O byciu we dwoje

Lubię samotność. Ma swoje niezaprzeczalne zalety. Mogę swobodnie robić to, co chcę, sycić się iluzją niezależności od świata, bycia sobą. W samotności mogę pisać wpisy na tym blogu. Mogę czytać. Mogę oglądać filmy. Mogę wszystko. Samotność obdarowuje mnie sobą. Powracam wtedy do siebie, ciesząc się tym, co ze mnie emanuje.

Ale w byciu we dwoje jest jakieś dziwne ciepło. I nie chodzi tylko o możliwość nagłego przytulenia się, o rozmowę, o wspólnie przygotowany i zjedzony posiłek. To coś więcej, takie dojmujące poczucie bliskości i obecności, nawet jeśli ona siedzi zajęta swoimi sprawami w drugim pokoju. Czuję wtedy ciepło, ciepło bycia we dwoje. Jest obok i to wystarcza.

Czasem jednak jej nie ma. Jestem wtedy sam. Czekam na nią, ale też rozkoszuję się samotnością. Gdy wróci, znowu będzie obok. Moje życie wzbogaciło się o rozkosz i ciepło – rozkosz bycia samotnym i ciepło bycia razem. Jak dwie strony jednej monety, jak in i jang, dopełniają się tworząc pełnię mojego życia.

Bycie we dwoje jest niczym wdech, napełniający moje płuca tlenem. Samotność natomiast przypomina wydech, opróżniający płuca z dwutlenku węgla. Przychodząc na świat bierzemy pierwszy oddech, po to, by zaistnieć i żyć. Podobnie bycie we dwoje jest podstawą, na której możemy budować nasze życie.

O największej iluzji młodości

Młodzi ludzie, a tym mianem określam osoby do tak mniej więcej trzydziestego roku życia, żywią pewną podstawową iluzję, wynikającą tylko z tego, że są tak młodzi. Uważają mianowicie, że istnieją tak zwani ludzie dorośli. Patrząc na starszych od siebie ludzi, o pomarszczonej skórze i siwych włosach, uważają ich za dorosłych. Są to ich rodzice, nauczyciele, mentorzy. Wszyscy oni mają za sobą już kilka dekad w survivalu zwanym życiem. Nic dziwnego, że ich ciała wyglądają na nieco zużyte. Jednak wydawanie jakiegokolwiek osądu tylko na podstawie owych zmian cielesnych jest dosyć ryzykowne.

Sam pamiętam, iż w młodym wieku ulegałem tej iluzji. Obecnie, niedługo dobiegając sześćdziesiątki, mam okazję obserwować ją z przeciwstawnej perspektywy. To zupełnie jakbym tropem Alicji w krainie czarów przedostał się na drugą stronę lustra. Teraz widzę jasno i wyraźnie na czym polega natura owej iluzji. Z mojego punktu widzenia nic się nie zmieniło pomimo upływu lat. Moje wnętrze pozostaje pozaczasowe, nieco tylko zmieniając się w ciągu tych minionych dekad. Natomiast zewnętrzność, podstawa iluzji, zmieniła się bardziej. Tylko ją dotknął czas, władca spraw zewnętrznych.

I każdy, kto obcuje ze mną zwracając uwagę jedynie na moją zewnętrzność, podlega sile iluzji. Jeśli ktoś natomiast zbliży się do mnie i mnie zechce bliżej poznać, ujrzy, jak złudne jest jego przekonanie, iż jestem dorosłym człowiekiem. Gdybym był dorosły, byłbym martwy. Ale żyję, bo nigdy nie wyrzekłem się pozaczasowego rdzenia swojej istoty, który zawsze pozostaje z sobą tożsamy. Niegdyś, około dwunastego roku życia sobie go uświadomiłem, i wtedy stałem się dla siebie sobą. I do dzisiaj świadomość ta jest mi dostępna, niezmiennie stanowiąc źródło mojej siły życia.

Zdaję sobie jednak sprawę, że dla młodych ludzi jest prawie niemożliwe nie żywić iluzji dorosłości. Ci, której jej ulegają – a moim zdaniem stanowią oni większość – starają się z czasem dorosnąć, mordując swoje pierwotne poczucie tożsamości, które każdy odkrywa we wczesnym nastoletnim wieku. Zwykle im się ten mord udaje. Stają się wydmuszkami, pustymi skorupami, które miliardami zaludniają ten świat. A może by tak spróbować żyć inaczej?

Bodhidharma

Pierwszy patriarcha szkoły ch’an (jap. zen) w Chinach, żyjący w latach 470 – 543 n. e. Był księciem, podobnie jak Budda. W ogóle bycie księciem sprzyjało w tamtych czasach rozwojowi duchowemu. W naszych czasach również. Po przybyciu z Indii próbował przekazać Chinom swoją naukę, esencję buddyzmu, będącą „prawdziwym przekazem poza słowami i pismami”. Nie spotkał się jednak ze zrozumieniem. Cesarz Wu-di miał spytać Bodhidharmę o istotę religii i rodzaj zasług jakie czerpiemy z jej wyznawania. W odpowiedzi usłyszał pogardliwe: „Wielka pustka i nic świętego”. W słowach tych czujemy już ducha zen, bezwzględnego w dążeniu do prawdy ukrytej poza wszelkimi słowami. „Umysł jest buddą i budda jest umysłem” – oto istota jego nauki.

Sam Bodhidarma nie znajdując odzewu ani zwolenników swojego przesłania, osiedlił się w okolicach słynnego klasztoru Shaolin. Praktykował tam wytrwale, wedle tradycji siedząc dziewięć lat twarzą do ściany w grocie nieopodal świątyni. To radykalizm i bezkompromisowość uczyniła z Bodhidarmy „postać kultową” – oddziałał bardziej siłą swego postępowania, a nie pism. Jego równie bezkompromisowy uczeń, Huei-ko, który by wykazać swe oddanie w poszukiwaniu prawdy miał odciąć sobie ramię, został drugim patriarchą szkoły ch’an.

Jest mnóstwo legendarnych opowieści o Bodhidharmie. Najpewniej sporo z tego, co tu opisałem to też legendy. No cóż, nigdy nie przestaje mnie dziwić ta właściwość ludzkiego umysłu, nawet takiego, który poszukuje wyzwolenia od wyobrażeń i pragnień, jak w buddyzmie, do tworzenia fantastycznych opowieści. Dzieje się tak dlatego, że cele stawiane przez buddyzm czy inne podniosłe nauki, są praktycznie nieosiągalne i wtedy pozostaje tylko to, zawsze ludzie mieli na podorędziu – opowiadanie niezwykłych historii, uprawianie mitologii. Takie opowieści przybliżają zwykłemu człowiekowi to, co mu niedostępne.

Dlaczego o tym piszę? Bo Bodhidharmie przypisuje się nader znaczące słowa: „Nie tworzenie iluzji jest oświeceniem”. Wystarczy zatem nie ulegać pokusie wyobraźni mitologicznej, porzucić infantylną pokusę pięknych historii, nie tworzyć iluzji. Ale to chyba najtrudniejsza rzecz dla ludzkiego umysłu, żywiącego się od niepamiętnych czasów opowieściami, mitami, pięknymi acz nieprawdziwymi. I tak pozostanie, aż do końca rasy ludzkiej. Nawet nadzieja na czysty umysł zostanie zawsze ubrana w mitologiczne opowiastki. Ostatecznie czym bowiem jest ludzkość, jak nie bandą niewydarzonych dzieciaków?

O doświadczaniu zmiany

„Życie jest to opowieść idioty, pełna wrzasku i wściekłości, nic nie znacząca”. To Shakespeare w Makbecie. W ten specyficzny, namiętnie zachodni sposób wyraził pierwszą szlachetną prawdę buddyzmu, która głosi, że życie jest cierpieniem. Czym jest cierpienie, duhkha? To może zbyt twarde słowo, bo buddystom chodzi o zasadniczą niewygodę, dyskomfort, towarzyszący każdej chwili naszego życia. Pewien nauczyciel buddyjski porównał życie do podróży wozem, którego osie nieustannie skrzypią. I rzeczywiście trudno zaprzeczyć, że w naszym życiu coś ciągle „skrzypi”. Każde nasze doświadczenie jest słodko-gorzkie. Duhkha to towarzyszący nam nieustannie brak stałego zadowolenia.

Buddyjską intuicję tego, czym jest życie i związane z nim cierpienie najlepiej można oddać opisowym sformułowaniem: doświadczanie zmiany. Jesteśmy w nieustanym przepływie, a mimo to jest coś w nas, co pragnie trwałości, niezmienności. Tak działa nasze ego. Tworzy ono rozmaite iluzje dotyczące nieprzemijalności, bo tylko to daje mu zadowolenie. Najbardziej ekstrawagancka z nich to koncepcja nieśmiertelnej duszy. Skoro w tym świecie wszystko przemija – szepcze nam do ucha ego – to chociaż wyobraźmy sobie inny świat, gdzie wszystko jest trwałe. Doprawdy, zdolności do samooszukiwania się przejawiane przez ego są nieskończone.

Ja wszelako jestem realistą i twardo stąpam po ziemi, nawet jeśli okazuje się ona ostatecznie płynnym gruntem naszego doświadczania zmiany. Wiem, że wszystko co piękne, przemija, to co złe też. Nie chwytam się niczego, obserwuję swoje życie jak bieg obłoków po niebie. Dziś jestem tu, jutro tam, a pojutrze mnie już nie będzie. To naturalna kolej rzeczy. Czasem moje usta są pełne wrzasku, czasem milczę. Czasem jestem idiotą, a czasem mądry. Dziwią i degustują mnie ludzie, nie wiedzą bowiem jak żyć. Nie akceptują swojego życia – a co innego mamy niż to właśnie życie, czasem szalone, czasem nudne, a czasem nie do zniesienia?

Suzuki o chrześcijaństwie

Daisetz Teitaro Suzuki był japońskim profesorem i praktykiem zen, żyjącym w latach 1870 – 1966. Któż z nas nie czytał w młodości jego Wprowadzenia do buddyzmu zen, wydanego w Polsce w 1979 roku. Już w latach trzydziestych XX wieku Jung próbował zrozumieć zen – niestety z miernymi skutkami – przy pomocy tej książki Suzukiego, do której zresztą napisał przedmowę. Innym udało się to o wiele lepiej, gdy w latach pięćdziesiątych Suzuki odwiedził USA i odtąd dyskusje akademickie i seminaria pełne były dywagacji na temat zenu w jego ujęciu. Dotarł też do beatników i zainspirował pierwsze próby asymilacji zenu w sferach artystycznych.

Miało być wszakże o chrześcijaństwie. Joseph Campbell, znakomity znawca mitów i religii, słuchał wykładów Suzukiego i w swej Potędze mitu przytacza jakże trafną charakterystykę chrześcijaństwa dokonaną przez buddystę: „Bóg przeciwko człowiekowi. Człowiek przeciwko Bogu. Człowiek przeciwko naturze. Natura przeciwko człowiekowi. Natura przeciwko Bogu. Bóg przeciwko naturze. Zabawna religia!” Nic dodać, nic ująć. Nie znam bardziej zwięzłych słów, które tak trafnie punktują wszystkie ułomności światopoglądu chrześcijańskiego. Cała związana z nim ideologia (religia miłości itp.) jest maskowaniem tych immanentnych chrześcijaństwu sprzeczności.

O religii i transformacji świadomości

J.M. Reynolds w książce Czarownice i dakinie pisze:„Tantra traktuje świat jako zewnętrzną manifestację wewnętrznej zasady oświecenia, natury Buddy, która od samego początku pozostaje czysta. Świat pojawia się jako nieczysty i przepełniony cierpieniem, ponieważ od zamierzchłej przeszłości nasza wizja jest zniekształcona i zaciemniona – chodzi tu więc głównie o transformację naszej nieczystej karmicznej wizji w czystą świetlistą wizję oświeconej świadomości”. Religia jest obietnicą transformacji tej wizji, transformacji świadomości. Niektóre oferują ją za życia, jak buddyzm, inne dopiero po śmierci, jak chrześcijaństwo. Wszelako zawsze ta obietnica kusi. Jednak by z niej skorzystać konieczne jest wpierw postrzeżenie świata w jego bolesnym aspekcie. Dopóki się łudzimy, póki uważamy że nasze życie jest dobre i przyjemne, żadna przemiana nie jest możliwa.

A przecież nawet zaawansowane praktyki religijne wykorzystujemy po to, by się łudzić, oszukiwać siebie co do prawdziwej natury tego świata, uciekamy na wszystkie możliwe sposoby od transformacji naszej świadomości. Dlaczego tak czynimy? No cóż, czasem nawet rzeczy stare i szacowne dają się ująć w nader krótkich słowach. Tak uczynił Thomas Matus w swej książce Joga i modlitwa jezusowa, gdzie mentalność człowieka religijnego ujął w prostej formule: „Jeśli zdołam pojąć siebie w kategoriach absolutnego, wiecznego systemu, którego jestem częścią, to ostatecznie nic złego nie może mnie spotkać”. Albowiem funkcją każdej religii jest upraszczanie rzeczywistości, sprowadzanie jej do ograniczonych możliwości mentalnych homo sapiens i tym samym czynienie świata „przeżywalnym”. Wbrew roszczeniom religii nie niosą one objawionej prawdy, lecz prawdę czysto pragmatyczną, skrojoną dla potrzeb naszego gatunku. Religie są tylko systemami pocieszania, blokującymi wszelką transformację świadomości.

O miłości i śmierci

Siedemnaście lat temu recenzowałem pracę magisterską, którą napisała pewna studentka filozofii. Zapamiętałem z tej pracy jedno zdanie, dziś już nie wiem, czy pochodziło one od autorki pracy czy być może parafrazowała Wojaczka, któremu praca była poświęcona. Brzmiało ono tak: „Życie przez miłość zużywa się i prowadzi do nieuchronnej śmierci”. Geniusz tych słów mnie zachwycił. Dokładnie tak jest, kochamy, żyjemy, zużywamy się, a potem umieramy. A tym, co zużywa nasze życie jest miłość. Dajemy siebie w miłości innej osobie, przelewamy swoją energię, oferujemy wszystko co mamy, swoje serce kładziemy na dłoni i dajemy je kochanej osobie. Czasem ona odpowie tym samym, czasem nie. Ale miłość polega na dawaniu, na bezinteresownym obdarowywaniu kochanej osoby.

Możemy też kochać życie samo w sobie, i też ta miłość nas zużywa i prowadzi do śmierci. Miłość i śmierć są bowiem w cichej komitywie, są połączone w radosnym splocie jak in i jang w taoizmie, albo też jak eros i thanatos w ponurych dywagacjach Freuda. Wszystko co kochamy pragnie naszej energii i siły życiowej. Dajemy ją zatem i z tego oddania czerpiemy największą przyjemność. Oferujemy swoje serce i jesteśmy gotowi na śmierć. I ta gotowość jest najpiękniejszym przejawem miłości. A Francuzi, zawsze potrafiący wypowiedzieć rzeczy najcięższe z najwyższą lekkością, ustami Ambroise’a Paré twierdzili, że „l’orgasme est une petite mort”.

O wspólnotach ekskluzywnych

Ludzie budują wspólnoty na dwóch podstawowych zasadach. Jedna to przynależność oparta na zasadzie robienia czegoś wspólnie. Druga to przynależność do wspólnoty oparta na zasadzie nie robienia czegoś, co robią inni. Na przykład nie jem mięsa i w każdej sytuacji, otoczony przez mięsożerców, gdy odkrywam w pobliżu wegetarianina, czuję instynktowną wspólnotę z nim.

Nie robienie czegoś wypływa z zakazu, a posłuszeństwo temu zakazowi to prosty i szybki sposób na samookreślenie się i przyłączenie do grupy. Dlatego tak wiele religii narzuca zakazy żywieniowe, gdyż to, czego nie jem definiuje mnie w praktycznie każdej sytuacji społecznej. Albo czego nie piję. To zakaz jest esencją ekskluzywizmu. Nie robię tego, co robią inni, a zatem przynależę do pewnej elity, do grupy wybranych. Jestem czymś lepszym, ponad tymi, którzy nie mają żadnych zakazów i folgują sobie.

Paradoksalnie zatem, bo ego nie lubi zakazów, są one czymś co jest dla ego bardzo ważne. Może ono podnieść swoją wartość, krytykując to, co robią inni i czerpać samozadowolenie z tego, że od czegoś się powstrzymuje. Zakaz jest przy tym czymś, co absolutnie odcina mnie od innej wspólnoty niż moja. Jest źródłem wszelkich podziałów.

Zbyt często słyszałem i czytałem opinie osób, które dobrowolnie poddały się jakiemuś zakazowi, by nie patrzeć krytycznie na taki sposób organizowania się ludzi w grupy. Bijące z ich słów poczucie wyższości jest zaprzeczeniem człowieczeństwa, które opiera się na inkluzywności. Swoją osobistą niechęć do robienia czegoś poszerzają i robią z niej dogmat ideologiczny. Zakładają swój klub wzajemnej adoracji i czerpią stąd siłę do podporządkowania się zakazom.

O pamięci i ego

Najsprytniejszym trickiem Natury tworzącej człowieka było wyposażenie go w pamięć, zapewne po to, by świadomość mogła sycić się poczuciem własnej trwałości. Pamięć daje świadomości surogat trwania, wypełnia lukę powstałą przez nieobecność instynktów, których trwanie jest cykliczne, w kręgu pragnienia i zaspokojenia tworząc świat zwierzęcy. Pamiętać to przedstawiać sobie to, co przeszłe jako istniejące, pamięć jest bowiem swego rodzaju halucynacją, dającą nam blade wizje w modusie przeszłości. Bez tych głęboko ukrytych obrazów nie było by możliwe zaistnienie czegoś takiego jak ego. Ego mówi: „Jestem moją przeszłością, jestem tym, co pamiętam, jestem tym wycinkiem świata, który zachował się w mojej pamięci.” Nie przeczę istnieniu pamięci pojętej jako pozaczasowe, pozaświadome trwanie, jak u Bergsona; przecież dopiero pokłady takiej pamięci oświetlone światłem wiedzy pozwalają mówić o byciu w ogóle. Dla ego wszakże pamięć jest bóstwem, twórcą przeszłości i przyszłości.

Poszukajmy jednak pozytywnej strony istnienia ego. Przeciwstawiając się instynktom dążącym do natychmiastowego zaspokojenia, ego odwleka to zaspokojenie, oscylując na granicy pomiędzy płynącymi z głębi impulsami a rzeczywistością zewnętrzną. Tak rodzi się świadomość, powstając jako instancja równoważąca potęgę popędów. Bez pamięci nie ma ego, nie ma trwałej rzeczywistości świadomościowej. Wprawdzie to pamięć jest podstawą ego, a uczucie pierwotnego oddzielenia i związany z nim lęk odpowiedzialne są za jego powstanie, ale świadomość – w swych szczytowych momentach – jest jedna i stoi poza rozróżnieniem na moje i twoje. Ludzkość jest jednością na początku, w swych ciemnych głębiach i może kiedyś stać się jednością świadomą, co najpierw urzeczywistni się w pojedynczych osobach.

O dzieciach

Parę dni temu mojemu młodemu przyjacielowi urodził się syn. Ma teraz klasyczną parkę, bo jest już ojcem dwuletniej dziewczynki. Niby nic niezwykłego, bo na świecie co dzień rodzi się jakieś trzysta tysięcy dzieci. Jednak dla rodziców to wielkie wydarzenie, a dla samego dziecka największe. Oto rozpoczyna, całkowicie tego nieświadome, swoją podróż przez życie. Kilkadziesiąt lat, pełnych radości i cierpienia, pełnych obietnic odkrycia tego, kim się jest, i pełnych rozczarowań. Narodzone dziecko jest absolutną potencjalnością, pełnią możliwości, niczym młody bóg. Jednak w świecie fizycznym realizują się tylko nieliczne z tych możliwości. Z pierwotnej pełni kształtuje się jedynie ograniczony przez otoczenie człowiek, poddany wpływom rodziców, rówieśników, kultury.

Każdy z nas przeszedł przez ten proces ograniczania. Jesteśmy tym, kim jesteśmy. Zwierzę, w nienaruszonych, naturalnych warunkach środowiskowych staje się sobą. Lew staje się lwem. W przypadku człowieka sprawa nie ma się tak prosto. Od pierwszych lat życia jest mocno programowany przez proces wychowania. To nieuniknione, ale jednak ograniczające. W miarę dorastania w dziecku kształtuje się jednak samoświadomość, która jest zawsze obietnicą tego, że może ono uzyskać wolność i wyzwolić się z ograniczeń, wśród których wzrósł.

Tego właśnie życzę owemu młodemu człowiekowi, który pojawił się na tej niewesołej planecie. Oby wzrósł na samoświadomą istotę, by wykorzystał te kilkadziesiąt lat życia, które być może mu zapewnią biologiczne struktury jego organizmu, do tego, aby w danym mu czasie dowiedział się, po co tu jest. Wszystkiego najlepszego, Jasiu! Jesteś na drodze, której sam nie wybrałeś, ale którą możesz samodzielnie przemierzyć. A rodzicom powiem – dzieci to nie bezduszne automaty, one wiedzą o życiu o wiele więcej niż my wszyscy razem wzięci.