Według pięknej buddyjskiej legendy, gdy Bodhidharma przybył do Chin i medytował w jaskini przyszedł do niego Huike, jego przyszły następca i powiedział: „Mój umysł nie jest jeszcze spokojny! Proszę cię mistrzu, ucisz mój umysł!” Bodhidharma miał na to odpowiedzieć: „Pokaż mi swój umysł, a ja go uciszę”. Na to Huike odparł: „ Nie mogę znaleźć mojego umysłu i nie mogę go tobie pokazać”. Bodhidharma spokojnie skonkludował: „A więc twój umysł jest już cichy.”
Opowieść ta ma wiele wersji, czasem o wiele bardziej dramatycznych. Ja chcę jednak skupić się na ciszy. Huike dobrze znał buddyzm, medytował już wiele lat, a mimo to jego umysł dalej nie był cichy, nie był spokojny. Był niczym małpa, skacząca z gałęzi na gałąź. Dlaczego umysł Huike był taki niespokojny? Bo Huike był przekonany, że zna swój umysł, że wie, kim on sam jest. To przekonanie jest podstawą wszelkiego niepokoju i cierpienia.
Bodhidharma poprosił o pokazanie tego umysłu. Wtedy Huike doznał obrotu u podstaw świadomości, uświadomił sobie, że nie wie kim jest i nie może nikomu powiedzieć, jaki jest jego umysł, jak wygląda. Być może dla niego to była pierwsza chwila, gdy nie myślał o sobie, gdy nie układał opowieści wewnętrznej o tym, kim jest – tak jak to my wszyscy czynimy. Nie myślał, a zatem jego umysł przestał istnieć i uciszył się. Przekaz Bodhidharmy był prosty – zrezygnuj z poszukiwania siebie, bo ciebie nie ma.
I to jest jedyny sposób uciszenia naszego umysłu i osiągnięcia wewnętrznego spokoju. Zapomnieć o sobie, nie myśleć, zostawić wszystko za sobą. Cisza jest wtedy, gdy nie ma wiatru. A wiatr przestaje wiać, gdy przestajemy pragnąć. Ja ostatnio przestałem pragnąć czegoś, czego pragnąłem od lat. Wiatr jeszcze dmie, ale czekam spokojnie, bo wiem, że niedługo ucichnie. W ciszy, która wtedy nastanie, będę mógł odnaleźć to, co najważniejsze.
Archiwa miesięczne: Marzec 2026
O pieczarze osobistej
Platon w dialogu Państwo opisuje strukturę rzeczywistości posługując się metaforą jaskini. Na jej dnie siedzą ludzie, którzy obserwują cienie na ścianie. Te cienie to świat poznawany zmysłami. Są ponadto spętani kajdanami tak, że nie mogą obrócić głowy, by zobaczyć skąd biorą się te cienie. Nie mogą też oczywiście wyjść z jaskini. To ujęta bardzo zwięźle kondycja człowieka, niezdolnego do poznania prawdy. Dla Platona świat jest swego rodzaju Hadesem, w którym ludzie spędzają swoje życie. Owszem, istnieje obietnica, opowiedziana w dialogu, że ktoś może uwolnić się z kajdan, jeśli zazna obrócenia (periagoge), obrotu u najgłębszych podstaw świadomości.
Nie miejsce tu, by analizować całość metafory jaskini, zawierającej in nuce pełnię filozofii Platona. Chcę skupić się na jednej rzeczy. Stawiam sobie pytanie: czym są w tej metaforze kajdany, tak skutecznie krępujące ludzi? Są one przede wszystkim tym, co nie pozwala poznać prawdy. A więc wyjściowo to przywiązanie do tego, co możemy poznać zmysłami. Przywiązanie owo jest wszakże niczym innym jak przekonaniem, że przez świat dany zmysłowo nie prześwieca nic więcej. Dla niektórych wszelako przez piękno zmysłowego świata prześwieca transcendencja. Oni już widzą wyjście z jaskini. To dusze wrażliwe, artystyczne, czujące.
Ponadto jest mnóstwo innych przekonań i ograniczeń. Jedne są zbiorowe, jak postrzeganie zmysłowe, dostosowane do człowieka, nie do wszechświata, jak pisał nowożytny filozof Francis Bacon. Potem mamy kolejne przekonania: zwyczaje, język, moralność, światopoglądy, nauka. Inne jeszcze są te indywidualne, tworzące naszą pieczarę osobistą ( to termin Bacona). To nasza biografia, wykształcenie, wychowanie, słabości, nieporadność, podatność na autorytety. Jakby to powiedział współczesny psycholog – kompleksy i traumy. To one tworzą to, co nazywamy sobą, a co najczęściej jest niczym innym jak tylko dosyć żałosnym zestawem opinii i mniemań.
Praktycznie cała współczesna psychologia poświęca się badaniu pieczary osobistej. Ale z niej nie wyprowadza, za cel stawiając sobie wygodniejsze umoszczenie człowieka w więzi jego kajdan. Nie ma w niej żadnej wizji czegoś, co by przeświecało przez zmysłowy byt człowieka. Niektórzy wielcy psychologowie mówili o czymś takim. Dla mnie kimś takim był Jung. To jednak są wyjątki, dzisiaj wszyscy skupiają się na adaptacji do warunków życia. Nie zaprzeczam, to nader praktyczne i bardzo potrzebne, ale czy to wystarczy? Od lat powtarzam jedno: tylko jeśli przerośniemy nasze uwarunkowania i przekonania, jeśli obrócimy się i wyjdziemy z pieczary osobistej, tylko wtedy możemy zostać prawdziwie uzdrowieni.
O patrzeniu w niebo
Jako chłopiec miałem szczęście żyć w domu jednorodzinnym, który miał duży ogród, a za nim dwa spłachetki ziemi uprawnej i łąkę. Mogłem więc latem i jesienią oddawać się takim przyjemnościom, jak jedzenie czereśni i innych owoców prosto z drzewa, albo pomaganiu rodzicom i dziadkom w pracach polowych, głównie sadzeniu, a potem wykopywaniu ziemniaków. Napiszę o tym innym razem, bo teraz jest czas na łąkę.
Otóż nie wiem sam kiedy, ale w wieku chłopięcym, odkryłem coś niesamowitego. Miałem chyba już te lata, w których ciężar relacji społecznych zaczynał być dla mnie znacząco odczuwalny. Pewnego letniego dnia poszedłem na łąkę, niebo było bezchmurne. Było ciepło, łąka była upstrzona kwiatami, zapylanymi przez owady. Położyłem się na plecach w trawie, wpatrzyłem się nieruchomo w błękit nieba.
I wtedy zniknąłem. W absolutnie jednolitym błękicie nie było nic, co by przyciągało moją uwagę, na czym bym mógł skupić wzrok. Byłem samym patrzeniem. Nic nie zakłócało spokoju, wszelkie dźwięki gdzieś odeszły. Zaznałem całkowitego rozluźnienia, mógłbym tak leżeć godzinami. Dziś bym to nazwał relaksacją czy medytacją, ale wtedy żadne takie pojęcia nie były mi znane, był po prostu spokój.
Potem, póki mieszkałem w tym domu, czasami chodziłem na łąkę, kładłem się na plecach i wpatrywałem w błękit, wielki błękit, obietnicę nieskończoności. Rozpływałem się w nim, a moja dusza milczała szczęśliwa. Dziś ludzie uczęszczają na specjalne kursy, mające im zapewnić kontakt z przyrodą. Ja miałem to szczęście, że dobry impuls mojej duszy pokazał mi, co mogę zrobić, by trwać w spokoju. A łąka była tuż obok.
O byciu dojrzałym
Niedawno napisałem wpis o dorosłych, przez wielu kojarzonych z osobami dojrzałymi. Ale bycie dorosłym i dojrzałym to nie to samo. Dorośli nic innego jak tylko dzieci o pomarszczonej skórze. Chcą oni trwać w nieskończoność w niezmiennej postaci, jak kolorowe postacie w broszurkach świadków Jehowy. Są wiecznymi chłopcami i dziewczynkami. Bycie dojrzałym to całkiem coś innego. To uświadomienie sobie, że doszło się do kresu swej drogi – i że nastąpił czas na przekazanie pałeczki istnienia innym. Niekoniecznie to muszą być własne dzieci, o wiele częściej chodzi tu o młodych, którym dajemy swoją wiedzę i doświadczenie.
Dojrzały jest ten, który jest gotów skończyć swoje życie i umrzeć. Stać się tym, czym staje się dojrzała gruszka. Kiedyś mieszkałem w domu z ogrodem, rosła tam potężna grusza. Jesienią dojrzewały gruszki i te najbardziej dojrzałe, najsłodsze i soczyste, spadały na trawę, z której je zbierałem i jadłem. Od tego czasu dojrzała gruszka to dla mnie obraz dojrzałego człowieka. Gdy gruszka osiąga swoją pełnię, pełny smak i kolory, to pozostaje jej tylko odpaść z drzewa, by służyć jako pokarm. Podobnie jest z dojrzałym człowiekiem.
Bycie dojrzałym to pełna otwartość na śmierć. Odrywamy się z drzewa życia i dajemy pokarm innym. Karmimy ich, by też z czasem dojrzeli, a nie stali się tylko dorosłymi, którzy myślą tylko o sobie. Bo można być dojrzałym w różnych etapach życia. Możemy już za młodu dojrzeć do miłości, by w niej umrzeć jako wsobne ego. Potem możemy dojrzeć do mądrości w drugiej połowie życia, by stać się sobą. I wreszcie możemy dojrzeć do śmierci, by być pokarmem dla innych. Dojrzałość to ten czas, w którym osiągamy pełnię swojego istnienia i czujemy, że nasze życie jest byciem dla innych. .
O człowieku masowym
José Ortega y Gasset zauważył kiedyś, że „pisarz, biorąc pióro do ręki, aby napisać o temacie, który długo studiował, musi mieć na uwadze, że przeciętny czytelnik, który nigdy nie zajmował się tą sprawą, czytając jego tekst, nie chce się czegoś nauczyć, lecz przeciwnie, chce osądzić autora, gdy ten nie zgadza się z banałami, które ów czytelnik ma w głowie”. Mógłbym zakrzyknąć: Skąd ja to znam! Ano dokładnie stąd, że prowadzę fanpage Akademia Jungowska, na którym zamieszczam cytaty z Junga i inne rzeczy. Gdy jakiś cytat się zwiraluje, to pojawiają się wpisy pod nim dokładnie takiego typu, przed jakim ostrzegał Ortega y Gasset.
W tych wpisach ludzie pouczają mnie, że nie znam Junga, piszą niebotyczne głupoty, zmyślają. Przez ich wpisy przebija to, co Ortega y Gasset nazwał sto lat temu człowiekiem masowym. Główną charakterystyką mentalną człowieka masowego jest to, iż uważa on, że ma absolutne prawo do wydawania opinii na dowolny temat, bez uprzedniego wysiłku włożonego w to, by ową opinię sobie wyrobić. Wyrabianie sobie opinii to nic innego jak zdobywanie jakiejkolwiek wiedzy na temat, który chcemy opiniować. A to dla człowieka masowego jest zbyt męczące.
Dziś, w epoce internetu i mediów społecznościowych, człowiek masowy ma się jeszcze lepiej niż sto lat temu. Każdy może siąść przed swoim komputerem albo wziąć komórkę w dłoń – i wydać opinię. A tą opinią są najczęściej pierwsze słowa, jakie mu przyszły do głowy po przeczytaniu czegoś. Bez żadnej refleksji, bez żadnej wiedzy. Czysto nieświadomy odruch, jak warknięcie psa na widok innego psa. Człowiek masowy traktuje wszelkie zdobycze cywilizacji jako twory naturalne, dane mu do użytku, czy to będzie samochód, czy internet. I przez to staje się prymitywny.
Dawniej człowiek masowy miał mimo wszystko ograniczone możliwości ekspansji. Nie każdy mógł napisać felieton w gazecie, nie każdy mógł zabrać głos w formie wykładu. Dziś wystarczy chwila, by napisać coś na jakimś medium społecznościowym, by zaistnieć jakąś wyjątkowo głupią myślą. Zresztą, im głupsza, tym bardziej popularna. Korzystają na tym media, takie jak telewizja, propagując treści rozmaitej maści.
Parę lat temu byłem świadkiem ciekawej sceny w jakimś supermarkecie. Dwóch starszych panów rozmawiało i uchwyciłem fragment ich rozmowy: „To jak pan sądzi, kto mówi prawdę, TVN czy TVP?” Chciałbym tu już zapuścić kurtynę nad dalszymi dywagacjami, ale wzruszyło mnie, że ci panowie, tak dobrze pod siedemdziesiąty rok życia, odwoływali się do takiej niepopularnej kategorii, jaką jest prawda. Dzisiaj bowiem nie ma już prawdy, jest tylko niepoparta niczym opinia, mniemanie, odruch. Nic ludzkiego.
