Drzewa rosną wedle tego jak wiatry wieją, a umysły ludzi kształtują się pod wpływem zbiorowej pamięci poprzednich pokoleń. Jest ona matrycą, w łonie której się rodzimy. Tworzą ją w dużej mierze traumatyczne wydarzenia z przeszłości. Dla całej ludzkości trauma trwa od 10.000 lat, od czasu gdy wpadliśmy na nieszczęsny pomysł, by się osiedlić, porzucając nomadyczny tryb życia na rzecz neolitycznej iluzji bezpieczeństwa. Życie w miastach, w zgrupowaniach ogromnych mas, nie jest zdrowe dla ludzkiego zwierzęcia. Jesteśmy bowiem wyjściowo tułaczami. Naszym losem jest wędrówka, nieustanna zmiana miejsca naszego życia. Jesteśmy w tym życiu tylko przechodniami, jednodniowymi jętkami, które nigdzie nie powinny zagrzewać miejsca. Spełniamy się w drodze i błądzeniu.
Niedawno zamieniłem parę słów ze starszym panem, który mi się przyznał, że mieszka w ogromnym dziesięciopiętrowym bloku od czasu jego powstania, czyli od 1970 roku. To tylko pół wieku, ale zarazem całe jego dorosłe życie. Jest w pełni zintegrowany z tym, jak funkcjonuje blok. Nawet rozpoznaje, na którym piętrze jest winda, rozpoznając to po jej dźwięku. Jego życie to idealne wgranie się w maszynowe schematy społeczeństwa. Winda kieruje jego życiem, bez niej nawet by nie wyszedł na zewnątrz. To najlepsza metafora kondycji współczesnego człowieka, który zdradził swoją duszę nomady i pędzi żywot mrówki w mrowisku. Większość ludzi jest tak dobrze dostosowanych do tego chorego społeczeństwa, że tworzą je w sposób tak naturalny jak oddychają. Stają się wyzutymi z tożsamości trybikami w maszynie, przyszpilonymi do jednego miejsca. A tymczasem „navigare necesse est, vivere non est necesse”.
