Archiwum kategorii: Bez kategorii

O archetypowych podstawach materializmu

Jednym z najciekawszych fenomenów zachodniej kultury jest rozwijająca się od XVII wieku nauka. Można szukać rozmaitych powodów tego, że tak wiele umysłów zwróciło się ku czysto materialnej rzeczywistości, by ją badać metodami naukowymi. Mnie podoba się hipoteza oparta na myśli Junga. Zwraca ona uwagę na czasy, jakie poprzedziły powstanie nauki w Europie. Były to długie stulecia, w trakcie których dominowała jednostronnie przeduchowiona postawa chrześcijańska, deprecjonująca świat materialny jako tylko doczesny i nieistotny wobec rzeczywistości duchowej, uosobionej w męskim do szpiku kości Bogu. Materialistyczna nauka byłaby w tej perspektywie niczym innym jak kompensacją owej jednostronności. Naukowcy byliby zatem niczym innym jak współczesnymi czcicielami Magna Mater, zaniedbanej przez chrześcijaństwo Bogini Matki, tyle że pojętej nie jako osobowe bóstwo, ale jako absolutna, materialna podstawa rzeczywistości.

Jeśli ktoś żywi jakieś głębokie przekonanie metafizyczne, uważa je za oczywiste. A tak czynią naukowcy. Ich wyznanie wiary brzmi: nie ma niczego poza materią, a nauka jest jej prorokiem. Niczym dzieci w pełni ufające swojej matce, uważają, że jest ona ostateczną rzeczywistością, którą mogą poznać. Marzą, że w ten sposób osiągną zjednoczenie z nią, bo jak dobrze wiemy jest to największe marzenie dziecka. Ale dla nich poznać to znaczy – opanować. Jest to bardzo ciekawe, szczególnie gdy zwrócimy uwagę na to, że nauką zajmują się głównie mężczyźni, o umysłach przypominających umysły osób ze spektrum autyzmu. Kiedyś przeczytałem bardzo dobre określenie takich umysłów – są to umysły organizatorów, chcących poznać, a tym samym opanować, ostateczną strukturę rzeczywistości materialnej. Są przy tym, poza bardzo nielicznymi wyjątkami, niezdolni do głębszej refleksji filozoficzno-duchowej.

Obserwuję świat nauki od wielu lat, a i sam kiedyś studiowałem fizykę. Niegdyś charakterystyczny dla naukowca sposób funkcjonowania mentalnego wydawał mi się naturalny. Dzisiaj widzę już, że jest to tylko specyficzna i jednostronna forma stosunku do świata, ograniczona do jednego tylko jego wymiaru – materialnego. Rzeknę zatem, parafrazując Szekspira, że ten świat jest ciekawszy niż to, co się śni naszym naukowcom. Nauka ma bez wątpienia wiele osiągnięć, ale jeszcze więcej porażek. Dobrym przykładem jest tu skonstruowanie broni atomowej, dokonane przez umysły organizatorów, którzy jednak byli całkowicie odcięci od swoich uczuć, co nie pozwoliło im ocenić wpływu ich pracy na przyszłość świata. W Los Alamos cieszyli się – jak dzieci – gdy udało im się dokonać pierwszej eksplozji bomby atomowej.

Niektórzy z nich rozważali możliwość, że eksplozja atomowa spowoduje zapłon całej atmosfery Ziemi i ostateczne zniszczenie ludzkości. Na całe swoje szczęście ocenili to niebezpieczeństwo jako minimalne. Uspokoiło ich to, bo przekonali się dzięki swoim matematycznym kalkulacjom, że Wielka Mamusia się nie zezłości i ich nie zniszczy. To dla mnie najlepszy przykład infantylizmu umysłów naukowych. Niestety dziś piękne gadżety, jakie produkuje nauka, podobają się wszystkim. I tak oto toczy się ten światek, ku nie wiadomo jakim końcom. Ale za to z optymistycznym uśmiechem naukowego bobasa na ustach.

O sztuce bycia w związku

Esther Perel w swej książce Inteligencja erotyczna. Jak utrzymać bliskość w relacji wypowiada bardzo znaczące słowa: „Dzisiejsze związki to kociołki, w których bulgoczą sprzeczne pragnienia: bezpieczeństwa i ekscytacji, mocnego osadzenia i przekraczania granic, komfortu miłości i gorączki żądzy. Chcemy wszystkiego naraz i to w dodatku od jednej osoby. Godzenie erotyzmu i ‘udomowienia’ jest niesłychanie trudne i udaje się jedynie czasami. Trzeba znać partnera, lecz jednocześnie uznawać jego wieczną tajemnicę; trzeba stwarzać bezpieczeństwo, jednocześnie pozostając otwartym na nieznane; trzeba pielęgnować intymność i jednocześnie respektować prywatność. Bycie razem i osobno przeplata się z sobą albo się kontrapunktuje. Pożądanie opiera się ograniczeniom, a zaangażowanie nie może zabijać wolności”. Trudno o bardziej dokładny opis sytuacji we współczesnych związkach.

Zapewne każda para z długim stażem ma swoją odpowiedź na problem, najpoważniejszy w każdym związku, który Perel ujmuje to jako opozycję erotyzmu i „udomowienia”. Ta odpowiedź nie zawsze jest satysfakcjonująca dla obojga partnerów. Pary przeciwieństw, które w dalszym ciągu wymienia Perel, obrazują moc tego konfliktu, który jednak jest zarazem drogą do osiągnięcia jedności. Wszelka integracja psychiczna polega na dążeniu do jedności przeciwieństw, a wszelka całość jest coincidentia oppositorum. Najlepszą okazją do osiągnięcia owej jedności jest właśnie związek. Nasza partnerka jest nam najbliższa i ta bliskość wznieca wszystkie możliwe opozycje. To jest trudne, przeżywamy nieciekawe emocje, mamy jeszcze gorsze myśli. Ale jeśli wytrzymamy, jeśli się nie poddamy, uciekając w jakąś prostą, jednoznaczną sytuację, mamy niejaką szansę na realny związek.

Tak, wiem, że to jest trudne, a być może prawie niemożliwe. Jednak owa trudność nie powinna nas zniechęcać. Rzeczy łatwe są dostępne wszystkim, trudne – nielicznym. Tak, wiem, że piszę bardzo ogólnikowo, ale w tych sprawach nie ma prostych, jednoznacznych i zrozumiałych dla wszystkich przepisów. Bycie w związku to sztuka dostępna dla nielicznych, to wyrafinowany proces opierający się na wysublimowanej inteligencji serca i umysłu. Serce i umysł mają być w tym procesie otwarte, by wspólnie wypatrywać czegoś nowego. Bez tej nowości, bez nieustannego, wzajemnego zaskakiwania się sobą nie ma dobrego związku. Bez tego powiedzenie: „kocham Cię”, nie ma sensu. Bo owo „kocham” oznacza właśnie to, że jestem nieustannie otwarty na to, kim Ty jesteś, na wszystkie zmiany i na wszystko, co może się pojawić.

O dzieciństwie i pisuarach

Mam ciekawe wspomnienie z dzieciństwa, związane z pisuarami. Nieraz w czasie wyjazdów pociągami na wczasy szedłem z ojcem do ubikacji na stacji. Tam widziałem pisuary, z których cały czas ciekła woda. Wydawało mi się to dosyć dziwne. Nie wiedziałem, że są zepsute, myślałem, że tak ma być, że na tym polega ich właściwe funkcjonowanie. Wchodziłem przecież do miejsca, które zbudowali ludzie dorośli i które ma funkcjonować tak, jak oni sobie to obmyślili. Tak reagują dzieci na wszystko, co widzą swoimi małymi oczami – myślą, że tak ma być.

Tak patrzą dzieci na wszystko, co serwują im dorośli. Przyjmują to w dobrej wierze jako rzeczywistość życia, to czym ono jest. Dobrze, jeśli są to cieknące pisuary, jak w moim przypadku. Ale czasem są to rzeczy o wiele bardziej drastyczne, tak na przykład jak molestowanie seksualne. Pewna molestowana przez ojca w dzieciństwie kobieta napisała, że uważała, że każdy tatuś tak robi ze swoją córeczką. Przecież na tym polega miłość. Zdziwiła się bardzo, gdy koleżanki wyprowadziły ją z błędu.

Bo to nie jest tak, że tak naprawdę tylko kobiety i mężczyźni się nie rozumieją. Także dzieci i dorośli to dwa odmienne gatunki. Dorosły to osoba, która już dawno zabiła dziecko w sobie i w czymś małym, które spłodził albo które urodziła widzi tylko taką okrojoną, wybrakowaną wersję człowieka. To bowiem, co nazywa się wychowaniem to nic innego jak gwałt na osobowości dziecka. Albo nawet więcej – to mord na jego żywej tkance psychicznej. Nie kryjmy tego – celem dorosłych jest nic innego jak psychiczne uśmiercanie dzieci.

Dziecko rodzi się i otwiera oczy. Jest na świecie, którego nie wybrało i nie ma najmniejszych możliwości by go zmienić, bo nawet nie wie jak i nie wie co mogłoby zmienić. Traktuje wszystko, co go spotyka jako coś danego i oczywistego. Świat jest taki jaki mu się jawi, a ono nawet nie może go ocenić, może tylko go przyjąć, w całości. Jego rodzice są najczęściej ograniczonymi mentalnie kretynami, jak prawie całość populacji ludzkiej. Ta ograniczoność polega na absolutnej niemożliwości przyjęcia pierworaźnego punktu widzenia dziecka. Nic zatem dziwnego, że starają się zabić ową świeżość spojrzenia, całą nadzieję na nowe życie, tak cudownie uosobioną w ich dziecku.

O duchowych pożytkach z błądzenia

Dzisiejszy świat nie widzi pożytków z błądzenia. Nie słucha starożytnych, którzy kiedyś pisali: „Błądzić to rzecz ludzka”. Nie słucha Konfucjusza, który wskazał kiedyś na swojego najlepszego ucznia, mówiąc, że on każdy błąd popełnia tylko jeden raz. Nie, dziś nie należy błądzić. Efektem takiej postawy jest to, że cały świat zbłądził. Tymczasem błądzenie jest podstawową rozwoju duchowego. Błądzenie jest dla nas o wiele bardziej wartościowe niż słuszne postępowanie. Zbłądziwszy, możemy odnaleźć właściwą drogę, bo jeśli widzimy przed sobą jedyną słuszną i prostą drogę, to na pewno nie jest ona naszą drogą.

To jak z praktykowaniem uważności w czasie medytacji. Gdy liczymy oddechy w czasie medytacji zen zdarza się nam rozproszyć i nie wiemy, czy kolejny oddech jest szósty czy siódmy. Ten moment rozproszenia jest jednak zarazem momentem uważności. Oto zdaliśmy sobie sprawę, że właśnie zbłądziliśmy, rozproszyli. Dzięki temu możemy wrócić do medytacji i liczyć oddechy dalej, kształcąc naszą uważność.

Podobnie jak z oddechami jest też ze wszystkim sprawami naszego życia. Dokładnie w momencie, gdy zauważamy, że coś zrobiliśmy źle, że pobłądziliśmy, że daliśmy ciała, dokładnie w tym momencie wzrastamy duchowo. Mógłbym zatem zachęcić moich czytelników: „Błądźcie!” Ale nie jest to konieczne, bo wszyscy namiętnie popełniamy błędy. Jednak, jak dobrze wiemy, tylko nieliczni widzą w błędach błędy. Większość błądzi bezwiednie. Ja bym rzekł: „Błądźmy świadomie”.

O wojnie jako rytuale

Ryszard Kapuściński widział wiele wojen, w wielu różnych krajach całego świata. Nic dziwnego, że jego słowa, zmieszczone w książce Zegar piaskowy, która ukazała się 17 lat po jego śmierci, przyciągnęły moją uwagę: „Co to znaczy – myśleć obrazami wojny? To znaczy widzieć świat w maksymalnym napięciu, w grozie i okrucieństwie. Rzeczywistość wojny to świat skrajnej, manichejskiej redukcji, nieubłaganej eliminacji, która usuwa barwy pośrednie, ograniczając wszystko do ostrego, agresywnego kontrapunktu, do bieli i czerni, do najpierwotniejszej walki dwóch sił – dobra i zła. Nikogo więcej na placu boju! Tylko dobro – a więc my; oraz zło – czyli wszystko to, co nam się sprzeciwia”.

Wojna to nic innego jak okrutny rytuał. To sposób, jaki ludzie wynaleźli, by kanalizować immanentną swej naturze agresję i oswajać konflikty. Wedle antropologów każdy rytuał ma jedno główne zadanie – minimalizować wieloznaczności, które pojawiają się w relacjach społecznych. Dzięki temu rytuały umożliwiają komunikację i ułatwiają współżycie w dużych grupach ludzkich. Czasami jednak są okrutne, jak rytuały inicjacyjne w niektórych społeczeństwach pierwotnych. Z rytuałem inicjacyjnym wojna ma też jeszcze jeden punkt wspólny – po inicjacji i po wojnie nie jest się już się tym samym człowiekiem. Wojna jest sposobem na radzenie sobie rytualnie z najtrudniejszymi emocjami budzonymi przez interakcje w społeczeństwie. Wojna polaryzuje stanowiska i czyni wybory jednoznacznymi – my dobrzy, oni źli. Warto zauważyć, że druga strona też myśli tak samo. Ale to nie jest ważne, nic się nie liczy poza jednym – by mieć rację.

Nie dziwi zatem, że ludzie tak bardzo pragną wojny. James Hillman napisał książkę, którą bardzo polecam, pod znamiennym tytułem A terrible love of war (tytuł polski to Miłość do wojny). Fizycznie grozi ona bólem, cierpieniem, gwałtami, eksterminacją. Nikt tego nie chce. Ale mentalnie wojna jest niezmiernie kusząca. Wielu z tych, którzy przeżyli mówią, że dała im najbardziej nasycone intensywnością doświadczenie ich życia. Właśnie dzięki temu, że oferuje ludziom prostą, jednoznaczną, maksymalnie uproszczoną rytualnie sytuację egzystencjalną, a zatem oferującą najprostszy, dostępny każdemu sens, wojna jest tak atrakcyjna. Nie trzeba samemu decydować, nie trzeba podejmować wyborów, wszystko jest proste i klarowne.

A jak z tym połączymy oczywisty strach przed śmiercią, bo wojna to dziś setki tysięcy młodych mężczyzn zabitych nim osiągnęli zdolność do refleksji, to otrzymamy lekarstwo na bolączki życia – „nieuniknioną konieczność wojny”. Koszta ludzkie są ogromne, współcześnie to miliony ofiar. Niegdyś było nieco inaczej. Ale ludzkość jak dotąd nie wymyśliła lepszego sposobu, jak rytuał wojny, by poradzić sobie ze swoją psychiką na poziomie zbiorowym. Obserwując nasz współczesny świat, widzimy, że wojna wróciła do łask, nawet w obszarach, gdzie mniemano, że już jest niemożliwa. Wojna jest fundamentalnie irracjonalna i dlatego tak dobrze odpowiada absolutnie irracjonalnej, szalonej i nieogarniętej naturze człowieka. Praktycznie całość populacji ludzkiej źle znosi kulturowe ograniczenia i nic dziwnego, że znajduje ulgę w oddaniu się okrutnemu rytuałowi wojny.

O seksie, rozkoszy i duchowości kobiecej

Współcześnie wszyscy mówią o „uprawianiu seksu”. Słowo seks jest tak mdłe i wyzbyte wszelkiej głębi, że wielu osobom kojarzy się ze swego rodzaju czynnością higieniczną albo z czymś „co trzeba zrobić”. Jest wielu fanów „uprawiana seksu”, podobnie jak jest wielu fanów jedzenia hamburgerów w McDonaldzie. Nic w tym dziwnego, bo nasze czasy to czasy zestandaryzowanej przyjemności. Młodzi ludzie często wybierają relacje typu „friends with benefits”, bez zobowiązań, oddając się przyjemności w ścisłych granicach swojego egoizmu. Mniej doświadczeni „uprawiają seks”, bo tak robią ze sobą każdy chłopak i dziewczyna. „Zróbmy to” mówi chłopak i dziewczyna to robi, bo chce mieć chłopaka, jak inne dziewczyny. To taka infantylna zabawa genitaliami, wyzuta całkowicie z tego, co liczy się w prawdziwym związku. W takich relacjach brakuje bowiem tego, co najważniejsze, kiedy mówimy o miłości płciowej – rozkoszy.

Czym jest rozkosz w odróżnieniu od „seksu”? Piękne słowa o rozkoszy napisał Bert Hellinger, twórca ustawień systemowych. Nie podejrzewałem go o to, że jest zdolny do takich sformułowań, jak te, które zaczerpnąłem z jego książki Szczęście, które pozostaje. Jak udają się związki: „Rozkosz jest życiem, zniewalającym w swej sile, i jest owocna pod każdym względem. Z niej staje się coś, co wychodzi poza osobisty horyzont, poza egotyzm. Ale rozkosz jest poza kontrolą, kipiąca, ponieważ sterowana przez coś większego i w nim zakotwiczona. W niej dusza doznaje radości”. Według Hellingera rozkosz to sprawa duszy, wymaga zatem dużej samoświadomości od partnerów. Rozkosz rodzi się w umyśle, w duszy, nie w fizycznym zetknięciu ciał.

Rozkosz to radość. Seks – niekoniecznie. Zbyt często słyszałem od kobiet opowieści o „uprawianiu seksu”, który nie dawał im ani radości ani rozkoszy. Rzadko słyszałem to od mężczyzn, stworzeń zwykle nader prymitywnych, jeśli chodzi o sferę rozkoszy. Kobiety dążą w tej sferze ku radości i przyjemności, bo to jest ich ścieżka duchowa. Rozkosz jest ich sposobem na to, by sięgnąć czegoś, co przekracza egotyzm, by wykroczyć poza zdeterminowaną kulturowo egzystencję kobiety. Jest dla nich ścieżką do wolności i sposobem na osiągnięcie szczęścia, jest sposobem na samorealizację. Esencją kobiecości jest rozkosz. Dlatego każda kochająca kobieta jest dla mężczyzny bezcenna – jest bowiem przepiękną sposobnością dla mężczyzny, by ten, dostarczając jej rozkoszy, także wspiął się na wyżyny rozwoju duchowego.

Być może po to istnieją kobiety i mężczyźni. Zróżnicowanie płciowe powstało ponad miliard lat temu. Ludzie, jako dosyć młody gatunek, rodzą się zatem kobietami i mężczyznami, i starają się z tego zróżnicowania wyciągnąć to, co najlepsze. Zwykle im się to nie udaje, zwykle popadają w kulturowe schematy „uprawiania seksu”, bo seksualność jest zbyt potężną siłą, by nad nią zapanować i prawie wszyscy – w odruchu samoobrony – sprowadzają ją do bezpiecznego i mechanicznego „seksu ”. Jednak seksualność to właśnie rozkosz, radość, ekstaza, to coś co nas całkowicie przerasta i dostarcza doświadczenia transcendencji dostępnego dla każdego, kto odważy się kochać.

O chcę

Jack London napisał kiedyś, że słowem ostatecznym jest chcę: „Właśnie owo chcę sprawia, że pijak pije, że męczennik zakłada włosiennicę; z jednego człowieka czyni ono hulakę, z innego anachoretę; jednego człowieka skłania, by dążył do sławy, innego – by gonił za złotem, innego, by szukał miłości, a jeszcze innego – by dążył do Boga. Filozofia jest bardzo często sposobem, w jaki człowiek wyjaśnia swoje własne chcę”. London nie był filozofem, ale przez jego powieści i opowiadania doskonale przebija jego potężne chcę. Ostatnie zdanie przytoczonego cytatu pokazuje ponadto nader celnie rolę filozofii. Człowiek uwielbia być sprawcą swoich czynów i namiętnie, acz wtórnie, tłumaczy je czymś co nazywa własną filozofią, a co jest najczęściej mniej lub bardziej mętnym, nieuświadomionym światopoglądem.

Albowiem sprawczość jest bóstwem człowieka, a filozofia to zwykle dosyć nieudolna teologia tego bóstwa. Być podmiotem czynów, tworzyć przeżywane przez siebie życie to przecież marzenie każdego. Daje to tak pożądane złudzenie kontroli na tym, co nam się przydarza – a reszta to komentarz. Wprawdzie Woody Allen swym cierpkim humorem gasi te złudzenia („Chcesz Boga rozśmieszyć, opowiedz mu o swoich planach”), ale uwielbiamy czuć się autorami rzeczy. Nie słuchamy mądrych słów Epikteta, który zwraca nam uwagę już w pierwszym zdaniu swojego Enchiridionu, że jedne rzeczy od nas zależą, inne zaś nie. Uparcie dążymy do realizacji naszego chcę, zwykle wbrew rozsądkowi i rzeczywistości.

Istotę jakiegoś zachowania jest najlepiej pokazuje jego przerysowana, patologiczna postać. W tym przypadku chodzi o coś, co nazwę hipersprawczością. Niedawno czytałem o przypadku pewnej kobiety, która nie mogła się pogodzić ze śmiercią swojej matki. Obwiniała się za jej śmierć, mimo iż ta była nieunikniona. Najbardziej wyrzucała sobie to, że matka umarła, gdy na chwilę odeszła od jej łóżka. Gdybym została – mówiła – matka by dalej żyła. Jej terapeutka ujęła to tak: „Uderzające w rozmowach z moją klientką było to, że cechowało ją poczucie wszechmocy w relacji z matką, za czym szło poczucie odpowiedzialności za wszystkie zaistniałe zdarzenia”. Ta kobieta przekuła poczucie sprawczości w chęć kontrolowania wszystkiego, łącznie z życiem i śmiercią. Zaowocowało to patologią poczucia odpowiedzialności.

Uznanie, że coś, co nie leży w naszej mocy jest od nas zależne, jest początkiem wszelkich nieszczęść. Gdy nasze pragnienie sprawczości sięga po to, co od nas nie zależy – czyli coś czysto zewnętrznego – przekształca się w truciznę, która przepaja osobowość miazmatami nerwicy. Tak niestety funkcjonuje większość ludzi, i dawnymi czasy, a tym bardziej współcześnie. Nie wyczuwamy granic sprawczości i naszego chcenia, które próbowali nakreślić stoicy i nieustannie nasze „chcę” wychodzi poza nie. Czasem prowadzi to największych osiągnięć ludzkiego ducha, ale o wiele częściej – do jego największych porażek. Chcę to potężna siła, jeśli jednak nie towarzyszy jej mądrość, staje się narzędziem destrukcji i – całkowicie wbrew intencjom podmiotu – upadku.

O rzeczach ostatnich

Pewnego dnia obudzisz się po raz ostatni, ostatni raz spojrzysz na wschodzące słońce i radujące się tym ptaki, ostatni raz przytulisz i ucałujesz namiętnie swoją ukochaną, patrząc w jej zielone, zakochane oczy, ostatni raz zjecie razem śniadanie, które jak zwykle przygotujesz, ostatni raz przeczytasz pierwszych parę stron z bardzo ciekawej książki, którą właśnie zacząłeś czytać, ostatni raz zajrzysz do internetu, by przeczytać czym zajmuje się świat, który już za niedługo nie będzie twoim mieszkaniem, ostatni raz porozmawiasz przez telefon z przyjacielem, nie widzianym od wielu lat, ostatni raz zgarniesz pęk jesiennych, kolorowych liści na spacerze, ostatni raz otworzysz swojego bloga, by zrobić ostatni wpis, ostatni raz odwiedzisz fryzjera, zdziwionego twoją prośbą o nową fryzurę, ostatni raz spojrzysz na samolot mknący samotnie po błękitnym niebie, dziesięć kilometrów ponad twoimi troskami, ostatni raz pogłaszczesz kota, który spojrzy na ciebie swoimi tak wiele rozumiejącymi oczami, ostatni raz posłuchasz muzyki, której zawsze chciałeś posłuchać, ale nie było na to czasu – i w końcu dotrzesz do tej najważniejszej z chwil, w której uświadomisz sobie, że nie zobaczysz już nigdy zachodu słońca.

Dlatego ceń to wszystko, co jeszcze nie dla ciebie czymś ostatnim, nawet najmniejsze rzeczy. A docenisz wszystko tylko wtedy, gdy każdy moment życia przeżywać będziesz tak, jakby był tym ostatnim. Każdy dzień i każdą chwilę. Doceniaj każdego człowieka i każde zwierzę. Bądź jednak rozsądny, unikaj idiotów oraz wściekłych psów. I pamiętaj o czasie. Taka bowiem jest jego struktura, że każda chwila jest ostatnia. Ludzie łudzą się co do natury czasu, bo przecież zawsze nadchodziły kolejne chwile, ale w końcu ta ostatnia i tak się pojawi, może nawet ją zauważysz. Wszystko co ma początek, ma też koniec, nawet najdłuższe zdanie, jak to tworzące poprzedni akapit, kiedyś się kończy. To, co powstało, kiedyś się rozłoży, bowiem jedynym doświadczeniem w życiu jest doświadczenie zmiany i końca zmiany.

O ciemnej i jasnej triadzie

Niedawno recenzowałem pracę magisterską poświęconą ciemnej triadzie. Podoba mi się ta nazwa, brzmi jak określenie tajemniczej organizacji mafijnej. Ciemna triada odnosi się jednak do naszej psychologii i obejmuje takie cechy osobowości jak narcyzm, makiawelizm i psychopatię. Pasuje ten zestaw do mafii, nieprawdaż? Osoby z cechami ciemnej triady są bezduszne, manipulują ludźmi, traktując ich instrumentalnie. Lekceważą normy społeczne, czyli po prostu kłamią i oszukują w każdej sytuacji, bo to jest ich sposobem istnienia. Wywierają tym samym mocno toksyczny wpływ na relacje społeczne, albowiem nie tylko im nie można zaufać, ale i osoby w ich otoczeniu są narażone na brak zaufania. Manipulują ludźmi by osiągnąć swoje egoistyczne cele.

Ciemną triadę znamy bardzo dobrze, bo mnóstwo osób w naszym otoczeniu funkcjonuje w oparciu o te trzy cechy. Można wręcz powiedzieć, że definiuje ona współczesnego człowieka sukcesu. Jest on zachwycony sam sobą, jak Donald Trump, emblematyczny narcyz naszych czasów, który zachwycił połowę Amerykanów, którzy wybrali go na prezydenta. Manipuluje innymi, wedle najlepszych wskazówek Machiavellego, zawsze niczym kameleon dostosowując swoje zachowanie tak, by osiągnąć osobiste korzyści. Wreszcie, jako psychopata, wykazuje kompletny brak empatii i jakiekolwiek relacyjności, zapatrzony tylko w jedno – osiągnięcie własnych celów.

Tak, wiem, że ludzie zawsze tacy byli. Dzisiaj jest po prostu tak, że z tej patologii ludzkiej natury robi się czasem wzór do naśladowania. Już w starożytnym Egipcie narzekano na naturę człowieka, podobnie jak dzisiaj. Obecnie mamy jednak większe możliwości, by negatywne cechy ludzkiej natury propagowały się w świecie społecznym. Technika, w postaci internetu, nie jest czymś co nas wyzwoli i zbawi. Jest służką naszych najniższych instynktów, patologicznych inklinacji. To, co zachwyca tak wielu, a najlepszym przykładem jest tu AI, jest niczym innym jak końcem człowieka, który nigdy nie był czymś zachwycającym, ale obecnie dotarł już do krańca swoich możliwości. Bez wątpienia AI będzie wzorcowym wcieleniem ciemnej triady.

Zatem, w tych mrocznych czasach, nie pozostaje nic innego jak pielęgnować jasną triadę: współczucie, obiektywizm i relacyjność. Współczucie, w najlepszym buddyjskim stylu, to troszczenie się o to, by inni nie cierpieli. Obiektywizm to odchodzenie od egocentrycznej postawy. Relacyjność to zwracanie uwagi na związki i dbanie o nie. Jasną triadę może wcielać w życie tylko pełny człowiek, a nie żaden jego technologiczny wynalazek. Nie wiem jak wy, ale ja chcę żyć w świecie tworzonym przez ludzi, nie algorytmy. Pomimo wszystkich wad, jakie przejawiają ludzie, można jednak czasem zaznać sensu życia w kontaktach z nimi. Maszyny tego nigdy nam nie dadzą.

O nauce życia

Joseph Campbell w swej książce „Kwestia bogów” wspomina o pewnym człowieku, który przez całe życie wspinał się po ścieżce kariery niczym po szczeblach drabiny, by u kresu swego życia przekonać się, że owa drabina stała pod niewłaściwą ścianą. Rozczarowanie i poczucie iluzji było na tyle ogromne, że popchnęło owego menedżera najwyższego szczebla na terapię. Wiele jednak osób ma inne podejście. Istnieje silna pokusa, by różnego rodzaju rozczarowania i negatywne doświadczenia życiowe racjonalizować, wmawiając sobie coś w stylu: „To mnie nauczyło czegoś”. Możemy też tym doświadczeniom zaprzeczać: „To mi się przydarzyło nim osiągnąłem taki poziom rozwoju jak teraz, nie byłem wtedy w pełni świadomy”. Słyszałem dziesiątki takich sformułowań. Są to jednak tylko strategie unikania, które poprzez przywiązanie do pewnych przekonań oddalają od rzeczywistego doświadczenia.

Zapytano kiedyś pewnego hinduskiego guru o to, czy guru jest w ogóle potrzebny. O dziwo odpowiedział, że nie. Wystarczy, że traktujemy nasze życie wystarczająco poważnie, to wtedy spełni ono rolę guru. Oczywiście, można by się pytać, co to znaczy poważnie. Dla mnie oznacza to unikanie przesadnych racjonalizacji tego, co mnie w życiu spotkało. Przekonanie, że wszystko to mnie spotyka ma mnie czego nauczyć jest, podobnie jak wszystkie inne przekonania, dosyć ryzykowne. Jeśli miałem trudny związek, z którego wyszedłem z traumą i przekonuję siebie, że miał mnie on czegoś nauczyć to najprawdopodobniej unikam doświadczenia tego, co mnie spotkało. Dostałem co najwyżej nauczkę, nie naukę. Nie warto przeceniać pewnych rzeczy. Lepiej je zostawić za sobą, bez starania się, by na siłę wyciągać ze wszystkiego naukę.