Jako chłopiec miałem szczęście żyć w domu jednorodzinnym, który miał duży ogród, a za nim dwa spłachetki ziemi uprawnej i łąkę. Mogłem więc latem i jesienią oddawać się takim przyjemnościom, jak jedzenie czereśni i innych owoców prosto z drzewa, albo pomaganiu rodzicom i dziadkom w pracach polowych, głównie sadzeniu, a potem wykopywaniu ziemniaków. Napiszę o tym innym razem, bo teraz jest czas na łąkę.
Otóż nie wiem sam kiedy, ale w wieku chłopięcym, odkryłem coś niesamowitego. Miałem chyba już te lata, w których ciężar relacji społecznych zaczynał być dla mnie znacząco odczuwalny. Pewnego letniego dnia poszedłem na łąkę, niebo było bezchmurne. Było ciepło, łąka była upstrzona kwiatami, zapylanymi przez owady. Położyłem się na plecach w trawie, wpatrzyłem się nieruchomo w błękit nieba.
I wtedy zniknąłem. W absolutnie jednolitym błękicie nie było nic, co by przyciągało moją uwagę, na czym bym mógł skupić wzrok. Byłem samym patrzeniem. Nic nie zakłócało spokoju, wszelkie dźwięki gdzieś odeszły. Zaznałem całkowitego rozluźnienia, mógłbym tak leżeć godzinami. Dziś bym to nazwał relaksacją czy medytacją, ale wtedy żadne takie pojęcia nie były mi znane, był po prostu spokój.
Potem, póki mieszkałem w tym domu, czasami chodziłem na łąkę, kładłem się na plecach i wpatrywałem w błękit, wielki błękit, obietnicę nieskończoności. Rozpływałem się w nim, a moja dusza milczała szczęśliwa. Dziś ludzie uczęszczają na specjalne kursy, mające im zapewnić kontakt z przyrodą. Ja miałem to szczęście, że dobry impuls mojej duszy pokazał mi, co mogę zrobić, by trwać w spokoju. A łąka była tuż obok.
O patrzeniu w niebo
Dodaj komentarz
