Archiwum kategorii: Bez kategorii

O szczęściu i cierpieniu

Osiągnięcie szczęścia wymaga spełnienia tylko paru podstawowych, nader prostych wymogów. Trzeba być zdrowym, mieć dobry związek z bliską osobą i dobre relacje z przyjaciółmi, satysfakcjonującą pracę, no i jeszcze posiadać światopogląd, który pozwala nam funkcjonować w tej rzeczywistości. Wymogi te są proste, ale zarazem jakże trudne do osiągnięcia. Zdrowie wcześniej lub później szwankuje, kochane osoby nas zdradzają i się z nimi rozstajemy, przyjaciele odchodzą, a praca, nawet najlepsza, prowadzi do wypalenia zawodowego, jedynie ostaje się wtedy na osłodę dobry światopogląd religijny czy filozoficzny – ale i to jest opcją dostępną tylko dla nielicznych.

Jakże złożone w tej perspektywie jest cierpienie. Nic nie trzeba robić, świat zewnętrzny z wielką ochotą podsyła nam każdego dnia mnóstwo rozmaitych powodów do cierpienia. Podobnie nasze wnętrze żarliwie wyszukuje w naszej neurotycznej duszy kolejne powody do bycia nieszczęśliwym. Jak to napisał Lew Tołstoj w powieści Anna Karenina: „Wszystkie szczęśliwe rodziny są do siebie podobne, każda nieszczęśliwa rodzina jest nieszczęśliwa na swój sposób”. Trudno temu zaprzeczyć, każdy cierpiący człowiek czuje się wyjątkowy i indywidualnie naznaczony swoim cierpieniem. Nic tak nie indywidualizuje jak cierpienie.

Cierpienie to ostatnio mój ulubiony temat. Wiadomo, że nie uszlachetnia, wiadomo, że jest czymś czego wszyscy unikają. Ale zarazem jest jest esencją życia na tej planecie, esencją życia samego w sobie, które polega wszak na wzajemnym pożeraniu. Cierpienie jest zatem tym, z czym musimy się wcześniej lub później pogodzić. Tym bardziej, że jest ono, przynajmniej dla ludzi, jedyną ścieżką do indywiduacji. Zawsze gdy słuchałem opowieści o tym, jak ktoś cierpiał w swoim życiu, była to opowieść bardzo intymna, to było „jego” cierpienie. Jeśli ową opowieść zobiektywizuje, zobaczy swoje cierpienie z zewnątrz i może wejść na ścieżkę poznania samego siebie, czyli indywiduacji.

Alfred Kubin, czyli o szaleństwie

Czy można przedstawić szaleństwo? Jeżeli tak, to musi to być przedstawienie równie wielowymiarowe jak samo szaleństwo, równie angażujące wszystkie zmysły i umysł. Alfred Kubin był malarzem i grafikiem, ale też autorem autobiograficznej powieści Po tamtej stronie (1909), którą przeczytałem jakieś czterdzieści lat temu. Wywarła na mnie niesamowite wrażenie, o którym dziś tu zbyt dużo nie napiszę. Rzeczy czytane i widziane w wieku lat dwudziestu i wieku lat sześćdziesięciu to dwie różne rzeczy.

W obrazach i tekstach Kubina przebija to, co może być mottem nie tylko całej jego twórczości, ale zawołaniem bojowym wszystkich artystów – a są to słowa zamykające Po tamtej stronie: „Chyba to jest właśnie ostateczny, właściwy sens artysty: że bezsensowi bytu narzuca on woal swojej twórczości.” Woal ten składa się u Kubina z makabry, demoniczności, seksu i orgiastycznego szaleństwa. To często kojarzy się normalnym ludziom z szaleństwem. Ale jest to tylko woal, za którym kryje się coś, co nigdy nie śniło się filozofom.

Chociaż, może mi się kiedyś przyśniło, bo dosyć dziwny ze mnie filozof. Moje skojarzenia i hiperboliczne metafory są tak irracjonalne, że już obrażam niektóre jednostki tego pięknego gatunku, jakim jest homo sapiens. No cóż, już niedługo się z niego wypiszę. A nawet wypisuję się pisząc te teksty. Nikt nie prosi się na ten świat, ale każdy może się z niego wypisać. Jak to ktoś powiedział: Rodzimy się, potem popadamy w szaleństwo, a w końcu umieramy. Tak to przedstawił Kubin.

O poznaniu siebie

Najważniejszym krokiem w poznaniu samego siebie jest odróżnienie siebie od swoich myśli. Zwykle czujemy się sprawcami naszych myśli, a tym samym utożsamiamy się z nimi. To jest podstawowa iluzja, podstawowy kartezjański błąd, gdy bierzemy to, co myśli się w naszej głowie za siebie. Nie jesteśmy naszymi myślami, jesteśmy jedynie przestrzenią, w której się one pojawiają. Gdy osadzimy się poza naszymi myślami, gdy zobaczymy, że one tylko przychodzą i odchodzą, wtedy naprawdę narodzimy się w tym życiu. I te wtóre narodziny, oczywiście dla nielicznych tylko, są narodzinami naszej prawdziwej tożsamości.

Bo w naszej głowie rodzą się bardzo różne myśli. Wewnętrzny głos mówi rzeczy, z którymi się możemy nie zgadzać. Kompulsywnie przekonuje nas, że sprawy się mają inaczej niż chcemy. Snuje nieustanną narrację o tym, kim jesteśmy, która najczęściej nie ma nic wspólnego z rzeczywistością. Nie wiadomo skąd ten głos się bierze (psychologowie przekonują, że ja narracyjne tworzy się wraz z rozwojem umiejętności mowy, około drugiego, trzeciego roku życia). Ten głos mieszka w nas i rości sobie prawo do definiowania tego, kim jesteśmy. Poznanie siebie polega na odebraniu mu tego prawa. Jesteśmy czymś więcej niż tym małym głosikiem, który niczym zdarta płyta powtarza swoje frazesy.

Kiedyś pewna osoba mnie przekonywała, że nie ma takiego głosu w sobie. No cóż, utożsamienie się z tym głosem może osiągnąć i taki poziom, że nie ma już niczego poza nim. Wszyscy znamy osoby, które zagadują swoją egzystencję, z który słowa się wylewają jak wodospad i zalewają tych, którzy ich słuchają. Ale ponad wszystkim, co słyszymy w naszej głowie jest jeszcze coś więcej – to, kim naprawdę jesteśmy. Wyzwolenie się od utożsamienia się z narzuconą przez otoczenie narracją, zinternalizowaną jako ów wewnętrzny głos jest podstawowym krokiem do poznania siebie. Jak to zrobić? To proste – i zarazem jakże trudne – nie wierz w nic, co słyszysz w swojej głowie.

Jeśli dokonamy tego kroku, który technicznie nazywa się dezindentyfikacją, i odróżnimy się od naszych myśli, sprawimy, że one przycichną, przejdą do tła, a na pierwszym planie pojawi się nasza prawdziwa osobowość. Myśli nadal będą się pojawiały, ale już nie będę się z nimi identyfikował. Podobnie z pragnieniami i emocjami – pojawiają się, ale nimi już nie jestem. Po raz pierwszy w życiu mogę wtedy powiedzieć, że jestem wolny, jestem sobą. Spojrzałem obiektywnie na to wszystko, co dzieje w moim wnętrzu i zobaczyłem, że to nie ja.

O przynależności

Czytając jakąś książkę na temat sekt pielęgnuję nieustanne zdziwienie. Zadziwia mnie przepastna potrzeba przynależności, którą spotykamy u ich członków . Potrzeba ta przekracza wszelkie granice rozsądku, jak w przypadku pewnej kobiety, która cudem uszła żywa z masowego samobójstwa sekty Jima Jonesa „Świątynia Ludu” w 1978 roku w Gujanie. Nie zniechęciło jej to do dalszego szukania przynależności, po paru latach odnalazła się w paru innych, by tak rzec, „łagodniejszych sektach”. Przynależę więc jestem – oto motto takich ludzi. I zarazem jest to najlepsza odpowiedź na pytanie dlaczego ludzie wstępują do sekt.

Ja sam nigdy nie chciałem przynależeć do żadnej grupy. Po prostu nie miałem takiej potrzeby, by poprzez mimikrę uzyskać fejkowe poczucie tożsamości, albo tym bardziej konformistycznie przypodobać się innym. Nie ciągnęło mnie ani do grupki rówieśników, do jakieś subkultury, fandomu, czegokolwiek – zawsze powtarzałem przez całe życie, że nigdy nie należałem do żadnej grupy, nawet do zuchów. Moim mottem życiowym jest powiedzenie Groucho Marxa:„Nie chcę być członkiem żadnego klubu, który by mnie chciał za członka”. Patrzę zatem na ludzi, którzy nie mogą pozyskać tożsamości poza grupą jak na przypadki biedaków, którzy z niewiadomych mi powodów nie wiedzą kim są, jeśli nie są w grupie.

Stawiałem sobie natomiast przez całe życie pytanie o to kim jestem, niezależnie od jakiekolwiek grupy. Stawiam sobie to pytanie do dzisiaj. I chyba dlatego nie zostałem członkiem żadnej sekty, żadnej grupy, nawet nigdy nie włożyłem togi i biretu akademickiego. Bo do dziś nie mam na nie żadnej odpowiedzi. A członek jakiejkolwiek grupy uzyskuje ją od razu, jak tylko zgłosi do niej akces. I z tego się cieszę, że udało mi się przeżyć sześćdziesiąt lat bez „dowiedzenia się”, kim jestem. Polecam, to cudowne uczucie.

O najbardziej wartościowych chwilach

Są takie chwile w życiu, które nadają mu niezbywalną wartość, albo – jak to ja nazywam – konsystencję. To chwile, gdy coś się w moim wnętrzu układa (nazwanie tego zrozumieniem byłoby zbyt ubogie). Układa się, bo zmieniam perspektywę patrzenia na coś, co mnie na przykład dotąd w życiu bolało. Nagle uświadamiam sobie, że mogę na to spojrzeć inaczej. Można to nazwać wglądem, ale też jest to nazwa nie oddająca w pełni owego uczucia, bo jest to raczej uczucie, nie myśl. Taka chwila daje wolność. Trudno ją opisać za pomocą pojęć, bardziej pomagają tu opowieści i metafory.

Taka chwila jest jak „eureka” Archimedesa, to obrót w podstawach świadomości, zmiana polegająca na przejściu postawy życiowej w swoje przeciwieństwo. Jung w jednej ze swoich książek podaje przykład mężczyzny, który doświadczył takiego obrotu w podstawach świadomości (termin ten nie jest jungowski). Mężczyzna ten zawsze pragnął kobiet, które były z kimś innym. Czuł wtedy zazdrość i starał się je odbić. Gdy jednak tylko mu się to udawało, tracił nimi wszelkie zainteresowanie. Aż pewnego razu, już będąc w analizie, zobaczył parę zatopioną w miłosnej rozmowie – i nie poczuł już przymusu, by cokolwiek robić, wyzwolił się ze swojego starego postrzegania rzeczywistości. Był wolny, bo nastąpiła fundamentalna reorganizacja jego sposobu postrzegania rzeczywistości.

I to są te jedyne chwile, gdy życie ma sens, chwile wolności, gdy nagle widzimy, że można inaczej żyć, że można nie cierpieć. Jak jednak człowiek może zyskać wolność, przecież poddany jest przemożnym wpływom fizycznym i psychicznym, że nie powiem o duchowych? Nad zagadnieniem ludzkiej wolności od wieków łamią sobie głowy filozofowie – i nic ciekawego nie wymyślili. Mnie podoba się pewna opowieść, która rzuca na ten problem dużo światła. Mówi ona, że kabaliści, próbując rozgryźć tajemnicę wolności człowieka w perspektywie bożej wszechwiedzy i wszechmocy, ukuli taką oto metaforę – człowiek jest wolny tylko wtedy, gdy Bóg przymyka oczy i wyrzeka się na chwilę swojej wszechwiedzy.

To jedna z najpiękniejszych metafor jakie usłyszałem w życiu, opowiedziana mi przez mojego promotora, profesora Andrzeja Wiercińskiego w jego letniskowej chacie w Urlach we wrześniu 1997 roku. Ze swej strony zawsze dopowiadałem sobie dalszy ciąg tej metafory – bo profesor tego tak nigdy nie ujął – że przymykamy oczy w momentach przyjemności, na przykład gdy jemy słodycze, albo gdy kichamy. Przymykamy też oczy w chwili najwyższej przyjemności, jaką jest orgazm. I tu otwiera się fascynująca możliwość interpretacyjna owej kabalistycznej metafory: wolność człowieka jest niczym innym jak orgazmem Boga. To byłby ten moment, w którym nie ma nas, nie ma Boga, jest tylko wolność.

O prawdzie

Gdy przychodzimy na świat, bierzemy pierwszy oddech. Wchłaniamy świat w siebie. Gdy z niego wychodzimy, wydajemy ostatnie tchnienie. Zostawiamy go na zawsze. Pomiędzy tymi dwoma chwilami nieustannie oddychamy. Nasze płuca pracują cały czas po to, byśmy mogli żyć. A jak jest z naszym umysłem? Umysł potrzebuje prawdy tak, jak płuca potrzebują powietrza. To nośna metafora, ale dobrze wiemy, że każdemu udaje się jako tako oddychać, natomiast niewielu tylko udaje się dotknąć czegoś, co choćby zbliżało się do prawdy. A przecież każdy z nas ma pod czaszką prawie półtora kilograma najbardziej złożonej i skomplikowanej materii we wszechświecie, którą nazywamy mózgiem.

Widocznie sama materia organiczna naszego mózgu nie wystarczy. Jest ona materialną podstawą naszego umysłu, a przynajmniej tak głosi obecny paradygmat naukowy, którego tu nie mam zamiaru bronić. Być może ma on rację tylko w tym, że nasz mózg służy raczej przetrwaniu, a nie poznawaniu prawdy. Coraz bardziej się z tym zgadzam, gdy obserwuję spektakularne ograniczenia mentalne ludzi. Rodzi się wtedy we mnie naturalne pytanie: to czego więcej potrzeba, by nie być tępym, czego ponad te półtora kilograma materii przypominającej budyń?

Oczywiście chodzi tu o wykorzystanie możliwości mózgu. Tu dużo ma do powiedzenia kultura, będąca swego rodzaju oprogramowaniem naszego hardware’u mózgowego. To ona nam mówi, co mamy widzieć, co myśleć i jak czuć. Jak rozumować i wnioskować. Jest nieuniknionym pośrednikiem między nami a rzeczywistością. Dosłownie mówi nami, bo jak powiedział kiedyś Merleau-Ponty, język jest żywiołem ludzi, jak woda żywiołem ryb. Dzięki językowi zyskujemy najbardziej uniwersalną ze wszystkich iluzji – iluzję porozumienia. Wbrew filozofom prawda nie mieszka w języku. Pływamy w wodzie prawdy, tyle że nie zdajemy sobie z niej w ogóle sprawy. By zdać sobie sprawę z czegoś, potrzebne jest coś więcej niż zwykłe oprzyrządowanie mózgu dostarczane przez kulturę i język, potrzebne jest utwierdzenie się poza językiem i kulturą. Dopiero wtedy sięgamy prawdy.

O szczęściu

Dawno, dawno temu pewien znany mi profesor filozofii narzekał, że gdy jest zapraszany na publiczne wykłady, to zawsze organizatorzy proszą go by mówił tylko na jeden temat – o szczęściu. Nie wiem dlaczego tak jest kojarzona filozofia. Dzisiaj o szczęściu piszą głównie psychologowie. Najmniej chyba teolodzy, ale oni widzą szczęście w zaświatach. Nie wiemy czym jest szczęście, pomimo tysięcy wykładów i książek. Tym bardziej nie będę podawał tu własnej definicji. Zamiast tego powtórzę przypowieść, którą dawno temu przeczytałem gdzieś, nie pamiętam gdzie, więc nie wiem na ile jest ona prawdziwa. Ale jest piękna, a to wystarczy. Wedle tej przypowieści Hebrajczycy jedzący mannę byli zachwyceni jej smakiem, bo każdemu z nich smakowała ona jak jego ulubiona potrawa. Podobnie jest ze szczęściem.

Każdemu jego szczęście smakuje inaczej, bo ma swoje wyobrażenie o tym, czym jest jego szczęście. Ale, jak głoszą mądrzy ludzie, szczęście nie jest najważniejsze. Ważniejsze jest coś innego. Bardzo dobrze to ujął Fiodor Dostojewski w swoim dzienniku: „Szczęście nie polega na szczęściu, ale na próbach osiągnięcia go”. Wielu ludziom wydaje się, że osiągną szczęście realizując jakiś cel. To podstawowy błąd, bo gdy dotrzemy do tego, co zamierzyliśmy, przeważnie nie osiągamy satysfakcji. Nie mówiąc już o szczęściu. Starania by coś osiągnąć i zrealizować swoje marzenia to gotowy przepis na bycie nieszczęśliwym.

Szczęście polega na tym, by robić coś bez żadnego celu, skupiając się na codziennych aktywnościach naszego życia, na robieniu jedzenia z ukochaną osobą, na pozbawionych podniosłych konkluzji rozmowach z przyjaciółmi, lekturze interesującej książki, zabawie z dziećmi, spacerze w samotności. Wszystkie tego rodzaju aktywności tworzą tkankę naszego życia, nadają mu konsystencję i spójność. By być szczęśliwym nie trzeba nic robić, wystarczy tylko nie przeszkadzać życiu płynąć, bo ono wie o wiele lepiej, jaki tor obrać. A nieprzeszkadzanie życiu to trudna sztuka, bo każdy ma jakieś pomysły na życie, cele, zamiary, przepisy. Każdy jest intensywnie skupiony na tym, jak zrobić to lub tamto i w efekcie czyni wszystko tak, by być nieszczęśliwym. Nie bądź idiotą, zostaw starania i cele, bądź szczęśliwy

O grze zwanej życiem

Młodzi ludzie, którzy dopiero rozpoczynają grę zwaną życiem, są bardzo poważni. Mają naście albo dzieścia lat, świat odkrywa przed nimi swoje zaklęte rewiry, takie jak relacje, seks, prestiż, władza. Są początkujący w tej grze, bo najczęściej nikt im nie przedstawił jej reguł (rodzice zwykle w tym zawodzą, szkoła to parodia, internet to parada kretyństw, a rówieśnicy są w tej samej sytuacji). Grają zatem w ciemno, z całym namaszczeniem i powagą. Niech nas nie zmyli to, że wydają się być często niepoważnymi lekkoduchami, bimbającymi sobie z okolicznościami. Tak naprawdę są śmiertelnie poważni, gdy pierwszy raz robią to czy tamto. Bo pierwszy raz się liczy i zostawia ślad na zawsze. Bawią się, imprezują, są lekkomyślni, ale głęboko w środku są śmiertelnie przerażeni powagą tego, co ich spotyka, a co zwiemy życiem. Ich wszelkie niepoważne zachowania to swoista formacja reaktywna, czyli mechanizm obronny świadomości, polegający na zastąpieniu pierwotnego impulsu z nieświadomości jego przeciwieństwem.

Dopiero w pewnym wieku, dosyć podeszłym, można grę zwaną życiem zacząć traktować lekko. Z humorem podchodzić do wszystkiego co się nam przydarza. Taka lekkość i humor pojawia się zwłaszcza wtedy, gdy czujemy, że zbliża się już koniec tej gry. Kilkadziesiąt lat gry minęło, byliśmy bardzo poważni, a teraz już po wszystkim. Można odetchnąć. Wszystkie pierwsze razy minęły, świat odsłonił przed nami to, co miał do zaoferowania, i konstatujemy z lekkim rozczarowaniem: „To wszystko?” Teraz możemy się pośmiać z tego wszystkiego, które okazało się nie być czymś niezwykłym. Wiemy, że już nie musimy niczego oczekiwać, jeszcze mniej się możemy spodziewać, no i przed niczym się już nie musimy bronić. Możemy sobie powiedzieć: „A więc o to chodziło? To było to, co wszyscy nazywali życiem? Doprawdy, gra nie warta świeczki, myślałem, że będzie inaczej, ale wtedy byłem młody i poważny”.

W Tybetańskiej Księdze Umarłych, czytanej osobom, które właśnie umarły, znajdujemy piękny tekst: „Szlachetny synu! Oto przyszedł na ciebie czas tego, co nazywamy śmiercią, i stoisz w jej obliczu”. Podobne słowa należałoby napisać w jakiejś księdze dla młodych, wchodzących w życie: „Szlachetny synu! Oto przyszedł na ciebie czas tego, co nazywamy życiem, i stoisz w jego obliczu”. Po dalszy ciąg parafrazy odsyłam umysł każdego czytelnika do samego początku wzmiankowanej księgi. Tu tylko chciałem zauważyć, że tak jak traktujemy życie, tak i traktujemy śmierć. Przychodzi czas na życie i przychodzi czas na śmierć. W jednym i drugim powinniśmy zachować równowagę, jasny umysł i radość w sercu. A z czasem nawet i odkryć w nich zabawę i grę.

O przypisywaniu istotności

Zacznijmy od pewnego cytatu. Aldous Huxley kiedyś napisał:„Człowiek jest tak inteligentny, że czuje potrzebę wymyślania teorii wyjaśniających to, co dzieje się na świecie. Niestety, w większości przypadków nie jest on wystarczająco inteligentny, aby znaleźć właściwe wyjaśnienia. Dlatego też, gdy postępuje zgodnie ze swoimi teoriami, bardzo często zachowuje się jak wariat”. Tak, wszyscy odczuwamy ową przemożną potrzebę wyjaśnienia wszystkiego. I każdy z nas odpowiednio do swoich mocy umysłowych ją zaspokaja. Jeden stworzy system filozoficzny, innego usatysfakcjonuje teoryjka znaleziona w internecie. Jednak znalezienie właściwego wyjaśnienia jest trudne, i jak zauważył Huxley, właśnie z tego powodu większość ludzi zachowuje się jak wariaci. Dlaczego tak jest?
W psychiatrii istnieje ciekawy termin: przypisywanie istotności. Opisuje on funkcjonowanie umysłu schizofreników. Gdy siedzę w gronie przyjaciół, rejestruję głównie to, co oni mówią, przypisując istotność ich słowom i zachowaniom. W tle pozostają głosy innych ludzi, wszystko co dzieje się w restauracji, zapachy, dźwięki, wszystko to, na co nie zwracam uwagi. Schizofrenik natomiast przypisuje istotność bodźcom, które są dla normalnego człowiek drugorzędne i pozostają w tle. Spojrzenie kelnera, cicha rozmowa przy sąsiednim stoliku, klakson samochodu – wszystko ma dla niego znaczenie. Pojawiają się myśli: „Obserwuje mnie”, „obgadują mnie”, „dają znaki”. Umysłowa machina szukania wyjaśnień pracuje na najwyższych obrotach. Z czasem dołączają omamy, sfabrykowane spostrzeżenia, czyli przypisywanie istotności drugorzędnym reprezentacjom zmysłowym.
Łagodniejszą forma zaburzenia przypisywania istotności są zaburzenia nerwicowe, na przykład nerwica obsesyjno-kompulsywna, w której dotknięta nią osoba skupia się na wybranych elementach rzeczywistości, które wywołują u niej idiosynkrazje, a nie są istotne dla innych. Osoby takie mylą naznaczone emocjami interpretacje swoich doświadczeń z faktami, zamykając się w iluzyjnym świecie własnej nerwicy. Żyją w świecie ksobnych wyobrażeń, gdzie praktycznie wszystko odnosi się tylko do nich. Nie są tak odcięte od rzeczywistości jak schizofrenicy, ale obcowanie z nimi sprawia specyficzne wrażenie „kanciastości”, bo w każdej chwili możemy być zaskoczeni reakcją wypływającą z ich specyficznego postrzegania świata, nie mającą nic wspólnego z naszymi intencjami.
Podobnie funkcjonują także osoby będące zwolennikami teorii spiskowych. Przypisują istotność rzeczom drugorzędnym i szukają wyjaśnień nie mając najmniejszych zdolności intelektualnych do znalezienia właściwych wyjaśnień. Bycie zwolennikiem tej lub innej teorii spiskowej to w miarę łagodna forma schizofrenii, na którą cierpi spora część ludzkiej populacji. Tylko nikły procent ludzi dysponuje inteligencją i wiedzą, dzięki której mogą dojść do poznania realnych przyczyn i zrozumienia mechanizmów rozmaitych zjawisk. Większość przypisuje istotność błahym i nieistotnym przyczynom, które wszelako posiadają jedną istotną cechę – są zrozumiałe bez większego wysiłku umysłowego. Bo przecież filmik na You Tube albo wpis na Facebooku wyjaśnia wszystko, nieprawdaż?

O rozpaczy i iluzji

Od najwcześniejszego dzieciństwa uczymy się takich sposobów czucia i zachowania, które dają nam akceptację otoczenia. Nikt nie jest samotną wyspą, mówi poeta, co brzmi bardzo pięknie, ale te słowa mają też swoją ciemną stronę. Staramy się przez całe życie współistnieć z innymi ludźmi, zdobywać ich uwagę i akceptację, ale odbywa się to kosztem naszej indywidualności. Budujemy społeczny ideał ego i w jego służbie poświęcamy różne części siebie, ignorujemy je i wypieramy do nieświadomości. Tworzą one nasz cień, jak mawiał Jung.

Owe hołubione przez nas wzorce czucia i zachowania, mimo iż wzniosłe, bo tworzące to, co uważamy za samych siebie, są jednak w swej istocie autodestrukcyjne. Służą innym, nie nam. To dlatego możemy usłyszeć od dorosłych już osób zdania typu: „Zmarnowałem tyle lat życia by osiągnąć sukces/miłość/prestiż/szczęście/akceptację/ itd. itp.”. Tak mówią ludzie, którzy uwierzyli innym i poprowadzili swe życie wedle ich wskazań. Kiedy tylko sobie to uświadomimy, gdy ujrzymy w pełnym świetle fasadowość naszego życia, jego pustkę i całkowitą iluzoryczność, która została zbudowana na oczekiwaniach społeczeństwa, a nie jest osadzona w naszych najgłębszych pragnieniach, wtedy odczuwamy rozpacz.

Rozpacz to najlepsze i jedyne lekarstwo na iluzję, jaką jest nasze życie. Pojawia się wtedy, gdy projekty snute przez nasze ego okazują się złudne, czy to dlatego, że upadają, czy też dlatego, że je zrealizowaliśmy i nie przyniosły nam żądanej satysfakcji. Oby spełniły się twoje marzenia, mówi chińskie przysłowie. Wspinamy się po drabinie społecznych wyobrażeń przez większość życia i na szczycie okazuje się, że stoi ona przy niewłaściwym murze. I wtedy odczuwamy rozpacz, najbardziej oczyszczające ze wszystkich uczuć.

Nie lubimy rozpaczy. Rzeczywiście, istnieją niezliczone sposoby by jej nie odczuwać. Racjonalizujemy swoje błędne decyzje (które tak naprawdę nigdy nie były nasze), mówiąc, że były one niezbędną częścią naszego rozwoju, bo przecież nie ma przypadków, i w dodatku nauczyły nas dyscypliny. To przypomina żałosne teksty typu: „Ojciec mnie bił i to mi wyszło na dobrze. A teraz biję moje dzieci”. Albo odrzucamy to, co robiliśmy, oszukując się słowami: „To było przed moim przepoczwarzeniem się, teraz jestem inny”. Dbamy o swoje iluzje, bo ich zniszczenie wywołałby rozpacz.

Wszelako warto rozpacz docenić i w pełni przeżyć, bo pojawia się ona w tym szczególnym, niepowtarzalnym momencie w naszym życiu, gdy wszystkie egoiczne projekty biorą w łeb, gdy nie na ma już żadnych perspektyw na przyszłość, a świat zasnuwa ciemna mgła beznadziei. Tylko wtedy mamy szansę na to, by zacząć żyć prawdziwie, obmyci gorzką wodą rozpaczy. Jest ona żałobą po śmierci naszych iluzji i zarazem znakiem tego, że dotknęliśmy rzeczywistości. Doświadczenie rozpaczy jest jedyną szansą na realną zmianę w naszym życiu. Jeśli twoja kolejna iluzja się rozwiała i pogrążyłeś się w rozpaczy, to otwieraj szampana i raduj się, bo twoje życie właśnie nabrało sensu!