Archiwum kategorii: Bez kategorii

O podsumowaniach

Mówi się, że koniec roku to pora podsumowań. Zawsze zastanawiało mnie, jak to z tymi podsumowaniami jest. Skoro bowiem prawie wszyscy bawią się, odpalają fajerwerki, otwierają szampana itd. czy to znaczy, że cieszą się w minionego roku, pełnego osiągnięć, radości, zysków i podbojów? Czy może raczej chcą zagłuszyć rozpacz, zapić porażki, stłumić niechęć do samego siebie i bliźnich, oszukując się, że przyszły rok będzie lepszy? Mój pesymizm podpowiada mi to drugie rozwiązanie. Co roku oszukujemy samych siebie, robiąc dobrą minę do złej gry zwanej życiem.

Moim zdaniem radosne obchodzenie nowego roku to rytuał apotropaiczny. Ma nas chronić przed podstawowym lękiem wiążącym się z tym, co ma nadejść, a co jest nieznane. Kiedyś zbiorowe struktury mentalne kazały lękać się potępienia i wierzyć w opatrzność boską, a dziś podobne struktury mentalne każą wierzyć w przyszły sukces i szczęście. Jedno i drugie jest tylko iluzją i by podtrzymać jej istnienie, musimy się oszukiwać. Nie będę się rozgadywał, bo szampan się mrozi, paczka przyjaciół i zimne ognie czekają, tak więc na koniec sparafrazuję tylko słynne powiedzenie Einsteina: „Nie wiem czy wszechświat jest nieskończony, ale jestem pewien, że ludzka zdolność do samooszukiwania jest nieskończona”.

O archetypie dziecka

Każdy mężczyzna ma szansę zostać ojcem, każda kobieta może zostać matką. Wystarczy tylko, by on spłodził, a ona urodziła. A wtedy dostają jeszcze jedną szansę: mogą zobaczyć w życiu swego dziecka obietnicę osobistego odrodzenia, ponownych narodzin w tym życiu. Niestety, prawie wszyscy rodzice nie korzystają z tej szansy, popełniają podstawowy błąd, chcąc by dziecko żyło ich życiem – tym przeżytym albo nieprzeżytym. Nazywają to podniośle wychowaniem. Ale co jest dobrego w uporczywych próbach zrobienia ze swojego dziecka takiego samego idioty, jakim się jest? To rodzice powinni kształtować swoje życie na obraz i podobieństwo swego wzrastającego dziecka, czerpać od niego siłę duchową do nieustannego tworzenia od nowa samych siebie. „Dziecko jest ojcem rodzica” mawiali alchemicy.

Tak o tym napisał kiedyś C.G. Jung:„Dziecko przygotowuje przyszłą przemianę osobowości. W procesie indywiduacji antycypuje ono ową postać, która zrodzi się z syntezy elementów osobowości świadomej i nieświadomej. Chodzi tu zatem o symbol jednoczący przeciwieństwa, o pośrednika, zbawcę, czyli tego, który przywraca całość i zdrowie”. Takim symbolem może być dla rodziców ich dziecko, gdyby tylko potrafili ujrzeć w nim element rzeczywistości symbolicznej, a nie obiekt do wychowywania. Drogi rodzicu – nie produkuj kolejnego kretyna. Chcesz być mądrym staruszkiem? Słuchaj dziecka.

No cóż, ale w ten wigilijny dzień zapewne wybierzesz się na kolejne martwe spotkanie w gronie rodziny, albo na kolejną martwą imprezę w klubie, albo na kolejną samotną nasiadówkę. Jeśli jesteś martwy, to wszędzie, gdzie się znajdziesz będzie drętwo. A dziecko jest żywe. Jest tym, co żywe w każdym z nas. Bo życie to coś znacznie więcej niż rytuały, nawyki, konieczności. To absurdalne i nowe rzeczy, które robimy nawet wtedy (czy może zwłaszcza wtedy?), kiedy jesteśmy starzy. Bądź dzieckiem, bądź szalony, bo martwe jest życie tego, kto nigdy nie zadziwił się nad sobą: „Jak ja mogłem popełnić takie głupstwo!?”

Bogiem bowiem jest samo życie, a najlepszym obrazem życia jest bawiące się dziecko, niewinne i zarazem pełne przeznaczenia, łagodne i okrutne w nieświadomy sposób, nie znające swoich celów, ale nieustannie odradzające się, tworzące przyszłość. Nie wiem dlaczego w tym życiu, wraz z postępem lat, coraz bardziej sztywniejemy i umieramy dla naszej duszy. Wiem tylko, że dziecko, w jego najlepszych aspektach, jest wieczną obietnicą rozpoczynania wszystkiego na nowo, której pragnie cała ludzkość. Jego obraz kompensuje sztywność oderwanej świadomości, pogrążonej w pustce świata społecznego, daje bowiem ludziom zakorzenienie w nieustannym odradzaniu się. Dziecko jest niczym wschód Słońca, jest obietnicą nowego dnia, który wyrywa nas z mroków martwego życia.

O nadawaniu sensu

Parę dni temu wsiadłem do pociągu w Katowicach, by przejechać dwie stacje, do Chorzowa Batorego. Krótka trasa, sześć minut, nic w życiu człowieka, a co dopiero w miliardoletnim istnieniu wszechświata. Przeszedłem kilkanaście metrów by poszukać wolnego miejsca. Znalazłem je, naprzeciwko siedziała kobieta w wieku około czterdziestu lat. Ledwo pociąg ruszył usłyszałem zawołanie konduktora; „Proszę przygotować bilety do kontroli!” Wyciągnąłem swój i pokazałem. Pani z naprzeciwka powiedziała: „Nie mam biletu”, z ukraińskim akcentem. Na to konduktor: „To proszę go teraz kupić”. Pani: „Nie mam pieniędzy”. Konduktor: „To poproszę dowód”. Pani: „Nie mam, wzięłam inną torebkę”. Konduktor: „A gdzie pani jedzie?” Pani: „Do Rudy Chebzie. ile kosztuje bilet?” Konduktor: „9.50”. Kobieta wyszperała 5 złotych drobnymi z kieszeni. Konduktor: „To musi pani wysiąść”. W tym momencie już nie wytrzymałem, wyciągnąłem 10 złotych z portfela i zapłaciłem za jej bilet. Nie oponowała, miły konduktor również. Za chwilę wysiadałem, powiedziałem do pani: „Dobrej podroży”. Uśmiechnęła się i podziękowała.

Taką sytuację można w różny sposób zinterpretować i skomentować. Ja pozwolę sobie wybrać moje widzenie tego, co się wydarzyło. Całkiem przypadkowo siadłem na tym, a nie innym miejscu. Zdarzyło się to, co się zdarzyło. Mogłem zareagować inaczej, czyli tak naprawdę w ogóle nie reagować, siedzieć z nosem w komórce. Jestem jednak człowiekiem, który nade wszystko ceni sobie sens i szuka go we wszystkim, co mu się przydarza. Pomyślałem sobie: „Tu siadłeś i od tego co zrobisz zależy sens tej sytuacji”. Zawsze jest jakiś sens, ale od świadomej reakcji człowieka zależy to, jaki on będzie. Ja wybrałem taki, niezależnie od tego, czy ta kobieta mówiła prawdę czy nie, niezależnie od tego, co skłoniło ją do takiego zachowania. W faktach nie ma żadnego sensu, najważniejsze jest to, jak my na nie reagujemy. Świat jest nieprzeniknionym splotem zdarzeń, a my możemy w tej gęstwinie odnaleźć sens przez nasze świadome działanie.

Może ktoś jednak by chciał dopytać, jaki dokładnie był według mnie sens tej sytuacji. Nie odpowiem. Sam, czytelniku, zadecyduj. Twoja lektura tego tekstu to kolejne nowe wydarzenie w miliardoletniej historii istnienia wszechświata. Sam nadajesz sens i odczytujesz znaczenia. Żaden system i nikt poza tobą nie zrobi tego za ciebie. Na tym polega ostatecznie życie. Jest ono nieustannym, z minuty na minutę, nadawaniem sensu temu, co się przydarza. Małe zwierciadełko, jakim jest nasza świadomość, ma tą niesamowitą moc. Odzwierciedla to, co się przydarza, ale przydaje też wszystkiemu wymiar, który nie istnieje bez niej, wymiar sensu. I na tym to wszystko polega. Bo czasem nawet umycie zębów jest czymś absurdalnym, a co dopiero nasze życie jako całość. Wszystkie fakty, które składają się na nasze życie są tylko zaproszeniem do sensu. Reszta zależy od nas, bo tylko sami możemy się wyłgać z systemu życia i odnaleźć coś swojego.

O pożytku z życia

Z tych lat, jakie udało mi się przeżyć na tej nader ciekawej planecie, wyciągam taki wniosek: najlepsze, co mi się przydarzyło, to obcowanie z ludźmi lepszymi i mądrzejszymi ode mnie. Nie było ich zbyt wielu, na placach jednej ręki można policzyć, a i to nie wszystkie będą użyte. Nie liczy się jednak ilość. Liczy się to, że każda z takich osób była niczym dźwig, który samą tylko swoją obecnością podciągał mnie ku górze. A raczej to ja sam się podciągałem, starając się być choć trochę taki jak ona. To najlepsza mechanika jaką znam.

Jak spotkać takich ludzi? No cóż, trzeba mieć trochę szczęścia – jak to w życiu – ale najważniejsza jest umiejętność ich rozpoznawania. Nie każdemu jest ona dana, bo jak dobrze wiadomo tych, którzy nie chcą zmądrzeć ciągnie do głupich. Jeśli jednak nie zapomnieliśmy o tym, by pielęgnować w sobie ten najbardziej wartościowy pierwiastek natury ludzkiej jakim jest ciekawość, to może się nam udać – przy łucie szczęścia. Ja chyba miałem trochę szczęścia.

Ale szczęściu trzeba też pomoc. Opowiem historię z mojego życia. Na czwartym roku studiów, na zajęciach z estetyki, napisałem pracę o symbolice alchemicznej u Hieronymusa Boscha, inspirując się pismami C.G Junga i A. Boczkowskiej. Prowadząca zajęcia powiedziała mi, że w Krakowie prof. Andrzej Wierciński prowadzi wykłady pełne symboliki, i robi to tak, jak niegdyś Jung. Wtedy – jedyny raz w moim życiu – pojechałem zobaczyć człowieka, który robi coś podobnego do tego, co mnie fascynowało. Przyjechałem do Krakowa po raz pierwszy wiosną 1992 roku i zostałem na wykładach aż do śmierci profesora 8 grudnia 2003 roku. W czasie wykładów prof. Wierciński, posiłkując się specyficzną formą hermeneutyki kabalistycznej, zwanej gematrią, analizował wszelkie religioznawcze tematy, od symboliki wielkanocnego zająca, po postać mesjasza i reinkarnację. Po wykładzie w gronie paru osób szliśmy do restauracji na dworcu zjeść kolację i porozmawiać. Potem każdy wsiadał do swego pociągu. W 1998 roku pod kierunkiem prof. Wiercińskiego obroniłem doktorat. Był jedną z najważniejszych osób w moim życiu.

I to tyle o pożytku z życia. Nic skomplikowanego. Unikaj idiotów, szukaj mądrych, sam nie bądź nudnym człowiekiem, otwieraj się na to, co nowe i niezwykłe, dostrzegaj i doceniaj piękno i miłość. A jak widzisz przed sobą łut szczęścia to go łap. To doprawdy nie jest takie trudne. Dlatego pozostaję w nieustannym, głębokim zadziwieniu, że większość ludzi tego nie potrafi i pędzi swój żywot w cichej rozpaczy, nienawidząc najpierw samych siebie, a potem wszystkich i wszystko. Życie ich przerasta, nie potrafią podciągnąć swojej szyi ani centymetr ponad poziom bagna, jakim ono jest.

O byciu we dwoje

Lubię samotność. Ma swoje niezaprzeczalne zalety. Mogę swobodnie robić to, co chcę, sycić się iluzją niezależności od świata, bycia sobą. W samotności mogę pisać wpisy na tym blogu. Mogę czytać. Mogę oglądać filmy. Mogę wszystko. Samotność obdarowuje mnie sobą. Powracam wtedy do siebie, ciesząc się tym, co ze mnie emanuje.

Ale w byciu we dwoje jest jakieś dziwne ciepło. I nie chodzi tylko o możliwość nagłego przytulenia się, o rozmowę, o wspólnie przygotowany i zjedzony posiłek. To coś więcej, takie dojmujące poczucie bliskości i obecności, nawet jeśli ona siedzi zajęta swoimi sprawami w drugim pokoju. Czuję wtedy ciepło, ciepło bycia we dwoje. Jest obok i to wystarcza.

Czasem jednak jej nie ma. Jestem wtedy sam. Czekam na nią, ale też rozkoszuję się samotnością. Gdy wróci, znowu będzie obok. Moje życie wzbogaciło się o rozkosz i ciepło – rozkosz bycia samotnym i ciepło bycia razem. Jak dwie strony jednej monety, jak in i jang, dopełniają się tworząc pełnię mojego życia.

Bycie we dwoje jest niczym wdech, napełniający moje płuca tlenem. Samotność natomiast przypomina wydech, opróżniający płuca z dwutlenku węgla. Przychodząc na świat bierzemy pierwszy oddech, po to, by zaistnieć i żyć. Podobnie bycie we dwoje jest podstawą, na której możemy budować nasze życie.

O największej iluzji młodości

Młodzi ludzie, a tym mianem określam osoby do tak mniej więcej trzydziestego roku życia, żywią pewną podstawową iluzję, wynikającą tylko z tego, że są tak młodzi. Uważają mianowicie, że istnieją tak zwani ludzie dorośli. Patrząc na starszych od siebie ludzi, o pomarszczonej skórze i siwych włosach, uważają ich za dorosłych. Są to ich rodzice, nauczyciele, mentorzy. Wszyscy oni mają za sobą już kilka dekad w survivalu zwanym życiem. Nic dziwnego, że ich ciała wyglądają na nieco zużyte. Jednak wydawanie jakiegokolwiek osądu tylko na podstawie owych zmian cielesnych jest dosyć ryzykowne.

Sam pamiętam, iż w młodym wieku ulegałem tej iluzji. Obecnie, niedługo dobiegając sześćdziesiątki, mam okazję obserwować ją z przeciwstawnej perspektywy. To zupełnie jakbym tropem Alicji w krainie czarów przedostał się na drugą stronę lustra. Teraz widzę jasno i wyraźnie na czym polega natura owej iluzji. Z mojego punktu widzenia nic się nie zmieniło pomimo upływu lat. Moje wnętrze pozostaje pozaczasowe, nieco tylko zmieniając się w ciągu tych minionych dekad. Natomiast zewnętrzność, podstawa iluzji, zmieniła się bardziej. Tylko ją dotknął czas, władca spraw zewnętrznych.

I każdy, kto obcuje ze mną zwracając uwagę jedynie na moją zewnętrzność, podlega sile iluzji. Jeśli ktoś natomiast zbliży się do mnie i mnie zechce bliżej poznać, ujrzy, jak złudne jest jego przekonanie, iż jestem dorosłym człowiekiem. Gdybym był dorosły, byłbym martwy. Ale żyję, bo nigdy nie wyrzekłem się pozaczasowego rdzenia swojej istoty, który zawsze pozostaje z sobą tożsamy. Niegdyś, około dwunastego roku życia sobie go uświadomiłem, i wtedy stałem się dla siebie sobą. I do dzisiaj świadomość ta jest mi dostępna, niezmiennie stanowiąc źródło mojej siły życia.

Zdaję sobie jednak sprawę, że dla młodych ludzi jest prawie niemożliwe nie żywić iluzji dorosłości. Ci, której jej ulegają – a moim zdaniem stanowią oni większość – starają się z czasem dorosnąć, mordując swoje pierwotne poczucie tożsamości, które każdy odkrywa we wczesnym nastoletnim wieku. Zwykle im się ten mord udaje. Stają się wydmuszkami, pustymi skorupami, które miliardami zaludniają ten świat. A może by tak spróbować żyć inaczej?

Bodhidharma

Pierwszy patriarcha szkoły ch’an (jap. zen) w Chinach, żyjący w latach 470 – 543 n. e. Był księciem, podobnie jak Budda. W ogóle bycie księciem sprzyjało w tamtych czasach rozwojowi duchowemu. W naszych czasach również. Po przybyciu z Indii próbował przekazać Chinom swoją naukę, esencję buddyzmu, będącą „prawdziwym przekazem poza słowami i pismami”. Nie spotkał się jednak ze zrozumieniem. Cesarz Wu-di miał spytać Bodhidharmę o istotę religii i rodzaj zasług jakie czerpiemy z jej wyznawania. W odpowiedzi usłyszał pogardliwe: „Wielka pustka i nic świętego”. W słowach tych czujemy już ducha zen, bezwzględnego w dążeniu do prawdy ukrytej poza wszelkimi słowami. „Umysł jest buddą i budda jest umysłem” – oto istota jego nauki.

Sam Bodhidarma nie znajdując odzewu ani zwolenników swojego przesłania, osiedlił się w okolicach słynnego klasztoru Shaolin. Praktykował tam wytrwale, wedle tradycji siedząc dziewięć lat twarzą do ściany w grocie nieopodal świątyni. To radykalizm i bezkompromisowość uczyniła z Bodhidarmy „postać kultową” – oddziałał bardziej siłą swego postępowania, a nie pism. Jego równie bezkompromisowy uczeń, Huei-ko, który by wykazać swe oddanie w poszukiwaniu prawdy miał odciąć sobie ramię, został drugim patriarchą szkoły ch’an.

Jest mnóstwo legendarnych opowieści o Bodhidharmie. Najpewniej sporo z tego, co tu opisałem to też legendy. No cóż, nigdy nie przestaje mnie dziwić ta właściwość ludzkiego umysłu, nawet takiego, który poszukuje wyzwolenia od wyobrażeń i pragnień, jak w buddyzmie, do tworzenia fantastycznych opowieści. Dzieje się tak dlatego, że cele stawiane przez buddyzm czy inne podniosłe nauki, są praktycznie nieosiągalne i wtedy pozostaje tylko to, zawsze ludzie mieli na podorędziu – opowiadanie niezwykłych historii, uprawianie mitologii. Takie opowieści przybliżają zwykłemu człowiekowi to, co mu niedostępne.

Dlaczego o tym piszę? Bo Bodhidharmie przypisuje się nader znaczące słowa: „Nie tworzenie iluzji jest oświeceniem”. Wystarczy zatem nie ulegać pokusie wyobraźni mitologicznej, porzucić infantylną pokusę pięknych historii, nie tworzyć iluzji. Ale to chyba najtrudniejsza rzecz dla ludzkiego umysłu, żywiącego się od niepamiętnych czasów opowieściami, mitami, pięknymi acz nieprawdziwymi. I tak pozostanie, aż do końca rasy ludzkiej. Nawet nadzieja na czysty umysł zostanie zawsze ubrana w mitologiczne opowiastki. Ostatecznie czym bowiem jest ludzkość, jak nie bandą niewydarzonych dzieciaków?

O doświadczaniu zmiany

„Życie jest to opowieść idioty, pełna wrzasku i wściekłości, nic nie znacząca”. To Shakespeare w Makbecie. W ten specyficzny, namiętnie zachodni sposób wyraził pierwszą szlachetną prawdę buddyzmu, która głosi, że życie jest cierpieniem. Czym jest cierpienie, duhkha? To może zbyt twarde słowo, bo buddystom chodzi o zasadniczą niewygodę, dyskomfort, towarzyszący każdej chwili naszego życia. Pewien nauczyciel buddyjski porównał życie do podróży wozem, którego osie nieustannie skrzypią. I rzeczywiście trudno zaprzeczyć, że w naszym życiu coś ciągle „skrzypi”. Każde nasze doświadczenie jest słodko-gorzkie. Duhkha to towarzyszący nam nieustannie brak stałego zadowolenia.

Buddyjską intuicję tego, czym jest życie i związane z nim cierpienie najlepiej można oddać opisowym sformułowaniem: doświadczanie zmiany. Jesteśmy w nieustanym przepływie, a mimo to jest coś w nas, co pragnie trwałości, niezmienności. Tak działa nasze ego. Tworzy ono rozmaite iluzje dotyczące nieprzemijalności, bo tylko to daje mu zadowolenie. Najbardziej ekstrawagancka z nich to koncepcja nieśmiertelnej duszy. Skoro w tym świecie wszystko przemija – szepcze nam do ucha ego – to chociaż wyobraźmy sobie inny świat, gdzie wszystko jest trwałe. Doprawdy, zdolności do samooszukiwania się przejawiane przez ego są nieskończone.

Ja wszelako jestem realistą i twardo stąpam po ziemi, nawet jeśli okazuje się ona ostatecznie płynnym gruntem naszego doświadczania zmiany. Wiem, że wszystko co piękne, przemija, to co złe też. Nie chwytam się niczego, obserwuję swoje życie jak bieg obłoków po niebie. Dziś jestem tu, jutro tam, a pojutrze mnie już nie będzie. To naturalna kolej rzeczy. Czasem moje usta są pełne wrzasku, czasem milczę. Czasem jestem idiotą, a czasem mądry. Dziwią i degustują mnie ludzie, nie wiedzą bowiem jak żyć. Nie akceptują swojego życia – a co innego mamy niż to właśnie życie, czasem szalone, czasem nudne, a czasem nie do zniesienia?

Suzuki o chrześcijaństwie

Daisetz Teitaro Suzuki był japońskim profesorem i praktykiem zen, żyjącym w latach 1870 – 1966. Któż z nas nie czytał w młodości jego Wprowadzenia do buddyzmu zen, wydanego w Polsce w 1979 roku. Już w latach trzydziestych XX wieku Jung próbował zrozumieć zen – niestety z miernymi skutkami – przy pomocy tej książki Suzukiego, do której zresztą napisał przedmowę. Innym udało się to o wiele lepiej, gdy w latach pięćdziesiątych Suzuki odwiedził USA i odtąd dyskusje akademickie i seminaria pełne były dywagacji na temat zenu w jego ujęciu. Dotarł też do beatników i zainspirował pierwsze próby asymilacji zenu w sferach artystycznych.

Miało być wszakże o chrześcijaństwie. Joseph Campbell, znakomity znawca mitów i religii, słuchał wykładów Suzukiego i w swej Potędze mitu przytacza jakże trafną charakterystykę chrześcijaństwa dokonaną przez buddystę: „Bóg przeciwko człowiekowi. Człowiek przeciwko Bogu. Człowiek przeciwko naturze. Natura przeciwko człowiekowi. Natura przeciwko Bogu. Bóg przeciwko naturze. Zabawna religia!” Nic dodać, nic ująć. Nie znam bardziej zwięzłych słów, które tak trafnie punktują wszystkie ułomności światopoglądu chrześcijańskiego. Cała związana z nim ideologia (religia miłości itp.) jest maskowaniem tych immanentnych chrześcijaństwu sprzeczności.

O religii i transformacji świadomości

J.M. Reynolds w książce Czarownice i dakinie pisze:„Tantra traktuje świat jako zewnętrzną manifestację wewnętrznej zasady oświecenia, natury Buddy, która od samego początku pozostaje czysta. Świat pojawia się jako nieczysty i przepełniony cierpieniem, ponieważ od zamierzchłej przeszłości nasza wizja jest zniekształcona i zaciemniona – chodzi tu więc głównie o transformację naszej nieczystej karmicznej wizji w czystą świetlistą wizję oświeconej świadomości”. Religia jest obietnicą transformacji tej wizji, transformacji świadomości. Niektóre oferują ją za życia, jak buddyzm, inne dopiero po śmierci, jak chrześcijaństwo. Wszelako zawsze ta obietnica kusi. Jednak by z niej skorzystać konieczne jest wpierw postrzeżenie świata w jego bolesnym aspekcie. Dopóki się łudzimy, póki uważamy że nasze życie jest dobre i przyjemne, żadna przemiana nie jest możliwa.

A przecież nawet zaawansowane praktyki religijne wykorzystujemy po to, by się łudzić, oszukiwać siebie co do prawdziwej natury tego świata, uciekamy na wszystkie możliwe sposoby od transformacji naszej świadomości. Dlaczego tak czynimy? No cóż, czasem nawet rzeczy stare i szacowne dają się ująć w nader krótkich słowach. Tak uczynił Thomas Matus w swej książce Joga i modlitwa jezusowa, gdzie mentalność człowieka religijnego ujął w prostej formule: „Jeśli zdołam pojąć siebie w kategoriach absolutnego, wiecznego systemu, którego jestem częścią, to ostatecznie nic złego nie może mnie spotkać”. Albowiem funkcją każdej religii jest upraszczanie rzeczywistości, sprowadzanie jej do ograniczonych możliwości mentalnych homo sapiens i tym samym czynienie świata „przeżywalnym”. Wbrew roszczeniom religii nie niosą one objawionej prawdy, lecz prawdę czysto pragmatyczną, skrojoną dla potrzeb naszego gatunku. Religie są tylko systemami pocieszania, blokującymi wszelką transformację świadomości.