Archiwum kategorii: Bez kategorii

Opowieść o Kisagotami i kryzysie klimatycznym

W tradycji buddyjskiej znajdujemy opowieść o młodej kobiecie, Kisagotami, której malutki synek, liczący sobie ledwo rok, zmarł w wyniku nagłej choroby. Zrozpaczona i zdruzgotana nie chciała go wypuścić z objęć i błądziła po wiosce, prosząc każdą napotkaną osobę o pomoc. Pragnęła by ktoś wezwał lekarza, bo nie wierzyła w śmierć swojego synka. Ludzi jej unikali i uważali za szaloną. Wreszcie ktoś jej powiedział, że w wiosce obok jest lekarz, który jej pomoże. Lekarzem tym był Budda. Kisagotami szybko dotarła do tej wioski, trzymając ciało swego synka w objęciach. Spotkała się z Buddą, a ten rzekł: „Tak, jest lek który pomoże twojemu synkowi. Ale by go otrzymać musisz najpierw przynieść trzy ziarna gorczycy z domu, w którym nikt nie umarł”. Jak można się domyślić poszukiwania Kisagotami poniosły fiasko. Od każdego domu odprawiano ją z kwitkiem, ze smutkiem konstatując śmierć kogoś, kto tam zamieszkiwał. Po wielu takich wizytach Kisagotami odłożyła wreszcie ciało swego synka, pochowała go w lesie i wróciła do Buddy. Została mniszką, gdyż zrozumiała, że wszystkie rzeczy są nietrwałe, że śmierć jest powszechnym prawem. Pojęła, że wszyscy ludzie są jak płomyki lamp, teraz płonące, a następnie gasnące.

Co ta opowieść ma wspólnego z kryzysem klimatycznym? W historii Kisagotami i jej synka znajdujemy niejakie podobieństwo do obecnej sytuacji ludzkości. Jej malutki synek jest obrazem ludzkości, która umarła, przynajmniej w swym aktualnym kształcie. Natomiast Kisagotami to też ludzkość, ta, która nie przyjmuje do wiadomości, a nawet aktywnie wypiera, fakt swojej śmierci. Kisagotami z naszej opowieści doświadczyła traumy osobistej, a dla ludzkości taką planetarną megatraumą jest cywilizacja techniczna. Oczywiście głęboką przyczyną tej traumy jest ego człowieka, które chce sprawować kontrolę nad światem, chce by był on bezpieczny i łatwy w obsłudze. To, co osiąga to jednak przeciwieństwo tych pragnień. Ale ludzkość to też Budda, który uczy akceptacji przemijania i nietrwałości. Pierwsza Szlachetna Prawda Buddy głosi, że świat jest cierpieniem. To najważniejsza nauka, bo ego to struktura mentalna, której funkcjonowanie opiera się na negowaniu cierpienia.

Wszystko wskazuje na to, że już jest za późno by ludzkość mogła sobie pomóc. Wszelkie kroki, jakie podejmuje by przeciwdziałać kryzysowi klimatycznemu, są albo spóźnione albo nieskuteczne. Jesteśmy martwi, a gorączkowe głosy denialistów klimatycznych są tego najlepszym dowodem. Czeka nas zatem nieuchronne cierpienie, cierpienie zmiany, o którym mówił Budda. Cywilizacja jest jak płomyk lampy, płonie zachwycającym blaskiem, a potem gaśnie. Lgnięcie do trwania, odczuwane przez ludzi jako przyjemność, jest główną przyczyną tego, że odczuwamy przemijanie jako bolesne. Dzisiaj bezwiedne pragnienie by bussines as usual trwał bez końca prowadzi nas do końca cywilizacji. Tak to jest, jeśli chcesz coś bardzo zatrzymać, nieuchronnie to stracisz. Ta osoba, którą tak bardzo kochasz, jest już martwa. Dopiero gdy to dotrze do ciebie, naprawdę ją docenisz i pokochasz.

O buncie młodych

Bunt jest prawem, a nawet obowiązkiem młodości. Kto za młodu się nie buntował, na starość będzie świnią, jak mawiał marszałek Piłsudski. Niegdyś, w latach sześćdziesiątych, młodzi ludzie się buntowali w imię walki z konsumpcyjnym stylem życia rodziców, protestowali przeciw całemu wyznawanemu przez starszych systemowi wartości. Ich hasłem było: „Nie wierz nikomu po trzydziestce”. Dzisiaj też się buntują. W ostatni piątek w miastach na całym świecie miliony młodych ludzi w ramach Młodzieżowego Strajku Klimatycznego wyszło na ulice. Od Islamabadu po Paryż. Inaczej jednak niż ich poprzednicy z lat sześćdziesiątych wierzą tym po trzydziestce, przede wszystkim naukowcom, którzy mówią, że przyszłość ludzkości jest zagrożona. Gdy obecny dziewiętnastolatek będzie w moim wieku to jego życie nie będzie w niczym przypominało tego, czego zaznał w swej młodości. Gdy ja miałem dziewiętnaście lat bałem się wojny jądrowej, która zresztą o mało nie wybuchła przez przypadek pod koniec września 1983 roku. Nie wybuchła, a ja przeżyłem we względnym spokoju 36 lat. Czy to będzie dane młodym? Wątpię. Wszystko wskazuje na to, że w ciągu najbliższych lat kryzys klimatyczny doprowadzi do kolapsu cywilizacji.

Jak tu się zatem nie buntować? Jak nie walczyć o życie, które nastolatkom odbierają ich rodzice? Gdybym ja dzisiaj miał dziewiętnaście lat byłbym maksymalnie wkurwiony. Życie jest procesem kontynuacji. Pokolenia następują po sobie, młodzi się pobierają i rodzą się im dzieci. Każdy chce mieć przed sobą przyszłość, a dziś stoi ona pod ogromnym znakiem zapytania. Gdy zatem młodzi się wkurwiają, wiedz, że coś się dzieje. Reprezentują oni życie, którego naczelnym paradygmatem jest trwanie i rozkwitanie. Starsze pokolenia, zasklepione w swoim ego, owym kulturowym chochole, wyznają filozofię „po mnie choćby potop” i mówią: „Swoje już przeżyłem i mam gdzieś moje dzieci”. Nawet określenie ich mianem świń jest zbyt łagodne. Bunt i walka o życie jest teraz obowiązkiem młodych. Oni walczą o to, co dla ich rodziców było czymś danym, zastanym i oczywistym. Walczą o swoje życie. To nie jest po prostu kolejny bunt nowego pokolenia. To początek historycznej mobilizacji całego społeczeństwa – dzięki młodym.

Giovanni Pico della Mirandola

Zapewne niezbyt wielu słyszało o takim filozofie. Ja wszelako, prowadząc na drugim roku zajęcia z historii filozofii, zawsze na początku roku czytałem ze studentami fragmenty jego Mowy o godności człowieka, napisanej w 1486 roku. Miał wtedy 23 lata, był jednym z członków Akademii Platońskiej we Florencji, inspirował się kabałą i filozofią hermetyczną. Zmarł w wieku 31 lat. Jego tekst to niesamowity manifest wolności i autokreatywności człowieka, brzmiący niezwykle współcześnie. Pico dokonuje w nim swoistej parafrazy opowieści o stworzeniu znanej nam z Księgi Rodzaju. Opisuje stworzenie świata i człowieka, wprowadzając istotną modyfikację do mitu chrześcijańskiego. Sugeruje mianowicie, że w umyśle bożym nie istniał żaden pierwowzór człowieka, żaden archetyp, wedle którego mogłoby odbyć się jego stworzenie. Cóż za heretycka i odważna sugestia – Bóg nie ma w swoim umyśle idei tego, czym jest człowiek! Powołuje więc Adama do istnienia jako „dzieło o nieokreślonym kształcie” i pozwala mu stworzyć siebie.

Mowa, którą wygłasza Bóg do Adama jest wyrazem wiary w potęgę ludzkiej wyobraźni. To dzięki wyobraźni człowiek zyskuje wolność polegającą na mocy kreowania własnej natury: „Nie wyznaczam ci, Adamie, ani określonej siedziby, ani własnego oblicza, ani też nie daję ci żadnej swoistej funkcji, ażebyś jakiejkolwiek siedziby, jakiegokolwiek oblicza lub jakiejkolwiek funkcji zapragniesz, wszystko to posiadał zgodnie ze swoim życzeniem i swoją wolą. Natura wszystkich istot została określona i zawiera się w granicach przez nas ustanowionych. Ciebie zaś, nieskrępowanego żadnymi ograniczeniami, oddaję w twoje własne ręce, abyś swą naturę sam sobie określił, zgodnie z twoją wolą. Umieściłem cię pośrodku świata, abyś tym łatwiej mógł obserwować wszystko, co się w świecie dzieje. Nie uczyniłem cię ani istota niebiańską, ani ziemską, ani śmiertelną, ani nieśmiertelną, abyś jako swobodny i godny siebie twórca i rzeźbiarz sam sobie nadał taki kształt, jaki zechcesz. Będziesz mógł degenerować się i staczać do rzędu zwierząt; i będziesz mógł odradzać się i mocą swego ducha wznosić się do rzędu istot boskich.”

Adam, do którego zwraca się tu Bóg to oczywiście Praczłowiek, Anthropos hermetyzmu, albo Adam Kadmon kabały, archetyp człowieka, pleromatyczny byt zawierający w sobie wszystkie potencjalności właściwe całemu gatunkowi ludzkiemu. Jest bytem nieokreślonym, ale właśnie dzięki temu może stać się wszystkim. I to jest najważniejsze przesłanie renesansowego filozofa, jedno z podstawowych źródeł współczesnego indywidualizmu. Dziś mówimy o samorealizacji, indywiduacji, byciu sobą itd., itp. Warto pamiętać, że te koncepcje mają swe dawne źródła.

O energii jądrowej

Tytuł powinien być dłuższy, bo tak naprawdę będę pisał o zwolennikach i przeciwnikach energii jądrowej. Ale ponieważ lubię zwięzłe sformułowania, więc pozostańmy przy nim. Zwolennicy energii jądrowej mówią, że dekarbonizacja w oparciu o OZE z wykluczaniem atomu jest całkowitą fikcją, czystym mitem. Gdy zbudujemy elektrownie atomowe, to będzie bardziej racjonalnie, bo będziemy mieć w miarę czystą – na dziś – energię. I uratujemy aktualny stan naszej cywilizacji, czyli będziemy mogli zużywać tyle energii jak dotychczas. Jak miło. Chociaż, szczerze mówiąc, przypomina mi to bardziej odkładanie wizyty u dentysty, czyli konsumujmy jak dotąd, a potem zobaczymy. Przeciwnicy wskazują na zagrożenia związane z użytkowaniem elektrowni atomowych, takie jak odpady, koszty i potencjalne zagrożenia terrorystyczne czy związane z katastrofami naturalnymi (przypadek Fukushimy). I poza tym elektrownie atomowe są brzydkie, jak wszystkie zresztą elektrownie. Argumenty przetaczają się na Facebooku na lewo i prawo, jak rosyjskie i niemieckie czołgi pod Kurskiem.

Ja nie zabieram głosu w tych dyskusjach, bo, z jednej strony, neofici atomu są zaiste jak świeża, zielona trawa, i widzą tylko pozytywy. Przeciwnicy natomiast, z drugiej strony, tkwią w dobrze obudowanych od lat okopach mentalnych. Nie jestem zwolennikiem wybudowania w Polsce iluś tam elektrowni atomowych – co zresztą jest raczej niemożliwe – ale być może bym się przekonał do tego, gdyby nie Popper. On zawsze mówił, że teoria wtedy zasługuje na miano naukowej, gdy przewiduje swoją falsyfikację. A zwolennicy elektrowni atomowych zawsze tylko wysuwają argumenty za ich budową, a nigdy przeciw. A ja, gdyby jakiś ZWOLENNIK energii jądrowej podał mi podał szereg argumentów PRZECIW niej, to bym się do może niej przekonał. Dopuszczam taką możliwość, jestem bowiem przekorny, jak byk Miltona Ericksona.

O wojnach

Osiemdziesiąt lat temu wybuchła II wojna światowa. Ludzkość, zaszokowana okropnościami I wojny światowej uważała, że była ona ostatnią z wojen. Jakże się myliła. Mnie podoba się koncepcja, że I wojna światowa, pełen chaosu i narastania ideologii okres międzywojenny i II wojna to swego rodzaju kolejna wojna trzydziestoletnia, którą tym razem rozlała się na cały świat. Nazwano ją największą katastrofą nowożytnej Europy. Moje pokolenie ma szczęście – od ponad siedemdziesięciu lat w Europie (przynajmniej Zachodniej) trwa pokój, ba!, zdążyli już narodzić się i umrzeć ludzie nie znający wojny. Ale wszystko ma swój koniec, szczególnie dobre rzeczy.

Kiedyś wojny toczono o dostęp od bogactw naturalnych. W dzisiejszych czasach wojny będą toczne z powodu braku tych bogactw. Weźmy jako przykład coś tak oczywistego i dostępnego dla nas jak woda. Światowa Organizacja Zdrowia szacuje, że już dziś ponad 2 miliardy ludzi ma utrudniony dostęp do wody pitnej. Ciężko nawet sobie wyobrazić funkcjonowanie społeczeństw w warunkach niedoboru tego absolutnie podstawowego zasobu. Kryzys klimatyczny już teraz jest wyzwalaczem konfliktów zbrojnych, jak to pokazuje przykład Syrii. Pentagon głosi, że zagraża on bezpieczeństwu narodowemu Stanów Zjednoczonych. Zarzewiem katastrofy będzie też oczekiwany już wkrótce globalny kryzys ekonomiczny. Obecnie, na przykład w Afryce, istnieją tzw. państwa upadłe. Możliwe, że ów regres społeczeństw państwowych rozciągnie się na całość planety.

Ponadto, ludzie tak naprawdę nie lubią pokoju. Dla mnie w kwestii genezy wojen najistotniejszy jest czynnik psychologiczny – wojny są zakorzenione w naturze człowieka. Koniec wojen może nastąpić tylko z końcem ludzkości. Zbyt długi okres gnuśnego pokoju wyzwala w ludziach najgorsze instynkty. Jak pisał C.G. Jung: „Przecież to nic innego, jak tylko psyche ludzka wszczyna i toczy wojny, a nie świadomość człowieka. Świadomość lęka się, ale nieświadomość, w której zawierają się zarówno dziedzictwo epoki barbarzyństwa, jak i duchowe dążenia praojców, powiada człowiekowi: ‚Już czas na wojnę. Już czas zabijać i niszczyć!’ I człowiek słucha tego głosu”. A siedemdziesiąt lat pokoju to aż nazbyt długo.

O emocjach i kryzysie klimatycznym

Naukowcy i edukatorzy już wszystko powiedzieli. Każdy, kto choćby w najmniejszym stopniu interesuje się przyszłością naszej planety i przyszłością ludzkości ma już wszystkie podstawowe informacje. Wystarczy parę kliknięć w internecie albo lektura kilku książek, by dowiedzieć się wszystkiego. Teraz czas na emocje. To one są ogniem, który nas zmienia. Są ogniem koniecznym do transformacji świadomości. Bez nich ludzkość podąży samobójczą trajektorią, bo nie ma bardziej potężniejszego popędu u ludzi niż zachowywanie status quo. Inercja nie jest cechą charakterystyczną tylko dla materii, jest bardziej bolesna i destrukcyjna w przypadku ludzkiej świadomości. Jej bezwładu nie zmieni samo tylko intelektualne zapoznanie się z danymi. Parafrazując Tuwima: choćby przyszło tysiąc naukowców i każdy dałby tysiąc argumentów, to i tak spłynie to po zwykłym człowieku czy decydencie jak po kaczce.

I to podążanie utartymi ścieżkami, poddawanie się powszechnej inercji świadomości jest główną przyczyną kryzysu klimatycznego. Czują to młodzi ludzie, buntują się, boją się przyszłości, którą im zgotowali dorośli. Zawsze tak czynili, bo młody człowiek czuje przed sobą mnóstwo możliwości, które da mu kiedyś życie i nie chce podążać ścieżkami wytyczonym przez rodziców . A teraz? Możliwości te redukują się niemal do zera w przewidywalnym dla nich okresie życia. Przeczuwam, że emocje u młodych ludzi, ale też u świadomych starszych osób, będą narastały. Na początku są to zwykle bardzo nieprzyjemne emocje: rozpacz, strach, zniechęcenie, depresja. Z czasem, gdy już te pierwsze złogi negatywnych emocji zejdą z naszej świadomości, pojawiają się emocje bardziej sprzyjające aktywności: złość, współczucie, nadzieja, troska. Czujmy zatem, bo czas się kończy.

O pełzającej katastrofie

Jest taka stara opowieść o żabie, która siedziała sobie spokojnie w garnku pełnym ciepłej wody. Było jej dobrze, niestety woda w garnku zaczęła być coraz bardziej gorąca. W pewnym momencie żaba pojęła, że woda zaczyna być zbyt gorąca, a gdy zaczęła wrzeć, było już za późno. Ta opowieść przypomina mi obecną sytuację ludzkości. Z tą oczywistą różnicą, że to sami ludzie podgrzewają garnek, w którym siedzą. Jednak większość z nich jeszcze sobie nie zdaje sprawy z tego, co nadciąga. Jest przyjemnie, konsumujemy, nic się nie dzieje, słoneczko świeci, są wakacje. O co kruszyć kopie? Przecież nic nie zagraża, jest tak jak zawsze było, nawet wojna da się znieść, bo już wojny były i ludzkość się po nich odbudowywała. Jednak teraz jest inaczej. Kryzys klimatyczny to coś o wiele gorszego niż dawniejsze wojny, to podstępna, pełzająca, totalna katastrofa. Wprawdzie już dziś możemy zobaczyć jej oznaki, ale jakże łatwo je zlekceważyć, a nawet im zaprzeczyć, jak to czynią denialiści klimatyczni.

Owszem, żaba mogła wyskoczyć z garnka nim jeszcze nie było za późno. Tak, ale wyskoczenie z garnka oznaczałoby dla niej radykalną zmianę sposobu życia. A do tego nie była zdolna. Czy ludzie mogą wyskoczyć z garnka, który sobie sami przygotowali? Czy są zdolni do radykalnej zmiany swoich zachowań, nim to na nich wymusi zbliżający się kolaps cywilizacji? Nieliczne jednostki mają świadomość konieczności tej zmiany, jednak ludzkość jako całość, podlegając nieubłaganym prawom konformizmu grupowego, nie jest zdolna do przemiany świadomości. Niczym ślepiec prowadzący kalekę dąży ku przepaści. Jedyna nadzieja tkwi być może w – jakże iluzorycznym jednak – micie setnej małpy. O to teraz trwa gra. Ilu ludzi zmieni swoje zachowania, ilu powie stanowcze „nie” dotychczasowemu stylowi swojego życia. Czas tej gry się już właściwie kończy. Nie mamy dekad, co najwyżej lata. Na tym polega podstępność pełzającej katastrofy klimatycznej: gdy myślisz, że jest jeszcze czas na zmianę, to już go nie ma.

O dzieciach i kryzysie klimatycznym

Ostatnio zadano mi pytanie: „Czy w obecnych czasach warto posiadać dzieci?”. Kontekst pytania zdefiniował obecne czasy jako okres kryzysu klimatycznego, grożącego zagładą cywilizacji. Czy zatem możemy skazywać nasze ukochane potomstwo na cierpienia rodem w filmów postapo? A może to źle postawione pytanie? Człowiek ma bowiem, jako jeden z gatunków zwierzęcych, biologicznie wkodowane podstawowe przesłanie życia, które brzmi: „Trwaj”. Rozumiem pewnego mężczyznę, który napisał, że zrobi wszystko, by zapewnić jego dzieciom jak najdłuższe, choć może nie najlepsze, życie. Ma dzieci i nie ma wyjścia. Tak było od zawsze i tu się nic nie zmieni. Słyszałem też o tzw. „efekcie córki”. Tatuś posiadający córkę albo dwie zrobi dla nich wszystko, podejmując nawet najbardziej wątpliwe i ryzykowne działania, byle tylko przetrwały. Ten efekt to wspaniała manifestacja wspomnianego powyżej imperatywu biologicznego, gdyż to córki są bazą dla dalszej reprodukcji gatunku.

Autodestrukcyjne zachowania ludzkości wynikają głównie z wadliwych programów kulturowych. To one przyczyniły się do ukształtowania obecnej postaci świadomości człowieka i wynikających stąd zagrożeń cywilizacyjnych. Tytułem przykładu warto tylko przypomnieć słynne biblijne motto : „Mnóżcie się i czynicie sobie ziemię poddaną”. Współcześnie to niestety program prowadzący prosto do zagłady. Populacja ludzka to już ponad 7,7 miliarda osobników. Z uporem Katona Starszego nieustannie polecam stronę https://www.worldometers.info/. Wystarczy popatrzeć parę minut na tykające tam cyferki.

Nic dziwnego zatem, że gdy widzę małe dziecko, takiego rocznego brzdąca w wózeczku, to mu gorąco współczuję. On jest bez winy. Rodzice bezrefleksyjnie sprowadzili go na świat, bo przecież po to są. Zarazem ci sami rodzice przyczyniają się do kryzysu klimatycznego, który spowoduje, że ich dziecko nie będzie miało takiego życia, jakie oni mieli i jakie by chcieli zapewnić swoim potomkom. Wprawdzie obserwuję rosnącą świadomość zagrożeń, widzę buntującą się młodzież, ale to wszystko za mało. Bez radykalnych zmian systemowych ludzkość nie zejdzie z drogi ku samozniszczeniu. Mogą to zrobić dorośli, rodzice swoich dzieci. Nic niestety nie robią, poza nielicznymi wyjątkami. Wszystko wskazuje na to, że rodzice gotują swoim dzieciom całkiem niewesołą przyszłość.

Mamy jakieś półtora roku na rozpoczęcie wprowadzania radykalnych zmian w funkcjonowaniu naszej cywilizacji. Co, jak uważam, jest po prostu niemożliwe. Zatem, drodzy przyszli rodzice, czy naprawdę warto sprowadzać nowego człowieka na świat, który się właśnie kończy?

O czytaniu Biblii

Dzisiaj właściwie tylko jeden długi cytat. To, by tak rzec, mój ulubiony fragment z Biblii (Rdz 34,1-29):

„Pewnego razu Dina, córka Jakuba, którą urodziła mu Lea wyszła, aby popatrzeć na kobiety tego kraju. A gdy ją zobaczył Sychem, syn Chamora Chiwwity, księcia tego kraju, porwał ją i położywszy się z nią, zadał jej gwałt. I całym sercem pokochał Dinę, córkę Jakuba, i czule do niej przemawiał. Potem zaś Sychem prosił swego ojca Chamora: «Weź tę dzieweczkę dla mnie za żonę!»
Gdy Jakub dowiedział się, że Sychem zhańbił jego córkę Dinę – synowie jego byli przy trzodach na pastwisku – nic nie powiedział, czekając, aż wrócą. Chamor, ojciec Sychema, wybrał się do Jakuba, aby z nim porozmawiać. Tymczasem synowie Jakuba wrócili z pola. I gdy się dowiedzieli, ogarnął ich smutek, a zarazem bardzo się rozgniewali, że popełniono czyn, który u Izraelitów uchodził za zbrodnię: zgwałcono córkę Jakuba, co było niegodziwością. Chamor zaś tak do nich mówił: «Sychem, syn mój, całym sercem przylgnął do waszej dziewczyny. Dajcież mu ją więc za żonę. Spowinowaćcie się z nami; córki wasze dacie nam za żony, a córki nasze weźmiecie sobie. Będziecie mieszkali z nami i kraj ten będzie dla was. Możecie w nim się osiedlać, poruszać się swobodnie oraz nabywać sobie tę ziemię na własność». Sychem rzekł też do ojca i braci Diny: «Darzcie mnie [tylko] życzliwością, a dam, czegokolwiek zażądacie ode mnie. Wyznaczcie mi choćby największą zapłatę i podarunek, a gotów jestem dać tyle, ile mi powiecie, byleście tylko dali mi dziewczynę za żonę».
Wtedy synowie Jakuba, odpowiadając podstępnie Sychemowi i jego ojcu Chamorowi – mówili tak dlatego, że zhańbił ich siostrę Dinę – rzekli do nich: «Nie możemy uczynić tego, byśmy mieli wydać naszą siostrę za człowieka nieobrzezanego, bo byłoby to dla nas hańbą. Tylko pod tym warunkiem zgodzimy się na waszą prośbę, jeśli staniecie się takimi jak my: każdy z waszych mężczyzn zostanie obrzezany. Wtedy tylko damy wam nasze córki i córki wasze będziemy brali sobie za żony, zamieszkamy razem z wami i staniemy się jednym ludem. Jeśli zaś nie usłuchacie i nie poddacie się obrzezaniu, weźmiemy naszą dziewczynę i odejdziemy».
Chamorowi i Sychemowi, jego synowi, podobały się te słowa. Młodzieniec ów nie wahał się tego uczynić bezzwłocznie, bo bardzo miłował córkę Jakuba; był zaś najbardziej szanowany ze wszystkich w rodzinie swego ojca. Wszedłszy więc do bramy miasta, Chamor i jego syn Sychem tak przemówili do mieszkańców: «Ludzie ci są przyjaźnie do nas usposobieni. Niechaj mieszkają w kraju i niech się w nim poruszają swobodnie. Przecież jest on dla nich przestronny. Córki ich będziemy brali sobie za żony, córki zaś nasze będziemy im oddawali. Pod tym jednak warunkiem godzą się oni mieszkać wśród nas, stając się jednym ludem, że będzie u nas obrzezany każdy mężczyzna, tak jak oni są obrzezani. Czyż wtedy ich stada, ich dobytek i wszystko ich bydło nie będzie należało do nas? Byleśmy tylko przystali na ich żądanie, a wtedy pozostaną z nami».
I usłuchali Chamora oraz jego syna Sychema wszyscy, którzy przechodzili przez bramę swego miasta. Każdy zatem mężczyzna, który był tam, poddał się obrzezaniu. A gdy na trzeci dzień doznawali wielkiego bólu, dwaj synowie Jakuba, Symeon i Lewi, bracia Diny, porwawszy za miecze, wtargnęli do miasta, które niczego nie podejrzewało, i wymordowali wszystkich mężczyzn. Zabili mieczem również Chamora i jego syna Sychema i odeszli. Wtedy [pozostali] synowie Jakuba przyszli do pomordowanych i obrabowali miasto za to, że zhańbiono ich siostrę. Zabrali trzody, bydło i osły – wszystko, co było w mieście i na polu. Całe ich mienie, wszystkie dzieci i kobiety uprowadzili w niewolę, zrabowawszy wszystko, co znaleźli w domach”.

Nic dodać, nic ująć. Zapewne biegły teolog by wysnuł z tej opowieści jakieś mądre wnioski. Ja nie umiem. Takie teksty w piśmie uznawanym za natchnione, święte, uważam za niedoróbkę podobną do tych, które ma swoim koncie ewolucja. Dobrym przykładem jest tu okrężna droga nerwu krtaniowego wstecznego, który biegnie od mózgu w dół, okrąża serce i wraca do szyi. Inżynierski koszmar i techniczna pomyłka, typowa dla ewolucji. Ewolucja wytworzyła wiele wspaniałych organizmów, ale też sporo żałosnych prowizorek. Podobnie Biblia – są tam wspaniałe teksty, jak na przykład Pieśń nad pieśniami, jeden z najbardziej erotycznych utworów literatury światowej Ale są też koszmarki, jak ten przytoczony powyżej. Trzeba czytać ją ze zrozumieniem. I wybiórczo.

O trudnej nadziei

Aktywistka, buddystka i ekofilozofka Joanna Macy napisała kiedyś: „Ten moment naszego bycia na Ziemi charakteryzuje nie fakt, że jesteśmy na drodze do zniszczenia świata – bo nie od dziś na niej jesteśmy – ale raczej fakt, że zaczynamy się budzić. Tak jakbyśmy przebudzali się z trwającego tysiąclecia snu i budowali nową relację ze światem, z samymi sobą i z innymi”. Niszczymy świat i się budzimy – czy to nie sprzeczność? Nie. Często bywa tak, że dopiero w perspektywie śmierci bliskich nam osób odnajdujemy w sobie siłę, by odnowić z nimi nasze relacje. Często także dopiero w chwili, gdy dociera do nas, że sami umrzemy, znajdujemy w sobie odwagę, by zacząć żyć. Świadomość końca naszego istnienia jest tym koniecznym impulsem, dającym chęć do życia.

Możliwe zatem, że także w skali planetarnej zachodzi to, o czym pisze Joanna Macy. Ludzkość stoi w obliczu totalnej zagłady swojego dotychczasowego sposobu życia, upadku cywilizacji. Prawdopodobieństwo katastrofy jest ogromne. I to właśnie w obliczu tego zagrożenia budzą się w – zbyt nielicznych jak dotąd – ludziach najlepsze odruchy. Szczególnie młodzi, ów odwieczny zaczyn zmian, domagają się swego prawa do przyszłości. Widzą, że to co oferują im dorośli jako ścieżkę życia, jest tak naprawdę ślepą uliczką. Myślą, jak się wyrwać spod ognia plutonu egzekucyjnego złożonego z ich rodziców. Zdradzeni przez poprzednie pokolenia budzą się. Oby im się udało. Podstawowym prawem życia jest przetrwanie i tylko w tym możemy pokładać nadzieję.

Nie wiem co przyjdzie pierwsze – przebudzenie czy zagłada. Jak na najlepszym filmie akcji emocje rosną wraz z temperaturami notowanymi w miastach Europy i świata. Ścigamy się z krzywymi wykładniczymi, które bezlitośnie pokazują jak wzrasta populacja, eksploatacja paliw kopalnych i minerałów, emisje gazów cieplarnianych, konsumpcja i zanieczyszczenia. Tak samo jest w życiu – nikt nie wie, jaki będzie jego koniec, żałosny czy godny. Niegdyś, w roku tysięcznym, prorocy przepowiadali zagładę świata, opierając swe mniemania o rojenia religijne i numerologiczne. Dziś jest inaczej, stoimy w obliczu bezlitosnych danych naukowych.

Czasu na radykalną zmianę naszego postępowania nie mamy zbyt wiele. Nawet nie słynne już 11 lat. Konkretne plany redukcji emisji CO2 muszą już być gotowe do końca 2020 r. Jeśli to się nie stanie i redukcje nie zafunkcjonują wystarczająco szybko, wówczas przekroczymy granicę bezpieczeństwa i doprowadzimy do całkowitego rozregulowania klimatu i degrengolady cywilizacji. Chciałbym na koniec przypomnieć słowa Václava Havla: „Nadzieją nie jest przekonanie, że coś się dobrze skończy, tylko pewność, że coś jest warte zachodu bez względu na ostateczny wynik”. Dziś ta nadzieja jest trudna, bardzo trudna. Ale, jak napisała Ursula Le Guin, brak nadziei to najpotężniejsze zaklęcie, które czyni z ludzi niewolników.