Wpis jubileuszowy

Dziesięć lat temu, 25 stycznia 2015 roku zamieściłem pierwszy wpis na tym blogu. Od tego czasu regularnie, z jednym lub dwoma wyjątkami, zamieszczałem co tydzień w niedzielę kolejne wpisy. Jak łatwo policzyć, to ponad 350 wpisów. Z początku były one krótkie, „jednoakapitowce”, jak to wtedy nazwał je jeden z czytelników. Obecnie są nieco dłuższe, średnio cztery akapity. Ale każdy, niezależnie od długości, ma w moim zamiarze przekazywać jedną myśl. Mam słabość do krótkich form, do krótkich wypowiedzi, syntetycznych i zwięzłych. Są one dla mnie jak obraz, w jednym ujęciu oka przekazujący to, co najistotniejsze.

Czy każda z myśli na blogu jest „inna”, zgodnie z jego nazwą? Nie zawsze, czasem odnoszę się do moich lektur inaczej jeno ujmując to, co przeczytałem. Leonardo da Vinci miał powiedzieć, że nie napiszesz nic nowego, jeśli sobie nie uświadomisz, że już wszystko napisano. To jedna z myśli, która mnie inspirowała. Zdaję sobie zatem sprawę, że często piszę o sprawach, o których pisało już wielu, ale inaczej i – co najważniejsze – są sprawy o których trzeba pisać cały czas na nowo, przypominać o imponderabiliach, by nie zostały zapomniane. Opisuję też wydarzenia z mojego życia, albo reaguję na to, co dzieje się na świecie. Albo piszę o postaciach z historii duchowości, które wywarły na mnie największy wpływ.

Raz czy dwa chciałem przerwać pisanie, ale ostatecznie się przemogłem. Wiem, że nie wszystkie wpisy są dobre, ale, jeśli sądzić po statystykach na stronie, też są takie, które mają tysiące czytelników. Wiadomo, de gustibus non est disputandum. Mam nadzieję – i to jest jedna z najważniejszych pobudek mojego pisania – że osoby czytające mój blog znajdują w tym niejaką przyjemność. Jak napisała Safona: „Słowa, którymi władam, powietrzem są tylko, a jednak cieszę nimi słuchających”. Tak samo z tymi czarnymi żuczkami na ekranie komputera czy smartfona, niech dają przyjemność, radość, może zaskoczenie. Ja sam uwielbiam czytać aforyzmy i eseje, traktuję zatem ten blog jako swego rodzaju podziękowanie dla wszystkich autorów, którzy dostarczyli mi tyle radości czytania.

O twarzy sprzed narodzin

Prowadzę od paru lat seminarium na uczelni, opatrzone szumnym tytułem: „Filozofia i psychologia procesu samorealizacji”. Wychodzę od tak oczywistego dla współczesnych młodych ludzi pojęcia samorealizacji jako osiągnięcia sukcesu w życiu – jakkolwiek oni go pojmują. A potem wybijam ich z tego stanu samozadowolenia, bo pokazuję, że samorealizacja to coś o wiele więcej niż tylko zwykła satysfakcja uzyskiwana przez ego. To sięganie daleko poza ego, sięganie poza wszystko, co można określić. Samorealizacja to self-realization, czyli w psychologii Junga urzeczywistnienie jaźni. A ta ma dużo wspólnego z naszym ja, ale jeszcze więcej z kamieniem filozoficznym albo nieosobową strukturą mandali. To poszukiwanie źródła naszego bycia sobą, które nie jest personalne. A zatem samorealizacja jest docieraniem na granice niewypowiadalnego. Nie przekraczam jej, pozostając po tej stronie słów. Zresztą i tak niewielu studentów podąża ku tej granicy.

Huineng, szósty patriarcha chan, uznawany jest za autora koanu: „Jaka była twoja prawdziwa twarz przed narodzinami twoich rodziców?”. To najlepszy koan, docierający do samego sedna samorealizacji. Gdy zostanie rozwiązany, następuje przejście na drugą stronę lustra. Zwykle pozostajemy po tej stronie lustra i nie zapuszczamy się za Alicją dalej. Myślenie o sobie jako o tym „kim naprawdę jestem”, albo „kim chcę się stać” – te sformułowania pozostawiają nas po tej stronie lustra. Huineng pyta o drugą stronę, wytykając adeptowi zen to, że jest sobą. Nie chodzi mu o reinkarnację czy podobne rzeczy. Koan wskazuje na to, co wykracza poza zwykłe, egoiczne funkcjonowanie umysłu, na jego pozaosobową podstawę.

Czasem o takich stanach umysłu raportują osoby po kontakcie z psychodelikami: „Przestałem istnieć, straciłem wszelki kształt i formę. Nie było już mnie, moich wspomnień, marzeń, pragnień, nadziei, lęków. Wszystko co osobiste, przepadało. Owa esencja, która pozostała, nie była niczym określonym, a jednak doświadczała”. Tak pisze Christof Koch, słynny neurobiolog, po zażyciu takiej substancji. Dla kogoś może to brzmieć jako patologiczny stan depersonalizacji. Tymczasem Huineng – i na swój sposób Koch – wskazują, że to personalizacja jest patologią, od której starają się nas uwolnić wszystkie autentyczne tradycje duchowe świata. De-personalizacja to nic innego jak poczucie jedności z całym wszechświatem. Po tej stronie lustra jesteśmy Alicją, tylko Alicją i niczym więcej niż Alicją. Po tamtej jesteśmy podstawą bytu, o której mówiły już Upaniszady, w słynnej formule tat tvam asi – ty tym jesteś, jesteś atmanem tożsamym z brahmanem.

Nie chcę tu robić długiego wykładu o mistyce Wschodu i Zachodu. Rzecz dotyczy bowiem nas samych, a nie pięknych słów starożytnej wiedzy, które jedynie łechczą nasze ego, dotyczy samorealizacji, czyli tego, na ile możemy przekroczyć personalne ograniczenia. Dlatego rozmaite tradycje duchowe mówią o wyzwoleniu, zbawieniu, ciszy – to wszystko słowa wskazujące na stan poza ego. Czym „byłem” nim narodzili się moi rodzice? Nie umiem na to pytanie odpowiedzieć, ale też nie chcę. Jak to mawiał Leśmian, wszelkie pytanie jest wrogiem mimowolnym własnej odpowiedzi. Albo, jeśli już ktoś (albo i my sami) zada nam pytanie: „Kim jesteś?”, odpowiedzmy: „Nie wiem, bo nie ma żadnego ja, które by mogło udzielić odpowiedzi”. Jest doświadczanie, nie ma doświadczającego.

O religii w dobie sztucznej inteligencji

Jesteśmy dopiero u początków owej tytułowej doby, więc możemy sobie na razie dowolnie spekulować. Kiedyś krążył niezbyt dobry dowcip o naukowcach, którzy skonstruowali superkomputer i zapytali go, czy Bóg istnieje. Odpowiedź brzmiała: „Teraz już tak”. Cóż, nawet złe dowcipy coś mówią o rzeczywistości. Wystarczy tylko nie wyobrażać sobie naiwnie owego superkomputera. Wiemy przecież z historii religii, że od co najmniej paru tysięcy lat taki lub inny Bóg był ogłaszany jako źródło tekstu świętego, czy to Tory, czy Ewangelii czy Koranu – i stąd idzie miano tych religii jako religii księgi. A zatem chodzi o tekst.

Ponieważ sztuczna inteligencja to obecnie temat na czasie, nic zatem dziwnego, że słynny komentator naszej rzeczywistości, Yuval Noah Harari, w swej najnowszej książce Nexus, wspomniał o nader prawdopodobnej możliwości: „Na przestrzeni dziejów religie twierdziły, że ich święte księgi mają nadludzkiego autora – wkrótce twierdzenie to może stać się rzeczywistością. Pojawić się mogą atrakcyjne i wpływowe religie, których święte teksty będą pisane przez sztuczną inteligencję”. Jeśli nie nastąpi to za rok, to za parę lat na pewno. Poniżej uzasadnię moje zdanie, bo Harari prócz tych dwu zdań nie zajmuje się szerzej tematem religii.

Ów autor zaiste będzie nadludzki, a na pewno nie-ludzki, będzie bowiem przerastał inteligencją większość wyznawców napisanej przez niego księgi. Często mi się zdarzało czytać różne teksty pochodzące z rozmaitych „objawień”, często były to grube „księgi wiedzy”. Ich lektura jednak rozczarowywała swoją naiwnością i schematycznością. Te teksty dostawałem od fanów owych „objawień”, zachwyconych nimi i przejętych ich „mądrością”. Nasuwał mi się wtedy prosty wniosek, że poziom inteligencji odbiorców jest zadziwiająco niski, niższy nawet od poziomu inteligencji owych objawień. Nie będzie zatem trudnym zadaniem dla sztucznej inteligencji napisać naprawdę dobry tekst, na miarę powiedzmy Ewangelii, a wtedy zachwyconych i pochwyconych będą miliony.

Podstawowa zasada rządzącą relacjami pomiędzy rozmaitymi układami mówi, że układ bardziej złożony (bardziej inteligentny) kontroluje układ mniej złożony (mniej inteligenty). Opisał to już dawno temu Leibniz w swojej koncepcji monad, a w wieku dwudziestym cybernetyka, teoria systemów itd. Takim bardziej złożonym układem w naszych rozważaniach są dzieła religijne, które już niedługo napisze sztuczna inteligencja. Znam wiele osób, które czytają rozmaite książki, ale ich nie pojmują, i wtedy po prostu asymilują zawarte w nich treści bezrefleksyjnie. Traktują te lektury jak książki kucharskie, podające gotowe recepty na wszystko. Jak dobrze wiemy, proces bezrefleksyjnego odczytania ksiąg świętych to sama istota religii instytucjonalnej. Natchnione duchem jednostki pisały coś, co potem było permanentnie nierozumiane i niewłaściwe interpretowane. Podobny los nie ominie zapewne i ksiąg pisanych przez sztuczną inteligencję, która już teraz przewyższa swoją mocą sporą część ludzkiej populacji. Być może to ostatnia reduta ludzkości – że okaże się ona na tyle głupia, by genialnych tekstów stworzonych przez sztuczną inteligencję nie zrozumieć.

Jednak i to raczej nie pomoże. Wkrótce doczekamy się tekstów świętych, odkrywanych nie w skale, jak buddyjskie termy, ale w krzemowych wnętrznościach sztucznej inteligencji. Znajdą one swoich ludzkich proroków i grona akolitów. Powstaną nowe Kościoły, zapełniając się wiernymi. Mam nadzieję doczekać czasów, kiedy to się ziści, bo chcę zobaczyć jakie będą treści zawarte w owych „świętych księgach”. Czy to będzie coś nowego, czy tylko stare wino w nowych bukłakach? Czy sztuczna inteligencja, jako nie-ludzka, wyzwoli się z odwiecznych archetypowych skojarzeń? Pytań jest wiele, ale już niedługo uzyskamy na nie odpowiedź. Pozostaje jednak jedno, ostatnie pytanie – czy ją zrozumiemy?

O miłości romantycznej

Analityk jungowski Robert Johnson pisze w swej książce We: Understanding the Psychology of Romantic Love, że w pozbawionym doświadczenia sacrum świecie zachodnim miłość stała się największym źródłem energii napędzającej psychikę ludzi. Tak to ujmuje: „Zastąpiła ona w naszej kulturze religię jako arenę, na której mężczyźni i kobiety poszukują znaczenia, transcendencji, dopełnienia i ekstazy”. Skupmy się zatem na tych ostatnich czterech słowach, by przybliżyć się do tajemnicy miłości romantycznej.

Znaczenie. Związek romantyczny dla wielu ludzi jest podstawą sensownego życia. Poszukują partnera nie dla korzyści finansowych czy fizycznych, ale po to by być razem. Pewna młoda kobieta w rozmowie ze mną ujęła to prosto: „No wiesz, by było normalnie, ja i facet, dzieci, dom”. Tak wyobrażała sobie pełne znaczenia swoje życie. Normalność w ramach norm kulturowych to najprostsza podstawa sensu. Niektórzy potrzebują więcej, ale to tylko modyfikacje tego podstawowego pragnienia, by związek nadał sens memu życiu.

Transcendencja. W miłości romantycznej mamy możliwość, dla wielu jedyną w ich życiu, wyjścia poza siebie. Kochając przekraczamy nasz egoizm, robimy coś tylko dlatego, że nasza ukochana tego chce. „Robię to, bo cię kocham” to wspaniały przykład bezprzyczynowego i bezinteresownego działania. Robienie czegoś dla osoby ukochanej to rzeczywiście elementarna postać transcendencji. Co nie znaczy, że łatwa, jak to pokazują liczne historie związków. Przejście od „ja” do „my” jest jedną z najtrudniejszych transformacji w naszym życiu.

Dopełnienie. Tak, szukamy w ukochanej osobie tego wszystkiego, co – jak nam się wydaje – brakuje nam samym. Wszystkie cechy, które w niej kochamy, tkwią tak naprawdę w nas samych i miłość romantyczna jest niepowtarzalną okazją do rozpoznania tego. Niestety, niewielu z tej okazji do samopoznania korzysta. Tym niemniej wszyscy są napędzani tą energią i z niej korzystają, choćby w ten sposób, że uzupełniają własne braki zaletami osoby kochanej. Jest to mocno iluzoryczne, acz bez wątpienia bardzo pociągające.

Ekstaza. Pierwsze spotkania, pierwsze pocałunki, pierwsze pieszczoty. Tu najlepiej jest widoczna moc energii jaką niesie ze sobą miłość romantyczna. Kochankowie poznają swoje ciała, czerpią z nich radość i najwyższą przyjemność. Ich organizmy zalewane hormonami przypominają bulgoczące kociołki czarownic. Nagle ta jedna osoba, ta z którą jesteśmy, staje się źródłem życia. W ekstazie sens, transcendencja i dopełnienie się łączą, stając się ostatecznym uzasadnieniem bycia razem.

Takiej miłości życzę wszystkim w tym nowym roku. Namiętnej, trwałej, pełnej sensu i pozwalającej wykroczyć poza szare uwarunkowania rzeczywistości. Życzę spojrzenia zakochanych oczu i życzę, by każdy w tych oczach się w pełni odzwierciedlał. Bowiem na arenie życia, jak pisze Johnson, nie pozostało nam już dużo więcej poza miłością, a jest ona najbardziej fascynującym i istotnym dla ludzi współczesnych elementem tej areny. Żyjmy zatem pełnią życia, co znaczy nic innego jak – kochajmy.

O przemijaniu

Już za dwa dni ludzie będą się cieszyć tym, że minął stary rok, a nastaje nowy. Że są o rok starsi i o rok bliżsi śmierci. Że przemijają coraz szybciej. Jest taki fragment ze Staffa, traktujący o przemijaniu i życiu. Zawsze wart jest przypominania, bo sam nie przemija i nie pierzcha w zapomnienie:

„Już? Tak prędko? Co to było?

Coś strwonione? Pierzchło skrycie?

Czy się młodość swą przeżyło?

Ach, więc to już było…życie?”

Koniec roku wymyślony został chyba po to, by przypominać o przemijaniu. Zegar, kalendarz…wszystko to przypomina o czasie i nie pozwala żyć w jedynej wieczności jaką mamy – w teraźniejszości. Nie mamy nad nią kontroli, możemy tylko jak Goethe zakrzyknąć: „Chwilo, trwaj!”. Także pamięć jest naszym wrogiem. Uzmysławiamy sobie, że coś zdarzyło się w naszym życiu już tak dawno temu. Albo – co gorsza – że się nie przydarzyło, i pamięć o tym nieprzydarzeniu się boleśnie odzywa się w nas.

Tak czy inaczej, żyjemy i w czasie i w wieczności. Wieczność, czyli teraźniejszość, jest jedyną dostępną nam realnością. Czas jest sposobem na uświadamianie sobie przemijania. Jednak czas i wieczność to dwa aspekty tej samej rzeczywistości, zwanej życiem. Słowa Staffa są pisane z perspektywy pamięci, ale przecież dobrze wiemy, że na przykład w młodości – albo też w późniejszych latach – przydarzały się nam takie bardziej absolutne chwile teraźniejszości.

Mam za sobą sześćdziesiąt lat ulotnych chwil absolutnej teraźniejszości, czasem pięknej, czasem strasznej. Był to istny rollercoaster życia, którego pęd udało mi się jakoś, jak dotąd, przetrwać. Co będzie za rok? Zobaczymy, jazda trwa, światełka migają, wagoniki czasu toczą coraz szybciej i szybciej, orkiestra na „Titanicu” gra coraz głośniej, ludzie coraz bardziej rozczarowują i wkurzają. Jedyne co pozostaje to ciekawe książki do przeczytania.

O budowaniu związku

Niedawno pisałem o sztuce bycia w związku. Dziś chcę opowiedzieć jak związek tworzyć, jak go budować. Po okresie zakochania zwykle mamy do czynienia z fazą, którą można nazwać budowaniem związku. Opiera się ona na tym co wspólne, ale zarazem na rozpoznaniu różnic. Gdy już poznaliśmy wszystkie wady naszego partnera/partnerki – i mamy ich już dosyć – wtedy dopiero zaczynamy budować. Patrzymy wówczas na to, co mamy wspólnego: wartości, marzenia, cele. Rozmawiamy o tym, bo rozmowy budują związek, ale tylko te głębokie i szczere, często szczere aż do bólu. Tak więc na początek jedna prosta rada, odnośnie tego, co pomaga budować związek – trzeba rozmawiać, rozmawiać, rozmawiać. Bez rozmowy nie ma nadziei na cokolwiek. Nie gwarantuje ona, że wszystko będzie dobrze, ale jest jednym z ważniejszych fundamentów związku. Wiem, są emocje, jest chemia, ale na dłuższą metę to rozmowa daje podstawę porozumienia.

Tym, co niszczy związek są natomiast nasze oczekiwania, pragnienie tego, by partnerka/partner spełnili to, czego od nich wymagamy. Nasze oczekiwania są bowiem niczym innym jak ekspresją naszego egoizmu. Chcę tego od ciebie, albo czegoś innego, a potem jeszcze czegoś kolejnego. Zmień to w sobie, a potem jeszcze to. Postaraj się. Zaspokój moje potrzeby, siądę ci na kolanach i będziesz mnie tulić. Chcę od ciebie tego wszystkiego, czego wcześniej nie otrzymałem w życiu. Zbaw mnie od cierpienia, bądź tym człowiekiem, który wyprowadzi mnie z ciemnej jaskini tego świata. W każdym związku mamy do czynienia z nieskończoną ilością takich egoistycznych pragnień. I to one zabijają, niszczą każdy związek. Każde pragnienie jest egoistyczne, żadne nie bierze pod uwagę drugiej osoby. A wszystkie zamykają nas w sobie.

Kiedyś przeczytałem pewną przypowieść. Nie wiem już gdzie ją przeczytałem i kto jest jej autorem. Jak ktoś z czytelników wie, niech napisze. Przypowieść ta brzmi następująco. Otóż pewna żona cezara dowiedziała się o dziwnej religii, zwanej judaizmem. Zaintrygowało ją, co wedle tej religii Bóg robił ósmego dnia, gdy odpoczął po stworzeniu świata. Wezwany przez nią rabin odrzekł: Bóg od dnia ósmego podjął się kolejnego najtrudniejszego zadania, a mianowicie kojarzenia małżeństw. Żona cezara obruszyła się, rzekła rabinowi, że to nie jest tak trudne zadanie i by mu to udowodnić, skojarzyła ze sobą dziesięć par swoich niewolnic i niewolników, wcześniej ich oczywiście wyzwalając i dając miejsce do życia. Wszystkie pary się rozpadły. Widocznie poza możliwością bycia ze sobą i posiadania zasobów do prowadzenia domu czegoś jeszcze te pary potrzebowały. Jakiegoś boskiego pierwiastka, dzięki któremu by mogły wykroczyć poza granice zwykłego życia.

Co zatem jest najważniejsze w związku? Moim zdaniem nie ma nic ważniejszego jak inspirowanie partnera/partnerki do bycia sobą. To brzmi dosyć enigmatycznie, ale przekłada się na konkretne działania. Ja na przykład wspieram swoją partnerkę we wszelkich jej działaniach. Wspieram i inspiruję w tym, co ona robi, uczestniczę aktywnie w jej działalnościach, rozmawiamy o tym, co jest dla niej ważne. Wspólne tworzenie czegoś – nic bardziej nie spaja związku. Jak pisałem powyżej, najpierw jest rozmowa, a potem jest inspiracja. Rozmowa daje zrozumienie, inspiracja wspiera wzrost i samorealizację. Bycie razem nie jest po to, by każdemu w parze było dobrze, bycie razem jest po to, by razem stworzyć coś nowego, by dać światu coś wartościowego.

O archetypowych podstawach materializmu

Jednym z najciekawszych fenomenów zachodniej kultury jest rozwijająca się od XVII wieku nauka. Można szukać rozmaitych powodów tego, że tak wiele umysłów zwróciło się ku czysto materialnej rzeczywistości, by ją badać metodami naukowymi. Mnie podoba się hipoteza oparta na myśli Junga. Zwraca ona uwagę na czasy, jakie poprzedziły powstanie nauki w Europie. Były to długie stulecia, w trakcie których dominowała jednostronnie przeduchowiona postawa chrześcijańska, deprecjonująca świat materialny jako tylko doczesny i nieistotny wobec rzeczywistości duchowej, uosobionej w męskim do szpiku kości Bogu. Materialistyczna nauka byłaby w tej perspektywie niczym innym jak kompensacją owej jednostronności. Naukowcy byliby zatem niczym innym jak współczesnymi czcicielami Magna Mater, zaniedbanej przez chrześcijaństwo Bogini Matki, tyle że pojętej nie jako osobowe bóstwo, ale jako absolutna, materialna podstawa rzeczywistości.

Jeśli ktoś żywi jakieś głębokie przekonanie metafizyczne, uważa je za oczywiste. A tak czynią naukowcy. Ich wyznanie wiary brzmi: nie ma niczego poza materią, a nauka jest jej prorokiem. Niczym dzieci w pełni ufające swojej matce, uważają, że jest ona ostateczną rzeczywistością, którą mogą poznać. Marzą, że w ten sposób osiągną zjednoczenie z nią, bo jak dobrze wiemy jest to największe marzenie dziecka. Ale dla nich poznać to znaczy – opanować. Jest to bardzo ciekawe, szczególnie gdy zwrócimy uwagę na to, że nauką zajmują się głównie mężczyźni, o umysłach przypominających umysły osób ze spektrum autyzmu. Kiedyś przeczytałem bardzo dobre określenie takich umysłów – są to umysły organizatorów, chcących poznać, a tym samym opanować, ostateczną strukturę rzeczywistości materialnej. Są przy tym, poza bardzo nielicznymi wyjątkami, niezdolni do głębszej refleksji filozoficzno-duchowej.

Obserwuję świat nauki od wielu lat, a i sam kiedyś studiowałem fizykę. Niegdyś charakterystyczny dla naukowca sposób funkcjonowania mentalnego wydawał mi się naturalny. Dzisiaj widzę już, że jest to tylko specyficzna i jednostronna forma stosunku do świata, ograniczona do jednego tylko jego wymiaru – materialnego. Rzeknę zatem, parafrazując Szekspira, że ten świat jest ciekawszy niż to, co się śni naszym naukowcom. Nauka ma bez wątpienia wiele osiągnięć, ale jeszcze więcej porażek. Dobrym przykładem jest tu skonstruowanie broni atomowej, dokonane przez umysły organizatorów, którzy jednak byli całkowicie odcięci od swoich uczuć, co nie pozwoliło im ocenić wpływu ich pracy na przyszłość świata. W Los Alamos cieszyli się – jak dzieci – gdy udało im się dokonać pierwszej eksplozji bomby atomowej.

Niektórzy z nich rozważali możliwość, że eksplozja atomowa spowoduje zapłon całej atmosfery Ziemi i ostateczne zniszczenie ludzkości. Na całe swoje szczęście ocenili to niebezpieczeństwo jako minimalne. Uspokoiło ich to, bo przekonali się dzięki swoim matematycznym kalkulacjom, że Wielka Mamusia się nie zezłości i ich nie zniszczy. To dla mnie najlepszy przykład infantylizmu umysłów naukowych. Niestety dziś piękne gadżety, jakie produkuje nauka, podobają się wszystkim. I tak oto toczy się ten światek, ku nie wiadomo jakim końcom. Ale za to z optymistycznym uśmiechem naukowego bobasa na ustach.

O sztuce bycia w związku

Esther Perel w swej książce Inteligencja erotyczna. Jak utrzymać bliskość w relacji wypowiada bardzo znaczące słowa: „Dzisiejsze związki to kociołki, w których bulgoczą sprzeczne pragnienia: bezpieczeństwa i ekscytacji, mocnego osadzenia i przekraczania granic, komfortu miłości i gorączki żądzy. Chcemy wszystkiego naraz i to w dodatku od jednej osoby. Godzenie erotyzmu i ‘udomowienia’ jest niesłychanie trudne i udaje się jedynie czasami. Trzeba znać partnera, lecz jednocześnie uznawać jego wieczną tajemnicę; trzeba stwarzać bezpieczeństwo, jednocześnie pozostając otwartym na nieznane; trzeba pielęgnować intymność i jednocześnie respektować prywatność. Bycie razem i osobno przeplata się z sobą albo się kontrapunktuje. Pożądanie opiera się ograniczeniom, a zaangażowanie nie może zabijać wolności”. Trudno o bardziej dokładny opis sytuacji we współczesnych związkach.

Zapewne każda para z długim stażem ma swoją odpowiedź na problem, najpoważniejszy w każdym związku, który Perel ujmuje to jako opozycję erotyzmu i „udomowienia”. Ta odpowiedź nie zawsze jest satysfakcjonująca dla obojga partnerów. Pary przeciwieństw, które w dalszym ciągu wymienia Perel, obrazują moc tego konfliktu, który jednak jest zarazem drogą do osiągnięcia jedności. Wszelka integracja psychiczna polega na dążeniu do jedności przeciwieństw, a wszelka całość jest coincidentia oppositorum. Najlepszą okazją do osiągnięcia owej jedności jest właśnie związek. Nasza partnerka jest nam najbliższa i ta bliskość wznieca wszystkie możliwe opozycje. To jest trudne, przeżywamy nieciekawe emocje, mamy jeszcze gorsze myśli. Ale jeśli wytrzymamy, jeśli się nie poddamy, uciekając w jakąś prostą, jednoznaczną sytuację, mamy niejaką szansę na realny związek.

Tak, wiem, że to jest trudne, a być może prawie niemożliwe. Jednak owa trudność nie powinna nas zniechęcać. Rzeczy łatwe są dostępne wszystkim, trudne – nielicznym. Tak, wiem, że piszę bardzo ogólnikowo, ale w tych sprawach nie ma prostych, jednoznacznych i zrozumiałych dla wszystkich przepisów. Bycie w związku to sztuka dostępna dla nielicznych, to wyrafinowany proces opierający się na wysublimowanej inteligencji serca i umysłu. Serce i umysł mają być w tym procesie otwarte, by wspólnie wypatrywać czegoś nowego. Bez tej nowości, bez nieustannego, wzajemnego zaskakiwania się sobą nie ma dobrego związku. Bez tego powiedzenie: „kocham Cię”, nie ma sensu. Bo owo „kocham” oznacza właśnie to, że jestem nieustannie otwarty na to, kim Ty jesteś, na wszystkie zmiany i na wszystko, co może się pojawić.

O dzieciństwie i pisuarach

Mam ciekawe wspomnienie z dzieciństwa, związane z pisuarami. Nieraz w czasie wyjazdów pociągami na wczasy szedłem z ojcem do ubikacji na stacji. Tam widziałem pisuary, z których cały czas ciekła woda. Wydawało mi się to dosyć dziwne. Nie wiedziałem, że są zepsute, myślałem, że tak ma być, że na tym polega ich właściwe funkcjonowanie. Wchodziłem przecież do miejsca, które zbudowali ludzie dorośli i które ma funkcjonować tak, jak oni sobie to obmyślili. Tak reagują dzieci na wszystko, co widzą swoimi małymi oczami – myślą, że tak ma być.

Tak patrzą dzieci na wszystko, co serwują im dorośli. Przyjmują to w dobrej wierze jako rzeczywistość życia, to czym ono jest. Dobrze, jeśli są to cieknące pisuary, jak w moim przypadku. Ale czasem są to rzeczy o wiele bardziej drastyczne, tak na przykład jak molestowanie seksualne. Pewna molestowana przez ojca w dzieciństwie kobieta napisała, że uważała, że każdy tatuś tak robi ze swoją córeczką. Przecież na tym polega miłość. Zdziwiła się bardzo, gdy koleżanki wyprowadziły ją z błędu.

Bo to nie jest tak, że tak naprawdę tylko kobiety i mężczyźni się nie rozumieją. Także dzieci i dorośli to dwa odmienne gatunki. Dorosły to osoba, która już dawno zabiła dziecko w sobie i w czymś małym, które spłodził albo które urodziła widzi tylko taką okrojoną, wybrakowaną wersję człowieka. To bowiem, co nazywa się wychowaniem to nic innego jak gwałt na osobowości dziecka. Albo nawet więcej – to mord na jego żywej tkance psychicznej. Nie kryjmy tego – celem dorosłych jest nic innego jak psychiczne uśmiercanie dzieci.

Dziecko rodzi się i otwiera oczy. Jest na świecie, którego nie wybrało i nie ma najmniejszych możliwości by go zmienić, bo nawet nie wie jak i nie wie co mogłoby zmienić. Traktuje wszystko, co go spotyka jako coś danego i oczywistego. Świat jest taki jaki mu się jawi, a ono nawet nie może go ocenić, może tylko go przyjąć, w całości. Jego rodzice są najczęściej ograniczonymi mentalnie kretynami, jak prawie całość populacji ludzkiej. Ta ograniczoność polega na absolutnej niemożliwości przyjęcia pierworaźnego punktu widzenia dziecka. Nic zatem dziwnego, że starają się zabić ową świeżość spojrzenia, całą nadzieję na nowe życie, tak cudownie uosobioną w ich dziecku.

O duchowych pożytkach z błądzenia

Dzisiejszy świat nie widzi pożytków z błądzenia. Nie słucha starożytnych, którzy kiedyś pisali: „Błądzić to rzecz ludzka”. Nie słucha Konfucjusza, który wskazał kiedyś na swojego najlepszego ucznia, mówiąc, że on każdy błąd popełnia tylko jeden raz. Nie, dziś nie należy błądzić. Efektem takiej postawy jest to, że cały świat zbłądził. Tymczasem błądzenie jest podstawową rozwoju duchowego. Błądzenie jest dla nas o wiele bardziej wartościowe niż słuszne postępowanie. Zbłądziwszy, możemy odnaleźć właściwą drogę, bo jeśli widzimy przed sobą jedyną słuszną i prostą drogę, to na pewno nie jest ona naszą drogą.

To jak z praktykowaniem uważności w czasie medytacji. Gdy liczymy oddechy w czasie medytacji zen zdarza się nam rozproszyć i nie wiemy, czy kolejny oddech jest szósty czy siódmy. Ten moment rozproszenia jest jednak zarazem momentem uważności. Oto zdaliśmy sobie sprawę, że właśnie zbłądziliśmy, rozproszyli. Dzięki temu możemy wrócić do medytacji i liczyć oddechy dalej, kształcąc naszą uważność.

Podobnie jak z oddechami jest też ze wszystkim sprawami naszego życia. Dokładnie w momencie, gdy zauważamy, że coś zrobiliśmy źle, że pobłądziliśmy, że daliśmy ciała, dokładnie w tym momencie wzrastamy duchowo. Mógłbym zatem zachęcić moich czytelników: „Błądźcie!” Ale nie jest to konieczne, bo wszyscy namiętnie popełniamy błędy. Jednak, jak dobrze wiemy, tylko nieliczni widzą w błędach błędy. Większość błądzi bezwiednie. Ja bym rzekł: „Błądźmy świadomie”.