O stworzeniu świata

We wszystkich mitologiach świata znajdujemy mity o stworzeniu. Od religii pierwotnych po religie uniwersalistyczne, wszędzie jest mowa o tym, iż świat został stworzony. Ludzkość od zawsze tworzyła opowieści o jego początkach, starając się w ten pierwotny sposób oswoić niepojmowalny fakt istnienia świata. W mitach o stworzeniu znajdujemy bowiem pierwotną intuicję dotyczącą samego charakteru istnienia. A intuicja ta mówi ludziom, że świat w którym żyją jest iluzoryczny, nierealny, w głębokim sensie nie istniejący. Snując opowieści o tym, że świat został stworzony przez bogów lub przez Boga, ludzie wyrażali poczucie jego fundamentalnej nierzeczywistości. Odczuwali to gnostycy, zarzucając światu, że został stworzony przez złego demiurga, jako coś wtórnego, sfuszerowanego. W filozofii adwajtawedanty maja jest iluzją, namacalną i mentalną rzeczywistością codziennie absorbującą świadomość żywych istot, zakrywającą przed nimi prawdę na temat ich tożsamości z prawdziwym bytem (brahmanem).

Zapewne chrześcijanin mówiący o tym, że Bóg stworzył świat wyraża tym samym swoje przekonanie o jego, czyli świata, realności, którą akt boży nadawał światu. Moim zdaniem jednak jest dokładnie odwrotnie. Świadczy o tym teologiczna koncepcja creatio continua, głosząca iż Bóg nieustannie (w czasie!) podtrzymuje świat w istnieniu. Stworzył go bowiem ex nihilo i gdyby nie jego nieustanna aktywność stwórcza, świat by w mgnieniu oka przestał istnieć. Buddyści, mniej dramatycznie, wysnuli koncepcję pustki, która z kolei głosi iż wszelkie rzeczy są pozbawione immanentnego istnienia. To, co jawiło się jako świat twórcom takich koncepcji odbierali oni jako wytworzony obraz. Dzisiaj byśmy powiedzieli, że moce stwarzające świat są projekcją ludzkiej świadomości. Także w refleksji filozoficznej, jaką spotykamy u Platona, zmysłowo dana rzeczywistość to tylko obrazy na ścianie jaskini.

Jeśli mity stanowią odwieczną mądrość ludzkości, to mity o stworzeniu mówią właśnie to: ten świat jest tylko bezpodstawnym obrazem, nie jest rzeczywisty, i dlatego jest odczuwany jako stworzony. Bycie stworzonym oznacza bycie nierealnym. Księga Rodzaju opowiada o kreacji świata, który jest całkowicie zależny od Boga. To doskonały wyraz nieświadomej intuicji, że ten świat nie zależy ode mnie, tylko od czegoś większego, że jestem tylko obserwatorem i elementem tej rzeczywistości, która rozwija się przed moimi oczami w ciągu krótkiego życia i niknie wraz z moją śmiercią. Świat jest czymś, co kiedyś zgaśnie w moich oczach, wraz ze zgaśnięciem mojej świadomości.

Mity o stworzeniu opowiadają tak naprawdę o kondycji świadomości, tego małego zwierciadełka odbijającego coś o wiele większego od niego, a czego natury nigdy ono nie zgłębi. Świadomość pozostaje na zawsze w sferze obrazów, nierealnych odbić albo tworów imaginacji. Jest ona, jak to często powtarzał Jung, opus contra naturam. Snując mity o stworzycielu tego świata świadomość stara się jeno skompensować swoją nieistotność. Próżny to jednak wysiłek. Jesteśmy nieubłaganie wystawieni na kontyngentny charakter świata zapośredniczonego przez medium świadomości. Patrząc na cudowną grę kolorów chmur o zachodzie widzę, że to wszystko to tylko iluzja, piękna i wzniosła, ale jednak tylko iluzja.

O związkach i optyce

Wchodząc w związek z drugim człowiekiem możemy zobaczyć w nas coś, czego sami nigdy byśmy nie zobaczyli. W języku psychologicznym oznacza to, że możemy poznać swoją nieświadomość, czyli to wszystko, czego o sobie nie wiemy. Jako ciekawy przykład tej zasady mogę przytoczyć fakt z własnego doświadczenia. Opowiadając jakiś sen różnym osobom, otrzymuję zwrotne informacje, z których każda akcentuje inny element mojego snu. W ten sposób mogę zobaczyć jak w różnych osobowościach załamuje się, jak światło w pryzmacie, ten sam obraz senny, manifestując bogactwo swych znaczeń, niedostępne dla pojedynczego interpretatora jakim jestem. Czerpię stąd, podobnie jak z wielu innych związków z ludźmi, wiedzę na temat mojej nieświadomości.

O ileż jednak doskonalszym pryzmatem jest związek romantyczny, gdy promień tego, kim jestem rozszczepia się w duszy mojej kobiety. Dzięki temu mogę poznać najgłębiej skryte zakamarki swojej nieświadomości. Poznanie to nie jest przyjemne. Zakochanie jest przyjemne, ale gdy związek je przetrwa, wtedy zaczyna się proces obopólnego poznawania. A to jest często bolesne, bowiem prawda o sobie nie jest miła naszemu ego. Gdy jednak partnerzy są dla siebie dobrymi pryzmatami, wtedy związek ma szanse na przetrwanie.

Jaki stąd wniosek? Uczcie się optyki! Bo najważniejsze jest to, by siebie widzieć i wiedzieć, że to widzenie przypomina spektrum barw, które obserwujemy po przejściu promienia światła przez pryzmat. Rozpoznajemy się w swoich oczach i rozszczepiamy w nich. I wszystkie barwy i odcienie przynależą do nas. Nikt nie jest monochromatyczny, w każdym jest tęcza.

Nie napisałem nic nowego, po prostu ubrałem to, co wszyscy wiedzą w nową szatę. Jak kobieta, zawsze pozostając sobą, chce ubierać się w coraz to inne suknie, tak i ja postąpiłem. Albowiem związek jest kobietą i by należycie oddać jego naturę, nie można poprzestać na jednym ubiorze.

O symbolu

Dlaczego nie dowierzam znakom, słowom, pojęciom? Alchemik Gerardus Dorneus pisze: „Poznanie jest rozpuszczeniem wszystkich mniemań co do prawdy”. Pojęcie, bóstwo filozofów, zdaje się zaklinać w sobie prawdę w postaci znaczenia, odnoszącego się do rzeczywistości; nie jest to jednak bezpośredni sposób dotarcia do świata. W ten sposób nie dotrzemy do prawdy. Pojęcia wyrażają pewne collectivum, służąc porozumieniu pomiędzy wyodrębnionymi, obcymi sobie świadomościami. Myśląc pojęciami nie wychodzę poza ustalony obręb wspólnego świata, w pewnym sensie rozmawiam sam ze sobą, potwierdzam siebie jako element kolektywnego świata świadomości, co prowadzi do utożsamienia się z personą.

Inaczej jest z symbolem. Wyłania się on z ciemnych głębin nieświadomości, przy całej swej niejednoznaczności stanowiąc jądro indywidualnego życia; wyrażając jakieś archetypowe praprzeżycie oddaje ducha człowieka doświadczającego tego symbolu. Wizja feniksa jest nieskończenie bardziej „do mnie się odnosząca” niż samo słowo „feniks”. Słowo może działać jako symbol tylko w swej funkcji mantrycznej.

Symbol transformuje, przemienia świadomość, wprowadzając w jej obręb treści dotychczas nieznane; tym samym zmienia „mnie”, wrzucając w samo centrum przeżywanej rzeczywistości, bez różnicy między podmiotem a przedmiotem. Pojęcie pozostawia nietkniętą szybę pomiędzy mną, jako „obiektywnym obserwatorem”, a tym, co ono denotuje. Nie daje ono poznania jednoczącego, pozostawia mnie pustym, niezmienionym. Symbol nie tyle pośredniczy w poznaniu, ile jest samym poznaniem, stanowi substancję doświadczenia przemieniającego, a zatem buduje substancję samej duszy. W poznaniu symbolowym poznający i poznawana zapamiętują się w sobie, zatracają aż do zupełnej niemożliwości rozróżnienia. Tworzą jedność i wychodzą z niej całkowicie odmienieni. To prawdziwe mysterium coniunctionis.

Poznawanie symboliczne to odwieczny taniec oparty na archetypowych motywach, dzięki któremu dusza doznaje przemiany wyprowadzając na światło swej epoki prastare symbole. Odkrywa wtedy, że nie kończy się tuż za granicą skóry, że nie kończy się wraz z rozkładem ciała, że sięga swymi korzeniami samych początków istnienia. W nieskończonym tańcu motywów, w oślepiającym cauda pavonis zjawisk odkrywa s i e b i e. Może nazwie to sensem, a może po prostu życiem.

O samorealizacji raz jeszcze

Nie ma nic ważniejszego od tego, by swoje życie przeżyć tak, jak chcemy. A to trudna rzecz. Najpierw nasi rodzice chcą byśmy żyli tak, jak oni sobie to wyobrażają, byśmy realizowali w swoim życiu to, co oni nie zrealizowali. Gdy już nieco dorośniemy, to wtedy społeczeństwo pragnie, byśmy żyli wedle jego zasad. Podsuwa nam gotowe ścieżki życia, wąskie nisze, w których to niby mamy realizować swoje marzenia. Gdy spotkamy partnera czy partnerkę, to oni także chcą byśmy żyli tak, jak sobie wyobrażają idealnego partnera czy partnerkę. Całe nasze życie jest niczym innym jak nieustannym zmaganiem pomiędzy tym, kim możemy być, a tym, czego chcą od nas inni.

A jednak jest w nas coś, co się tym naciskom przeciwstawia. Jakiś rdzeń, immanentne pragnienie, coś poza wszelkimi kolektywnymi wpływami. To coś jest źródłem siły, która może nadać, o ile zostanie dopuszczona do głosu, sens naszemu życiu. Bo nikt poza mną nie może przeżyć mojego życia, nikt mi nie powie, jak mam żyć i po co. Moje życie nie musi być szczęśliwe, zgodne z wyznaczonym ścieżkami, ma być po prostu moje. Długie czy krótkie, szalone czy rozumne, ale przede wszystkim ma być – moje.

Gdy uda nam się to osiągnąć – a jedni to osiągają wcześniej, inni dopiero pod koniec swego życia – to dopiero wtedy czujemy, że nasze życie jest spełnione. Już nie musimy siebie okłamywać, nie musimy kłamać innym. To jest właśnie samorealizacja. Dostąpienie pełni bycia sobą niezależnie od tego, czego chcą od nas inni ludzie, a wprost przeciwnie, danie im swego wewnętrznego bogactwa i obdarowanie ich czymś, co jest nader rzadkie – swoją osobowością. Bo wielu tego pragnie, acz nie wie jak to osiągnąć i szuka tych, którym się to udało.

Bycie sobą to zadanie na całe życie. Trudne i żmudne, ale jest jedyną pracą, która daje satysfakcję i poczucie spełnienia. Bycie sobą to nie pospolity egoizm, to jego przeciwieństwo. To doświadczenie po raz pierwszy współbycia i współczucia z innymi, oparte nie na zależności i podleganiu wpływom innych ludzi, lecz na wyrażaniu zdrowego rdzenia naszej własnej istoty. To jest to, co jedynie możemy dać światu: możemy mu dać siebie.

O gnozie

Jak w początkach naszej ery gnoza koniecznie chciała być religią, tak obecnie chce być nauką – vide Jung, Koestler, Bohm, Capra, Sheldrake i wielu innych. Głębinowe przeżycie psychiczne zawsze chce się wyrazić językiem maksymalnie obiektywnym, akceptowalnym w ramach aktualnego paradygmatu kulturowego, po to by móc zakorzenić się w rzeczywistości i ją przemienić. Gnostycy jednak nie są naukowcami ani ludźmi religii, przybierają się tylko ich szaty, są niczym wilki między owcami.

Czym bowiem jest nauka? Jej podstawowym postulatem jest twierdzenie, że to, co może stać się przedmiotem jednej świadomości może także stać się przedmiotem innych świadomości. Eksperyment naukowy jest powtarzalny, obliczenia są zrozumiałe dla każdego, kto zna matematykę. Kartezjański ideał świadomości jest bezosobowy, fakty naukowe mają tworzyć świat, w którym indywidualność nie istnieje. Ex definitione poza granicami nauki znajdują się więc emocje i to, co nieświadome.

Czy na tak wrogim sobie gruncie może zakorzenić się gnoza ? Oczywiście nie, dlatego też ci, którzy jej sprzyjają stoją na „ziemi niczyjej”, najczęściej eksplorując rejony nieuczęszczane czy to przez umysł naukowy, czy też religijny, albo i filozoficzny. Robią rzeczy dziwne – tezy metafizyczne próbują uzasadnić argumentami ze sfery nauki (Jung); odrzucają logiczne myślenie wzywając do odkrycia ducha poezji (Graves); łączą fizykę z taoizmem (Capra) itd. itp. Idą pod prąd, stosując w praktyce tezę o jedności przeciwieństw, starając się zaleczyć rozdarcie w świadomości współczesnego człowieka.

Gnoza to szukanie nieskończoności w głębi własnego serca – formuła ta brzmi jak poetycka analogia, ściśle wszelako ujmuje najważniejszą zasadę gnozy. Zaczynamy od skończonego ja, a szukamy tego, co je przerasta. Na początku są to emocje i myślimy, że rozum może zapanować nad emocjami. Dopiero dotarłszy do głębi serca rozumiemy czym jest owo „panowanie” – jest to poznanie, że prawdziwą mądrość zyskujemy wtedy, gdy idziemy za głosem naszych najgłębszych podszeptów. Odkrywa się wtedy przed nami otchłań, nieskończoność, droga, której końca nie sposób przewidzieć, jednak podążanie nią daje nam wszystko to, czego pragnęliśmy. Aż do momentu osiągnięcia „zdumiewającej błogości”, o której pisał Mikołaj z Kuzy. Warto przy tym pamiętać, że ową błogość osiąga się przez „zwymiotowanie obrazów i pojęć”, jak o tym Kuzańczyk pisał w swoim dziele O oświeconej niewiedzy.

O pamięci transaktywnej i rozstaniu

Psycholog Daniel Wegner ukuł niegdyś pojęcie pamięci transaktywnej. Tak nazwał pamięć, która nie jest przechowywana w naszym mózgu, jak głosi obecny paradygmat, ale której treści są nam dostępne pośrednio, na nośnikach zewnętrznych, by tak rzec. Na przykład nie wiem jaka jest stolica Burundi, ale wiem gdzie stoi atlas geograficzny, w którym mogę ją znaleźć. Nie pamiętam numerów telefonów do dziesiątków moich znajomych, ale mam je zapisane w swoim telefonie. Najważniejsza jest jednak pamięć transaktywna przechowywana w umysłach znanych nam ludzi. Może tu chodzić o grupę współpracujących ludzi, ale bardzo dobrym przykładem jest rodzina. Nasi rodzice pamiętają wydarzenia w naszego dzieciństwa, które sobie sami ledwo przypominamy. Brat albo siostra, wujek, ciocia, dziadek czy babcia – to wspaniałe zasobniki pamięci transaktywnej. Kontakty międzyludzkie, nie tylko rodzinne, ale praktycznie wszystkie, są możliwe dzięki rozmaitym sieciom pamięci transaktywnej. Któż lepiej niż najbliższy przyjaciel przypomni mi po czterdziestu latach, co robiłem na pierwszym roku studiów?

Istnieje także pewien szczególny przypadek pamięci transaktywnej, który pojawia się wtedy, gdy dwoje ludzi poznaje się i zakochuje się w sobie. Wraz z upływem czasu i z rozwojem relacji pomiędzy kochankami pamięć ta krzepnie, obrasta w zdjęcia i filmy na komórkach, pliki na komputerze, ale przede wszystkim w wiele bardzo intymnych wspomnień, które para opowiada sobie jedynie w cztery oczy wieczorami, by ożywić dawne namiętności. Pamięć transaktywna pary jest jednym z podstawowych elementów budujących intymność, bez której nie można sobie wyobrazić prawdziwego związku. Ona pamięta jedno, on coś innego, ich pamięci się uzupełniają i tworzą ponadindywidualną całość, będącą czymś więcej niż sumą części.

Jednak wszystko co ma swój początek, ma też swój koniec. Para się rozstaje, małżeństwo się rozwodzi. Przy rozstaniu tracimy zewnętrzny system pamięci, współdzielona niegdyś tkanka pamięci transaktywnej się rozpada. W moim doświadczeniu momentem, w którym związek ostatecznie się kończy jest chwila, gdy czuję, że nie mogę się już odwołać do zasobów pamięci transaktywnej mojej byłej partnerki. Kiedyś mogłem ją zapytać: „A pamiętasz jak to było, gdy byliśmy razem nad morzem tamtego lata?” albo „Czy możesz mi powiedzieć, dlaczego byłaś tak smutna przy naszym trzecim spotkaniu?” Jej odpowiedzi dawały wtedy poczucie pełnego zrozumienia i bliskości. Gdy jednak poczuję, że już takich pytań nie mogę zadawać, że już nie otrzymam na nie żadnej odpowiedzi oprócz wzruszenia ramion, wtedy wiem, że rozstanie się dokonało.

Przy każdym poznaniu coś zyskujemy, przy każdym rozstaniu coś tracimy. Czuję smutek, że nie mogę już zadawać pewnych pytań, mimo iż pozostaję w kontakcie z moją byłą partnerką. Jednak pamięć transaktywna już nie jest dostępna, intymność zanikła; nie można już rozmawiać o przeszłości, pozostaje tylko rzeczowa wymiana zdań o sprawach bieżących. Czasem ta niedostępność jest ostateczna, gdy bliska mi osoba nie żyje. Jednak w przypadku osób żyjących zawsze czuję pewien subtelny zawód, rozczarowanie i frustrację poznawczą. Bo zawsze jest jeszcze do zadania mnóstwo pytań, które nie uzyskały odpowiedzi nawet po długich latach związku; czasem wydaje mi się, że można jeszcze porozmawiać, dowiedzieć się czegoś. Ale to tylko przykre złudzenie, bo już nie nie mamy wspólnej pamięci, nasze linie czasu się rozdzieliły. Prymarna obcość wróciła na właściwe sobie miejsce.

O twórczości

Tworzenie to odciśnięcie kształtu (obrazu) w materii, w przestrzeni barw, w kamieniu, w dźwięku, słowie czy ruchu. Kształt jest elementem ducha, natomiast materia ( u człowieka jest to cielesność) jest elementem opozycyjnym wobec ducha, koniecznym oporem, dzięki któremu dochodzi do konkretyzacji aktu stworzenia. Stworzenie jest możliwe dzięki działaniu, cudownej mocy świadomej aktywności wypływającej z myślowych przedstawień, a realizującej się poprzez fizjologiczno-mięśniowy aparat człowieka. Do stworzenia dzieła tchnącego autentycznością dochodzi dopiero wtedy, gdy artysta pozwoli się prowadzić wewnętrznej, boskiej „myślotwórczości”, gdy jego ręka „wodzi” za tym, co dusza chce oddać w zmysłowych obrazach, gdy działanie nie jest niczym odrębnym od wizerunku kształtującego się w duszy. To piękno. Modelka, pędzel, farby, płótno i ręka Leonarda da Vinci współgrają w oddaniu wiecznego uśmiechu Giocondy, rysującego się w tle świadomości Leonarda. Odczytał on w swej głębi archetyp uśmiechu i dzięki swemu geniuszowi potrafił go utrwalić, w sposób doskonały dając się powodować (jak koń daje się powodować jeźdźcowi za pomocą uzdy w platońskiej metaforze) obrazowi wyłaniającemu się z nieświadomości.

Im bardziej świadome jest działanie, tym mniej twórcze. Sięgając po szklankę wody, możemy to zrobić z nieświadomą gracją, możemy też uronić parę kropel angażując naszą nieporadną świadomość w proces kontrolowania ruchu. W świadomości pojawiają się obrazy, ale aby przetransformować je w twórcze działanie potrzebna jest nieświadomość. Świadomość zainteresowana tylko w oglądaniu obrazów jest nader często brana mylnie za element duchowy w człowieku. Duchem jest dopiero świadomość wraz z nadającą jej niezbędną głębię nieświadomością. Inne pojmowanie tej sprawy prowadzi nas na przykład do rozpatrywania miłości jako pojęcia albo do tworzenia abstrakcyjnych „trzecich światów”. Tymczasem duch może objawić się w człowieku tylko w ścisłej syntezie z jego ciałem, które jest siedliskiem nieświadomości.

O indywiduacji

W dialogu Państwo Platon opisuje człowieka sprawiedliwego, takiego, który zharmonizował w sobie trzy cnoty: mądrość, męstwo i umiarkowanie. Tak o nim pisze: „Taki człowiek urządził sobie gospodarstwo wewnętrzne jak należy, panuje sam nad sobą, utrzymuje we własnym wnętrzu ład, jest dla samego siebie przyjacielem; zharmonizował swoje trzy czynniki wewnętrzne, jakby trzy struny dobrze współbrzmiące, wszystkie je związał i stał się ze wszech miar jednostką – a nie jakimś zbiorem wielu jednostek. Opanowany i zharmonizowany postępuje też tak samo, kiedy coś robi, czy to gdy majątek zdobywa, czy o własne ciało dba, albo i w jakimś wystąpieniu publicznym, albo w prywatnych umowach, we wszystkich tych sprawach i dziedzinach on uważa i nazywa sprawiedliwym i pięknym każdy taki czyn, który tę jego równowagę zachowuje i się do niej przyczynia.”

Ten opis człowieka sprawiedliwego jest moim zdaniem dobrym opisem człowieka, który przeszedł indywiduację w sensie jungowskim. Sam Jung odmawiał szczegółowego opisu tego, jakim jest człowiek, który urzeczywistnił archetyp jaźni. Jednak filozofowie są znani z tego, że odważają się oddawać słowami to, co nienazywalne. I tak też uczynił Platon. Jego słowa oddają to, co najważniejsze – że człowiek może być sobą, jednostką (indywiduum) w każdych okolicznościach i że może być przyjacielem samego siebie. To ostatnie określenie jest bardzo ważne. My wszyscy jesteśmy rozszczepieni, jesteśmy „zbiorem wielu jednostek” często wrogich wobec siebie, a człowiek, który osiągnął pełnię psychiczną jest spójny sam ze sobą. Nie jest ideałem, nie jest „dobry”, jest świadomy swoich wad, których ma tyle, co każdy śmiertelnik. I tylko tyle – i aż tyle – gdyż tylko ta świadomość daje mu pełnię.

Z filozoficznego punktu widzenia, ale tym razem trochę innego niż platoński, człowiek zindywiduowany to człowiek, który doświadczył tego, że jest tymczasowym domem dla transindywidualnej siły życiowej i wyraził to doświadczenie na swój specyficzny, w pełni indywidualny sposób. Przeżył do końca własną wyjątkowość i niepowtarzalność, zachowując zarazem pełną świadomość, że jest tylko jednostkową ekspresją czegoś wielkiego i nieznanego.

O kolistej naturze życia

Jeden z modeli kosmologicznych opisuje ciekawą cechę naszego wszechświata. Jeśli mianowicie gęstość materii jest w nim odpowiednio duża, to może okazać się, że jest on wszechświatem zamkniętym. Kiedyś więc ulegnie kolapsowi, który zakończy jego karierę rozpoczętą wielkim wybuchem. Mnie ciekawi wszakże coś innego – jeśli w zamkniętym wszechświecie wystrzelimy z Ziemi rakietę, to po bardzo, ale doprawdy bardzo długim czasie powróci ona, tyle że z przeciwnego kierunku, niejako zza naszych pleców. W jakimś sensie wszechświat ma zatem strukturę kolistą, nie ma w nim linearnej ucieczki w nieskończoność, wszystko powraca.

Podobną strukturę ma życie. W dzieciństwie i młodości patrzymy przed siebie, wystrzeliwujemy rakietę naszego życia w oczekiwaniu, iż osiągnie ona niezmierzone rejony, do których wówczas nie sięgała nawet nasza wyobraźnia. Paliwem rakiety są marzenia, a niebo nie ma granic. Patrzymy tylko w jednym kierunku, przed siebie. Przyszłość, niczym arystotelesowska przyczyna celowa, przyciąga nas z nieodpartą siłą. Życie jawi się jako jedna, ogromna obietnica spełnienia.

Jednak u zmierzchu życia, najczęściej tak około sześćdziesiątki, rakieta naszego życia wraca do nas, tyle że z przeciwnego kierunku. Niczym wystrzelony pocisk uderza nas prosto w plecy. Wszystko co zrobiliśmy – a zwłaszcza to, czego nie zrobiliśmy – powraca i domaga się uwzględnienia. Wspominamy nasze zwycięstwa, najlepsze chwile, spędzone na rozmaitych rozkoszach i triumfach. Tak jest w chwilach dobrych. Gdy jednak gryzie nas czarny pies, rana na plecach zaczyna się jątrzyć, a ból niespełnionej przeszłości staje się dojmujący.

Wtedy, gdy ciemność nocy już wyraźnie jaśnieje przed nami, nie możemy tak po prostu, pełni lęku, obrócić się i spojrzeć wstecz, pielęgnując tylko dobre, szczęśliwe fragmenty naszej przeszłości. Nie możemy odwracać oczu od tego, co nas czeka. To pułapka, w którą wpada większość. Nie, my wiemy, że teraz dana jest nam po raz pierwszy w życiu możliwość prawdziwego spełnienia, jakże innego od tego, które wyobrażała sobie młodość. Jeżeli obejmiemy ból, ranę przeszłości, życie zatoczy pełny krąg i domknie się. Jeśli tylko potraktujemy życie poważnie, dopełni się jego kolista natura, a my będziemy mogli spokojnie odejść.

O nudnych ludziach

Jedną z najbardziej przerażających myśli, dotyczących kondycji psychicznej i mentalnej ludzi, jest dla mnie myśl, że że istnieją osobniki tak bardzo nudne, iż nawet nie mogą doświadczyć depresji. Prowadzą oni swe życie w stabilnym samozadowoleniu, w tępej mgle codzienności, pracy, domu, dzieci i błahych rozrywek. Ich umysły są tak ograniczone i zamknięte, że nic ponad proste i schematyczne wymagania związane z kontynuacją istnienia fizycznego nie przebija się do ich wnętrza. Są po prostu nudni, do szpiku kości. Obcowanie z nimi przypomina jedzenie nie posolonej zupy – można ją strawić, ale chce się jak najszybciej przestać ją jeść. Gdybyż chociaż mogli poczuć na chwilę smak życia, zwrócić swój wzrok na ciemne jego strony, dające życiu tło i głębię. Niestety, nie potrafią tego, są nudni. Może czasem przeżywają przerastające ich emocje, ale nie są zdolni do refleksji, do zejścia do swego wnętrza na bólu, który daje poznanie. Nic dziwnego, że wolę obcować z tymi, którzy cierpią, których ten świat boli, którzy chcą się wyrwać z samozadowolenia swego ograniczonego bycia nawet kosztem dojmującego bólu.

Takim nudnym człowiekiem jest profesor, który napisał parę nudnych książek i który nie wzbudza zainteresowania – ani kontrowersji – wśród studentów. Po prostu ich nudzi, zasypiają na jego wykładach. Nudnym typem jest pater familias, głoszący swe mądrości przy każdej okazji, bo przecież każdy, kto zachowuje się i myśli inaczej niż on jest dlań dziwny. I wysłuchiwanie jego gadaniny budzi nic więcej, jak odruch ucieczki. Nudna jest też matka, która czerpie całą swoją powagę z tego, że jest matką i myśli, że jest guru dla swego dziecka. Współczujemy dziecku. Nudnym typem jest osobnik, któremu ideologia – polityczna czy religijna – zastępuje myślenie. Wszelkie szczytne idee i ideały zasługują tylko na cynizm, bo cynik nie jest nudny. Takie typy nudnych ludzi mógłbym wymieniać jeszcze dziesiątkami. Prowadzą swoje płytkie życie, pałają samozadowoleniem. I są nudni. To już lepiej by popadli w depresję, bo nauczyć się cierpieć, to znaczy nauczyć się żyć.