Archiwum kategorii: Bez kategorii

Carl Gustav Jung

W cyklu wpisów o postaciach będących dla mnie inspiracją nie może zabraknąć Carla Gustava Junga. Jego dzieło było tym, co najbardziej przyczyniło się do ukształtowania mojego światopoglądu. Czy jednak krótka notka może cokolwiek oddać z rozmachu jego prac? Oczywiście nie. Mogę jednak przytoczyć jedno zdanie, rozpoczynające Wspomnienia, sny, myśli, które moim zdaniem oddaje to wszystko, co chciał powiedzieć przez całe swoje życie w dziesiątkach napisanych przez siebie tomów: „Moje życie jest historią samourzeczywistnienia się nieświadomości”. To stwierdzenie można odnieść nie tylko do Junga, bo dotyczy ono każdego człowieka. Chociaż w jego przypadku efekty były zaiste ciekawe: szwajcarski mieszczanin o wyglądzie pruskiego oficera, syn protestanckiego pastora, stał się prorokiem nieświadomości, zgłębiającym heretyckie pisma gnostyków i tajemne traktaty alchemików. Urzeczywistnienie nieświadomości to trwała przemiana osobowości, czyli to, co jako jedyne może nam pomóc żyć tym życiem.

Każdy z nas wyłania się w swoim kształcie umysłu z tego, co nieznane, z tego co Jung nazywał nieświadomością. Jedni wyłaniają się bardziej, inni mniej, a większość prawie w ogóle. Ci, którym się to udaje robią to dzięki symbolicznemu ujmowaniu treści swojej świadomości. Jak napisał Jung: „Jedynie przez doświadczenie rzeczywistości symbolicznej człowiek może odnaleźć drogę powrotną do świata, w którym nie będzie dłużej już kimś obcym”. I to jest istota jego przesłania: powrót do świata, odnalezienie swojej duszy, symboliczne i mitologiczne postrzeganie rzeczywistości, tak jak od zawsze to ludzie czynili. To dla mnie najważniejsza nauka, którą zaczerpnąłem od Junga.

O chorym społeczeństwie

Swoją przedmowę do zbioru wykładów Ericha Fromma zatytułowanych Patologia normalności Reiner Funk rozpoczyna od znamiennych słów: „Na początku lat 50. Erich Fromm zajął się intensywnie zagadnieniem, czy człowiek żyjący we współczesnym społeczeństwie przemysłowym jest jeszcze zdrowy psychicznie”. Do jakich konkluzji doszedł Fromm? W Zdrowym społeczeństwie, książce napisanej w 1955 roku, stawia tezę, że chora może być kultura jako całość. I to nie jakaś wyizolowana kultura, ale ta konkretna, która obecnie zdominowała większość planety, czyli kultura zachodnia. Według Fromma: „Celem całego społeczno-gospodarczego rozwoju świata zachodniego jest wygoda materialna, względnie równy podział bogactwa, stabilna demokracja i pokój,w krajach zaś, które się najbardziej zbliżyły, znajdujemy najpoważniejsze objawy braku równowagi umysłowej!” Od czasu gdy napisał te słowa minęło 65 lat. Jeśli coś się zmieniło od tego czasu, to tylko na gorsze, czego najlepszym przykładem jest kryzys klimatyczny. Patologia normalności ludzi daje już efekty nie tylko psychiczne, ale i fizyczne, o czym Fromm nie mógł jeszcze wiedzieć, gdyż w czasie gdy pisał swoją książkę krzywe wykładnicze wzrostu dopiero ruszyły jak z kopyta.

Obecna sytuacja świata jest skutkiem planetarnego konformizmu, który trafnie zdefiniował Fromm:„Fakt, że miliony ludzi mają te same wady, nie czyni tych wad cnotami; fakt, że podzielają tyle błędnych przekonań, nie czyni tych przekonań prawdami; a fakt, że ludzie dzielą pewną formę patologii umysłowej z milionami innych ludzi, nie czyni ich zdrowymi”. Tak, dzisiaj to, co normalne jest patologiczne, bo przecież czymś normalnym jest konsumowanie, bez którego nie ma nieustannego wzrostu produkcji, PKB, zanieczyszczeń itd. W Patologii normalności czytamy: „Jedną z postaci współczesnej religii jest otaczanie czcią szczególnego bożka – bożka produkcji jako takiej”. Dzisiaj ten bożek ukazuje nam już swoje najciemniejsze oblicze.

Ludzi głoszących, że może być inaczej, że nie musimy oddawać hołdu owemu bożkowi oskarża się o bycie nienormalnymi. Jest to najczęstszy zarzut na przykład wobec Grety Thunberg. Uczestniczyłem niedawno w wymianie opinii na Facebooku na jej temat. Główne zarzuty, jakie padały wobec Grety to: „Jest chora psychicznie” i „Niech wraca do szkoły”. Tak, niech wróci, a wtedy szkoła wychowa ją na „zdrową” psychicznie, czyli dostosowaną do chorego społeczeństwa osobę, której jedynym sensem życia będzie konsumpcja. Ta patologia współczesnego świata niepokojąco przypomina uzależnienie od narkotyków czy alkoholu. Cóż, uzależnienie kończy się wtedy gdy jednostka albo umiera, albo dochodzi do przysłowiowej ściany i się zmienia. Ten drugi wariant jest jednak nader rzadki. W przypadku ludzkości koniec konsumpcyjnego uzależnienia będzie największą tragedią w jej historii. O ile nie po prostu jej ostatecznym końcem.

Our house is on fire

W książce Active Hope Joanna Macy, jedna z czołowych przedstawicielek głębokiej ekologii, przytacza słowa szefa straży pożarnej. Powiedział on, że gdy pali się budynek najbardziej zagrożeni są nie ci, którzy wpadają w panikę i szybko wybiegają na zewnątrz. Nie, o wiele bardziej są zagrożeni ci, którzy nie zdając sobie w pełni sprawy z niebezpieczeństwa próbują ratować swój dobytek i deliberują, co mają zabrać, a co zostawić. To kwestia tego, jak reagujemy na zbliżające się albo już obecne niebezpieczeństwo, kwestia tego, czy je dostrzegamy, czy panikujemy, czy też może mówimy sobie, że wszystko jest pod kontrolą. Dodatkowo okazuje się, że obecność innych ludzi nie zawsze nam pomaga w prawidłowej reakcji. Kierując się instynktem społecznym modelujemy swoje zachowania wedle postępowania innych ludzi, co czasem jest zabójcze.

Zbadali to psychologowie społeczni Bibb Latane i John Darley. W przeprowadzonym przez nich eksperymencie polecili oni badanym, by wypełniali długi kwestionariusz, podczas gdy pokój powoli zapełniał się dymem. Gdy osoby badane były same w pokoju, szybko uciekały. Gdy jednak obok byli współpracownicy badaczy, którzy spokojnie wypełniali swoje kwestionariusze, krztusząc się dymem, osoby badane także to czyniły – około 60 procent wytrzymywało do sześciu minut, kiedy to badacze wchodzili do pomieszczenia i „ratowali” tam obecnych. To dobrze znane zjawisko konformizmu, który w tym wydaniu powodował, że badani ryzykowali swoim życiem tylko dlatego, że inni nie reagowali paniką.

Konkluzja będzie krótka, bo czas nagli – niestety Ziemię zamieszkuje już 7,6 miliarda ludzi i wszyscy patrzą na innych, krztuszą się dymem, wypełniają mniej lub więcej bezsensowny kwestionariusz zwany życiem, albo rozważają jakie dobro sobie zapewnić, co zabrać ze sobą do grobu. A populacja dalej rośnie. Równowagę w liczebności gatunków w przyrodzie zapewniają drapieżniki. Homo sapiens nie ma naturalnego drapieżnika, który by ograniczył jego liczebność, całe szczęście ma jednak sam siebie. Czy to wystarczy do zmiany ludzkich zachowań? Joanna Macy, z typowym amerykańskim optymizmem, jest pełna nadziei, ale transformacja ludzkości, o której pisze w swoich książkach, będzie miała swój koszt.

O cywilizacyjnej bulimii

Ludzkość, jeśli ją pojąć jako całość, cierpi na dobrze znane zaburzenie, zwane bulimią albo – co jest jeszcze bardziej obrazowym określeniem – żarłocznością psychiczną. I nie chodzi tu tylko o miliardy zwierząt zjadanych co roku, chociaż tu liczby szokują. To około 90 miliardów zwierząt na rok. Co sekundę jest wytwarzanych i zjadanych prawie 10 ton mięsa, wołowego, wieprzowego i kurzego. Efektem jest to, że obecnie więcej ludzi umiera z przejedzenia niż z niedożywienia. Ogromne są także koszty klimatyczne hodowli zwierząt. To około 18% gazów cieplarnianych. Mógłbym te liczby mnożyć bez końca, ale to nic nie zmieni, bo te liczby nie docierają do naszych paleolitycznych mózgów, nastawionych na postrzeganie małych liczb. Konsumujemy na potęgę, przeżeramy powodowani żarłocznością psychiczną wszelkie zasoby Ziemi: biologiczne, mineralne, a nawet przestrzenne. Bulimiczny charakter naszego umysłu przejawia się nawet w sferze informacji: musimy być online, choćby po to, by poznać najnowsze, nikomu niepotrzebne planetarne plotki.

Kiedyś pewna młoda kobieta, cierpiąca na bulimię, opowiedziała mi swój sen. W tym śnie leżała w łóżku, a wszędzie wokoło było mnóstwo talerzy pełnych jedzenia. Wypełniały cały pokój. Jadła i wymiotowała. W takiej sytuacji jest obecnie ludzkość, przynajmniej w tych krajach, gdzie konsumpcja jest istotą życia. Każda wizyta w supermarkecie jest niczym sen owej kobiety. Jeśli tylko dysponujemy kartą kredytową (to najlepszy symbol hiperkonsumpcji), to możemy ze wszystkich półek/talerzy brać to, co nam się podoba. Jemy i wymiotujemy. Niby jesteśmy świadomi tego, że kredyt z owej karty będą spłacały nasze dzieci, ale czy to się liczy w obliczu możliwości niczym nieograniczonej konsumpcji teraz? Nie jest to w ogóle ważne, bo nie zdajemy sobie sprawy z tego, jak nasze indywidualne wybory kształtują świat, w którym żyjemy. Konsumujemy nie zwracając uwagi na nic, a tym bardziej na przyszłe pokolenia. Jak mityczne lemingi dążymy ku krawędzi zagłady, mlaskając i czkając, przeżarci wszystkim, co zapewnia nam choćby najmniejszy zastrzyk dopaminy.

Współczuję moim studentom. Oni za trzydzieści parę lat będą w moim wieku, ale ich świat będzie całkowicie odmienny od tego, w którym ja żyłem i wzrastałem. Dziś myślą, że wszystko będzie tak jak teraz, że świat będzie może nawet lepszy, albo chociaż taki sam. Jest to naturalna postawa każdego młodego człowieka – chce on wejść w dorosłe życie zgodnie z regułami, które reprezentują dorośli. Niestety, dziś dorośli zawiedli, na całej linii. Przejedli świat, nic nie zostawiając swoim dzieciom. Czy zatem możemy się dziwić, że dzieci się buntują?

O pesymizmie raz jeszcze

Ostatnimi czasy do mych uszu dotarła wieść, że w pewnym kręgu zafunkcjonowało powiedzenie „czy zaraziłeś się pirógizmem?” To zapewne odnosi się do niektórych moich wpisów na blogu, racja, niezbyt wesołych, jak tu i w wielu innych miejscach, zwłaszcza gdy pisałem o kryzysie klimatycznym. Cóż, zawsze byłem przekonany, że jak czytam doniesienia naukowców, na przykład jak to, że roku 2019 znowuż wzrosły emisje CO2, to taka wiadomość nie jest zbyt wesoła. Fakt jest faktem, tylko jego konsekwencje są różnie oceniane. Moje oceny nie są wesołe i nie jestem w tym samotny. Ze swej strony mogę tylko powiedzieć, że od zawsze w moim życiu porządny pesymistyczny tekst, jakiegoś Schopenhauera czy innego Ciorana, podnosił mi nastrój. Słowem, im gorsze rzeczy czytałem, tym czułem się lepiej. Inni ludzie pewnie tak nie mają, muszą przyswajać motywujące ich teksty, takie kawałki dające nadzieję. Albo chociaż muszą coś robić, choćby to przypominało kadzenie umarłemu. Ja nigdy tak nie miałem.

Tu chciałbym przypomnieć pierwszą szlachetną prawdę buddyzmu, która szczególnie rezonuje z moim poglądem: „Świat jest cierpieniem”. Wedle Buddy uznanie tej prawdy jest początkiem drogi do zmiany. To podejście całkowicie pragmatyczne – jeśli chcesz coś zmienić, uznaj, że nie jest wesoło. Tak mocno i do głębi uznaj, że rzeczy mają się źle. Dopiero wtedy możesz ruszyć dalej. Płytki optymizm to chowanie głowy w piasek. Być może istnieje, nazwijmy to tak, głęboki optymizm, tak jak istnieje głęboka ekologia. Ale to już trudna sprawa, dla mądrzejszych ode mnie. W wymiarze społecznym wymaga ona bowiem wyjścia poza wartości hedoniczne, konstytuujące w całości naszą cywilizację. Nawet w kręgach ekologicznych są one cenione, bo jakże często pod płaszczykiem kontaktu z naturą czy tak zwanej dzikości szuka się tam tylko doznań zmysłowych. Czy człowiek jest zdolny do tego, by wyjść w tworzeniu swojego życia poza wartości hedoniczne? Moją odpowiedź czytelnik już może sobie wyobrazić.

O Robertach klimatu

Poznałem niegdyś mężczyznę imieniem Robert. Powiedział mi, że za młodu lubił wdawać się w gorące dyskusje. Intrygującą cechą tych dyskusji było to, że często oponował swojemu interlokutorowi nawet wtedy, gdy w skrytości swego umysłu przyznawał mu rację. Czynił tak, jak mniemam, z wielu różnych powodów: z młodzieńczej przekory, z chęci afirmacji swojego ego, z pragnienia męskiej rywalizacji – whatever. W tych dyskusjach nie interesowało go dotarcie do jakkolwiek pojmowanej prawdy, czy tym bardziej osiągnięcie porozumienia z przeciwnikiem. Nic poza samą adolescencyjną rywalizacją. Jak to trafnie powiedziała mi pewna mądra kobieta, o pięknym imieniu Alicja, tacy faceci są niczym podlotki. Ledwo to opierzone, nie ma skrzydeł, a chciałoby latać wysoko i dyskutować.

Gdy dziś czytam wypowiedzi niektórych osób negujących zmiany klimatyczne, przypomina mi się ów żałosny Robert. Zawsze mają oni na podorędziu wypowiedzi typu: „Już tak było” i tuziny innych mitów klimatycznych. Już kiedyś nie było zimy, już kiedyś były większe temperatury, już kiedyś było większe stężenie CO2 itd. itp. Na tym opiera się mentalność Robertów klimatu – przeczyć dla samego przeczenia. Oczywiście denializm klimatyczny, tak jak każde zjawisko, ma genezę wieloczynnikową. Ja tu tylko wskazuję na jedną z wielu możliwych przyczyn – niedojrzały umysł, spełniający się tylko w przeczeniu, pozbawiony wiedzy i doświadczenia, z lubością wykorzystujący najgłupszy chyba błąd myślowy, jakim jest argumentum ad ignorantiam.

Robertyzm cechuje moim zdaniem głównie młodych mężczyzn, którzy tak jak nie panują nad swoją fizjologią, zawracając nią w głowie głupim kobietom, tak samo nie panują nad intelektualną maszynką, którą mają w głowie. Większość Robertów zresztą nigdy nie dojrzewa, pozostają wiecznymi chłopcami, szukającymi ekscytujących przeżyć (co jest prawdą także w przypadku wspomnianego Roberta). A cóż może być bardziej ekscytującego niż infantylne trolowanie w internecie? Dobrym przykładem robertyzmu jest stwierdzenie, które ostatnio napotkałem w dyskusji pod jednym z blogów. Jego autor był zdania, że skoro naukowcy nie mają 100% pewności co do antropogenicznego pochodzenia globalnego ocieplenia to nie jest ono „udowodnione”. Typowy efekt działania maszynki intelektualnej, która wyprodukuje dowolne zdanie, byle tylko jej posiadacz zaspokoił swój robertyzm. Strzeżcie się Robertów klimatu i nie wciągajcie się w dyskusje z nimi. Szkoda czasu.

O przewidywaniach filozofa

Trzydzieści lat temu, w eseju Czy możliwa jest chrześcijańska apokalipsa? Leszek Kołakowski napisał : „Po kilkudziesięciu latach szybkiego wzrostu gospodarczego i zawrotnego tempa postępu technicznego przyzwyczailiśmy się do myśli: 1) że w przyszłości postęp ten będzie trwał w nieskończoność, tak iż każdy z nas będzie miał coraz więcej wszystkiego, co życie może ofiarować; 2) że każdy z nas zasługuje na na to, aby mieć coraz więcej dóbr, jakie tylko może sobie wymarzyć, jeśli zaś tak nie jest, to z powodu złej woli takiego czy innego wroga, którego przeto należy zniszczyć; 3) że każdy ludzki problem można w zasadzie rozwiązać w sposób techniczny. Otóż, owe założenia – wszystkie fałszywe – są niezwykle rozpowszechnione w chrześcijańskim świecie, gdy tymczasem duchowe siły, mające się im przeciwstawić, są nad wyraz słabe i mało skuteczne.”

Wypada podziwiać wnikliwość filozofa, który już trzy dekady temu dostrzegł to, co wielu i dziś nie chce zobaczyć. Wbrew potocznemu wyobrażeniu filozofia nie jest oderwana od życia, jest mu najbliższa, bo polega na uważnym obserwowaniu tego, co dzieje się na świecie i w ludziach. Ta uważność pozwoliła Kołakowskiemu postawić powyższą diagnozę. Jak pisze dalej, fałszywość pierwszego przyzwyczajenia okaże się jeszcze za życia obecnych pokoleń, co już zaczyna się sprawdzać. Przyzwyczajenie drugie spowoduje jego zdaniem frustrację i pociągnie za sobą konflikty i wojny. Także to puka już do naszych drzwi. Co do trzeciego przyzwyczajenia, to także się nie myli, mamy bowiem plany, by kryzys klimatyczny zażegnać geoinżynierią, albo by budować więcej elektrowni atomowych. To jakby diabła belzebubem wyganiać, bo zawsze powtarzam, że fraza „co technika spieprzyła, technika naprawi” jest jedną z najgłupszych w historii ludzkiej myśli. Kołakowski stawia pod koniec swego eseju pytanie o to, czy nie będziemy „zmuszeni zrezygnować z naszych aspiracji, powściągnąć apetyty”. Cóż, tak czy inaczej się to stanie. Czy to poprzez świadome działanie ludzi – co jest nader wątpliwe – czy też na skutek globalnego kryzysu ekonomicznego konsumpcja spadnie, spadnie też populacja, do czego bez wątpienia przyczynią się wojny, ulubiona rozrywka homo sapiens.

Moi drodzy czytelnicy, witam zatem w nowym roku, w pierwszym roku ostatniej dekady, ostatniej dekady cywilizacji takiej, jaką znamy. Wchodzę w szósty rok prowadzenia mego bloga, na którym ostatnio dużo piszę o kwestiach klimatycznych, bo to obecnie najbardziej gorący – nomen omen – temat filozoficzny współczesności. Obyś żył w ciekawych czasach, tak podobno mawiali Chińczycy. Żyję w bardzo ciekawych czasach i będą one coraz bardziej ciekawe. Będę towarzyszył tym czasom, komentował na blogu. Kto chce niech czyta, kto nie chce niech nie czyta. Będę dawał tu głos owym „duchowym siłom”, które mogą się przeciwstawić utopijnym mrzonkom współczesnych umysłów. Taką siłą jest głęboka ekologia, oferująca odmienne spojrzenie na ludzkość i dotykający ją obecnie kryzys. Będę o tym pisał w ciągu tego roku. Ale także będzie tu obecny mój pesymizm, który według mnie jest niczym innym, jak tylko realistycznym spojrzeniem na rzeczywistość, a zatem pragmatycznym narzędziem służącym temu, by wyzwolić się w przemożnej siły różnych iluzji, w tym głównie od naiwnego optymizmu spod znaku „jakoś to będzie”.

O -izmach

Ostatnio wielu wzburzyła wypowiedź abp. Jędraszewskiego o tym, że ekologizm to zagrożenie dla opartej na Biblii moralności i ideologia totalitarna. Zostawiam na boku wątek biblijny, bo już kiedyś o nim pisałem (tu). Szczególnie zainteresował mnie termin, który w swoich medialnych elukubracjach użył Jędraszewski, czyli ekologizm. Ten wybór językowy to oczywista próba uczynienia z ekologii kwestii czysto ideologicznej. Mamy przecież kapitalizm, socjalizm, faszyzm, kolonializm, rasizm, patriarchalizm, seksizm i dziesiątki innych -izmów, to dlaczego nie ekologizm? Nie dziwi mnie, że słowa tego użył przedstawiciel chrześcjianizmu ( bo przecież nie chrześcijaństwa), traktujący swoje poglądy jako ideologię właśnie. W głowach takich jak on ideologów nie ma bowiem ani śladu myśli, są tylko różne -izmy, liczmany będące ubogimi surogatami refleksji.

Ta mentalna choroba nie zaczęła się dziś, trwa od wieków. Rozmaite -izmy zawirusowały ludzkie umysły co najmniej od epoki Oświecenia, odbierając im zdolność myślenia. Jak mawiał Jung, miejsce bogów zajęły dziś konglomeraty pojęć, wtórnych wobec jakiegoś fundamentalnego przekonania, rządzącego umysłem wyznawcy. Każde takie przekonanie wydaje się być ufundowane na jakiejś wartości. Wszystkie -izmy służą jednak tak naprawdę tylko jednej „wartości”, a jest nią egoizm albo, bardziej podniośle, wola mocy. Czegóż więc innego oczekiwać po funkcjonariuszu arcyziemskiej instytucji, jaką jest kościół katolicki, niż właśnie używania -izmów? Służą mu one jako broń do zwalczania innych poglądów. Sam funkcjonariusz zdaje się nie zauważać, że jego własne słowa, napuszony doktrynalny żargon, to nic innego jak pseudointelektualne uzasadnienie istnienia i działań jego macierzystej instytucji, to tylko teksty budujące markę (brand) jego firmy. Korporacja religijna, jaką jest kościół katolicki, dzięki swej doktrynie podbudowuje swoją władzę polityczną, co jest jej jedynym celem. Już Adam Smith pisał: „Duchowieństwo każdego kościoła oficjalnego tworzy ogromną korporację”. Kościół katolicki to najpotężniejsza korporacja świata, zatrudniająca ponad 4,2 miliony pracowników.

Rozmaite -izmy są wyrazem zubożonej i jednostronnej świadomości współczesnego człowieka masowego, są sloganami, pasożytami umysłu, dzięki którym instytucje wprowadzają swoich członków w stan ograniczonej poczytalności, tym samym ich infantylizując, odrywając od rzeczywistości. Są niczym koszmarny sen owładający człowiekiem. Kontakt z rzeczywistością jest zastępowany przez iluzoryczną wiarę w jakąś ideologię. Dlatego człowiek masowy z ogromną chęcią znajduje w nich schronienie. A ideologom propagowanie swojego ulubionego -izmu daje władzę nad owieczkami. Chciałoby się tu przytoczyć przysłowie, zapewne ulubione dla rozmaitego sortu Jędraszewskich – i wilk syty i owca cała. Jednak w obecnej sytuacji zagrożenia klimatycznego takie praktyki ideologiczne są niczym innym jak kolejną cegiełką do końca ludzkości. Moim zdaniem jest to cegiełka najważniejsza. Ten świat wykończy egoiczne ograniczenie mentalne zwane potocznie głupotą, przybrane we wzniosłe słowa jakiegoś -izmu. Może jakiś geniusz pokroju Jędraszewskiego wymyśli na przykład naukowizm?

O transformacji rozpaczy

Ponad 150 lat temu Henry David Thoreau, przebywając w swej samotni  nad stawem Walden, napisał: „Większość ludzi prowadzi życie w cichej rozpaczy”. Dziś jego słowa są nie tylko ciągle aktualne, ile jeszcze bardziej prawdziwe. Dziś brak nam bowiem jeszcze bardziej tej podstawowej mądrości, którą ludzkość od zawsze czerpała z filozofii, a jak dodaje Thoreau: „Mądrość wyklucza kierowanie się w życiu rozpaczą”. Ale, jak zauważa Jean Paul Sartre: „Życie ludzkie zaczyna się po tamtej stronie rozpaczy”. A jeśli tak, co czym jest ono przedtem? Czyż nie jest obietnicą, że rozpacz nas nigdy nie dosięgnie? To wieczna obietnica płaskich religii i ideologii, które istnieją po to, by chronić swych wyznawców przed rozpaczą codzienności. Trzeba przejść przez rozpacz, by żyć. To, że w naszych czasach coraz więcej ludzi doświadcza rozpaczy rodzi zatem nadzieję. Jest to nadzieja na to, że ludzkość zacznie żyć prawdziwie. William James radził podobno osobom chcącym popełnić samobójstwo: „Najpierw przeczytaj jutrzejszą gazetę”. Czy dziś, w epoce internetu, wezwanie to ma jeszcze jakiś sens? Dziś zawołaniem jest wszak: „Wszystko teraz!” Rozpacz nie jest jednak stanem końcowym, ale punktem wyjścia. Dziś wielu ludzi rozpacza z powodu stanu naszej planety i tego, co z nią robią ludzie. Nie kierujmy się rozpaczą, ale rozpaczajmy, bo uczucia są jedynym sposobem transformacji naszej świadomości.

O mądrych kobietach

Olga Tokarczuk jest mądrą kobietą. Od ponad ćwierć wieku czytam jej książki, miałem okazję słuchać jej na spotkaniach autorskich, a teraz mogłem posłuchać jej fenomenalnej mowy noblowskiej. Mądrość to połączenie intelektu i uczuć, jak mówi Carl Gustav Jung, dobrze znany naszej noblistce. Owo połączenie zauważam nieustannie w jej książkach i wypowiedziach. Olga Tokarczuk jest dla mnie mądrą kobietą także ze względu na jej głębokie zaangażowanie w sprawy ekologii. Podsumowując swoją mowę noblowską powiedziała:„Wierzę, że muszę opowiadać tak, jakby świat był żywą, nieustannie stawającą się na naszych oczach jednością, a my jego – jednocześnie małą i potężną – częścią”. Te słowa to genialne podsumowanie głębokiej ekologii w jednym zdaniu. Świat jest żywy, bo jest jednością, jak każdy organizm. Człowiek jest częścią tego świata, małą jako jednostka, wręcz nieistotną, ale jako gatunek potężną. Głęboka ekologia daje nam takie widzenie świata, w którym potęga człowieka objawia się jako jego koegzystencja z całością życia.

Niestety dziś owa potęga manifestuje się tylko negatywnie, jako zdolność do samozagłady ludzkiej cywilizacji. A przecież można sobie wyobrazić ludzi nie jako niszczycieli samych siebie i całej przyrody, ale jako strażników i opiekunów świata. Tak by mogło być, gdyby byli mądrzy. Mają potencjał ku temu, niestety go nie wykorzystują. Najbardziej predysponowane do rozwinięcia tego potencjału mądrości są obecnie kobiety, łączące w sobie najdoskonalej inteligencję i uczucia – czy, jak mówi noblistka, czułość – co czyni je naturalnymi dzierżycielkami życia i istnienia. One wiedzą, jak słuchać świata i jak czerpać z tego słuchania mądrość. Mają zdolność do pielęgnowania wiedzy relacyjnej, charakteryzującej rozwiniętą kobiecość. Dlatego przyszłość należy do mądrych kobiet, czułych, ale też silnych w swoich poglądach i wiedzy. Ba! Nie tylko do nich należy, ale także od nich zależy, bo bez ich mądrości, bez czułości i rozumnej wiedzy relacyjnej nie przetrwamy. Tylko one mogą nam dać opowieść, która da ludzkości siłę nawet nie tyle do przetrwania, co do przezwyciężenia samej siebie.