje szefowi kawę, chcąc go zabić, wsypuje więc biały proszek do kawy, ale okazuje się, że to zwykły cukier. Złe zamiary, pozytywny skutek. Druga sytuacja: sekretarka wsypuje biały proszek do kawy szefa (to jest tak w ogóle okropny seksizm, czy sekretarki nic innego nie robią? Nie wiem, nigdy nie miałem sekretarki) ale okazuje się, że to jest trucizna, którą przypadkowo jakiś chemik zostawił w jego gabinecie. Szef umiera. Dobry zamiar, zły skutek. Po wysłuchaniu tych historyjek pacjenci z rozczepionym mózgiem mieli poddać ocenie czy działanie sekretarki jest zabronione czy też dopuszczalne.

Jak można przypuszczać większość ludzi ocenia działanie w złych zamiarach jako zabronione, niezależnie od skutków (to się fachowo nazywa perspektywą deontologiczną). Tak samo działania bez złych zamiarów są przez większość ludzi oceniane jako dopuszczalne, nawet jeśli prowadzą do złych skutków (to perspektywa nazwana przez Gazzanigę utylitarną). Jednak pacjenci z rozczepionym mózgiem reagowali inaczej. Ich lewa półkula mózgowa okazywała się być ekstremalnie utylitarna. To znaczy, że jeśli bohaterka historyjki działała w złych zamiarach, ale nikomu nic się nie stało, to jej postępowanie oceniali jako dopuszczalne, natomiast – i to jest najciekawsze – jeśli bohaterka historyjki działa bez złych zamiarów, ale efekty jej działania były negatywne, to lewa półkula oceniała je jako zabronione.

Gazzaniga podsumowuje to z ten sposób – lewa półkula zachowuje się tak, jakby nie miała teorii umysłu, czyli, mówiąc najkrócej, jakby nie umiała się w ogóle wczuć się w umysł drugiego człowieka. Jest zajęta tylko samą sobą, o czym pisałem już tu. Jest źródłem fundamentalnego egoizmu człowieka, polegającym na budowaniu jak najbardziej spójnej narracji, oczywiście spójnej tylko dla danego człowieka. Świadomość ludzka, szczególnie ta pozostająca pod przemożnym wpływem lewej półkuli wydaje się niezbyt udanym tworem ewolucji. Właściwie – to totalna porażka.

O robieniu tego samego

Jest takie powiedzenie łacińskie, jedno z moich najbardziej ulubionych: „Duo cum faciunt idem, non est idem”, co znaczy: „Gdy dwaj robią to samo, to nie jest to samo”. Odnosi się to do robienia różnych rzeczy przez różnych ludzi. Bardziej jednak mym zdaniem odnosi się do wypowiedzi różnych ludzi na temat, który wydaje się taki sam, ale tak naprawdę jest całkowicie różny. Podam jako przykład dwa cytaty, które brzmią jakże podobnie, ale dotyczą czegoś całkiem różnego. Możemy je odnaleźć w książce Philipa Kapleau Zen: świt na Zachodzie. Oto one:

„Uważał siebie za jedyny w swym rodzaju odczuwający środek wszechświata, za jedyne autentyczne wcielenie zawartej w nim obecnie lub kiedykolwiek w przeszłości woli. Ja jestem, nikt prócz mnie”.

„W całych niebiosach i na całej ziemi jestem tym jedynym, najbardziej godnym czci!”

Pierwszy cytat pochodzi z książki Richarda Hughesa The Fox in the Attic i odnosi się do Hitlera. Drugi cytat to stwierdzenie przypisywane Buddzie. Tak, jeśli dwaj mówią to samo, to nie jest to samo. Wszystko zależy od kontekstu, wszystko zależy od tego, kto mówi, do kogo mówi i co ma celu mówiąc swe słowa. Wypowiedź nigdy nie ma żadnego obiektywnego znaczenia, ten kto tak myśli jest ekstremalnie naiwny. Jest tylko czysto kontekstualne rozumienie. Dlatego sztuka hermeneutyki jest tak trudna. I tak trudno się ludziom porozumieć. Bo największym błędem w procesie komunikacji jest przyjęcie, że do niej doszło, że zrozumiało się to co ktoś powiedział. Bo skąd mamy wiedzieć co ktoś powiedział, jeśli słowa których użył są tak podobne do tych, które uznajemy za zrozumiałe?

O naturalnym egoizmie

Pod koniec XIX wieku psycholog i filozof William James stworzył koncepcję strumienia świadomości. Przeciwstawiała się ona pokutującej od dawna koncepcji kartezjańskiej, która ujmowała świadomość jako res cogitans. Podsumował ją w pięciu punktach, z których przytoczę tylko pierwszy: „Jedyny stan świadomości, z którym mamy do czynienia, to indywidualna świadomość, umysł, jaźń, konkretne Ja i Ty”. To najważniejsza cecha świadomości w jej najpowszechniejszej postaci. Nie zajmuję się tu innymi jej stanami, zmienionym przez specyficzne doświadczenia, które już 120 lat temu sam James opisywał w „Odmianach doświadczenia religijnego”. Tak czy inaczej, czy to Kartezjusz ze swoim ego sum, czy James ze swoim strumieniem świadomości, czy też dziesiątki innych myślicieli, konkluzja jest jedna – świadomość jest numerycznie jedna (tak ujął to Schrödinger), acz zawsze jest osadzona w konkretnym indywiduum.

Co jest najważniejszą cechą tak pojętej świadomości? Z punktu widzenia relacji międzyludzkich jest to coś, co tu nazywam naturalnym egoizmem. Można go zdefiniować jako permanentny stan niezwracania uwagi na inne osoby, o ile nie dostarczają one przyjemnego doświadczenia. Tak funkcjonuje świadomość większości ludzi, jeśli nie wszystkich. Ekstremalny przykład tego naturalnego egoizmu to zaburzenie zwane psychopatią. Świadomość zachwyca się sama sobą, jest absolutnie autoerotyczna. Świadczy o tym najlepiej potoczny egoizm zwykłego człowieka, dogłębnie przejętego swoją nędzną i miałką egzystencją. Jednak nie tylko przeciętny Kowalski prezentuje taki naturalny egoizm. O wiele bardziej manifestuje się on w obszarze wyobraźni religijnej i kulturowej. Oto w chrześcijaństwie Bóg się mógł wcielić tylko w człowieka, a w buddyzmie tylko będąc człowiekiem możemy uzyskać wyzwolenie i ostateczną przyjemność nirwany. Dlaczego Bóg nie mógł wcielić się w kurę? Dlaczego bonobo nie może osiągnąć nirwany? Samozachwyt człowieka, wypływający z jego egoicznej świadomości, jest doprawdy najbardziej żałosnym zjawiskiem we wszechświecie.

Dostojewski o zarazie z Azji

Ten wpis jest tylko jednym długim cytatem. Nawet nie będę go szerzej komentował, przypomnę tylko, że tekst powstał ponad 150 lat temu. Pod koniec Zbrodni i kary czytamy o śnie Raskolnikowa, przebywającego wówczas na katordze. Oto ten sen: „Już będąc rekonwalescentem, przypomniał sobie swoje sny, gdy jeszcze leżał w gorączce i w malignie. Roiło mu się w chorobie, jakoby cały świat skazany został na pastwę jakiejś strasznej i niesłychanej morowej zarazy, idącej z głębi Azji na Europę. Wszyscy musieli zginąć oprócz niektórych, bardzo niewielu wybranych. Zjawiły się jakieś nowe bakterie, żyjątka były duchami, obdarzonymi rozumem i wolą. Ludzie, których się uczepiły dostawali zaraz obłąkania. Lecz nigdy, nigdy ludzie nie mieli się za tak rozumnych i stanowczych, jak ci właśnie zarażeni. Nigdy nie uważali za bardziej kategoryczne i słuszne swoich wyroków, swoich wywodów naukowych, swoich moralnych przekonań i poglądów. Całe osady, całe miasta i narody zarażały się i wariowały. Wszyscy byli niespokojni i nie rozumieli jeden drugiego, każdy myślał że w nim jednym zawarta jest prawda, i męczył się, patrząc na innych, bił się w piersi, płakał i załamywał ręce. Nie wiedzieli kogo i jak sądzić, nie mogli się zgodzić co uważać za złe, a co za dobre. Nie wiedzieli kogo oskarżać, a kogo usprawiedliwiać. Ludzie zabijali jeden drugiego w jakiejś bezmyślnej złości. Zbierali się jeden przeciwko drugiemu całymi armiami, lecz armie już w marszu, zaczynały nagle same siebie gnębić, szeregi pierzchały, rycerze rzucili się jeden na drugiego, kłuli się i zarzynali gryźli i pożerali jeden drugiego. W miastach przez cały dzień uderzano na trwogę: wzywano wszystkich, lecz kto i po co wzywał, nikt tego nie wiedział, a wszyscy byli w trwodze. Opuszczano najpospolitsze rzemiosła, każdy bowiem ofiarowywał swoje myśli, swoje poprawki i zgodzić się nie mogli; rolnictwo stanęło. Gdzieniegdzie ludzie zbiegali się w kupki, umawiali się o coś, przysięgali, że się nie rozstaną, ale zaraz zaczynali coś zupełnie innego, aniżeli zamierzali przed chwilą, zaczynali oskarżać siebie nawzajem, bili się i zarzynali. Zaczęły się pożary, zaczął się głód. Wszyscy i wszystko ginęło. Zaraza wzrastała i rozszerzała się coraz dalej i dalej. Uratować się w całym świecie mogło bardzo niewielu, a tymi byli czyści i wybrani, posłannicy nowego rodzaju ludzi i nowego życia, lecz nikt nie słyszał ich ani głosu.”

O wypadnięciu z kolein

„Być może niektórym wyda się to dziwne, ale moim pierwszym nauczycielem filozofii był Shakespeare. Od niego usłyszałem tak zagadkowe i niepojęte, a jednocześnie tak zatrważające słowa: czas wypadł z kolein. Co można zrobić, co można przedsięwziąć w obliczu czasu który wypadł z kolein, w obliczu owych potworności bytu, które odsłaniają się człowiekowi wraz z czasem wytrąconym z kolein?” Te słowa Lwa Szestowa dobrze opisują stan obecnego świata. Bo jak czas wypada z kolein, to wypada z nich także świat. W języku hebrajskim olam znaczy świat, ale też czas trwania tego świata w jego obecnej postaci, coś jakby dany eon jego istnienia. Wszystko wskazuje, że ten eon się kończy.

Może należałoby zmodyfikować nieco słowa Szestowa. Świat dopiero wypada z kolein. Jak na filmie, który odtwarza scenę wypadku samochodowego, widzimy wolno szybujący pojazd, który dopiero za parę sekund roztrzaska się o drzewo, tak obecnie dopiero wypadamy z kolein, szybujemy ku temu, co nieuchronne. Trochę to przypomina sytuację jaka wydarzyła się na początku drugiej wojny światowej, a którą nazwano „dziwną wojną”. Od września 1939 roku do maja 1940, pomimo formalnego wypowiedzenia wojny Niemcom przez Francję i Wielką Brytanię, nie toczyły się żadne walki. Wszystko trwało w zawieszeniu, a politycy na pewno mieli swoje racje. Podobnie teraz, wszyscy wiedzą, że jest sytuacja najgorsza od dekad, ale każdy podejmuje jedynie pozorowane działania, oczekując w bezwiednej inercji na to, co nieuchronne. Dziwny czas.