I ja kiedyś byłem cenzorem. Dawno dawno temu, w 1992 roku, podjąłem się nauczania etyki w moim macierzystym liceum. Bibliotekarka zaprosiła mnie pewnego dnia do swego matecznika i poprosiła bym przejrzał półkę z filozofią. Wiadomo, nowe czasy nastały i trzeba dokonać czystki, także w dziedzinie książek dostępnych dla uczniów, by nie stykali się z „niewłaściwą” literaturą, jak to ujęła. Cóż, podjąłem się tego zadania, skrupulatnie przeglądając z dwie setki książek i odkładając te, które prezentowały owe „niewłaściwe” poglądy, charakterystyczne dla minionej epoki. Większość z nich zresztą nie była czytana od dziesiątek lat. Jako nagrodę za wykonane zadanie poprosiłem bibliotekarkę, by podarowała mi pewien dialog Platona, też nie czytany od 30 lat.
Tak to wyglądało niegdyś, przed epoką internetu. Dziś zalewa nas ogromna ilość informacji, ale nie wiemy, która z nich zasługuje na uwagę, która jest bliższa prawdy, cokolwiek by pod tym pojęciem rozumieć. Ten natłok także jest swego rodzaju formą cenzury. Dawnymi czasy cenzorzy usuwali informacje, by nie przedostawały się do oficjalnego obiegu, tak jak ja to zrobiłem w moim skromnym wymiarze. Dziś wprost odwrotnie – „informacje” są produkowane i tworzą gęstą mgłę, przez którą już nic nie można dostrzec. To najbardziej perfidna forma cenzury, a właściwie prania mózgu, jak to obserwuję po pewnej znajomej mi osobie, która straciwszy pracę, zatopiła się w filmikach na YouTube. Bombarduje mnie linkami i wpada w coraz większy chaos mentalny, choć dla niej samej proces „edukowania się” tymi filmikami oznacza wyzwolenie, otwarcie oczu na „prawdę”. Witaj, Nowy Wspaniały Świecie, w którym ludzie sami z siebie się okłamują i z radością oddają się zbiorowej iluzji.
Zwierzęta mają do wyboru różne rodzaje reakcji na stres spowodowany przez zagrożenie. Zwykle jest to wybór pomiędzy reakcją „walcz” albo reakcją „uciekaj”. Ale jest jeszcze jedna – to zamrożenie, udawanie martwego. Ta reakcja jest często spotykana w świecie zwierząt, ale też obserwujemy ją u ludzi. Bardzo dobrze to widać w czasach pandemii. Gdy nie możemy walczyć, no bo jak zwykły człowiek może walczyć z niewidzialnym wirusem; gdy nie możemy uciekać, bo gdzie mamy uciec, gdy musimy iść do pracy albo po zakupy, wtedy wybieramy ową trzecią reakcję czyli zobojętnienie, apatię. To pełne rezygnacji pogodzenie się z istniejącą sytuacją i nie możemy mieć pretensji do osób, które ją wybierają, bo w mej ocenie jest to najpowszechniejszy sposób zachowania się w trudnych sytuacjach.
Stąd zapewne owa powszechna akceptacja absurdalnych nieraz wymogów, stąd stanie karnie w kolejkach do supermarketów (tu dobrze widać poziom strachu, bo niektórzy stoją nie przepisowe dwa metry ale pięć), stąd duszenie się maseczkach, nawet gdy obok nie ma nikogo. Okazuje się, że Polacy to nagle bardzo owczy naród, gdzieś zapodziała się przysłowiowa rogata dusza słowiańska i dziś mamy tylko stada baranów na ulicach. Może nie tyle udajemy martwych ile nimi jesteśmy?
To jeszcze nie wszystkie sposoby reakcji. Psycholożka Shelley Taylor uważa, że reakcja „walcz lub uciekaj” to dominująca strategia radzenia sobie z zagrożeniem, ale tylko u samców. Według niej może to wyglądać zgoła inaczej u samic, które u większości gatunków są mniej agresywne, a konieczność opieki nad potomstwem często wyklucza ucieczkę. Jej zdaniem żeńska reakcja na stres jest raczej reakcją „opiekuj się albo zaprzyjaźnij”. Gdyby miała rację, to owa żeńska reakcja byłaby najbardziej odpowiednią w tych trudnych czasach. Bo ten chory świat wymaga takich reakcji, nie konfliktów, ale więcej współczucia i mądrości relacji.
Trudno się oprzeć wrażeniu, że to, co dzieje się obecnie w tak wielu państwach świata, to swego rodzaju ćwiczenia poligonowe. Oto bowiem okazuje się, że można, dzięki decyzjom administracyjnym, często nie umocowanym w prawie, zatrzymać młyny napędzające naszą cywilizację, że możliwy jest prawie całkowity lockdown. Ludzie siedzą w domach, miliony tracą pracę, gospodarka siada. Od lat ekonomiści zapowiadali kryzys, ale kto mógł się spodziewać, że będzie on spowodowany przez decyzje rządów, przy pokornej aprobacie mas? Ludzkość zawsze oczekiwała eschatonu, zapowiadały go mitologie i religie. Okazaliśmy się jednak niecierpliwi i sami go sprowadzamy na siebie, nie czekając na bogów.
Jak na razie sytuacja, na przykład w Polsce, nie jest jeszcze całkiem eschatologiczna. Dlatego nazywam to ćwiczeniami z eschatonu. Dzięki ćwiczeniom żołnierz na poligonie oswaja się z realiami pola walki. Przysłowie mówi: „Im więcej potu na ćwiczeniach, tym mniej krwi w walce”. Pocimy się dziś na potęgę. Kolaps obecnej formy cywilizacyjnej w najbliższej przyszłości jest oczywisty, zatem takie ćwiczenia są przydatne. Tyle że, niestety, same są elementem owego kolapsu, jego preparacją, zapowiedzią.
Olga Tokarczuk mówi w najnowszym wywiadzie: „Coś nas testuje. Nie wiem, czy to fatum, demon, Natura, Bóg, coś bezosobowego, przypadek? Testuje nas i to na bardzo wielu poziomach.” Po części ma rację, ale nie musimy przywoływać jakiś bytów metafizycznych po to, by zrozumieć naturę tego testu. Po prostu testujemy sami siebie. W bezmyślnym pędzie konsumpcji – i to nie tylko na mokrych targach w Chinach – doprowadziliśmy do tego, co nieuniknione. To nie Natura czy cokolwiek innego, to autodestrukcyjna, immanentnie suicydalna logika naszej cywilizacji doprowadza do jej końca.
Olga Tokarczuk w ostatnich słowach swojego najnowszego eseju pisze proroczym głosem: „Na naszych oczach rozwiewa się jak dym paradygmat cywilizacyjny, który nas kształtował przez ostatnie dwieście lat: że jesteśmy panami stworzenia, możemy wszystko i świat należy do nas. Nadchodzą nowe czasy”. Noblistka nie wartościuje, raczej konstatuje. Ma rację, bo nie obudzimy się za rok czy dwa w takim świecie jak dziś. Jak napisał dwa tysiące lat temu św. Paweł : „Przemija bowiem postać tego świata”. Już nic nie będzie takie samo. Dawny świat wyparuje, a jaki będzie nowy? Moim zdaniem niezbyt wesoły.
Niektórzy jednak widzą pandemięnieco inaczej, jako szansę na restart naszej cywilizacji na nowych zasadach. Czasem czytam elukubracje dogmatycznych wyznawców ekologii ogłaszających koronawirusa nową nadzieją, głoszących iż obecna pandemia jest szansą na lepszy świat i lepsze życie. Nie biorą jednak pod uwagę tego, że będą tak zwane straty uboczne. W wojskowym języku angielskim istnieje piękny termin collateral damage, oznaczający niezamierzone ofiary śmiertelne działań wojennych. Podobnie będzie i teraz, będą straty uboczne, śmierć milionów ludzi. Będą to nie tyle ofiarypandemii, ile przede wszystkim katastrofy ekonomicznej i zaraz potem – klimatycznej. Ofiar walki z koronawirusem na pewno będzie więcej niż ofiar samego wirusa. Tak, może nastąpi restart, ale nie dla wszystkich.
Dziwi mnie takie stanowisko, wyzbyte współczucia, świadczące raczej o deficytach emocjonalnych osób je głoszących, niż o jakiś buddyjsko-taoistyczno-szamańskich inspiracjach do których się przyznają. Współczesna cywilizacja charakteryzuje się totalnym brakiem empatii i współczucia, i dotyczy to niestety wszystkich. Także jej krytyków, zamkniętych w swoich światach mentalnych i fizycznych. Zauważyłem, że osoby żyjące w środowisku wiejskim, z dala od skupisk miejskich nie przejmują się tym, co może zadziać się w miastach. A jeśli jeszcze te osoby sąwyposażone w dogmatyczny, „ekologiczny” światopogląd to ich wypowiedzi bliskie są stwierdzeniaaprès nous, le déluge.Prezentują zatem coś, co można tylko nazwać ekologicznym narcyzmem,takiego rodzaju egoistycznym myśleniem, które jest też istotą neoliberalnego kapitalizmu.Poddają się tym samym bezwiednie trwającemu obecnie zbiorowemu procesowi atomizacjispołeczeństwa, w którym czy to ekolog, czy kapitalista, każdy sobie rzepkę skrobie.A to nie budzi nadziei na przyszłość.
Tym, co najbardziej zagraża człowiekowi jest jego własna psychika. I to nie ta świadoma, indywidualna, ile bardziej nieświadomy aspekt psyche. Jung nazywał to nieświadomością zbiorową, na którą składają się instynkty i archetypy. Obecna panika dotycząca koronawirusa ma wyraźne podłoże archetypowe. Czym jest archetyp? To wiązka ponadindywidualnych skojarzeń wpływających na funkcjonowanie umysłu i powodująca silne reakcje emocjonalne. Wszystkie sytuacje istotne dla życia człowieka mają swoje wzorce archetypowe. Możemy więc mówić także o archetypie zarażenia, czyli o systemie skojarzeń dotyczących wszelkich zakażeń, powstałymi poprzez kontakt z substancjami takimi jak na przykład martwe czy chore ciało, albo w sytuacji zarazy. Archetyp ten konsteluje się w naszej świadomości wtedy, gdy pojawi się określony zestaw czynników. Po pierwsze, źródło zakażenia nie musi być widoczne, wystarczy „morowe powietrze”. Wszelkiego rodzaju wirusy doskonale spełniają ten warunek. Po drugie nawet ograniczony i krótkotrwały kontakt z czynnikiem zarażającym naraża na pełne ryzyko zakażenia. Innymi słowy, nie ma związku pomiędzy dawką a skutkiem. Musimy więc unikać wszelkich kontaktów, zgodnie z hasłem „zostań w domu”. Po trzecie, to co szkodzi nie traci swoich właściwości przez rozcieńczenie. Zatem nawet minimalne zetknięcie się z czynnikiem zarażającym jest groźne. Po czwarte, wszelki kontakt z substancją szkodliwą daje negatywne skutki, chociaż najgorsze skojarzenia rodzi myśl o jego połknięciu. Dlatego nie możemy dotykać twarzy, ani innych ludzi.
Ten archetypowy system skojarzeniowy w pełni manifestuje się w obecnej sytuacji. Okazuje się, że zalecenia epidemiologów w pełni pokrywają się z tym, co możemy nazwać archetypową psychologią wstrętu. Czy mogą zatem dziwić emocjonalne zachowania jednostek i irracjonalne zachowania rządów? W sytuacji pandemii włączają się wzorce archetypowe. Racjonalne argumenty idą w odstawkę. Pojawiają się rozmaite teorie spiskowe i bzdurne pseudointelektualne ruminacje zalewające media społecznościowe. Bardziej zagrażające są jednak emocjonalne reakcje, oparte głównie na strachu. Jakże łatwo utrzymywanie dystansu od innych może przerodzić się w nienawiść do innego. Staje się on wtedy kimś, na kogo projektujemy największe zło, staje się nośnikiem śmierci. Projektujemy na niego nasz cień. Wszystkie projekcje zaciemniają obraz innych ludzi, zniekształcają ich obiektywny ogląd, a przez to psują wszelką możliwość szczerych, ludzkich relacji. Inny staje się w ten sposób kozłem ofiarnym, którego obciążamy tym wszystkim, czego sami nie chcemy znieść. Zakończę symptomatycznym cytatem z Junga: „Rzeczywiście sądzimy, że możemy pochlebiać sobie, iż osiągnęliśmy już te szczyty jasności, bo wyobrażamy sobie, że tego rodzaju widma bogów pozostawiliśmy daleko za sobą. Wszelako tym, z czego wyrośliśmy, są tylko słowa-duchy, a nie fakty psychiczne, odpowiedzialne za narodziny bogów. Autonomiczne treści psychiczne wciąż nami władają tak, jakby były bogami. Dziś są to fobie, natręctwa i tak dalej, czyli objawy nerwicowe. Bogowie stali się chorobami; nie Olimpem włada teraz Zeus, ale splotem słonecznym, tworząc okazy dla poradni lekarskiej lub mącą mózgi polityków i dziennikarzy, mimowolnie rozpętując wówczas umysłowe epidemie”.
Żyjemy dziś w dziwnym świecie. Zapewne zawsze był on dziwny, ale współcześnie jego dziwność jest widoczna nawet dla tych, którzy się dotąd nad naturą świata nigdy nie zastanawiali. Z jednej strony nasz świat staje się coraz bardziej jednością. Od internetu aż po towary konsumpcyjne – w każdej chwili stykamy się z wytworami człowieka mieszkającego tysiące kilometrów od nas. To, co on robi, wpływa bezpośrednio na nasze życie, a to, co my robimy wpływa na jego. Na własnej skórze odczuwamy, że wszystko jest ze sobą połączone. Glob jest jednością, co dobitnie pokazuje pandemia koronawirusa. Można to porównać do efektu motyla, o którym możemy przeczytać w Wikipedii: „Efekt motyla to anegdotyczne przedstawienie chaosu deterministycznego. W tytułowej anegdocie trzepot skrzydeł motyla np. w Ohio może po trzech dniach spowodować w Teksasie burzę piaskową. Przykładami efektu motyla są zjawiska meteorologiczne.” Edward Lorenz, odkrywca efektu motyla, stwierdził, że dla pewnych układów deterministycznych nawet minimalne zmiany wartości danych początkowych zostają bardzo szybko wzmocnione i powodują ogromne zmiany w ewolucji układu. Wobec tego czysto mechaniczne układy równań po dostatecznie długim czasie mogą dawać zupełnie nieprzewidywalne wyniki, pozornie równie przypadkowe jak rzuty monetą. Cywilizacja ludzka staje się układem coraz bardziej zintegrowanym, a przez to – coraz bardziej nieprzewidywalnym.
W tej perspektywie wydaje się sensowne postawienie pytania – co przeważy? Czy tendencje prowadzące nasz świat ku jedności i całości, czy też może szybko skończymy w narastającym chaosie? Wydaje się, że nie jest to uzasadniona alternatywa. Przeciwstawianie sobie globalnej cywilizacji i chaotycznego świata jest zbyt proste. Czy nie potrzebujemy wizji rzeczywistości, która by wykraczała poza takie postawienie sprawy? Tak, jest ona potrzebna. Nie wytworzy jej jednak żaden pojedynczy umysł, nawet genialny. Wyłoni się ona, siłą rzeczy, z chaosu, w którym się obecnie znajdujemy. Decyzje, jakie teraz są podejmowane, nie oparte na wiedzy, a tylko na strachu, ukształtują świat. I nie będzie to świat do życia. Trzepot skrzydeł motyla zadecyduje o losie ludzkości. A wtedy już nigdy nie będzie tak jak dotąd.
Dawno temu obejrzałem sensacyjny film pod tytułem „Suma wszystkich strachów”. Owe tytułowe strachy odnosiły się wówczas do terroryzmu i broni atomowej. Dziś mamy już o wiele bardziej szeroką ofertę strachów, doskonale pasującą do apokaliptycznych czterech jeźdźców, którzy są personifikacjami naturalnych regulatorów przyrostu populacji w cywilizacji neolitycznej. Oto oni: zaraza, głód, wojna i śmierć. Obecna histeryczna pandemia strachu przed koronawirusem to pierwszy jeździec. Drugi to plaga szarańczy w Afryce, gdzie możliwy jest w najbliższym czasie głód, w wyniku którego miliony ludzi będą szukać ratunku, najpewniej w Europie. Trzeci jeździec przynosi wojnę, która wisi jako realna opcja nad ludzkością od dziesięcioleci, a obecnie jest coraz bardziej prawdopodobna. Odnośnie czwartego jeźdźca, śmierci, pamiętamy wszyscy o pulsującym w tle kryzysie klimatycznym. No i nie zapominajmy w końcu o najbardziej prawdopodobnym scenariuszu, czyli o światowym kryzysie ekonomicznym, który jest prawdziwą „sumą wszystkich strachów” współczesnej cywilizacji, matrycą ich wszystkich, prawdziwym piątym jeźdźcem apokalipsy. Scenariusz ten mamy, nomen omen, jak w banku i to najprawdopodobniej już w tym roku. Globalny system ekonomiczny, oparty na neoliberalnym kapitalizmie, jest bowiem całkowicie nieodporny na wszelkiego rodzaju procesy globalne, szczególnie jeśli jest to strach przed czymkolwiek. To tak naprawdę najlepszy autodestrukcyjny system cywilizacyjny, jaki dotąd wymyślili ludzie.
No dobra. Postraszyłem trochę, bo to tygrysy lubią najbardziej. Ktoś mógłby powiedzieć, że zawsze ludzkość żywiła się rozmaitymi lękami, akażda epoka miała swoją „sumę wszystkich strachów”.To prawda. Dziś jednak jest trochę inaczej, dżumą naszych czasów jest sam strach. Zapewne dlatego, żeobecnie spektrum potencjalnych strachów znacząco się poszerzyło.Boimy się tak wielu rzeczy, akażda z nich ma genezę wieloczynnikową. Także zmiana cywilizacyjna, która już puka do naszych drzwi, będzie miała taką genezę. Wiele różnych czynników, zbiegających się w czasie, zawsze doprowadza do radykalnych zmian. Po zmianie zwykle wyłania się coś nowego, przynajmniej dotąd tak było w historii ludzkości. Nie zapominajmy jednak, że wnioskowanie indukcyjne jest zawodne. To, że od lat budziłem się rano żywy nie znaczy, iż jutro też tak będzie. Każda rzecz, która kiedyś powstała, musi się też kiedyś rozpaść.
Ech, wieczorem pójdę lepiej wyrzucić posegregowane śmieci, a potem wezmę krótki prysznic. Może też wypiję piwo – bez plastikowej słomki. To wszystko podobno uratuje ludzkość. Zobaczymy.
Świat współczesny jest w stanie totalnego bałaganu. Nie zdajemy sobie z tego sprawy tylko dlatego, że tkwimy w nim po uszy, że uznajemy najgorszą patologię za normalność. Światu wyraźnie czegoś brakuje. Brakuje takich podstawowych zasad kobiecych takich jak łączenie, współzależność, relacyjność, kreatywność i witalność. Dominują w naszym świecie zasady męskie – oddzielanie, różnicowanie, hierarchizowanie, rywalizacja i zadaniowość. Słowem, rządzi nierównowaga powodująca absolutny bałagan. W tym świecie kobiety nie mogą w pełni osadzić swojej tożsamości w ramach imaginarium społecznego, zawłaszczonego przez zasady męskie. Czują się zawsze, otwarcie albo podskórnie, wykluczone. Mężczyźni też nie mają się dobrze. Nie mają społecznego przyzwolenia na wyrażanie uczuć, co czyni ich sztywnymi i poważnymi. Cóż się zatem dziwić, że wcześniej umierają?
Kryzys spowodowany przez nieobecność w naszym świecie zasad kobiecych leży u podstawy innych kryzysów, na przykład kryzysu klimatycznego. Świat patriarchatu trzyma się – jak na razie – dobrze, mocą ogromnej inercji przepojonej strachem, podtrzymywanej przez skostniałe religie i ideologie polityczne oraz ekonomiczne. To wszystko męskie wynalazki, złogi patologicznej męskiej mentalności. Inercja ta zagraża dziś całkowitą destrukcją cywilizacji, a być może nawet życia na Ziemi.
Gdyby kobiety i mężczyźni stali się partnerami, gdyby wsłuchali się w siebie wzajemnie, być może coś by się zmieniło. Może wtedy wsłuchalibyśmy się także w Ziemię, przestali ją eksploatować i niszczyć. Olga Tokarczuk mówi: „Coś jest ze światem nie tak”. Jednym z przejawów owego „nie tak” jest fundamentalna nierównowaga, o której tu piszę. Margaret Atwood w swoich powieściach opisuje świat chaosu i radykalnego pogłębiania się różnic między ludźmi. Dwa światy ludzkie, które mogłyby by kochać się i tańczyć, są rozdzielone. A przecież eko-logia i eko-nomia nie muszą być konfrontującymi się przeciwieństwami. Czy przyszłością ludzkości będzie ludzka miłość czy totalitarna maszyna? Ano zobaczymy.
Dawno dawno temu, w 1954 roku, Harrison Brown w książce The Challenge of Man’s Future napisał: „W ciągu bardzo krótkiego czasu w porównaniu z całkowitą historią ludzkości, zasoby paliw kopalnych zostaną niemal z całą pewnością wykorzystane. Ta strata całkowicie uzależni człowieka od energii wody, atomu i słońca, by mógł on napędzać swoje maszyny. Ta transformacja wydarzy się jedynie raz w historii ludzkości. Jeśli cywilizacja maszyn z powodu jakieś katastrofy przestanie działać, to najprawdopodobniej oznaczać to będzie nieodwracalną zagładę”. Dziś, po 66 latach nie jesteśmy mądrzejsi. Dalej polegamy na maszynach i staramy się na wszelkie sposoby zapewnić im źródła energii. Uwielbiamy maszyny, ale zarazem jesteśmy ich niewolnikami.
Czym jest maszyna? Maszyna to ten fragment wszechświata, który w dominującym stopniu jest naszym tworem. Maszyna spełnia swe funkcje zgodnie z naszą wolą. Maszyna zaspakaja nasze potrzeby. Do tych wszystkich funkcji maszyna potrzebuje energii. Nic zatem dziwnego, że człowiek współczesny ma obsesję na punkcie energii. Maszyna ma służyć zaspokojeniu naszych pragnień i potrzeb, ale – podobnie jak idealny służący – uzależnia od siebie swojego pana. Życie w otoczeniu maszyn prowadzi do postępującego ubezwłasnowolnienia człowieka. Maszyny potrzebujemy by działać, szybko, bez zastanowienia i wedle naszych zachcianek. Maszyna jest zatem ucieleśnieniem energetycznego ćpuństwa ludzkości. Dla jednych taką ultymatywną maszyną zbawicielską jest elektrownia atomowa, dla innych wiatrak. Jednak jeśli otaczający nas świat staje się tylko odbiciem naszych potrzeb i pragnień, czyli staje się maszyną, my sami stajemy się także niczym innym, jak tylko chaotycznym kłębkiem impulsów psychicznych, powiązanych na zasadzie asocjacji. Maszyna wyzuwa nas z naszego człowieczeństwa, jest ersatzem życia.
W wieku XVIII pojawiła się metafora wszechświata jako maszyny. Skoro wszechświat jest maszyną, to każda maszyna zbudowana przez człowieka jest uczyniona „na jego obraz i podobieństwo”. Francuski filozof Julien Offray de la Mettrie pisze książkę Człowiek-maszyna. Ekspansja metafory maszyny stanowi w tej perspektywie manifestację lucyferycznej hybris świadomości człowieka współczesnego. Świetnie pisze o tym Richard Tarnas w swej książce Dzieje umysłowości zachodniej:„Ironia polega na tym, że kiedy nowożytny umysł jest przeświadczony o tym, że w pełni oczyścił się z wszelkich antropomorficznych projekcji, kiedy aktywnie interpretuje świat jako nieświadomy, mechanistyczny i bezosobowy, to właśnie wtedy ów świat jest najbardziej selektywnym wytworem ludzkiego umysłu. Ludzki umysł wyabstrahował ze świata cała jego świadomą inteligencję, celowość i sens, przypisując je wyłącznie samemu sobie, po czym wprojektował w świat maszynę. Jak zauważył Rupert Sheldrake, jest to skrajnie antropomorficzna projekcja: zbudowana przez człowieka maszyna, coś czego w rzeczywistości nigdy w przyrodzie nie odkryto.” Tak, maszyna to wytwór ludzkiego intelektu, owej kompulsywnej maszynki do myślenia, która tak często odłącza się od całości naszego życia psychicznego i uzurpuje sobie prawo do autonomicznego istnienia.
Zakończę te krótkie rozważania przytaczając po raz kolejnyna tym blogu moją ulubioną taoistyczną przypowieść pochodzącą z Prawdziwej księgi południowego kwiatu Czuang-tsy: „[Uczeń Konfucjusza] Tsy-kung pojechał na południe do kraju Cz’u. w drodze powrotnej do Tsin przejeżdżając przez Han-in zobaczył starca pracującego w swoim ogrodzie. Kopał on rowki prowadzące do studni, z której glinianym dzbanem czerpał wodę, żeby ją do tych rowków nalewać. Choć ciężko się trudził, wyniki miał małe. [Widząc to] Tsy-kung powiedział: ‘Istnieje do tego przyrząd, który jeden dzień nawadnia sto zagonów. Siły używa się bardzo mało, wyniki są bardzo duże. Czybyś, mistrzu, nie chciał [mieć czegoś takiego]?’ Ogrodnik wyprostował się i spojrzał na Tsy-kunga: ‘W jaki sposób to działa?’ – ‘Wycina się z drzewa dźwignię z tyłu ciężką a przodu lekką, która podnosi w górę zaczerpniętą wodę, wylewającą się jak kipiący wrzątek. Nazywamy to pompą.’ Ogrodnik z oburzenia aż się zmienił na twarzy i uśmiechając się złośliwie powiedział: ‘Słyszałem od mego mistrza, że ludzie mający przemyślne przyrządy z konieczności przemyślnie prowadzą swoje sprawy, a postępując przemyślnie muszą mieć serca przemyślne. A kiedy podstępne serce tkwi w piersiach, to pierwotna szczerość nie może być całkowita, a kiedy czysta szczerość nie jest całkowita, to siły żywotne nie są utwierdzone. Kiedy siły żywotne nie są utwierdzone, to duch jest chwiejny. Kiedy duch jest chwiejny, wtedy nie ma miejsca na tao. Nie znaczy to, żebym nie wiedział o takich narzędziach, ale wstydzę się ich używać.’”
Profesor Tadeusz Gadacz umieścił ostatnio na Facebooku ciekawy wpis: „Ekologia jest ideologią, tak głoszą niektóre środowiska katolickie. Co jest zatem przyczyną ostrych zmian klimatu? Niedawno usłyszałem odpowiedź: Bóg odchylił oś Ziemi. To odchylenie powoduje zmiany klimatyczne. Nie są one jednak niebezpieczne, wręcz przeciwnie. Topniejące lodowce odsłonią nowe bogactwa naturalne, by człowiek nadal mógł czynić sobie Ziemię poddaną”. Trudno nawet nazwać owe słowa o boskiej interwencji odchylającej oś ziemską jakimś błędem myślowym. To raczej swego rodzaju błąd systematyczny, znany od ponad stu lat pod nazwą „Bóg od zapychania dziur”. Błąd ów polega na tym, że tłumaczymy zjawiska dotąd niewyjaśnione przez naukę interwencją Boga. W przytoczonym przykładzie mamy wszelako do czynienia z ciekawą modyfikacją tego błędu – autor przytoczonych słów wydaje się bowiem uznawać wyniki badań naukowych dotyczących topnienia lodowców, ale jako przyczynę podaje boską wolę, a nie czynnik ludzki.
Tłumaczenie wszystkiego wolą bożą ma dwojakie oblicze. Z jednej strony pozwala zaakceptować to, co spotyka nas w życiu, choćby by były to najgorsze rzeczy, zgodnie ze słowami z księgi Izajasza (45,7): „Ja tworzę światło i stwarzam ciemność, sprawiam pomyślność i stwarzam niedolę”. Tu Bóg jest stworzycielem wszystkiego i człowiek wierzący weń zyskuje jakiś rodzaj pociechy. Z drugiej strony jednak wiara w Boga pozwala odrzucać wszelkie niedogodności w imię egoistycznych, aż nazbyt ludzkich potrzeb. Tak jest w przytoczonej przez Gadacza wypowiedzi. Jej autor ma dosyć płaskie pojęcie Boga, pojmuje Go jako istotę, która dba tylko o potrzeby ludzi i aranżuje rzeczywistość wedle tych potrzeb. Jego Bóg to jeno wytwór antropocentrycznej wyobraźni, co jest nader powszechnie spotykaną dolegliwością wśród osób wierzących.
Co to ma wspólnego z obecnymi debatami na temat klimatu? Ano tyle, że nawet bez wciągania Boga w te dysputy wielu znajduje różnego rodzaju zastępniki czynnika ludzkiego, twierdząc, że „zamiany klimatu są cykliczne” i „zawsze tak było”. Tak, cykliczność przemian to najbardziej powszechny ersatz Boga. Niektórzy wierzą, że wszelkie zmiany są dziełem Boga. Są też tacy, którzy w zmianach – oczywiście cyklicznych – widzą boga. Perspektywa „teologiczna” zawsze będzie obecna w dyskusjach klimatycznych, gdyż dotyczą one podstawowej kwestii egzystencjalnej, być albo nie być ludzkiej cywilizacji. A ta nie istnieje bez jakieś formy religii. W miarę wzmagania się kryzysu klimatycznego można zatem spodziewać się coraz bardziej gorących dyskusji „teologicznych”.