Archiwum kategorii: Bez kategorii

O męsplikacji

To okropne słowo to spolszczenie angielskiego terminu mansplaining. Oznacza ono sytuację, gdy mężczyzna, autorytatywnie i konkluzywnie, objaśnia świat kobiecie. A nawet nie tyle objaśnia, ile przemawia ex cathedra, jako ten, który wie lepiej, bo jest mężczyzną. To on bowiem jest ekspertem, on jedynie umie argumentować i tylko on może kobiecie wyjaśnić, co ona tak naprawdę myśli, tylko on potrafi rozjaśnić zagmatwany wszechświat jej myśli, wprowadzić porządek w jej chaos mentalny. Znamy takich mężczyzn, zawsze „lepiej wiedzących”, zawsze dysponujących „pełnymi informacjami” na dowolny temat, mistrzów czynienia wrażenia, że znają się na wszystkim. Tak naprawdę są jednak tylko mistrzami opinii, naciąganych mniemań i wziętych z sufitu sądów i, co najważniejsze, ani w ząb nie rozumieją kobiet. Rozsądna kobieta wie o tym i spławia męsplikera. Także myślący facet, który ma okazję przysłuchać się tyradzie męsplikera, już po chwili wie, że ów jest kretynem. Niestety jednak istnieją kobiety, i wcale nie jest ich tak mało, które ulegają mentalnemu „urokowi” męsplikerów, spijając z ich ust „objawione” prawdy. Jest to zjawisko analogiczne do tego, że niektórzy mężczyźni ulegają powierzchownemu urokowi cielesności kobiet, dla ładnej buzi i krągłych kształtów wyzbywając się ostatniego grama swego rozsądku. Zastanawiam się, czy nie są w tym bardziej żałośni niż kobiety dające posłuch idiotom. Ale cóż, tak kręci się ten światek, w tym nowym roku i we wszystkich, jakie jeszcze nastąpią. Happy New Year!

O nieuchronnej porażce

Leszek Kołakowski jest autorem jednej z najbardziej zwięzłych definicji religii: „Religia jest sposobem, w jaki człowiek akceptuje swoje życie jako nieuchronną porażkę”. Życie człowieka kończy się śmiercią, która miłosiernie kładzie kres owej nieuchronnej porażce. Jednak dopóki wierzący żyje, dopóty jego wiara daje mu pocieszenie, gdyż daje wizję kontynuowania istnienia w doskonalszej postaci aż poza granice śmierci. Dzięki temu snucie opowieści o bogu, niebie i dalszym życiu nie jest dla wierzącego jedynie sposobem na wyzbycie się lęku przed śmiercią, lecz także pozwala mu zaakceptować swoje życie bez względu na to, jak ono przebiega. Wypełniwszy swój umysł doktrynami jakieś religii wierzący odcina się od swojego prawdziwego życia i dopiero po tym zabiegu je akceptuje – ale tylko jako apendyks do wieczności. Wtedy świadomość nie jest mu więcej brzemieniem, bo już jej nie ma, została zastąpiona zestawem religijnych wyobrażeń symulujących realny świat i odsyłających do idealnej egzystencji post mortem. To jest cena, jaką homo sapiens płaci za możliwość przetrwania. Wszelkie mity i doktryny religijne są bowiem wyrazem zapomnienia i odrzucenia podstawowego ludzkiego doświadczenia znikomości i absurdalności życia. Dlatego pozwolę sobie zaproponować jeszcze bardziej zwięzłą definicję religii, w trzech słowach oddającą wszystko, co człowiek zawsze w niej widział. Brzmi ona: będzie happy end.

O brakującym słowie

W swej „Etyce” Benedykt Spinoza wypowiada ciekawą uwagę: „Twierdzenie 21 wyjaśnia nam, co to jest współczucie, które możemy zdefiniować jako smutek, powstały z czyjegoś nieszczęścia. Nie wiem jak nazwać radość powstającą z czyjegoś dobra”. Jest czymś przejmująco tragicznym, że ten wielki filozof, który spędził lata na badaniu tajników duszy ludzkiej i sposobów jej wyzwolenia, nie zna  słowa na określenie takiego uczucia. Ale nie tylko Spinoza nie zna takiego słowa. Pytałem często wielu ludzi o jedno słowo określające radość z cudzego szczęścia. Nikt nie znał takiego słowa, wielu tworzyło jakieś zbitki typu „współradość”. Cóż, najwidoczniej zbyt rzadko odczuwamy radość z cudzego szczęścia, tak rzadko, że owo uczucie nawet nie ma szans zakorzenić się w naszej świadomości w postaci słowa.

O globalnej wiosze

Marshall McLuhan dawno temu głosił, że świat zmierza w kierunku globalnej wioski. Jego proroctwa się spełniają, jednak jak to zwykle bywa, w formie nieco odmiennej od tej ogłoszonej przez proroka. Osiągamy oto stan globalnej wiochy. Czym się wioska różni od wiochy? W każdej wiosce był wiejski głupek, lokalny wariat, stanowiący konieczny element życia wsi, dodający jej kolorytu, błąkający się na jej peryferiach. Wariaci chodzący na wolności zasadniczo nie są niebezpieczni, no chyba że obejmą urząd publiczny. Gdy zatem wiejski głupek zostanie wójtem i zajmie centralne miejsce, to robi się i śmiesznie i strasznie, bo wtedy wioska zamienia się w wiochę. By ująć to w dosadnej metaforze – dopóki tyłek pozostaje na swoim miejscu spełnia funkcję do której jest powołany, jest czymś pożytecznym. Gdy jednak uzurpuje sobie prawo bycia twarzą, to pogrążamy się w szambie. A dzisiaj dzięki mediom elektronicznym najgłębsze pokłady głupoty wypływają na wierzch i sadowią się w centrum życia społecznego. Następuje „przewartościowanie wszystkich wartości” i „powrót wypartego” w karykaturalnej postaci. Po raz kolejny „przemija postać tego świata”, rodzi się globalna wiocha, w której już nikt nie będzie wiedział, skąd pochodzą cytowane słowa.

O ewolucyjnym spojrzeniu na religię

Egzaptacja to termin z zakresu biologii ewolucyjnej, wprowadzony na określenie tych cech organizmu, które zmieniają swoją funkcję adaptacyjną. Przykład wyjaśni o czym mowa. Pióra powstały w procesie ewolucji najpierw jako sposób termoregulacji organizmu u dinozaurów, stanowiąc adaptację do określonych warunków życia, a dopiero później umożliwiły potomkom dinozaurów, czyli ptakom, latanie. Nastąpiła zmiana ich funkcji, czyli właśnie egzaptacja. Zatem rozumiemy, czym jest egzaptacja – jakiś organ powstaje w drodze adaptacji do pewnych warunków, potem te warunki się zmieniają i wtedy ten organ zmienia swoją funkcję, służy już do czegoś całkiem innego. Być może podobnie było z ludzkim mózgiem, w którym rozrastająca się kora mózgowa pierwotnie służyła do buforowania termicznego, jak twierdzą niektóre teorie, a dopiero wtórnie stała się siedliskiem świadomości. Możemy także to pojęcie spróbować odnieść do ewolucji ludzkiej kultury i jako egzaptacje ująć te jej sfery, które początkowo służyły czemuś innemu. Ludzie od tysięcy lat poświęcają mnóstwo czasu aktywności religijnej, która według jej zwolenników zaspakaja potrzeby egzystencjalne jednostki i cementuje spójność grupy wyznawców. Można jednak też pomyśleć, iż religijna funkcja umysłu jest właśnie egzaptacją. Jeśli tak, to z jakiej pierwotnej funkcji umysłu powstała, czemu owa pierwotna funkcja służyła?

Nim jednak zasugeruję jakąś odpowiedź na postawione pytanie chciałbym rozważyć ciekawą możliwość – może nie było żadnej pierwotnej funkcji umysłu, a religia pojawiła się jako zagospodarowanie spandrela? Słowo spandrel pochodzi ze słownika architektonicznego i oznacza przestrzeń pomiędzy łukiem wspierającym, a prostokątnym sklepieniem dachu. Powstanie tej bezużytecznej przestrzeni w budowlach spowodowały czysto fizyczne wymogi statyki. W wielu budynkach występuje spandrel w postaci najprostszej – to przestrzeń pod schodami, służąca jako schowek na rupiecie. Jednym słowem, spandrel to coś, co powstaje w wyniku pewnej konieczności architektonicznej, a nie jest zamierzonym i funkcjonalnym elementem konstrukcji. W ewolucji organizmów żywych może być tak, że spandrel stanie się egzaptacją, jeśli jakiś organ zmieni swoją funkcję i będzie służył do innych celów. Cele te jednak nie muszą być znaczące ewolucyjnie, mogą stanowić jedynie swego rodzaju zagospodarowanie spandrela. Tak być może było z pewnymi sposobami funkcjonowania ludzkiego mózgu, które powstały na drodze ewolucji, ale zyskały w dalszym jej toku odmienną funkcję, stając się wtórnie źródłem religii.

Wracając do egzaptacji chcę podać tylko jeden przykład. Chodzi mi o fenomen pareidolii, polegający na tym, że nasz mózg dopatruje się znaczących kształtów w chaotycznych zjawiskach jawiących się mu w świecie zewnętrznym. Jest to doskonale zrozumiałe w perspektywie ewolucyjnej – dzięki tej jego właściwości możemy sprawnie rozpoznawać ważne dla nas kształty w otoczeniu i reagować na nie. Ale to także nasz kochany mózg, nastawiony na detekcję sensownych i ważnych dla przeżycia całości znaczeniowych każe nam obecnie widzieć twarze w chmurach, Jezusa w zaciekach na szybie, czy diabła w dymie wydobywającym się z budynków World Trade Center. Niekoniecznie zatem religia stanowi największe osiągnięcie ludzkości, jak twierdzą jej wyznawcy, jest być może jedynie produktem ubocznym ewolucji ludzkiego umysłu, powstałym z połączenia wielu egzaptacji i spandreli. Bez wątpienia jednak ów by-product ewolucji został przez ludzi znakomicie wykorzystany jako sposób na przetrwanie w tym niewesołym świecie.

O postprawdzie

W roku 2016 redaktorzy Oxford Dictionaries ogłosili słowem roku postprawdę (post-truth). Słownikowo jest zdefiniowana jako przymiotnik „opisujący lub dotyczący okoliczności, w których obiektywne fakty mniej wpływają na opinię publiczną niż odwołania do emocji i osobistych wierzeń i poglądów”. Z jednej strony to nic nowego, bo czyż kiedykolwiek co innego niż emocje i opinie wpływały na społeczeństwa? Z drugiej strony jednak jest pewna różnica – współczesnej postprawdy nie generują jedynie podległe rządom media, czy gromady złowrogich troli, lecz też, a może przede wszystkim, portale społecznościowe. Jeśli mój znajomy na Facebooku umieści jakiś link, poda jakąś swoją opinię, dlaczego mam mu nie wierzyć? Przecież go znam. To rzeczywiście genialna perwersja naszych czasów – dawniej ludzi okłamywano, a teraz sami ludzie sami siebie oszukują, dzieląc się wzajemnie kłamstwami. To już coś więcej niż tylko plotkowanie, w którym podobno jest czasem ziarno prawdy. To masowe wzajemne ogłupianie się, podniecanie emocji, żywienie się strachem i przesądami. W sferze postprawdy nie istnieje krytyczne myślenie, rozsądek, zapomnijmy też o argumentach i rozsądnej dyskusji. Dziś każdy może napisać cokolwiek, co wyraża jego najbardziej pokręcone emocje i puścić to w świat. Inni łykają to jak zgłodniałe psy kość. Można napisać i powiedzieć wszystko, jakąkolwiek bzdurę, ważne, że zostanie ona powielona i zgwałci umysły innych. Dziś nikt już nie myśli, tylko łyka opinie. Specjalnie nie podaję tu przykładów postprawdy, bo każdy je znajdzie w sekundę, wystarczy, że otworzy swojego Facebooka :D.

O rozsypaniu się ludzkości

Żyjemy obecnie w czasie, który można adekwatnie określić pięknymi łacińskimi słowami: „Dissipatio humani generis”. Słowa te oznaczają całkowite, absolutne rozsypanie się gatunku ludzkiego. Żyjemy w epoce postprawdy, w której nie liczą się fakty, a tylko wygenerowane w internecie opinie. Ludzie całkowicie zatracili zmysł istnienia, garną się do rozmaitych jego ersatzów, wyzbyci wszelkiego poczucia sensu tego, co robią. Jedni oddają się otchłannej konsumpcji, drudzy ascetycznie rezygnują z życia – swego lub cudzego. W zbiorowym, stadnym szale ludzie niszczą samych siebie i niszczą życie na planecie, która ich żywi i podtrzymuje. Z suicydalną rozkoszą eksploatują wszelkie źródła energii i żywności, namnażając się szybciej niż bakterie na szalce Petriego. W perspektywie kilkudziesięciu lat gatunkowi ludzkiemu grozi totalna ekstynkcja, ale sami ludzie wydają się być tym najmniej przejęci. Zajmują się swymi małymi sprawami, napędzanymi jeszcze mniejszymi emocjami. Toczą walki o skrawki ziemi, pełni kompleksów i zawiści, kłócą się o pozbawione znaczenia idole. Wiem, zawsze tak było, w całej historii ludzkości. Dziś jednak te groteskowe zmagania nagich małp osiągnęły wymiar globalny, gdyż ludzka pleśń w liczbie 7,5 miliarda jednostek wywiera wpływ już na cały ekosystem Ziemi i jego aktualny stan można porównać tylko z terminalną chorobą nowotworową z masowymi przerzutami. Dobrze ujmuje to James Lovelock, cytowany w książce Johna Gray’a „Słomiane psy”: „Ludzie zachowują się pod pewnymi względami jak organizmy patogeniczne, jak komórki raka, nowotworu. Wraz ze wzrostem naszej liczebności zaczęliśmy tak bardzo przeszkadzać Gai, że nasza obecność stała się zauważalnym zakłóceniem. Gatunek ludzki jest obecnie tak liczny, że stanowi poważną, planetarną chorobę. Gaja cierpi na primatemaję rozsianą – zarazę ludzką.” Nie jesteśmy dziećmi bożymi, koroną stworzenia, sukcesem ewolucji – jesteśmy rakiem.

O rozwoju osobistym

Co jest podstawowym i fundamentalnym warunkiem rozwoju osobistego? Samotność. Bo rozwój osobisty to znajdywanie osobnej drogi w swoim życiu, innej niż zbiorowe ścieżki proponowane przez kulturowe memy. Rozwój osobisty to tworzenie samego siebie, to wyzwalanie się z powszechnego koszmaru kultury i prowadzenie życia na własny rachunek. To dzieło bez wątpienia arystokratyczne, samotne, nie mające nic wspólnego z owczym pędem tak charakterystycznym współczesnej popkultury psychologicznej. Rozwój osobisty to proces autokreacji, to tworzenie samego siebie poprzez uświadamianie sobie źródeł, z których się wywodzimy. Pięknie o tym pisze Anthony Storr w swej książce „Samotność. Droga do jaźni”: „Sądzę, że zdolność do tworzenia to doskonała okazja do rozwoju osobistego w samotności. Większość z nas rozwija się i dojrzewa przede wszystkim w toku relacji z innymi. Naszą drogę przez życie określają wówczas przede wszystkim role, jakie przyjmujemy względem innych, gdy jesteśmy dzieckiem, nastolatkiem, małżonkiem, rodzicem czy dziadkiem. Artysta czy filozof zasadniczo dojrzewa w samotności. Jego drogę życiową charakteryzuje raczej dojrzałość dzieł, a nie relacje z innymi ludźmi”. Tak, bez wątpienia samotność to konieczny warunek wszelkiego tworzenia. Wchodzimy w głąb siebie po to, by wydobyć ze sztolni naszej jaźni to, co nada sens naszemu życiu – albo chociaż to, co uchroni naszą integralność, jak twierdzi Storr – a co zarazem będzie być może czymś wartościowym dla innych, jak ocalone od spalenia dzieła Kafki.

O pamięci

Wspomnienia z przeszłości mogą być piękne i budujące albo traumatyczne i raniące. W tym drugim przypadku sprawiają cierpienie samemu pamiętającemu i wielu innym ludziom w jego otoczeniu. Często bywa tak, że pamiętający udaje się na psychoterapię i omawia minione lata swojego życia, czasem sięgając aż do czasów wczesnego dzieciństwa. Pragnie uleczenia, nowego startu, pragnie nieraz zapomnieć, chociaż akurat jest to mało terapeutyczne. Wszak człowiek pozbawiony pamięci nie byłby sobą, nie miałby poczucia tożsamości i ciągłości swego życia. Wszelkie przeżycia, te dobre, ale i te najgorsze, budują to, co nazywamy sobą. Jesteśmy wszystkim tym, co minęło, wszystkim co nam się przydarzyło – dobrym i złym. Pamięć jest warunkiem istnienia naszej świadomości, ale nie jest od niej niezależna. Pamięć zawsze była metaforyzowana jako swego rodzaju trwały zapis – od tabliczki woskowej u Platona po twardy dysk komputera obecnie. To jednak tylko uparta iluzja, wynikająca z wrodzonego człowiekowi pragnienia samooszukiwania się. Tak naprawdę pamięć jest zmienna, podlega ciągłemu przepisywaniu. Nieustannie na nowo tworzymy treść naszej pamięci, każde przypomnieniem przeszłości jest jej rekonstrukcją, zgodną z aktualnym obrazem samego siebie i obraz ten podtrzymującym. Dlatego nie warto przywiązywać się do szczegółów.

O głosie w naszej głowie

Większość ludzi nie przywiązuje najmniejszej wagi do wypowiadanych przez siebie słów. W najlepszym amerykańskim stylu najpierw mówią, a dopiero potem – i to rzadko – nachodzi ich refleksja odnośnie tego, co wypowiedziane przez nich słowa znaczą. Jednym z powodów tej tak bolesnej niefrasobliwości wobec słów jest moim zdaniem nieodróżnianie siebie od wewnętrznego głosu, który cały czas generuje rozmaite myśli w naszej głowie. Każdemu może się zdarzyć, że zapomni o tym podstawowym rozróżnieniu, na przykład w chwili emocjonalnego podniecenia. Spotykałem jednak ludzi, którzy mówili mi, że nie czują takiego rozróżnienia. Zapewne utożsamiają się oni całkowicie z tym głosem, są nim i działają jak jego marionetki. A ja pamiętam do dziś chwilę, gdy jako bardzo nastolatek uświadomiłem sobie, że w mej głowie ciągle odzywa się jakiś głos, który niby komentator sportowy niestrudzenie snuje swe opowieści. Poczułem wtedy, że ten głos i ja to dwie różne rzeczy, że ja sobie go tylko uświadamiam i niby nie muszę go słuchać, ale cóż, owo gadatliwe bydle ciągle wtrącało swoje trzy grosze w każdej sytuacji. Obecnie, po kilkudziesięciu latach, ten głos dalej się odzywa, ale już mnie najczęściej nuży, nie ma nic ciekawego do powiedzenia, niczym zadarta płyta powtarza frazesy znane mi od lat. Ciekawsza jest dla mnie teraz cisza, która wybrzmiewa pomiędzy jego słowami.