O wolności i bezpieczeństwie

Mamy tylko jedno miejsce, w którym możemy się poczuć prawdziwie wolni, a jest nim nasz umysł. Nieco paradoksalnie jednak jesteśmy wolni tylko wtedy, jeśli uwolnimy się od wszystkiego, co umysł stwarza, ciągle powtarzając sobie, w niezwykłej niezależności od jego nawykowej działalności: „nie wiem”. Wszelkie myśli, pojęcia, wrażenia, uczucia – to wszystko jest narzędziem naszego zniewolenia. Średniowieczny mistyk, Mikołaj z Kuzy, mówił obrazowo, że musimy „zwymiotować wszystkie pojęcia”. Buddyzm natomiast twierdzi, że tym, co nas trzyma w samsarze jest nieustanna konceptualizacja. Jedyną wolnością jest czysty umysł.

Nie chcemy się jednak pozbywać treści naszego umysłu. Jest tak z bardzo prostego powodu – dają one nam poczucie bezpieczeństwa, są czymś znanym, czymś do czego nawykliśmy. To poczucie bezpieczeństwa bierze się z identyfikacji z myślami, z lgnięcia do nich i uznawania ich z nasze prawdziwe ja. Niczym śmierdzący i zawszony, ale własny barłóg, tworzą one znany nam świat, pełen cierpienia, ale jednak znany. Boimy się tego, co jest poza naszym ulubionym zestawem myśli. Jak mówi stare powiedzenie, lepsze jest znane piekło niż nieznane niebo. Wszystko czego pragniemy, czego pożądamy, ogranicza naszą wolność. A zwłaszcza przywiązanie do naszego ja.

Wolność to to, co nieznane. Wolność to wolność od znanego, jak mawiał Krisznamurti. Wolność wiąże się zatem z odwagą, z męstwem bycia. Nie należy jednak jej mylić ze swobodą. Swobodny może być i pies, kiedy zostanie spuszczony ze smyczy i skacze po łące, bo czuje brak ograniczeń. Ulega każdemu impulsowi, biegnie za każdym zającem. Bycie wolnym to przeciwieństwo tak pojętej swobody, to panowanie nad sobą, nad swoimi myślami i uczuciami. Grecy nazywali to enkrateia, co można by przełożyć jako wewnętrzną władzę nad samym sobą.

Wolność to też przeciwieństwo bezpieczeństwa, które odczuwa pies prowadzony na smyczy przez swego pana i karmiony w domu po powrocie ze spaceru. Człowiek wolny jest odpowiedzialny za swoje życie, bo je tworzy. Wolność to autokreacja, przekraczanie uwarunkowań, poszukiwanie sensu w życiu. Panując nad sobą, czyli będąc wolnym, tworzę swoje życie, na tyle, na ile jest ono zależne ode mnie, jak słusznie podkreślali stoicy. Bądźmy wolni, twórzmy, przekraczajmy siebie. Życie samo w sobie jest niebezpieczne, więc nie bądźmy zachowawczy.

Bezpieczeństwo przypomina port, w którym statek może spokojnie przeczekać sztorm. Wolność to morze, oferujące nieskończone perspektywy, ale czasem burzliwe. Jak to ujął Erich Fromm: „Człowiek, zdobywając coraz więcej wolności w sensie wyzwalania się z pierwotnej tożsamości z naturą i wyodrębniając się jako jednostka, staje wobec konieczności wyboru: albo zespoli się ze światem w spontanicznym akcie miłości i twórczej pracy, albo będzie szukał bezpieczeństwa w takiej więzi ze światem, która oznacza utratę wolności i dezintegrację własnej osobowości”. Dokładnie tak: albo będziemy kochać i tworzyć, albo zgnijemy w grajdołku bezpieczeństwa. Wybór należy do nas.

O małpim cyrku życia

Marie Louise von Franz w swojej książce Alchemia. Wprowadzenie do symboliki i psychologii zawarła bardzo ciekawą uwagę : „W tych boskich momentach, gdy coś się przejaśnia, wykracza się poza przeciwieństwa i cierpienie. Zazwyczaj to tylko krótkie momenty, ale jeżeli pracuje się nad sobą wystarczająco długo, kamień powoli rośnie i staje się coraz bardziej solidnym jądrem osobowości, która przestaje brać udział w małpim cyrku życia”. Kamień, o którym tu pisze von Franz, to kamień filozoficzny. Symbolizuje on w alchemii skrystalizowane jądro osobowości, stałe i niezmienne w przemianach życia.

Dzięki temu jądru nie musimy już uczestniczyć w czymś, co jest najbardziej żałosnym aspektem naszego życia, w owym „małpim cyrku życia”. Wedle starej hinduskiej opowieści nasz umysł przypomina małpę, która nieustannie skacze z gałęzi na gałąź, nie mogąc uspokoić się ani na chwilę. W miarę integracji swojej osobowości możemy już sobie owo skakanie odpuścić, spocząć w stabilnym oglądzie świata. Dzięki temu wyzwalamy się od cierpienia, jakim jest nieustanne, „małpie” podążanie za zmianami.

Zauważyłem, że wielu ludzi marzy o czymś, co da im taką stabilność. Ostatnio parę osób w czasie zajęć i rozmów mówiło mi o prawdzie, która na pewno gdzieś tam jest, ale trudno do niej dotrzeć. Ta prawda jest niczym innym, jak dostępną im nazwą na owo stabilne jądro osobowości. Wypowiedzi tych osób były całkowicie chaotyczne i prawie niezrozumiałe dla mnie. Czułem tylko, że ich umysły, całkowicie pogrążone w „małpim cyrku życia” pragną czegoś, czego jednak nie potrafią osiągnąć z powodu swej słabości.

A najgorsze jest to, że to pragnienie konkretnej „prawdy” jest najbardziej skuteczną przeszkodą w dotarciu do niej. Oparte jest bowiem na iluzorycznym wyobrażeniu, doprawdy nie wiem skąd wziętym, a dotyczącym tego, czym owa „prawda” by być miała. To odwieczne marzenie ludzkości, które zaowocowało niezliczonymi religiami, filozofiami i ideologiami. To także nieuleczane schorzenie ludzkiej świadomości, która swoim słabym światełkiem zawsze chce coś „ustalić”. Nie, dotarcie do czegoś trwałego wymaga o wiele większego wysiłku niż tylko intelektualne dywagacje. Prawda jest poza słowami.

O śmierci

Za dwa dni będę prowadził warsztat poświęcony śmierci i żałobie. Chciałoby się powiedzieć, że śmierć to dla filozofa wiecznie żywy temat. Jego nieustanne naświetlanie i rozważanie jest kołem napędowym filozofowania. A co jest zadaniem filozofa? Dostarczenie innego niż potoczny sposobu patrzenia na sprawy tego świata, zmiana percepcji. Spróbujmy zatem zrobić to w przypadku śmierci.

Spójrzmy na śmierć jako na przebudzenie się z życia. Budzimy się w śmierci z tego, co uważamy za siebie, w momencie śmierci odpada od nas fundamentalna iluzja naszego ja, które chce żyć wiecznie, pragnie być stałe i niezmienne. Śmierć to zatem najbardziej radykalna zmiana w naszym życiu, Umierając stajemy się tym, czym zawsze byliśmy, wyłączając te kilkadziesiąt lat czasu zwanego życiem.

Żyjący obserwują śmierć z zewnątrz. Daje im to jej zniekształcony obraz – jako zniknięcia, nieobecności, braku. Natomiast śmierć przeżywana od wewnątrz jest przejściem do przynależnego nam wszystkim stanu nieistnienia. Nikt z czytających te słowa nie istniał w roku 1900, nikt nie będzie istniał w roku 2100. Jedno i drugie nieistnienie jest dokładnie tym samym.

Życie to narodziny i śmierć. Te słowa opisują pełny cykl istnienia i nieistnienia. Poza nim nie ma nic. Rodzimy się, wychodząc z nicości i umieramy, wracając do nicości. Życie obejmuje sobą także śmierć. I tym ona jest – odejściem od bolesności istnienia, przebudzeniem z życia. Warto tu przypomnieć słowa z Tybetańskiej Księgi Umarłych: „Szlachetny synu! Oto przyszedł na ciebie czas tego, co nazywamy śmiercią”. A na Śląsku mówią prosto: „Zmarło mu się”.

O bezmyślnym życiu

„Bezmyślnym życiem żyć człowiekowi nie warto”. To Sokrates Platona w dialogu Obrona Sokratesa. Bardziej dosłowne tłumaczenie brzmiałoby: „Życiem nie przebadanym żyć człowiekowi nie warto”. Do tego zachęca Sokrates – do badania swojego życia, przyglądania się mu, poddawaniu refleksji, baczeniu na wszystkie jego chwile. Trudno nie zauważyć, że Sokrates wzywa człowieka do tego, co dziś nazywa się uważnością. Wbrew potocznym poglądom, głoszącym że filozofowie błądzą głowami w chmurach i są odcięci od rzeczywistości, Sokrates pokazuje, iż istotą filozofowania jest nieustanne zważanie na swoje życie. Nazywa to troską o duszę. Zważając na bieg naszego życia badamy każdy jego moment, nie pozwalamy, by umknął on w niepamięci i negatywnie wpłynął na nasze postępowanie.

Sanskryckie słowo smriti, które jest tłumaczone współcześnie jako uważność, oznacza wyjściowo pamięć. Gdy jesteśmy uważni, pamiętamy, a gdy pamiętamy, jesteśmy uważni. To samo znaczenie pobrzmiewa w sokratejskim badaniu życia. Czy zawsze pamiętamy o tym, czy zamknęliśmy drzwi? Czy pamiętamy czy zakręciliśmy wodę przed wyjściem? Jeśli nie pamiętamy takich drobnych spraw znaczy to, że nie byliśmy uważni w chwili, gdy je robiliśmy. Że byliśmy wtedy pogrążeni w swoich myślach, zamiast być tu i teraz. Może nam się wydawać, że Sokrates wzywa nas do jakiś wielkich i poważnych spraw w naszym badaniu życia, ale uważność zaczyna się od tego, co najmniejsze.

Czym jest zatem życie bezmyślne? Nieco paradoksalnie to zabrzmi, ale jest to życie pełne myśli, które przebiegają przez głowę i unoszą umysł poza granice rzeczywistości. Najbardziej bezmyślne życie prowadzą ci, którzy cierpią na mentalną biegunkę; którzy wpierw pomyślą, a potem dopiero się zastanawiają – albo i nie – co pomyśleli. Życie bezmyślne prowadzą ci, co dają się porwać rzygliwej rzece bełkotu, jaka wypełnia ich głowy. I nawet nie tylko głowy, bo owo myślowe szambo wylewa się z ich ust i zalewa innych. Ostatnią myślą, jaka mogłaby przyjść im do głowy, jest ta, że mogliby nie myśleć i nie gadać. Niestety, myśli mają to do siebie, że opętują słabe umysły, podporządkowują je sobie niczym pasożyty.

Badajmy zatem swoje życie, badajmy swoje myśli. W buddyjskiej metaforze nasze myśli są niczym obłoki przepływające na niebie. Możemy na nie spoglądać, obserwować, badać, ale nie jesteśmy nimi. Ci, którzy prowadzą życie bezmyślne – że po raz kolejny powtórzę – są przekonani, że są swoimi myślami, dają się im porwać i podążają za nimi. A tymczasem życie ich omija i biegnie gdzieś w oddali, pozostawiając naszych „myślicieli” za sobą, wyzutych z sensu i radości. Chcesz być szczęśliwy? Przestań się czepiać swoich myśli, lgnąc do nich jak do jedynej rzeczywistości, bo są one niczym innym jak nieciekawym, niewartym nawet najmniejszego zainteresowania gównem, czczą gadaniną, pełną wrzasku i idiotycznych skojarzeń, niosącą tylko ból i cierpienie.

O dukhka

„A to jest, o wy, mnisi, szlachetna prawda o cierpieniu: cierpieniem są narodziny, cierpieniem jest starość, cierpieniem jest choroba, cierpieniem jest śmierć, cierpieniem jest ból, smutek, żal, opłakiwanie oraz rozpacz, cierpieniem jest obcowanie z tym, kogo nie miłujemy, cierpieniem jest rozłąka z tym, kogo miłujemy, cierpieniem jest niespełnienie życzeń: słowem, cierpieniem jest pięć kategorii elementów zasilających żądzę bytowania”. Tak brzmi pierwsza szlachetna prawda buddyzmu, wygłoszona przez samego Buddę, jak głosi tradycja, w Parku Jeleni w Sarnath, tuż po tym jak osiągnął oświecenie. Trudno o bardziej zwięzłe i klarowne opisanie tego, czym jest życie człowieka.

Czym zatem jest dukhka? Tłumaczenie tego słowa jako cierpienie jest dosyć mocną interpretacją. Tym bardziej, że pierwsza szlachetna prawda to nie wyraz pesymizmu, ale stwierdzenie mówiące o ontologicznej strukturze rzeczywistości. Zawsze to zaznaczam, gdy mówię o buddyzmie – świat naszego doświadczenia jest naznaczony dukhka, a to znaczy tylko tyle, że jest zmienny. Dlatego można oddać ten termin innymi słowami, na przykład doświadczanie zmiany. Wszystko, co istnieje jest poddane powstawaniu i przemijaniu. Przyjemne doświadczenie wkrótce przeminie i w każdej chwili szczęścia i radości tkwi ziarno świadomości tego przemijania. To jak łyżeczka dziegciu w słoiku miodu. Niektórzy mówią o fundamentalnym dyskomforcie albo o nieukontentowaniu czy też niezadowoleniu towarzyszącemu wszelkiemu doświadczaniu. A wynika to z podstawowej nietrwałości, czyli uwarunkowania wszystkich bytów, co buddyzm nazywa pustką.

Ale w swobodnej interpretacji terminu dukhka można pójść dalej. Dlaczego cierpimy, gdy osoba, którą spotykamy okazuje się czasem nie taka jak sobie wyobrażaliśmy? Tak, to też dukhka, tu pojawiająca się jako rozwianie naszych złudzeń. Pozbycie się iluzji może być czasem bardzo pozytywne, ale jednak boli. Czujemy się zawiedzeni. Nasze piękne marzenia legły w gruzach. Czujemy się rozczarowani, bo minął czar, jakim jest iluzja i ukazała się prawda o danej osobie. Czujemy dukhka też wtedy, gdy tracimy iluzje co do nas samych. Rdzeniem dukhka jest bowiem przywiązanie do przyjemności i przywiązanie do idei trwałości ego, czyli wspomniana w pierwszej prawdzie żądza bytowania, która wywodzi się z niewiedzy. A tymczasem życie jest jednym wielkim procesem rozczarowań. Jak mówi pierwsza szlachetna prawda, życie zaczyna się od narodzin, a kończy śmiercią – to dwa elementy dukhka. A co jest pomiędzy? Także dukhka.

Pewien współczesny nauczyciel buddyjski wywodzi termin dukhka od rdzenia określającego złe funkcjonowanie skrzywionej osi wozu. Gdy oś naszego wozu jest krzywa, możemy kontynuować jazdę, ale czujemy ów dyskomfort, o którym wspomniałem powyżej. Coś w naszym życiu cały czas skrzypi… i nie da się owego skrzypienia usunąć, bo taka jest rzeczywistość. To dla mnie istota dukhka – to nieustanne skrzypienie, którym jest naznaczone nasze życie, to nieustanne rozwiewanie się miłych iluzji, nieustanne zawody ludźmi, rozczarowania, a często prawdziwy ból, cierpienie, choroba, samotność. Żaden smar nie załagodzi tego skrzypienia, choć wszystkie religie twierdzą, że są zdolne to uczynić. Ale religia to nic innego jak tylko kolejne złudzenie, które przedstawia się jako lekarstwo na skrzypienie tego świata.

Apolloniusz z Tiany

Niezwykły człowiek żyjący w pierwszym wieku naszej ery. Mag, filozof, gnostyk, uzdrowiciel, cudotwórca, prorok, taumaturg dokonujący mocą swej wiedzy i mądrości niezwykłych czynów, z których bilokacja i rozumienie mowy zwierząt to te najskromniejsze – słowem „boski mąż”, wcielenie morskiego polimorficznego bóstwa Proteusza. Jego czyny rozsławiła biografia pióra Flawiusza Filostratosa, przedstawiająca go jako podróżującego mędrca, dokonującego cudów od Indii po Etiopię, ale także jako ascetę urzeczywistniającego pitagorejską drogę życia i łączącego poglądy Wschodu i Zachodu.

Wiemy wszelako z innych przekazów, że Apolloniusz nie gardził wdziękami kobiet czy też magią, także tą niższą zwaną goetia. W zachowanych listach, które miały wyjść spod jego ręki zdefiniował maga jako tego, kto „jest czcicielem bogów i który nosi boskość w sobie.” Zdarzyło mu się mocą tej magii przywrócić do życia córkę rzymskiego konsula, przez co stał się konkurentem tego, który ożywił córkę Jaira.

Arystoteles jest autorem słynnych słów: „Człowiek z natury jest istotą społeczną. Ten zaś, kto z natury, a nie przez przypadek, żyje poza społecznością, ten pędzi życie nędzne albo boskie”. Apolloniusz z Tiany na pewno nie przez przypadek pędził swoje życie na obrzeżach społeczności. Tak bowiem postępują ci, którzy w swoim wnętrzu szukają tego, co inni chcą znaleźć na zewnątrz. Takim osobom przypisuje się niezwykłe moce, cudowne właściwości, a to tylko dlatego, że żyją poza społecznymi normami, poza kręgiem tego, co uznane i powszechne.

I to poza tym, co znane i powszechne, poza tym, co ogół uważa za normalne, poza nudnym istnieniem, poza tym wszystkim lokuje się wartość naszego życia. Dlatego przeciętni ludzie deifikują odmienne od nich jednostki, widząc w nich swój własny, zaprzepaszczony potencjał. Stąd ich pragnienie by wywyższać, wielbić, ubóstwiać. To jest o wiele prostsze niż samemu stać się „bożym mężem” i narazić się na ostracyzm i samotność. A poza tym, jak mawiał Jung, łatwiej jest być uczniem i podążać za kimś, niż samemu kształtować ścieżkę własnego życia.

O gnozie i sensie

Ponad dwa lata temu udzieliłem wywiadu dla internetowej Fundacji Panteon. Nosił on tytuł „Gnoza jako postawa egzystencjalna” i zdobył sobie od tego czasu spore grono słuchaczy. W tym wpisie chcę połączyć pewne wątki, które pojawiły się w tym wywiadzie, ale także dodać być może coś nowego. Postawa gnostyka to postawa człowieka, który najbardziej ceni sobie wiedzę. Nie tą ujętą w jakieś dogmatyczne formułki, ale pojętą jako czysta przytomność świadomości, połączoną z nieustannym pragnieniem poznawania. Tak brzmią podniosłe formułki, ale zobaczmy, jak się to realizuje w życiu.

Opiszę jak ta postawa działa u mnie, w jej najbardziej rudymentarnym wymiarze. Bywa tak, że budząc się rano leżę łóżku i zastanawiam się, czy już wstać czy może jeszcze skorzystać z ciepłych objęć kołdry. Zwykle takie dywagacje trwają dłuższą chwilę, bo ciepła kołdra, szczególnie w zimnych okresach jesieni czy zimy, ma swoje zalety. Po pewnym czasie stwierdzam jednak, że już nie zasnę, że już nie warto zajmować się ruminacjami, które nawiedzają mój umysł nieproszone. Dokładnie w tej chwili, gdy znudzę się swoim neurotycznym umysłem, skłaniającym mnie do dalszego leżenia pod kołdrą, w mej świadomości pojawia się ochota, by wstać i zając się czymś całkiem innym, czymś co nadaje sens mojemu życiu.

Czym jest to całkiem inne? Zwykle jest to poranna lektura inspirującej książki, też zapisanie myśli, które posłużą do konstrukcji nowego wpisu na moim blogu albo przygotowanie wykładu. Tym, co mnie budzi i wyciąga z łóżka jest ochota tworzenia, bo nawet lektura może być twórcza i dostarczać materii do kreacji. To są momenty gnozy, momenty dające mi sens życia. Z tych momentów czerpię też siłę i natchnienie, by od trzydziestu lat nie nudzić moich studentów. Ostatnio nie nudzę ich coraz bardziej, chociaż być może zdanie moich studentów może być odmienne. Także prowadzone przez mnie warsztaty i wykłady poza uczelnią coraz bardziej korzystają z tych momentów.

Czym zatem jest gnoza? Jest wiedzą, wiedzą sensotwórczą, bo gnoza to tworzenie. I oczywiście nie tylko poranne przebudzenia są dla mnie źródłem gnozy i sensu. Użyłem ich jako metafory przebudzenia, gdy po śnie zwykłego życia budzimy się do świadomości, gdy otwieramy oczy na to, co jest. Także wiele innych chwil ma taką moc – inspirujące rozmowy, zachwyty przyrodą, codzienne obserwacje ludzi, pogrążonych w chaotycznym wirze bezsensownego życia, i następująca po tym refleksja nad ich nieświadomością, a także sny dające mi wgląd w ukryte, nieznane części mojej psychiki . Praktycznie każda chwila mojego życia jest okazją do tego, by odkrywać sens. Oczywiście tylko wtedy, jeśli jest chwilą, w której utrzymuję uważną świadomość.

O najbardziej powszechnej teorii spiskowej

Po świecie krąży widmo, widmo teorii spiskowych. Jest ich multum, a każda z nich dotyczy albo jakiegoś zdarzenia (nie było lądowania na Księżycu w 1969 roku), albo też tłumaczy tok dziejów ludzkości (rządzą nami reptilianie). Ja jednak chcę wspomnieć tu najbardziej powszechnej teorii spiskowej, obejmującej całe osiem miliardów ludzi. Otóż każdy z nich ma taką przypadłość, że czuje się sobą, ma bowiem jakąś, często niezbyt wyraźną, tożsamość, jakieś bardziej lub mniej mgliste ja, które zawraca mu głowę przez całe życie.

Nasza tożsamość, to co nazywamy sobą, nasze ego, to nic innego jak właśnie teoria spiskowa. To teoria spiskowa, której jesteśmy głównym tematem, aczkolwiek nie istniejącym, tak jak nie istnieje płaska Ziemia. Głównym twórcą tej teorii spiskowej jest nasz wewnętrzny głos, którego badacze mózgu nazywają lewopółkulowym narratorem. Jego głównym zadaniem jest dbanie o spójność naszej narracji na własny temat. Ten wewnętrzny głos snuje opowieść, która najczęściej nie ma absolutnie nic wspólnego z rzeczywistością – i w tym owa opowieść jest podobna do teorii spiskowych.

Słuchamy tego głosu i mu wierzymy. Opowiada on nieprawdopodobne banialuki, ale to nam nie przeszkadza, myślimy sobie: to nasz głos, ja nim jestem. I to nasz największy błąd. Nie powinniśmy wierzyć ani jednemu słowu, które ten głos wypowiada. Jego jedynym zadaniem jest wmówienie nam, że całość rzeczywistości kręci się wokół naszego ego. Cóż, prawie zawsze się mu to udaje, mimo iż tak naprawdę to rzeczywistość kręci nami, przeżuwa i wypluwa, nie zwracając na nas najmniejszej uwagi. Głos ten ma wszelako ogromną moc, którą uzyskuje tylko dzięki temu, że się z nim utożsamiamy.

Ten miałki głosik służy jeno utrzymaniu w iluzyjnej spójności równie miałkiej, szczątkowej świadomości, która charakteryzuje każdego osobnika homo sapiens. Opowiada mu bajeczki, snuje marzenia, tka iluzyjną sieć wspomnień, wymyśla cudne historie o zbawieniu, prawdzie, religii, a przed wszystkim o tym – bo to dla tego głosiku ostatecznie najważniejsze – że to my mamy rację i słuszność stoi zawsze po naszej stronie. Osiem miliardów ludzi nie zauważa, że to największy kretynizm w historii.

Gdy taka teoria spiskowa osiągnie wyższy poziom natężenia staje się tym, co nazywamy nerwicą albo chorobą psychiczną. Neurotyk słucha swojego głosu jak pies swojego pana. Aportuj, siad, leżeć, wróć, do mnie, zostaw, na miejsce – jakże często widziałem neurotyków tak się zachowujących. Uważają, że są ludźmi, ale ich podmiotowość jest szczątkowa. Schizofrenik już całkowicie pogrąża się w swoich wewnętrznych głosach. Niknie w ich otchłani.

No, ale spokojnie, ty nie jesteś jakimś tam wariatem. Twoje ja to tylko podrzędna teoria spiskowa, zwykle dosyć marna, jak jesiotr drugiej świeżości u Bułhakowa.

Swami Wiwekananda, czyli o duchowości i pieniądzach

W 1893 roku w Chicago odbył się Parlament Religii Świata. Jednym z jego gości, który wzbudził największe zainteresowanie, był Swami Wiwekanada, przystojny, trzydziestoletni Hindus. Wygłosił swoje krótkie przemówienie przed audytorium ponad siedmiu tysięcy ludzi, w większości kobiet. Nazwał hinduizm matką wszystkich religii i zaprezentował stanowisko, że wszystkie religie są równe i prowadzą do tego samego celu. Wiwekananda przemawiał jeszcze kilkanaście razy, a potem udał się w trzyletnią podróż po Stanach z wykładami, zjednując sobie miano najpopularniejszego Hindusa Ameryki. Taki był początek zainteresowania hinduizmem, a zwłaszcza wedantą i jogą, na Zachodzie.

Narendanatha Datta (1863-1902), bo tak brzmiało jego prawdziwe nazwisko, był braminem zaangażowanym w działalność społeczną i polityczną na rzecz odrodzenia Indii, ale też był uczniem jednego z najsłynniejszych mistyków tamtych czasów – Ramakryszny. Po śmierci swojego guru przez osiem lat podróżował po Indiach, dogłębnie poznając potrzeby swojego narodu. Jego podróż do Ameryki nie była pielgrzymką religijną. Zdawał sobie sprawę z tego, że by obudzić masy, potrzebni są ludzie, ale też pieniądze. Napisał do swojego przyjaciela znamienne słowa: „Przyjechałem do Ameryki, aby samemu zarobić, potem wrócić do mojego kraju i resztę mych dni poświęcić temu jednemu celowi [przywrócić narodowi utraconą tożsamość]. Jak nasz kraj jest ubogi w wartości społeczne, tak Ameryce brakuje duchowości. Ja dam im duchowość, oni dadzą mi pieniądze”.

Jako pomyślał, tak i zrobił. Wiedział, że na naukach duchowych można w pustym duchowo świecie Zachodu bardzo dobrze zarobić. Dał Ameryce jogę, a konkretnie radżajogę i karmajogę. Jego wykładów słuchały tysiące ludzi, a tym takie postaci jak teozofka Anne Besant, czy filozof William James, którzy byli zachwyceni jego osobą i filozofią. W końcu XIX wieku rozpoczyna się rozkwit duchowości Wschodu na Zachodzie. A ścisłe połączenie między duchowością a pieniędzmi pozostaje trwałe do dziś. Cywilizacja Zachodu opiera się bowiem na jednym paradygmacie, jakim jest maksymalizacja zysku. Ten paradygmat przenika całe życie ludzi Zachodu, też wpływając na ich życie duchowe. Sam spotykałem takie uzasadnienia odnoszące się do praktyki zen: „Senseiowi należy dać pewną sumę pieniędzy, w ten sposób nawiążesz z nim związek karmiczny”. Pieniądz przenika krwiobieg naszej cywilizacji, jest jej karmicznym uwarunkowaniem, ale czasem warto być trochę pod prąd. Nie wszystko jest mamoną.

O patologii mentalności religijnej

„Byłem przesycony Charliem. Był dla mnie bogiem. Mógł chcieć ode mnie wszystkiego, nawet życia. I nie byłoby niczym szczególnym, gdybym mu je oddał, bo wiedziałem, że wszystko poza moim ciałem, z jego fizycznością i zwierzęcością, było już i tak we mnie martwe. Moje ego umarło; wszystko co było przejawem ‚ja’ , mnie samego lub tego, co moje, było martwe. Umarła moja osobowość i teraz byłem tylko Charliem, i tylko ten Charlie się liczył”.

To nie wyznanie mistyka. To słowa Texa Watsona, jednego z członków Rodziny Charlesa Mansona, którzy zamordowali siedem osób w sierpniu 1969 roku, w dwóch następujących po sobie morderstwach. Tex uczestniczył w obu z nich. Odsiaduje dożywocie, ale w 1981 roku został pastorem. Czy nas dziwią jego słowa i to, że został pastorem? Mnie nie. Tex zawsze szukał boga, był, jak wielu podobnych mu ludzi, nastawiony na podporządkowanie się i oddanie. To główne cechy osobowości religijnej. Są to osoby, które nie radzą sobie ze swoim życiem. Mają z pewnego punktu widzenia rację, bo życie nas zawsze przerasta. Jednak błądzą, gdy zbyt pochopnie znajdują mniej lub bardziej konkretny przedmiot swego oddania.

Bóg może być pojęty jako potężna siła, która przystępuje do nas i unicestwia nasze egoistyczne zamiary i plany. Ja wolę tą siłę nazywać życiem niż konkretyzować ją w jakieś boskie imiona. Ale Tex i znacząca większość ludzi religijnych pada ofiarą błędu konkretyzacji. Wybierają sobie jakiegoś „boga” – czasem cielesnego, czasem abstrakcyjnego – tylko dlatego, że tak jest skonstruowany ich umysł. Jest to patologia mentalności religijnej. Religia w swej najlepszej postaci powinna być czynnikiem uwalniającym, a wydaniu Texa i innych jest jedynie manifestacją uwarunkowań ograniczonego umysłu. Zamiast transcendencji, czyli kontaktu z czymś, co nas przerasta, mamy do czynienia z żałosnymi próbami w tym kierunku, ograniczonymi do czysto ludzkich uwarunkowań.

Religa ma potężny potencjał transformujący, ma mity, które mogą umożliwić jednostce wyzwolenie się od samej siebie. Jednak ten potencjał zwykle jest nie wykorzystany, tak w 99 procentach osoby religijne traktują religię i jej mity jedynie jako środki do pielęgnacji potrzeb ego. Parafrazując stary dowcip o psychologach, religia może cię wyzwolić, tylko ty musisz tego chcieć. Jednak ego, zwłaszcza to dobrze umoszczone w jakieś religii instytucjonalnej, wie swoje i nie ma ochoty by ustępować. Wprost przeciwnie, robi wszystko by struktury religii wykorzystać do swoich celów. Ego pragnie zbawienia, jest jednak na tyle głupie, że chce je osiągnąć na własnych warunkach.