O chrześcijaństwie i spermie

Richard Rohr w swej książce „W poszukiwaniu Graala” przytacza historię młodego filipińskiego franciszkanina (sam Rohr też jest franciszkaninem), który po raz pierwszy w życiu doświadczywszy wytrysku poczuł, że to jest jego chwila chwały i moment przełomowy w jego życiu. „Wbiegłem na boisko – mówi ów młody franciszkanin – z ręką pełną spermy, a wokół mnie zebrali się koledzy. Mam nasienie, mam nasienie – wołałem do nich. Wszyscy patrzyli na mnie z podziwem, bo znaczyło to, że jestem już mężczyzną. I wtedy podszedł mnie stary franciszkanin i zapytał: Co trzymasz w ręce? Odpowiedziałem, że moje pierwsze nasienie. Idź i umyj ręce i nie waż się teraz wracać – powiedział”. Zawiedziony młodzieniec pyta: „Dlaczego nasienie, które Bóg umieszcza w naszym ciele miałoby być czymś, czego należy się wstydzić?”

To pytanie młodego franciszkanina to podstawowe pytanie skierowane do chrześcijaństwa. Pomimo swej tezy o inkarnacji boga w ciało jest ono kompletnie bezradne wobec spraw ciała. Można powiedzieć, że chrześcijaństwo odniosło totalną porażkę, jeśli chodzi o cielesność i męskość. Wprawdzie symboliczny areopag chrześcijaństwa stanowią bóstwa męskie, ale przez to mężczyźni wcale nie mają lepiej. Są co najwyżej patologicznymi beneficjentami patriarchatu. Żadnej radości z pierwszego wytrysku, tylko nędzne, wtórne przekonanie o własnej wyższości kosztem kobiet, dzieci i świata.

Takich historii jak powyżej można usłyszeć wiele. Mnie kiedyś pewien młody mężczyzna powiedział, że gdy miał pierwszy wtrysk pod prysznicem, to oprócz oczywistej przyjemności poczuł się także winny, bo mógł przecież owego nasienia użyć do zapłodnienia jakieś kobiety. To wspaniały przykład podświadomej transmisji poczucia winy, tak charakterystycznej dla chrześcijaństwa. Rodzina tego młodego mężczyzny nie należała do zbyt pobożnych, ale jego matka była sierotą, wychowaną przez zakonnice. Porównajmy jego poczucie winy z radosnym przeżyciem młodego Filipińczyka.

Radość kontra poczucie winy – oto chrześcijaństwo. Niestety, ta esencjonalnie patriarchalna mitologia nie przysłużyła się mężczyznom, budowała czasami tylko dobry pijar dla ich najgorszych przywar. Mężczyźni padają bowiem ofiarą tego, co tak lubią – hierarchii. W oparciu o nią budują instytucje religijne i wszelkie inne struktury. A instytucja wypacza doświadczenie indywidualne, którego podstawą jest doświadczenie ciała. Hierarchia i nieodłącznie z nią powiązana rywalizacja jako tako funkcjonują w stadzie szympansów, ale w społeczeństwach ludzkich są tylko źródłem zła strukturalnego.

Dodaj komentarz