Często mówiłem o czymś, że jest głupie wtedy, gdy chciałem to zdeprecjonować. To był ogromny błąd. Gdy bowiem coś jest głupie, zaiste niebotycznie kretyńskie, to znaczy tak naprawdę, że jest ważne, bardzo ważne, a to dlatego, że przemawia do największej ilości ludzi. Prawdziwa głupota to taka, która porusza masy, która znajduje powszechny odzew u tłumu – i to czynią ją tak niebezpieczną. Tłum słysząc, że coś jest głupie, przybiega i konsumuje to, mlaszcząc z zachwytu. Kiedyś myślałem, że jeśli coś nazwę głupim, to w jakiś cudowny sposób czynię to nieważnym i niebyłym. Niestety łudziłem się straszliwie. Głupota ma niezwykłą siłę przyciągania i nazywanie czegoś głupim, albo idiotą albo idiotką tego, kto owe głupoty propaguje, jest niestety najlepszą reklamą dla tych treści.
Archiwum kategorii: Bez kategorii
O granicach wyobraźni
Trzydzieści lat temu, w piękny majowy dzień, przechodziłem przez rynek w Krakowie. Skierowałem się w stronę ulicy Szewskiej, by podążyć do kolejnej księgarni. Odwiedzałem w tamtych czasach księgarnie i antykwariaty w Krakowie, zwykle wracając do domu ze sporym tobołkiem książek. Mniej więcej w połowie ulicy Szewskiej mój wzrok przykuł mały tłumek, zgromadzany wokół stojącego pod ścianą kamienicy człowieka. No właśnie – człowiek ten był ubrany w białą szatę przepasaną sznurem, miał długie włosy opadające na ramiona, a na jego głowie ujrzałem koronę cierniową. Przez chwilę się zawahałem – czy to już? Drugie przyjście? Ale w takiej formie? A dlaczego nie, dlaczego nie Kraków anno Domini 1987? Skonsternowany podszedłem bliżej, by ewentualnie położyć kres swemu niedowiarstwu. Jednak wtedy ta potencjalna otwartości mego umysłu na niezwykłe doświadczenia, nawet takie o których nigdy nie śniło się filozofom, jak mawiał Szekspir, legła w gruzach. A to z prostego powodu – człowiek ów przemawiał po rosyjsku. Cóż, mesjasz mówiący po rosyjsku nie mieścił się jednak w przestrzeni mej wyobraźni. Nie w tamtych czasach.
O mentalności konserwatywnej
Psycholożka Urszula Jakubowska w książce „Ekstremizm polityczny. Studium psychologiczne” podaje zestaw cech charakteryzujących mentalność konserwatywną i liberalną. Konserwatystów cechuje według Jakubowskiej opiekuńczy stosunek do dzieci, niechęć do imigrantów, potępienie rozwodów, akceptacja cenzury i całkowite odrzucenie aborcji. Liberałowie postulują swobodę gospodarczą, swobodę obyczajową, przejawiają tendencje kosmopolityczne, akceptują związki homoseksualne, są nastawieni pacyfistycznie i opowiadają się za prawem do aborcji. Ta krótka charakterystyka wspaniale pokazuje podstawową różnicę pomiędzy tymi dwoma typami umysłów. Polega ona przede wszystkim na całkowicie odmiennym stosunku konserwatystów i liberałów do innych ludzi. Mentalność konserwatywna jest ściśle powiązana z chęcią narzucania swoich poglądów innym, natomiast liberałowie są skłonni pozwalać ludziom żyć wedle ich własnych zasad. Istotą mentalności konserwatywnej jest bowiem przemożne pragnienie zmuszenia wszystkich ludzi do podporządkowania się konserwatywnym wartościom. Liberalizm to dla konserwatysty po prostu brak wszelkich wartości, gdyż wartością jest dla niego tylko to, co kształtuje życie całego społeczeństwa, nie jednostki. Konserwatysta chce prawnego zabronienia aborcji, prawnego zakazu przyjmowania uchodźców oraz prawnego zakazania rozwodów, jak również odgórnego cenzurowania poglądów, które mu się nie podobają. Podejrzewam, że nawet „opiekuńczy stosunek do dzieci” konserwatystów to ich chęć wychowywania potomstwa na „swój obraz i podobieństwo”, by nie były, broń boże, inne niż oni. Konserwatystę podnieca jedynie wizja społeczeństwa skonstruowanego w pełni wedle wyznawanych przez niego zasad, bo nie wyobraża sobie życia w świecie pluralistycznym, kształtowanym przez wolne wybory jednostek. Typowe dla konserwatywnych umysłów jest przekonanie, że to, co im się wydaje słuszne ma być prawem powszechnym, w dodatku egzekwowanym pod przymusem. Konserwatysta nigdy nie pojmie, że to co dla niego jest lekarstwem, dla kogoś innego może być trucizną.
O religii i poezji
Zawsze podejrzewałem, że Chińczycy mają bardzo praktyczne podejście do życia, sprawy ludzkie i boskie traktując z równym dystansem. Nie myliłem się. Feng Youlan w swej świetnej książce „Krótka historia filozofii chińskiej” pisze: „Zarówno religia, jak i poezja są wytworem ludzkiej fantazji. Obie mieszają wyobraźnię z rzeczywistością. Różnica między nimi polega na tym, że religia przyjmuje to, co sama głosi, za prawdę, poezja zaś traktuje to, co sama mówi, jako fałsz i jest to świadome samooszukiwanie się”. Może świat przyszłości – jeśli cywilizacja przetrwa, co nie jest takie pewne – będzie bardziej chiński, a zatem bardziej poetycki niż religijny. Wszelkie oznaki na niebie i ziemi wskazują bowiem, że wiek XXI będzie należał do Chin, być może także religia XXI wieku będzie chińska z ducha. Będzie zatem bliższa poezji, czyli świadoma tego, że jest wytworem kreatywnej fantazji człowieka, służącym przetrwaniu istot obdarzonych świadomością, wyrafinowanym lekarstwem na złagodzenie dolegliwości spowodowanych przez świadomość. Bo inaczej czeka nas jedynie ponury realizm fundamentalizmów wszelkiego rodzaju, które także są lekarstwem, jedynie zbyt radykalnym, proponującym ścięcie głowy wtedy, gdy ona boli.
O wojnie i sensie
Wojna to koszmarny bezsens, to dowód irracjonalnej natury człowieka i wyrastającego z niej wrodzonego pragnienia zła. Można tak myśleć, ale wojna ma swój sens, choć dosyć przewrotny. Wojna taka jaką znamy pojawiła się wtedy, gdy w neolicie człowiek osiedlił się, rozpoczął uprawę roli i zaczął żyć w dużych społecznościach, rozrastających się w miasta i państwa. Powstanie wielotysięcznych społeczności spowodowało, że życie stało się zbyt złożone jak na możliwości mentalne człowieka. Zwykłemu człowiekowi trudno jest bowiem objąć myślą skomplikowany świat relacji społecznych, w którym tak wiele spraw jest dwuznacznych, w którym kolor szary przeważa nad czarnym i białym. Często zwykły człowiek nie wie też, co mam myśleć na swój własny temat, czy jest w porządku, czy może jest szują, gubi się w sieci relacji i reakcji na jego postępowanie. Trudno mu zresztą utrzymywać w umyśle dwie sprzeczne myśli na jakikolwiek temat, gdyż jest to sztuka dostępna tylko nielicznym. Nic dziwnego, że każdy pogląd, który upraszcza i ujednolica jego rzeczywistość zwykły człowiek wita z entuzjazmem. „Wszyscy muzułmanie to terroryści” – jakże to piękne i proste! „Czy można zgwałcić prostytutkę?” – no przecież wiadomo, że nie! „Idę w marszu z pięćdziesięcioma tysiącami ludzi, więc jestem w porządku” – jakże to napawa prawością! Przykładów takich ujednoliceń można by podawać miliony. Gdy świat staje się czarno-biały zwykły człowiek odzyskuje sens życia. Jest sytuacja, która czyni to w sposób radykalny. To właśnie wojna. Chris Hedges w książce „Wojna to siła, która daje nam znaczenie” pisze: „Wojna sprawia, że świat staje się zrozumiałym, czarno-białym obrazem, na którym są oni i jesteśmy my. Jest ona stanem zwieszenia myśli, szczególnie myśli samokrytycznych. Wszystko jest nieważne w obliczu ogromnego wspólnego wysiłku. Jesteśmy jednym. Wojna to niekiedy najbardziej potężny środek w ludzkiej społeczności umożliwiający odnalezienie sensu”. Gdy zbyt wielu zwykłych ludzi nie umie już znaleźć zwykłych sposobów na redukcję skomplikowanej rzeczywistości społecznej, przytłaczającej ich swoją wieloznacznością, z ulgą i entuzjazmem przyjmują wiadomość, że wojna jest u bram. Oto bowiem bliski jest czas, gdy nudę, chaos, płytkość i wieloznaczną, nieznośną szarość zwykłego życia zastąpi podrasowana zastrzykami adrenaliny jednoznaczność.
O somatoparafrenii mentalnej
Somatoparafrenia to zaburzenie neurologiczne polegające na tym, że chora osoba uważa jakąś część swego ciała, zwykle kończynę, za „obcą” i tym samym należącą do kogoś innego. Cierpią na nią zwykle osoby po udarze mózgu w prawym płacie ciemieniowym, odpowiedzialnym za konstruowanie obrazu ciała, stąd obcość dotyczy najczęściej lewej kończyny. Doświadczana jest ona nie tylko jako obca, ale też odrażająca i budząca niechęć. Oliver Sacks w swej książce „Stanąć na nogi” opisuje historię młodego mężczyzny, przyjętego na jego oddział w noc sylwestrową (odradzam wizyty w szpitalu w tym czasie). Rano zaalarmowały go pielęgniarki, pacjent leżał na podłodze obok łóżka w okropnym stanie psychicznym. Okazało się, że próbował wyrzucić z łózka swoją lewą nogę, gdyż uznał, że padł ofiarą paskudnego żartu pijanych lekarzy, którzy w orgii noworocznej włożyli mu nogę jakiegoś trupa do łóżka, która w niewyjaśniony sposób przyrosła do jego ciała! Somatoparafrenia jest doskonałą metaforą naszego życia psychicznego. Choć może nie jest tylko metaforą, wszak nie tylko obraz naszego ciała zależy od funkcjonowania naszego mózgu, lecz jeszcze bardziej nasz obraz samych siebie. W tej perspektywie można powiedzieć, że wszyscy cierpimy na swego rodzaju permanentną somatoparafernię mentalną, która polega na tym, iż wyrzucamy z naszej psychiki to wszystko, co uznajemy w niej za złe i odrażające. Czynimy to nieświadomie, a psychologia zna to zjawisko pod nazwą projekcji. Swoją nienawiść do obcych przypisuję drugiemu człowiekowi – na przykład uchodźcy – i czuję, że to on mnie nienawidzi, gdyż na pewno jest terrorystą. Jeszcze lepszym przykładem jest homofob poświęcający mnóstwo czasu i energii na zwalczanie homoseksualistów, w których widzi swój własny, acz nieuświadomiony homoseksualizm. Dopóki odrzucamy nieakceptowane części samych siebie, dopóty jesteśmy mentalnymi inwalidami, pozbawionymi istotnych i żywotnych części samych siebie, jedynie żałosnymi fragmentami całości, którą moglibyśmy być.
O (wątpliwej) przyszłości życia
Przeczytałem ostatnio ciekawą książkę „Gdy życie prawie wymarło” paleontologa Michaela J. Bentona. Jej lektura spowodowała, że zmieniłem zdanie. Dotychczas obserwując globalne zmiany klimatu, zanik bioróżnorodności, eksploatację zasobów naturalnych i wiele innych nieprzyjemnych rzeczy, które ludzie robią tej planecie uznawałem, że Ziemia sobie poradzi, że co najwyżej nasz nieprzyjemny gatunek zniknie, pociągając za sobą oczywiście do grobu sporo innych gatunków. O ile jednak autodestrukcja Homo sapiens była dla mnie pewnikiem, to w tle mojej świadomości tliła się nader podstępna, optymistyczna myśl: „Ziemia sobie poradzi, nie tak łatwo jest przecież zniszczyć życie”. Jednak zapoznanie się z analizą przyczyn wymierania permskiego, do którego doszło 252 miliony lat temu, pokazało mi dobitnie, że zaistniały wtedy zbieg okoliczności poczynił tak totalne spustoszenie w ekosferze, iż dochodziła ona do siebie przez kolejne dziesiątki milionów lat. W permie doszło do olbrzymich erupcji wulkanicznych, w trakcie których uwolnione zostały do atmosfery gigantyczne ilości dwutlenku węgla, dwutlenku siarki i wtórnie innych gazów, w tym mych ulubionych hydratów metanu z podgrzanych złóż oceanicznych (temperatura wód oceanicznych sięgała wtedy nawet 40 stopni). Doprowadziło to do zmian chemicznych w atmosferze i oceanach, do globalnego ocieplenia i wyginięcia ponad 90% gatunków zwierząt. Wedle Bentona nie było tu nawet potrzebne uderzenie meteorytu, takiego jak ten, który przyczynił się do zagłady dinozaurów i 50% innych gatunków 66 milionów lat temu. Możemy wyobrazić sobie w bliskiej nam przyszłości podobną „serię niefortunnych zdarzeń”, na którą mogłyby składać się takie czynniki jak naturalna aktywność wulkaniczna Ziemi, upadek meteorytu i, niestety, życiobójcza aktywność ludzi. To wystarczające warunki do tego by mogło dojść – dzięki wielokrotnym dodatnim sprzężeniom zwrotnym w biosferze – do tak radykalnego zaniku życia na Ziemi, że nie mogło by się ono już odrodzić albo odrodzenie to trwałoby setki milionów lat. Przykre doprawdy, że do tego równania wchodzi aktywność gatunku ludzkiego, znacząco osłabiającego bioróżnorodność i podgrzewającego planetę. Ludzkość, zamiast być rozumnym homeostatem dbającym o równowagę ekologiczną planety, czyni dziś coś wprost przeciwnego. Jej poczynania doprowadzają do postępującego wykładniczo zachwiania równowagi, którą przyroda budowała miliony lat. W tej sytuacji pojawienie się jakiś dodatkowych destabilizujących czynników może doprowadzić do apokalipsy i ostatecznej zagłady życia. Zatem w kwestii tego, czy Ziemia da sobie radę mam teraz zdanie podobne do tego, które wyraził w swym filmie „Nadciąga totalny kataklizm” (cóż za piękny tytuł!) Jaś Fasola: „Not necessary”.
O lęku
Antoni Kępiński napisał kiedyś, że bycie dobrym psychiatrą w praktyce oznacza umiejętność rozładowywania lęku pacjenta. Można te słowa odnieść do wszelkich relacji pomiędzy ludźmi, nie tylko do tych terapeutycznych. Gdy spotkamy się z drugim człowiekiem i nawiązujemy z nim autentyczną relację, wyzbywamy się lęku. Bycie razem, budowanie bliskich związków było zawsze dla wszystkich ludzi podstawowym sposobem obrony przed lękiem, tworzyło poczucie bezpieczeństwa w świecie pełnym przemocy. Jednak to się zmieniło, jeśli wierzyć Stevenowi Pinkerowi, który jest autorem książki „Zmierzch przemocy”. Według niego żyjemy dziś w świecie, który jest bezpieczniejszy niż kiedykolwiek, w którym natężenie przemocy osiągnęło najmniejszy poziom w dziejach gatunku ludzkiego. Być może ma rację, szczególnie gdy patrzymy na przytaczane przez niego statystyki. Mnie jednak argumenty Pinkera nie przekonują. Może i żyjemy w świecie najbezpieczniejszym w dziejach, ale zarazem takim, w którym jest o wiele więcej lęku niż kiedykolwiek. Nie trzeba przecież być wielkim socjologiem, by zauważyć, że ludzkość to dziś samotny tłum, masowe nagromadzenie jednostek pozbawionych głębszych relacji pomiędzy sobą. To paradoks naszych czasów: nie grozi nam w takim stopniu jak niegdyś bezpośrednia przemoc, a jednak żyjemy w nieustannym lęku, gdyż jesteśmy odseparowani i zagubieni, gorączkowo poszukujemy pseudowspólnot i rozmaitych namiastek relacji z drugim człowiekiem. Nasz lęk powszedni każe nam bać się tego, co nie istnieje i atakować przypadkowe osoby, które nam zawiniły tylko tym, że skupiły na sobie wszystkie nasze wyobrażone obawy. To zachowanie typowe dla terrorystów, których się tak lękamy. W pewnym sensie wszyscy jesteśmy jednak terrorystami, gdyż zwalczamy swój lęk atakując tych, z którymi nie mamy żadnej relacji.
O dobrych ludziach
Dobrzy ludzie na ogół bardzo źle radzą sobie ze złymi ludźmi. Są przekonani bowiem o tym, że są dobrzy i że nie mogą postępować źle, że nie mogą innego człowieka skrzywdzić. To sprawia, że w konfrontacji ze złem są najczęściej bezsilni i absolutnie nieskuteczni. Filozofia już dawno temu odkryła na czym polega problem dobrych ludzi. Pisze o tym Platon w dialogu „Hippiasz mniejszy”, gdzie ustami Sokratesa dowodzi tezy zaskakującej, całkowicie sprzecznej z potocznym poczuciem moralnym. Teza owa głosi, że lepszym człowiekiem jest ten, kto zły czyn popełnia świadomie, niż ten, kto źle czyni nieświadomie. Czyż nie jest dobrym muzykiem ten, który fałszuje rozmyślnie, a ten, który fałszuje bezwiednie złym? Podobnie naprawdę dobrym człowiekiem jest tylko ten, który jest zdolny świadomie zrobić coś złego. Ta paradoksalna teza jest konsekwencją przyjęcia założenia o tożsamości wiedzy i dobra, która to tożsamość prowadzi do narzucającego się wniosku: być dobrym to znaczy zawsze wiedzieć, co się czyni, bez względu na wartość moralną czynu, albo jeszcze dokładniej – wartość moralna czynu jest określona przez poziom wiedzy, czyli świadomości jednostki. Jesteś tak naprawdę dobrym człowiekiem tylko wtedy, gdy wiesz co czynisz, bez względu na to, co sądzą o tym inni. Ale tylko wtedy, gdy wiesz, gdyż inaczej jesteś tylko zwykłym, czyli głupim, dobrym człowiekiem.
O teologicznej odmianie syndromu de Clérambaulta
W 1921 roku francuski psychiatra Gaëtan Gatian de Clérambault opisał dolegliwość psychiczną, która od jego nazwiska jest określana jako syndrom de Clérambaulta. Występuje ona dwa razy częściej w kobiet niż u mężczyzn, a objawia się przemożnym urojeniem, że jakaś osoba o wysokim statusie społecznym darzy chorą namiętnym uczuciem. Pierwsza pacjentka de Clérambaulta była całkowicie pewna, że kocha ją król Anglii Jerzy V. To istota tego syndromu – osoba chora jest przekonana, że ma wielbiciela z wyższych sfer, którego postrzega jako idealnego, zakochanego w niej partnera. Z ewolucyjnego punktu widzenia syndrom ten jest patologicznym wyolbrzymieniem typowej dla kobiet strategii poszukiwania partnera, który powinien być starszy i obdarzony wysokim statusem gwarantującym dobrobyt. Najbardziej intrygujące jest to, że objawy osiowe syndromu de Clérambaulta wykazują zaskakujące podobieństwo do relacji pomiędzy wierzącym a Bogiem. Bóg kocha, jest starszy, ma olbrzymi status społeczny, zamieszkuje najwyższe sfery, jest niezmienny, wszelkie jego ewentualne negatywne zachowania można wytłumaczyć tym, że darzy wierzącego miłością i wystawia go jedynie na próbę. Wierzący wierzy, że Bóg go kocha bezwarunkowo i czuje się bezpiecznie w tej relacji, co niestety nie zdarza się tak często w rzeczywistych związkach. Jest to też bezpieczna miłość jeszcze z jednego powodu – rozgrywa się całkowicie w obrębie umysłu wierzącego.
