Archiwum kategorii: Bez kategorii

Z psychologii Antychrysta

Pod koniec eseju Masa i władza Elias Canetti omawia przypadek Daniela Schrebera, który opisał swoje przejścia w Pamiętnikach nerwowo chorego. Jednym z osiowych objawów paranoi Schrebera było jego przekonanie, że cała ludzkość wyginęła, a on jest jedynym prawdziwym człowiekiem, tym który przeżył. Lekarze i pielęgniarki, których widywał w klinice, byli jedynie nędznymi podróbkami. Canetti pisze: „Schreber pozostał jako jedyny przy życiu, gdyż sam tak chce. Chce być jedynym, który stoi żywy na ogromnym polu zasłanym trupami, a pole to obejmuje wszystkich innych ludzi. Schreber jawi się tu nie tylko jako paranoik; to najgłębsza skłonność właściwa każdemu ‘idealnemu’ władcy: pozostać jako ostatni przy życiu. Władca posyła innych na śmierć, by jego samego śmierć ominęła: odwraca ją od siebie. Nie tylko jest mu obojętna śmierć innych, wszystko popycha go do tego, by ją sprowadzić do skali masowej. Szczególnie często sięga po to radykalne rozwiązanie, gdy jego władza nad żyjącymi jest kwestionowana. Gdy poczuje się zagrożony, jego namiętne pragnienie, by ujrzeć wszystkich, jak leżą przed nim nieżywi, nie da się właściwie powstrzymać przez żadne racjonale względy”. Mitologiczna wyobraźnia ludzkości wytworzyła obraz takiej postaci, idealnego władcy, który będzie sycić się panowaniem nad wszystkimi ludźmi i cieszyć ich śmiercią – to Antychryst.

Od czasu pojawienia się tej idei w chrześcijaństwie za Antychrysta uważano wielu władców znanych z historii, od Nerona po Napoleona. Często też za Antychrysta uznawano instytucję papiestwa. W wieku dwudziestym tę symboliczną funkcję przejęło państwo, a pod jego koniec miejsce to zajęły ponadnarodowe korporacje. Nie chodzi mi tu jednak o parareligijne teorie spiskowe, ale o psychologię manifestującą się w tym motywie mitologicznym. Istotą psychologii Antychrysta jest absolutna władza, przejawiająca się jako pragnienie śmierci wszystkich poza nim samym. Jest to też fundament psychologii gatunku homo sapiens, opętanego przez pragnienie sprawowania kontroli nad wszystkim i za każdą cenę. W świetle obecnych zagrożeń wiszących nad ludzkością, a wynikających głównie ze zmian klimatycznych, można suicydalne tendencje ludzkości ujmować jako wyraz dominującej w niej psychologii Antychrysta. Tym Antychrystem jest dziś sama ludzkość, irracjonalnie prąca na skraj samozagłady. Czterech jeźdźców apokalipsy – przeludnienie, broń atomowa, globalna ekonomia i technologia – to siły napędowe tych tendencji. Z najbardziej klarownym przejawem psychologii Antychrysta mamy do czynienia wtedy, gdy obserwujemy zachowania wąskiej grupy najbogatszych ludzi, posiadających ponad połowę majątku całej ludzkości. To oni chcą, jak pisał Canetti, odsunąć wizję własnej zagłady przez zapewnienie sobie choćby iluzji przetrwania dostępnej dzięki pomnażaniu pieniędzy. Zdają się przy tym nie zauważać, że to zdobywanie pieniędzy jest bezpośrednią przyczyną zagłady ludzkości.

Bez względu jednak na to, czy ktoś jest bogaczem, czy biedakiem, podlega tym samym regułom psychologii Antychrysta, dążąc do władzy wszelkimi dostępnymi mu drogami. Bogaty pomnaża swe bogactwo nie zważając na samego siebie, na innych ludzi, a także na całość biosfery. Biedny powiela siebie nie zważając na skończoną objętość naszej planety. Obydwaj wprowadzają w życie w swoisty dla siebie sposób mantrę Antychrysta: Après moi, le déluge! Chcą przetrwać, czy to dzięki władzy pieniądza, czy dzięki sile ilości. Obydwaj czują się zagrożeni, reagują więc zgodnie z psychologią Antychrysta, dążąc do destrukcji w złudnym mniemaniu, że ich czyny zapewnią im przetrwanie. Chcą przetrwać, ale podejmują działania, które są przeciwskuteczne. Co chwila słyszymy wieści takie jak ta: biolodzy obserwują ginięcie owadów, tak wydawałoby się odpornych na brewerie, jakie homo sapiens wyprawia obecnie na Ziemi. Głównym big killer dla owadów jest dzisiaj sposób produkcji żywności, a kolejne to zmiany klimatu i postępująca urbanizacja. Takie wieści, coraz częstsze i odnoszące się nie tylko do wymierania gatunków, ale przede wszystkim do dramatycznych zmian klimatycznych, to podzwonne dla planety. Tylko kogo to obchodzi? Może coś robi promil populacji, czyli praktycznie nikt. Kto wie, może już wkrótce to właśnie ostatni, nieliczni przedstawiciele naszego gatunku, ukryci w podziemnych schronach, będą mogli obserwować – z pozycji Antychrysta – totalną zagładę życia?

O pośmiertnym triumfie Goebbelsa

Nie tak dawno pisałem o psychologii tłumu w epoce trolli internetowych (tu). Świetnym uzupełnieniem tego, co napisałem, jest klasyczna wypowiedź Josepha Goebbelsa, w której opisuje on bardzo klarownie istotę propagandy. Jego słowa zachowują zaskakującą aktualność w naszych czasach, zdominowanych przez „społeczne” media internetowe: „Szare masy społeczeństwa są zwykle znacznie bardziej prymitywne niż sobie wyobrażamy. Propaganda musi zatem być przede wszystkim prosta i powtarzana wielokrotnie. Na dalszą metę ten tylko osiągnie podstawowe rezultaty w oddziaływaniu na opinię publiczną, kto potrafi sprowadzić problemy do najprostszej postaci, i kto ma odwagę, żeby zawsze powtarzać je w tej uproszczonej formie, pomimo sprzeciwu intelektualistów”. Mamy tu zatem maksymalne uproszczenie przekazu, najlepiej do jednego chwytliwego hasła, do jednego przejmującego obrazu. Następnie zachodzi powielanie tego przekazu, powtarzanie w różnych okolicznościach i kontekstach. Aha, i nie wolno brać pod uwagę głosu intelektualistów, bo ci tylko wskazują na niuanse i odciągają masy od jedynie słusznej czarno-białej wizji rzeczywistości.

A co nam to przypomina? Ano to, co dzieje się obecnie, a co się rozpoczyna od spreparowania prostego przekazu, do czego nie są nawet konieczne, jak to było w epoce Goebbelsa, jakieś grupy rządzące. Wystarczy tylko byle troll, cierpiący na kompleks niższości i ogólny resentyment, który wysmaży odpowiedni przekaz. A wtedy tłumy internautów natychmiast go powtarzają. Takie zachowanie szarych mas internetowych bez wątpienia byłoby czymś zachwycającym dla Goebbelsa. W czasie lektury rozmaitych forów internetowych i mediów społecznościowych można usłyszeć jego rechot zza grobu. Nie są potrzebne prasa i radio, nie są potrzebne wielotysięczne wiece. Nie jest nawet potrzebna odwaga, bo dziś każdy, kto tylko ma dostęp do internetu, ma intelektualistów w głębokiej pogardzie. Całą propagandową robotę odwali mały mentalny żuczek przed ekranem swego komputera, wsparty owczym pędem tysięcy innych żuczków o jeszcze mniejszych rozumkach. I już gotowe – nawet najbardziej absurdalny łańcuszek znajduje na Facebooku mnóstwo zwolenników! Doprawdy, dożyliśmy nowych, wspaniałych czasów, w których każdy, kto tak chętnie dzieli się w internecie swoimi opiniami, postprawdą i fake newsami, jest nikim innym, jak tylko najbardziej pojętnym uczniem Goebbelsa.

O umieraniu kotów i ludzi

Ludziom trudno jest odejść. Kurczowo lgną do wszystkiego, co przeżyli i pragną kontynuować swoje miałkie istnienie w nieskończoność. Pragną nieśmiertelności. Wyobrażają sobie, że będą trwać niezmiennie w najdoskonalszej postaci, jak kolorowe obrazki w broszurce świadków Jehowy. Nie pytają się, nie zastanawiają się, chcą jedynie trwać. Po co?

Jak pisał Wittgenstein, śmierć nie jest zdarzeniem życia. Jest granicą, jak podmiot jest granicą świata. Czy kot jest podmiotem? Czy kot umiera? Według mnie – nie. Kot odchodzi. Gdy poczuje, że nadszedł jego czas, wychodzi na zewnątrz, idzie do ogrodu czy lasu, w sobie tylko znane nocne krainy, które zawsze odwiedzał wtedy, gdy był młody i sprawny. Odwiedza je po raz ostatni, i kładzie się pod krzakiem, pod którym niegdyś czatował na mysz. Tam zamyka oczy.

Właściwie jedyną rzeczą w życiu człowieka, którą może on zrobić dobrze, to dobrze umrzeć. U swego kresu musimy się poddać, doświadczywszy absolutnej przeźroczystości naszego życia. Przygotowanie do tego doświadczenia jest dane nam już wcześniej, gdy po przekroczeniu połowy życia widzimy, jak krucha jest namacalność tego świata. Wtedy widzimy, że wszystko jest jakby ze szkła, przenikamy wzrokiem na wskroś i dotykamy samego skraju nicości. Wtedy nieomal zmysłowo wiemy, że wkrótce już nie będziemy istnieć. Niektórym poczucie tego jest dane od wczesnego dzieciństwa, kiedy to, nie mogąc zasnąć, leżeli zdrętwiali, przerażeni dojmującą wizją nicości. Potem w ich życiu doświadczenie to pozostaje niezmienne, jedynie coraz bardziej zrasta się z tkanką rzeczywistości i obrasta treścią zmiennych przeżyć, jak rafa koralowa, stając się coraz konkretniejsze, twardsze i coraz bardziej niezmienne.

O nauce w dobie zmian klimatycznych

Szwedzka nastolatka, Greta Thunberg, podjęła w zeszłym roku strajk dla klimatu. Jeden z jej argumentów szczególnie przykuł moją uwagę. Dlaczego, pyta owo dziewczę, mam chodzić do szkoły i przyswajać sobie wiedzę naukową, jeśli świat obecnie nie zwraca uwagi na alarmujące dane naukowe, które jasno wskazują, że temuż światu grozi zagłada? Naukowcy podnoszą alarm, a ludzkość nie reaguje. Greta oskarża o bezczynność głównie korporacje i polityków, chociaż i zwykli ludzie też nie są bez winy, acz ta wydaje się im tak malutka, że najczęściej nie zwracają na nią najmniejszej uwagi. Greta ma rację, bo wedle wszelkich prognoz emisje dwutlenku węgla w 2019 roku znowu wzrosną. Ludzkość po staremu robi swoje, konsumuje i defekuje, nie bacząc na szwedzkie nastolatki.

Dlaczego ludzkość nie wierzy nauce, która od prawie trzech stuleci wywiera na nią dominujący wpływ, nadając kształt jej egzystencji? Moim zdaniem obecna sytuacja nauki przypomina starą anegdotę opowiedzianą przez Kierkegaarda. Do wsi przyjechał cyrk. Gdy w cyrku wybuchł ogień, klaun pobiegł do wsi prosić o pomoc w gaszeniu ognia, który mógł łatwo się przenieść także do wsi. Mieszkańcy wzięli to za dobry chwyt reklamujący występy cyrkowe i wybuchnęli śmiechem. Spłonął cyrk i spłonęła także owa wieś. I tak dziś postrzegani są naukowcy. Dopóki dzięki swoim wysiłkom i wynalazkom poprawia jakość życia i ogólnie go umila, ich głos jest akceptowany, tak jak dowcipy radosnego klauna sprawiającego wszystkim przyjemność. Gdy jednak ostrzegają, że festiwal konsumpcji – który zresztą sami umożliwili – zagraża destrukcją cywilizacji, no nie, wtedy są odrzucani i wyśmiewani.

Oczywiście, należy odróżnić informacje naukowe od wiedzy naukowej. Informacji mamy aż nadto, czy to z własnego wykształcenia, czy to z internetu i innych źródeł. Tworzą one szum informacyjny, który jednak nie prowadzi do wiedzy, a raczej do niewiedzy. Nie dziwota, gdyż nadmiar informacji nie zbiega się w umyśle zwykłego człowieka w całość zwaną wiedzą naukową i nie kształtuje jego sposobu myślenia. Dobrym przykładem są tu dyskusje internetowe, w których ułomki informacji naukowych służą dyskutantom jako maczugi, którymi walą po głowach w swoich oponentów. Każdy znajduje jakąś wybiórczą informację zgodną z jego opinią, najczęściej w postaci linku, i częstuje nią oponenta. W uniwersum informacji, podobnie jak Biblii, każdy może znaleźć coś, co odpowiada jego opinii, nie zwracając najmniejszej uwagi na konsensus naukowców, który stanowi istotę nauki. Uważamy, że możemy śmiać się z klauna i interpretować jego przekaz po swojemu, bo przecież lepiej wiemy, o co mu chodzi.

Szkolny strajk dla klimatu Grety Thunberg i dziesiątek tysięcy nastolatków maszerujących ulicami miast Zachodu skojarzył mi się z trzynastowieczną krucjatą dziecięcą. Wówczas idea religijna pobudziła dzieci i młodzież do działania, jakże tragicznego i bezsensownego. Dziś podobieństwo jest tylko powierzchowne, bo to nauka i jej alarmujące ustalenia uświadomiły młodym, myślącym ludziom, że ich przyszłość jest zagrożona, że ich życie najpewniej nie będzie przypominało życia ich rodziców, pławiących się w dobrobycie i korzystających z czasów pokoju, trwających od ponad siedemdziesięciu lat (oczywiście tylko w uprzywilejowywanych krajach). Przywołując zatem słowa pewnego księdza, wypada mi stwierdzić, że jak młodzież wychodzi na ulice, to wiedz, że coś się dzieje.

O tym, że nie zawsze dobro i prawda zwycięża

Mahatma Gandhi oparł swoją aktywność społeczną i polityczną na filozofii jogi, której dwoma wyjściowymi zasadami są ahinsa i satja. Ahinsa to niekrzywdzenie, działanie bez przemocy, satja to prawda. Jeszcze w czasie pobytu w Afryce Południowej zapoczątkował działania, którym nadano nazwę satjagraha, co można przełożyć jakotrwanie przy prawdzie”. Opierały się one na przekonaniu, że człowiek trwający w prawdzie jest niezłomny i ma siłę, by przeforsować swoje stanowisko, nie żywiąc nienawiści do przeciwnika. Gandhi odniósł sukces, jego wieloletnie starania doprowadziły do niepodległości Indii, choć nie obyło się bez ofiar. W czasie II wojny światowej zainicjował ruch przeciwny udziałowi Hindusów w wojnie i żądający, by Brytyjczycy opuścili jego kraj (tzw. Quit India). Wywołało to prześladowania, aresztowania i tysiące ofiar. Skutki wyodrębnienia się Pakistanu i Bangladeszu były jeszcze bardziej tragiczne. Jednak zapytany w czasach II wojny światowej o  możliwość zastosowania jego metody walki bez przemocy po to, aby zakończyć zmagania wojenne z Niemcami odpowiedział: „To pomaga tylko wtedy, gdy walczysz z Brytyjczykami”.

Czas między dziewiętnastym a dwudziestym drugim rokiem swego życia spędził w Anglii, co dało mu możliwość dobrego poznania mentalności Brytyjczyków. Wiedział więc, co mówi. Jego słowa wyrażają fundamentalną myśl, że nie zawsze i nie we wszystkich warunkach szczytne zasady i prawe założenia mogą prowadzić do zamierzonych celów. Nasze działanie zawsze zależy od szeregu niezależnych od nas czynników, a jego skuteczność i konsekwencje nie prostym wynikiem odczuwanej przez nas absolutnej słuszności. Wręcz przeciwnie – gdy ktoś jest przekonany, że jest w pełni prawy i dobry, a racja jest wyłącznie po jego stronie, wtedy najczęściej zdąża prostą drogą ku porażce. Mądrość, która realizuje się w działaniu, polega na wnikliwym rozpoznaniu charakteru rzeczywistości i stosowaniu środków odpowiednich do jej natury.

O nieuchronności podziałów

Najprostszym sposobem uzyskania tożsamości jest przynależność do jakieś grupy. Czy to będzie plemię, czy gang czy też naród albo partia, jeśli tylko przynależę do grupy, to wiem, kim jestem. Mogę z dumą powiedzieć, że jestem członkiem tej grupy, że istnieje jakieś „my” nadające mi autoidentyfikację. Jednak zawsze jeśli są jacyś „my”, to pojawiają się też „oni”. Urzeczywistnienie z założenia pięknej i podniosłej idei wspólnoty, uznania wartości jednostki i pomocy wzajemnej prowadzi do nieuchronnego podziału na „my” i „oni”. Jeśli manifestuję przynależność do mojej grupy, tym samym odcinam się od innej i czynię jej członków swoimi wrogami. Dobrze wiadomo, że wskazanie wroga jest najprostszym sposobem doprowadzenia do konsolidacji zbiorowości i do zapewnienia satysfakcji jej członków, płynącej z odkrycia „osobistej” tożsamości. By poczuć się jednością z moją grupą muszę zatem zawsze wykluczyć z niej jakiś „innych”. Im silniej nienawidzę „innych”, tym silnej odczuwam więź ze „swoimi”.

Podział na „my” i „oni” sięga swoimi korzeniami naszych zwierzęcych przodków. Badacze prymatów opisują podział grupy szympansów na dwie mniejsze, pomiędzy którymi dochodziło potem do walk i zabójczej przemocy. Na tyle, na ile pozostajemy biologicznymi i emocjonalnymi spadkobiercami naszych zwierzęcych przodków, to taka dynamika jest także nieuchronna w życiu społecznym człowieka. W przypadku silnej polaryzacji, podobnej do tej, jaka obecnie rysuje się Polsce, nie ma zatem dobrych rokowań. Najbardziej wzniosłe słowa i odezwy nie pomogą, nie zmienią naszej natury. Ba, są często głosami wbrew tej naturze, jak chrześcijańskie „miłujcie waszych nieprzyjaciół”, doskonale nieskuteczne od dwóch tysięcy lat. Czy można wobec tej spektakularnej nieskuteczności dziwić się, że wypowiadane dziś słowa wzywające do zgody rozpływają się jak poranna mgła, gdy wschodzi słońce grupowej nienawiści?

Grupowa tożsamość ma bowiem ogromną wadę – pozwala na uniknięcie osobistej odpowiedzialności. W imię przynależności, ulegając prawom konformizmu, mogę uczynić największe zło. Przyjmując tożsamość grupową ulegam deindywidualizacji, wyrzekam się siebie jeszcze nim mogłem siebie poznać, odrzucam dążenie do samoświadomości chroniąc się w zbiorowym „my”. Nie mogę „kochać bliźniego swego”, jeśli nie wiem, kim jestem i nie kocham siebie. Dopóki ludzie szukają swego „ja” garnąc się jak nastolatki do afirmującego je otoczenia, dopóty ludzkość będzie wstrząsana plemiennymi walkami i nawet w najbardziej demokratycznych społeczeństwach fundamentem porządku społecznego będzie podział na „my” i oni”.

Grupa daje bezpieczeństwo, znalezienie oparcia w sobie daje wolność. Te dwie wartości są nie do pogodzenia. Są jak wahadło, które wychyla się raz ku jednej, raz ku drugiej skrajności. Poszukiwanie bezpieczeństwa owocuje podziałem i konfliktami wewnątrz społeczeństwa. Poszukiwanie indywidualnej wolności grozi alienacją i wykluczeniem, prowadzi potencjalnie do obarczenia jednostki problemami ponad jej siły. Te przeciwieństwa budują nieubłaganą dialektykę ludzkiej natury, od której nie możemy uciec. Większość społeczeństwa wybiera bezpieczeństwo grupowej przynależności, co prowadzi jednak do podziałów. Droga osobistej odpowiedzialności, odnalezienia oparcia w sobie wbrew zakusom tłumu, jest trudna i rzadko wybierana. Zgoda może jednak zaistnieć tylko pomiędzy tymi jednostkami, które nie poszukują swej tożsamości w zwierciadlanym tłumie sobie podobnych, lecz wydobywają ją ze swego wnętrza.

O ekomodernizmie Pinkera

W swej najnowszej książce Nowe Oświecenie. Argumenty za rozumem, nauką, humanizmem i postępem Steven Pinker ogłasza, że idee i wartości Oświecenia mają się dobrze. Dobrze ma się także ludzkość, ba, najlepiej jak dotąd w dziejach. I to wszystko dzięki kultywowaniu postępu technicznego opartego na wiedzy naukowej. Nie będę pisał o całej książce, skupię się tylko na jednym z jej rozdziałów, zatytułowanym „Środowisko”. W szeregu innych rozdziałów Pinker obficie argumentuje na rzecz tezy, że jesteśmy świadkami ogromnego postępu z takich dziedzinach jak: zdrowie, bogactwo, pokój, bezpieczeństwo, demokracja, szczęście, jakość życia itd. A co ze zmianami klimatycznymi, które są pochodzenia antropogenicznego przecież i stanowią realne zagrożenie dla cywilizacji? Tu Pinker też ma rozwiązanie i optymistyczne wieści. Odrzuca pesymizm takich aktywistów jak – wymienieni przez niego jednym tchem – Al Gore, Unabomber i papież Franciszek (takich zabiegów retorycznych jest nieprzyzwoicie dużo w tej książce). To według niego qausi-religijna ideologia i przeciwstawia jej swoje podejście, które nazywa ekologią oświeceniową, znaną też jako ekomodernizm lub ekopragmatyzm. Jej główne założenie to twierdzenie, że problemy ekologiczne były i są nieuniknione w procesie postępu ludzkości, ale zostaną rozwiązane dzięki technologii. Podaje mnóstwo przykładów, że tak było w przeszłości, a zatem tak będzie też w przyszłości. Tamiza jest czysta, a Londyńczycy nie umierają z powodu smogu, rosną obszary chronione, a tankowce z ropą rzadziej toną – to tylko tak dla przykładu.

Dobrze, ale co z emisjami dwutlenku węgla, która nieustannie rosną? Pinkerowi ten fakt wyraźnie ciąży. Posuwa się nawet do taniego zabiegu, zamieszczając wykres wskazujący, że emisje w latach 2014 – 2015 nie rosły. Wykres kończy się oczywiście na roku 2015, a książka pochodzi z roku 2018. Doprawdy nie wiem, po co mu takie wybieranie wisienek. W walce o zmniejszenie emisji dwutlenku węgla i uniknięcie najgorszych rezultatów globalnego ocieplenia Pinker wytacza trzy armaty. Pierwsza, najmniejsza, to podatek węglowy. Druga to energetyka jądrowa. Tu jego nadzieja technologiczna opiera się na reaktorach trzeciej i czwartej generacji. Szczególnie zachwala te ostatnie jako wspaniałe antidotum na wszelki lęki związane z energetyką jądrową. Pozostają one jednak na razie w fazie projektów eksperymentalnych. Skromnie napomyka o fuzji jądrowej jako już jaśniejącej na horyzoncie. Taktownie nie przekracza granicy rozsądku naukowego i nie mówi o zimnej fuzji, co kiedyś w eseistycznym ferworze uczynił pewien polski ekomodernista. Jeśli te dwie armaty nie wypalą, co jest nader prawdopodobne, wtedy Pinker ma w zanadrzu trzecią, ultymatywną armatę geoinżynierii. Mamy tu mnóstwo możliwości. Oprócz gazyfikacji węgla czy wprowadzania emisji z kominów do skorupy ziemskiej także ulubione pomysły geoinżynierów: rozpylanie w atmosferze rozmaitych substancji chemicznych, wiążących dwutlenek węgla albo obniżających ilość promieniowania słonecznego dochodzącego do powierzchni Ziemi.

W sumie mamy do czynienia z wizją zamykającą się w haśle: „Nie ma problemów, których by nie rozwiązała nauka i technika”. Zmiany klimatyczne też są takim problemem, z którym nauka i technika może, według Pinkera, sobie poradzić jeszcze w ciągu tego wieku. Tkwi za tą opinią ukryte założenie, że dalszy rozwój technologii nie spowoduje jeszcze większych zagrożeń dla życia na Ziemi. Żyjemy zatem z wyjątkowym okresie przejściowych trudności, a za powiedzmy dwieście lat ludzkość czeka technoraj, w którym wszystkie technologie będą czyste i nieszkodliwe dla ludzi oraz środowiska. Tymczasem każda coraz bardziej zaawansowana technika powoduje coraz bardziej zaawansowane problemy. Przeczytałem książkę Pinkera, a najdokładniej rozdział o środowisku, by zobaczyć czy mnie przekona do swoich racji. Nietrudno się domyślić, że mu się to nie udało. Jednym z powodów jego porażki nie jest brak argumentów po jego stronie, ale właśnie ich nadmiar. Po zakończeniu lektury Nowego Oświecenia przypomniał mi się pewien film, który obejrzałem dwa lata temu na YouTube. Jego bohater, młody czarnoskóry erudyta, przez półtorej godziny wylewał z siebie potoki argumentów na rzecz płaskiej Ziemi, tak że laik mógł odnieść wrażenie, że nie istnieją żadne kontrargumenty. Podobną taktykę przyjął Pinker, a taki styl argumentacji przekonuje tylko tych, którzy już są gotowi do przejścia na jasną stronę mocy. Jego książka przypomina kazanie oświeceniowego kapłana, dla niepoznaki okraszone liczbami i wykresami. Nie wchodzi w dialog z czytelnikiem, ale przepowiada natrętnie swoją ewangelię melioryzmu. Nie muszę przy tym nadmieniać, że kazanie nie jest moim ulubionym gatunkiem literackim.

O niebieskich kłamstwach

Z białym kłamstwem mamy do czynienia wtedy, gdy nie mówimy prawdy komuś, bo nie chcemy tej osoby zranić. Wtedy powstrzymujemy się od powiedzenia prawdy lub też wymyślamy naprędce jakąś pocieszającą opowieść. Kłamstwa mają też inne kolory, na przykład są niebieskie kłamstwa. Niebieskie kłamanie zachodzi wtedy, gdy chcemy się komuś przypodobać, najczęściej jakieś grupie ludzi, z którą coś nas wiąże. Wtedy nader chętnie wypowiadamy zdania, które nie mają nic wspólnego z rzeczywistością. Kolor tego kłamstwa pochodzi podobno od niebieskich mundurów policjantów, którzy kłamią na niebiesko, by ochronić swoich kumpli. Bo tym, co mocno łączy ludzi, niekoniecznie jest prawda. Mocniejszym lepiszczem jest właśnie kłamstwo, niebieskie kłamstwo. Jeśli utrzymujemy niedorzeczne poglądy, na przykład jesteśmy zwolennikiem jakieś teorii spiskowej, to osiągamy dwa cele: po pierwsze, atakujemy swoich przeciwników, a po drugie, co ważniejsze, sygnalizujemy lojalność wobec tych, którzy utrzymują poglądy takie jak my. I nie ma tu nic do rzeczy to, że te poglądy są niedorzeczne, jak na przykład twierdzenie, że Ziemia jest płaska. Jeśli będę twierdził, że jest płaska, zaimponuję swoim braciom w wierze, zdobędę ich poklask i akceptację. Staniemy razem wobec zdania większości, jako wybrańcy, poza tłumem. Wypowiadając niebieskie kłamstwo wyrażam moją solidarność z ideowymi braćmi.

Ten mechanizm najbardziej jaskrawo przejawia się w sferze religii. Nic tak nie spaja ludzi jak wiara w coś absurdalnego, zgodnie z powiedzeniem przypisywanym Tertulianowi: Credo quia absurdum. Wierzę, bo to jest niedorzeczne, wierzę, bo to wierzenie spaja mnie najmocniej z innymi, którzy także je podzielają. Wypowiadając jakąś niedorzeczność mogę być w pełni świadomy tego, że jest ona niedorzecznością, ale czynię to, by być członkiem grupy. Na co dzień mamy z tym mechanizmem do czynienia w sferze polityki, która w swej warstwie retorycznej składa się właściwie z samych niebieskich kłamstw. Nie ma bowiem skuteczniejszego środka do zawarcia koalicji z podobnie myślącymi jak zgrabnie ułożony szereg niebieskich kłamstw, zwany programem politycznym. Niebieskie kłamstwo występuje też w wymiarze mikro, pomiędzy dwoma osobami, co Francuzi nazywają folie à deux. Współcześnie, w sferze internetu szczególnie, niebieskie kłamstwo zwane jest fake newsem. Pewnie przykłady mógłbym dalej mnożyć, ale wypada podsumować – czy białe, czy niebieskie, wszelkie kłamstwa są podstawą istnienia społeczeństw. Grupa weredyków rozpadłaby się po paru minutach rozmowy.

O iluzji faktów

Pewien dziewiętnastowieczny lekarz sugerował, że bóle fantomowe w utraconych kończynach są dowodem na istnienie duszy – „Bo skoro ręka może przetrwać swoją fizyczna zagładę, to dlaczego nie miałoby tak być z całą osobą?” pytał. Ból w odjętej ręce bez wątpienia jest dojmującym faktem dla osoby, która go czuje. Wszakże raptowność, z jaką ludzie biorą dowolny fakt za dowód potwierdzający ich koncepcje zawsze mnie dziwiła. A już wnioskowanie, że skoro to, co nie jest widoczne, boli, to zatem to, co niewidoczne (dusza) istnieje, jest doprawdy żałosne. Fakty mogą być bardzo przekonujące, ale nie można ich włączać tak beztrosko w ciąg swego rozumowania. Bez ich krytycznej analizy doprowadzi to do absurdalnych wniosków. Większość ludzi przekonują takie namacalne fakty, rzadkie jest właściwe łączenie faktów i myśli. To trudna robota, bo nasze umysły zwykle idą po linii najmniejszego oporu. Podam przykład.

Na początku lat dziewięćdziesiątych otrzymywałem wypłatę w gotówce (tak, wtedy konta bankowe nie były taką oczywistością jak dzisiaj). Banknoty wkładałem do książki leżącej blisko mego biurka na półce. Była to pewna pozycja dotycząca mistyki chrześcijańskiej. Często wyjmowałem z niej i wkładałem otrzymywane banknoty, nic zatem dziwnego, że po paru latach wyglądała ona jak najbardziej zaczytana pozycja w mej bibliotece. Jej wygnieciona od częstego wyjmowania obwoluta wydawała się być tego najlepszym dowodem. Pewnego razu jeden z moich gości uważnym wzrokiem przejrzał me książki i rzekł: „Nie wiedziałem, że jesteś chrześcijaninem”. Widząc me szczerze zdziwione spojrzenie odparł, że przecież widzi, co najczęściej czytam. Nic nie odpowiedziałem, pozostawiłem go w jego iluzji.

O planetarnym paragrafie 22

Na początku tego stulecia Stanisław Lem, w rozmowach ze Stanisławem Beresiem, wypowiedział profetyczne słowa: „Co będzie się działo w najbliższych dziesięcioleciach? Myślę, że dobitnie pokazują to wszystkie eksperymenty ze szczurami, którym pozwala się na swobodne rozmnażanie. Najpierw pojawia się silne pobudzenie, potem ogólne rozwścieczenie, degeneracja gruczołów nadnercza, a na końcu ataki agresji i szału. To wszystko zresztą jest widoczne już obecnie, ale nikt nie zwraca na to uwagi”. Od tego czasu minęły już prawie dwie dekady, a świat coraz bardziej przypomina eksperyment Calhouna, do którego wyraźnie nawiązywał Lem. W przypadku ludzkości dynamika tego eksperymentu jest napędzana przez dwa synergiczne czynniki. Jeden to przeludnienie, drugi to ekspansja techniki, która umożliwia nadmierne rozmnażanie się ludzi. Dobitnie tego przykładem jest sukces zielonej rewolucji, dzięki której ongiś uniknęliśmy przepowiadanej klęski głodu – ale teraz mamy miliardy do wyżywienia. Jednak, podobnie jak dwie dekady temu, prawie nikt nie zwraca dziś większej uwagi na nadchodzące zagrożenia, oprócz może paru procent populacji. Naukowcy trąbią na prawo i lewo o klimatycznym kryzysie, ale masy konsumują i mnożą się jak szalone. Cóż, argumentacja oparta na danych naukowych nie trafia do świadomości zwykłego człowieka, dopiero wstrząs sensoryczny to uczynić może, bo gdy woda chałupę takiemu podtopi, to dopiero pojmie, że coś się dzieje.

O ile przeludnienie w sposób oczywisty nawiązuje do wspomnianych powyżej szczurów, to technika i kształtowana przez nią technologiczna mentalność soteryczna, streszczająca się w powiedzeniu: „Co technika spieprzyła, technika naprawi”, jest twórczym dodatkiem ludzi do tego eksperymentu. Lem był zdania, że technologia jest rakotwórczym procesem, który przeżera tkankę kultury i doprowadzi do jej upadku. Obserwując współczesny świat, trudno się z nim nie zgodzić. Mało tego, już nie tylko kultura, ale i Ziemia w swej biologicznej egzystencji ulega technologicznej i konsumpcyjnej destrukcji. Ludzkość zamiast podjąć realne działania na rzecz ograniczenia konsumpcji energii i wzrostu populacji, próbuje się wydobyć z bagna, w które się wpakowała, acz robi to niczym sławetny baron Münchhausen, czyli głównie gadaniem. Nie dziwię się temu, bo samoograniczenie to największa herezja, zamach na podstawowe prawo ludzkości, jakim jest prawo do nieograniczonej ekspansji. Działania podejmowane przez jej przedstawicieli, a raczej ich brak, są najlepszym wyrazem patowej sytuacji. Polityczne łamańce czynione na konferencjach COP od ponad ćwierć wieku nie przyniosły żadnych, ale to żadnych, konkretnych rezultatów: emisje dwutlenku węglą rosną w najlepsze.

Słowem, tkwimy w swego rodzaju planetarnym paragrafie 22, który polega na tym, że – jako wspomniałem powyżej – tylko naoczna katastrofa klimatyczna, adekwatny wstrząs sensoryczny zapewniając, może zmienić świadomość ludzi. Jeśli jednak taka już nastąpi, to będzie za późno na zmiany świadomości, pozostanie tylko ratowanie resztek cywilizacji, albo i jeno ratowanie jednostek. Przypomnę treść owego paragrafu z powieści Josepha Hellera: „Był więc tylko jeden kruczek – paragraf 22 – który stwierdzał, że troska o własne życie w obliczu realnego i bezpośredniego zagrożenia jest dowodem zdrowia psychicznego. Orr był wariatem i mógł być zwolniony z lotów. Wystarczyło, żeby o to poprosił, ale gdyby to zrobił, nie byłby wariatem i musiałby latać nadal. Orr byłby wariatem, gdyby chciał dalej latać i byłby normalny, gdyby nie chciał, ale będąc normalny musiałby latać. Skoro latał, był wariatem i mógł nie latać; ale gdyby nie chciał latać, byłby normalny i musiałby latać”. Ludzkość jest takim Orrem i cóż, lata dalej. Nie ma innego wyjścia. Założę się o skrzynkę dobrej whisky, że ani dwa najbliższe lata, ani tym bardziej dwie najbliższe dekady nie przyniosą nic dobrego. W prawdopodobnej kolejności czekają nas dosyć niewesołe rzeczy: krach ekonomiczny, wynikły z immanentnych ograniczeń i dysfunkcji systemu kapitalistycznego; krach militarny, wzniecany brakami zasobów surowcowych i nadmiarami uchodźców; i w końcu pieczętujący wszystko krach klimatyczny. Najweselej będzie, gdy się owe krachy zbiegną się w czasie. Nie składam więc noworocznych życzeń czytelnikom mego bloga. Życzę wytrwałości i odwagi. Nie będzie dobrze.