Archiwa miesięczne: Luty 2026

O dorosłych

Kiedy byłem dzieckiem, obserwowałem dorosłych. A oni zawsze zachowywali się tak, jakby wiedzieli, co robili; jakby byli na scenie. Z pewnością tylko udawali, że wiedzieli, co należy zrobić w danej sytuacji. Udawali, że wszystko było w porządku, pod kontrolą i że sposób, w jaki żyli i działali, był jedynym możliwym sposobem na życie i działanie. Udawali, że spełniają swoje obowiązki tak jak należało; że ich występy są godne najwyższego uznania. W sztuce ściemniania byli nieprześcignieni.
Dlaczego tak się zachowywali? Jak mogli sądzić, że kogokolwiek nabiorą na swoje gry? Jako dziecięcy widz tego przedstawienia wiedziałem, że odtwórcy ról pierwszoplanowych improwizują, mając cichą nadzieję, że nie spieprzą wszystkiego. Uff! Znowu nam się udało! – tak sobie myśleli, gdy kolejna sytuacja, w której kompletnie nie wiedzieli co robić, uszła im na sucho. Bo bycie dorosłym to nieustanne robienie dobrej miny do złej gry. Typowy dorosły to ktoś, kto opanował do perfekcji sztukę okłamywania samego siebie.
Teraz jestem postrzegany jako dorosły. Niestety czasami moja gra mi nie wychodzi, a tym bardziej mina. Nie umiem okłamywać siebie. Czuję na sobie spojrzenie młodych ludzi, którzy mają zestaw mocno określonych wyobrażeń na temat dorosłych. Dla jednych dorośli to skończeni dziadersi, dla innych ktoś, kto powie im jak żyć. Nie jestem ani jednym, ani drugim. Patrzę ze swojego wnętrza na ten świat i dziękuję losowi, że dał mi już tyle dekad życia, w trakcie których moje dziecięce obserwacje się potwierdziły.
Bo to chyba jedyny przywilej bycia tzw. dorosłym, to możliwość zobaczenia samego siebie powiedzmy sprzed czterdziestu lat. Nie musimy wtedy polegać na spojrzeniu innych, możemy zobaczyć siebie w dalszej i głębszej perspektywie. To nie jest dane dwudziestolatkom, oni naiwnym i pierworaźnym spojrzeniem starają się nieporadnie ogarnąć siebie i świat, a dzięki swej młodzieńczej niewiedzy uważają, że są tacy, jacy są, a świat jest taki, jakim go widzą. To najpiękniejsze złudzenie. Piękniej jest wszakże wtedy, gdy ono pryska, i stajemy się już nie dorosłymi, ale dojrzałymi ludźmi.



O nieświadomości indywidualnej

Ten termin jest zaczerpnięty z psychologii C.G. Junga, ale jego rozumienie, jakie tu przedstawię, może odbiegać od intencji twórcy. Nieświadomość indywidualna to swego rodzaju archiwum wszystkiego, czego doświadczyliśmy w ciągu naszego życia. Większość z tego pamiętamy, czasem bardzo dobrze. Nie jest możliwe pamiętanie wszystkiego, ale możemy zawsze przypomnieć sobie coś bardzo istotnego, coś co zaważyło w większym lub mniejszym stopniu na naszym życiu.
I tu pojawia się najbardziej istotna, przynajmniej w mojej opinii, charakterystyka nieświadomości indywidualnej: zawiera ona właśnie to wszystko, o czym możemy opowiedzieć. I to, co najważniejsze, w każdej sytuacji, czy rozmawiając z partnerem, czy to gabinecie terapeuty, czy w rozmowie z bardzo bliskim przyjacielem, czy też w intymnym dzienniku – możemy powiedzieć wszystko. Możemy dać ujście naszym wewnętrznym głosom, możemy opowiedzieć o rzeczach, które nam się przydarzyły, możemy powiedzieć wszystko.
Dziwi mnie, jak wiele osób, często mi bliskich, nie chce nic mówić o swoim życiu, o przeszłości, o tym, co im się wydarzyło i co robili. Tak karmią swoją nieświadomość indywidualną, której zawartością jest coś o czym wiemy, że zrobiliśmy, ale z powodu wstydu społecznego i chęci ukrycia nie chcemy wypowiedzieć. Przecież wszystko, co można powiedzieć, można powiedzieć. Nieświadomość indywidualna to jest właśnie to wszystko, co możemy powiedzieć, a skoro możemy powiedzieć, możemy ją oczyścić. Bo jej treścią, wracając do koncepcji Junga, są osobiste kompleksy, których treść jest opowiadalna, bo biograficzna. To czyny i wydarzenia naszego życia.
Jednak prawie wszystkie osoby, jakie spotykałem, wolały milczeć o tym, co robiły w swoim życiu. Albo nic nie mówiły, albo mówiły bardzo ogólnikowo, praktycznie ściemniały, mrużąc oczy i uśmiechając się. Trzymały dla siebie swoje miałkie tajemnice, jakby nic wartościowszego nie było w ich życiu. Zawsze mnie zastanawiało, czego się boją. To smutne, bo z takimi osobami już się nie da się rozmawiać. Teraz już wiem, takie osoby odczuwają siebie tylko jako element stada społecznego, boją się zatem jego osądu. A tylko wyjątkowa jednostka może zdobyć się na to, by powiedzieć wszystko, bo oczyścić swoją nieświadomość indywidualną. Bo życie w nieświadomości to nic innego jak życie w kłamstwie, a to praktykuje większość ludzkiej populacji.

O tym, co najlepsze w życiu

Co najlepszego spotkało mnie w życiu? Możliwość bycia z osobami lepszymi ode mnie. Oczywiście nie z takimi, które się za lepsze uważają. Obcowanie z takimi typami budziło we mnie zawsze wstręt, bo bycie przy nich było niczym duszenie się. Nic dziwnego, przecież takie osoby uważają, że nie ma nic i nikogo lepszego poza nimi.
Natomiast te osoby, które naprawdę były lepsze ode mnie, pozwalały oddychać, inspirowały w sensie dosłownym i przenośnym. Zajmowały się sobą, w najlepszym tego słowa znaczeniu. Swoją pracą, rozwojem, swoimi zainteresowaniami. Były spełnione. Dlatego przebywanie w ich towarzystwie było tak niesamowicie wzbogacające.
Nie ma bowiem nic lepszego i cennego na tej ziemi, jak człowiek, który nie pieści swojego ego, nie wpływa na innych, by się dowartościować, a zamiast tego jest uważny i wspierający w byciu z innymi. Porzućmy zatem idiotów, egoistów i tym podobne zakompleksione typki. Bądźmy wybredni – tylko ktoś lepszy ode mnie. Wiem, że to trudne, bo większość ludzi przypomina bohaterów wiersza Tuwima, który rozpoczyna się od pamiętnych słów:
„Spotkali się w święto o piątej przed kinem
Miejscowa idiotka z tutejszym kretynem.”
Zatem, na koniec tego wpisu mogę powiedzieć tylko jedno: unikajcie idiotek i kretynów. Szukajcie lepszych od siebie, bo tylko wtedy życie jest warte przeżycia. Jak uniknąć idiotki i kretyna? Pomoże w tym podstawowa ich definicja, podana już na początku wpisu: to osoby, które uważają się za lepsze od wszystkich innych.

O niemożebności bycia sobą

Tydzień temu napisałem o tym, jak ważne jest stawanie się sobą. Nie napisałem jednak, jak to jest ekstremalnie trudne. Przywołując słowa Junga: „Najbardziej przerażającą rzeczą jest całkowita akceptacja siebie samego”. Tak, zaakceptowanie siebie takiego, jakim się jest jest praktycznie niemożliwe. A zatem także niemożliwe jest stanie się sobą. Przerażenie przed tym, kim jesteśmy wzbudza w nas tysięczne sposoby unikania bycia sobą. Cała kultura to zestaw sposobów na to, jak nie być sobą.
Muszę się w obliczu tej trudnej prawdy pogodzić się więc z myślą, że bycie sobą jest niemożliwością. Nie możemy być sobą, nie możemy zaakceptować tego, kim jesteśmy w całej pełni – i to jest nasza kondycja ludzka. Zawsze zostaniemy szczątkowi i połowiczni, zawsze coś z nas będzie poza nami. Być sobą jest bowiem całkiem niemożebne. A przerażenie bycia sobą to podstawowe uczucie, które towarzyszy każdemu człowiekowi od samych jego początków.
Tak więc, moi mili czytelnicy, nie przejmujcie się sobą. Jeśli kochacie siebie, to jest tylko przyjemna iluzja, konieczna dla przeżycia tych kilkudziesięciu lat na Ziemi. Wyjściowo, każdy nie znosi siebie i żyje tylko w kręgu przyjemnych złudzeń. Nigdy nie dochodzimy do końca. Nigdy nie możemy stać się sobą, nigdy nie osiągniemy pełni. I dopiero miłosierna śmierć powie nam, cytując Jima Morrisona: „This is the end, my beautfuil friend.”