O wyobrażeniach religijnych

Świat wyobrażeń religijnych, symboli, bóstw, duchów i demonów wydaje się nieskończenie złożony. Jest jednak ograniczany przez struktury naszej wyobraźni, co powoduje że wszelkie postaci religijne są, jak mawiają badacze, minimalnie tylko kontrintuicyjne. Podstawową cechą wyobrażeń religijnych jest bowiem to, że są one wyznaczone przez kategorie ontologiczne naszego umysłu, takie jak osoba, rzecz, roślina, artefakt. Wyobraźnia religijna dodaje do nich pewne cechy specyficzne, wyróżniające je, ale nie niszczące kategorii ontologicznej do której przynależą. Bardzo dobrze to ujął mój syn, który w wieku pięciu lat tak scharakteryzował ducha: „Powietrze, a krzyczy”. Mamy tu zachowaną kategorię osoby, zmodyfikowaną minimalnie przez dodanie cechy niewidzialności. Podobnie święte drzewo jest drzewem (zachowana jest tu kategoria ontologiczna roślina), ale dodana jest pewna niezwykła cecha, na przykład wysłuchiwanie i spełnianie życzeń. Podobnie bogowie – są osobami, wyposażonymi jednak w dodatkowe kontrintuicyjne cechy, takie jak wszechwiedza.

Takie rozważania o naturze wierzeń religijnych spotykamy współcześnie w opracowaniach poświęconych kognitywistycznemu paradygmatowi w badaniach nad religią. To współczesne ujęcie tego, co od zawsze dobrze wiedzieli mistycy i filozofowie – że religia i jej bogowie są tworem ludzkiego umysłu. Wiara w coś transcendentnego, tak wielbiona przez teistów, jest najbardziej immanentnym stanem ludzkiego umysłu. Bóg czy też bogowie są niczym innym jak jedynie sposobem organizacji naszego doświadczenia. Przekonanie, że Bóg istnieje wypływa z określonego sposobu postrzegania świata, manifestującego się jako wiara mocno wpływająca na zachowania wierzącego. Jedni dzięki tej wierze kochają bliźnich, inni ich mordują – to chyba najlepszy dowód na to, że owa wiara jest jeno epifenomenem funkcjonowania ludzkiego umysłu.

Głębszą tajemnicą niż wszyscy bogowie i religie jest bowiem tajemnica ludzkiego umysłu. Z materialistycznego punktu widzenia umysł jest tożsamy z mózgiem, będącym porcją materii o najbardziej złożonej strukturze w znanym nam wszechświecie. Nie wiemy i zapewne nigdy nie będziemy wiedzieć jak w tym kawałku materii pojawiła się świadomość – ani czym ona jest. Wiemy tylko, że od setek tysięcy lat tworzy ona rozmaite wyobrażenia, które określa się mianem religijnych. A najbardziej intrygującym ze wszystkich tych wyobrażeń jest to o istnieniu świata niewidzialnego, świata duchów i bogów. W swych początkach było owo wyobrażenie niewinne, a może nawet pożyteczne ewolucyjnie – bo zawsze warto zważać na to, czego nasze zmysły nie dostrzegają – ale z czasem przekształciło się, głównie pod wpływem judaizmu i chrześcijaństwa, w wyobrażenie transcendentnego Boga, istoty całkowicie niezależnej od tego świata. To moim zdaniem największy błąd w historii ludzkości, polegający na wyrzuceniu doświadczenia niezwykłości (fascinosum) i cudowności tego świata poza jego obręb.

Tego błędu nie popełnili taoiści, którzy tao ujęli jako paradoksalny, bo konkretny i wewnątrzświatowy absolut. I dobrze wiedzieli, że wyobrażenia religijne są jak „psy ze słomy”, użyteczne w czasie rytuałów, ale nie posiadające żadnej świętości zaczerpniętej spoza nich. Wyobrażeń religijnych potrzebuje nasz zwierzęcy umysł, bo tylko w ten sposób może on przyswoić sobie to, co mu się odsłania jako świat, a czego niezwykłości nie może znieść. Tworzy więc obrazy i postaci, obdarzając je aurą niesamowitości i wyposażając je w „minimalnie kontrintuicyjne” cechy, bo po prostu inaczej nie umie zasymilować faktu cudowności istnienia. Postawieni wobec tego faktu ludzie wolą wierzyć w stworzone przez siebie wyobrażenia, bo jest to łatwiejsze niż poznanie swojego umysłu, dzięki któremu jest im dana cudowność istnienia. Poznanie to wymaga wysiłku, praktyki medytacyjnej najczęściej, albo chociaż głębokiej introspekcji i refleksji. Wiara jest prostsza, a już najprostsza jest wiara w to, że się w coś wierzy – a ten stan umysłu jest charakterystyczny dla prawie wszystkich wierzących, którzy zadowalają się „łatwym sacrum” bogów, świętych i całego tego mitologicznego panteonu, który zapośrednicza ich doświadczanie świata. Umysł religijny nawet Laozi uczynił z czasem Panem Lao. bóstwem i władcą kosmosu. No cóż, jak twierdzą kognitywiści, ludzki mózg jest tak zbudowany, że zawsze będzie tworzył wyobrażenia religijne.

Giordano Bruno

Znany powszechnie jako filozof broniący panteistycznej wizji wszechświata i spalony na stosie męczennik nauki. Czy jednak jest to cała prawda o Brunie? To nawet nie prawda, ile potężne przekłamanie. Głębsze spojrzenie pokazuje go raczej jako renesansowego maga i hermetyka, wroga Kościoła katolickiego. Był bowiem też prorokiem, który chciał odnowić religię egipską, by ta zastąpiła chylącą się do upadku religię chrześcijańską. Wiedziony nietzscheańską wolą mocy – i poczuciem niższości, gdyż był nader skromnego wzrostu, a takie osobniki często nadrabiają ową skromność swoim ego – poszukuje w czasie wędrówek po całej Europie poparcia władców dla swych idei i niestrudzenie propaguje swe poglądy w szeregu książek opatrzonych niezwykłymi tytułami, takimi jak „Wypędzenie triumfującej bestii” czy „O heroicznym entuzjazmie”. Zarazem prowadzi życie epikurejczyka wielbiącego kobiety i sławę. Ostatecznie został schwytany przez inkwizycję w 1592 roku i spalony na stosie w roku 1600.

Bruno nie był męczennikiem nauki, jak go chcą widzieć popularyzatorzy filozofii. Jego światopogląd był natury magiczno-religijnej i dlatego nie mógł się go wyrzec w lochach inkwizycji. Odrzuciwszy spirytualistyczny pogląd na świat, swoim panteizmem wpisuje się w annały naturalizmu, swoiście jednak pojmowanego. Zaprzątają go kwestie magicznego wpływu na świat poprzez więzy łączące wszystkie rzeczy, a także „przekraczania progu” przez człowieka ogarniętego „heroicznym szaleństwem”. Pisał: „Osiągnęliśmy wiedzę, która nie nakazuje nam szukać bóstwa gdzieś poza nami, skoro jest ono wokół nas, a nawet w nas samych bardziej niżmy sami jesteśmy w sobie”. Bruno był w tych poszukiwaniach jednym z prawdziwych prekursorów tych, którzy w wieku XX budowali holistyczną wizję rzeczywistości, opartą już bardziej o naukę niż religię czy magię.

O radości z kontaktu

Rainer Funk w swojej książce Życie samo w sobie jest sztuką, poświęconej twórczości i życiu Ericha Fromma, do rozmaitych orientacji charakteru społecznego wymienianych przez Fromma (merkantylna, autorytarna, narcystyczna) dodaje swoją własną kategorię: orientację na ja. Jest ona powszechna w XXI wieku. Jej opis zajmuje wiele stron, więc skupię się tu tylko na jednej cesze, która ją dobrze charakteryzuje. Tak ją opisuje Funk: „Radość z kontaktu zastępuje w dużej mierze to, co wcześniej rozumiane było jako związek i podtrzymywanie relacji i umożliwia powiązanie bez zobowiązań: właśnie dlatego, że nie chodzi o tradycyjne związki emocjonalne, lecz o pielęgnowanie kontaktów, ludzie poszukują połączenia opierającego się na samostanowieniu, ale unikają wszystkiego, co idzie w parze z pragnieniem związku: zobowiązań, oczekiwania zaufania, a nawet nieustającego pragnienia bliskości”.

Jakże trafny to opis. Odnosi się do tych wszystkich relacji, w ramach których najważniejsze jest zachowanie niezależności swojego ja, a na drugim planie jest związek. Dwoje ludzi raduje się kontaktem, nie przejmując się zobowiązaniami i zaangażowaniem. Istnieją nawet specjalne określenia takich relacji, specyfikujące je wedle indywidualnych upodobań. Osoby zorientowane na ja zwykle nie czują zazdrości, nie chowają urazy i w razie niepowodzeń w związku pozostają przyjaciółmi. Jest dla nich ważne tylko to, by czuć się wolnym, by urzeczywistniać siebie, ale też dają wolność innym. Jeśli coś im nie przeszkadza to realizują to w swoim życiu, nie zwracając uwagi na zdanie osoby, z którą akurat są. Liczy się radość z doznawania, osobista przyjemność jest stawiana ponad wszystko. Ważne jest tylko tworzenie swojego życia i wezwanie by partner również podjął się tego samego.

Trudno nie zauważyć, na czym polega atrakcyjność tej orientacji. Pozwala spędzić życie w sposób satysfakcjonujący wszystkich, a zarazem bez narażania się na jakieś długotrwałe uwikłania w relacjach. Nie wymaga budowania czegokolwiek w życiu, w tym właśnie związku, a to daje możliwość przeżycia życia w dekadę lub dwie. Chciałbym na koniec pozwolić sobie na małą spekulację, gdyż uwielbiam małe spekulacje nie poparte niczym oprócz mojej intuicji. Otóż w kontekście zbliżającego się kolapsu naszej cywilizacji wydaje się, że ludzie o tej orientacji podskórnie czują, że takie życie teraz jest najlepsze, bo pozwala zachować radość – nie tylko z kontaktu.

O personie raz jeszcze

Friedrich Nietzsche w Jutrzence niezwykle trafnie opisał to, co Jung później nazywał personą: „Ludzie przez całe życie nie czynią jednakże nic dla swojego ja, lecz jeno dla urojonego ja, które w mózgach otoczenia o nich się wytworzyło i im się udzieliło; skutkiem tego żyją wszyscy w obłoku nieosobistych, na wpół osobistych mniemań, tudzież dowolnych, niejako poetyckich ocen, jeden w mózgu drugiego, ten zaś w mózgach innych”. Te słowa swoją genialną zwięzłością przerastają techniczne sformułowania Junga, który, jak dobrze wiemy, sporo zawdzięcza Nietzschemu jeśli chodzi o podstawowe koncepcje dotyczące natury człowieka. Tak, całe życie spędzamy na dbaniu o potrzeby urojonego ja, powstałego w nas na zamówienie społeczne, dla zaspokojenia potrzeb innych ludzi; jesteśmy obrazem wytworzonym przez oddziaływania społeczne, najpierw rodziców, potem rówieśników, a w końcu wszystkich innych, którym oddajemy władzę nad swoim życiem. I wtedy już nie jesteśmy sobą, a tylko obrazem, uśrednioną jakością z tego, jak widzą nas inni, kalką, a nie oryginałem.

Bycie takim obrazem bardzo ułatwia życie. Potrafimy bez obrzydzenia uprawiać small talk, gładko wchodzimy w puste relacje, w których łudzimy się że jesteśmy kochani i że sami kochamy, jesteśmy dzięki byciu obrazem akceptowani, bo nie wzbudzamy kontrowersji. Czy jednak bycie obrazem, urojonym ja, jest tym czego chcemy od życia? Czy obraz może przeżyć życie, doświadczyć go w pełni? Nie. Tylko ja mogę przeżyć moje życie. A to jest czasem bardzo trudne, trzeba bowiem rozczarować wielu ludzi, od rodziców po przyjaciół, a nawet ukochanych. Ale bez tego rozczarowania nie jest możliwe dotarcie do tego, co powoduje, że to ja chcę żyć. Patrząc na życie widzimy, że prawie wszyscy ludzie żyją z powodu innych i dla satysfakcji innych. Jest to jednak źródłem totalnego braku zadowolenia z życia, jak bowiem obraz może poczuć sens swojego życia? Jak obraz może się zakochać? Jak może dać coś wartościowego innym?

Persona, urojony obraz, iluzja – to wszystko nazwy oznaczające maskę, którą przywdziewamy dzieląc się na dwie części. Dzięki jednej trwamy w otoczeniu społecznym, dzięki drugiej nie popadamy w szaleństwo. Pierwsza część to maska, obraz przyklejony do naszej twarzy, druga to nasze prawdziwe ja. Gdy jednak utożsamimy się z maską społeczną, nasze ja karleje, degeneruje się i obumiera. Stajemy wtedy zombie, wydmuszką po człowieku. Umieramy przed śmiercią, stając się szalonym, egoicznym bytem, bo utożsamienie z personą czyni nas drażliwymi i czułymi na każde dotknięcie, naruszenie tego, co uważamy błędnie za swoje ja. A tymczasem ono już nie istnieje, pozostaje tylko krucha jak skorupa jajka powłoka czegoś, co kiedyś miało nadzieje być człowiekiem.

O personie pisałem tu: https://innemysli.blog/2022/09/25/o-personie-2/

O naturze

Czy natura jest dobra? Tak. Gdy się zranisz to twoja rana się zagoi, czasem tworzy się blizna, ale nie musisz nic robić, możesz jedynie, jak zwierzę, wylizać swoją ranę i dać pracować naturze. Czy natura jest zła? Tak. Pozwala na to byś odnosił rany, a rany zbyt głębokie się nie goją i mogą cię doprowadzić do śmierci. Czy zatem natura jest zarazem dobra i zła? Nie, bo to by znaczyło, że jest sprzeczna wewnętrznie. A może jest zatem ani dobra, ani zła? Tak już lepiej, choć nie do końca. Podstawową cechą natury jest bowiem to, że wszelkie dystynkcje pojęciowe, którymi próbujemy ją opisać są niewłaściwe, nieadekwatne. Jest ona splotem przeciwieństw, dobro i zło się w niej przenikają i nie możemy nigdy jej osądzić.

Przekonanie, że natura jest dobra dominuje w tradycji grecko-żydowskiej. Zarówno Biblia, jak i Platon w dialogu „Timajos” o tym zaświadczają. Zgodnie twierdzą, że Bóg, demiurg, stwarzając świat, stworzył go dobrym. W opozycji do tych przekonań stoi tradycja buddyjska, w której akcentuje się cierpienie (dukhka), które jest podstawową charakterystyką natury. Nasze istnienie cechuje nieusuwalna niewygoda, od której, jak od samej natury, można się wyzwolić.

A mnie się podoba podejście taoistyczne. Według taoizmu natura to spontaniczne powstawanie, niezależne od jakiegoś boga czy karmy. Coś się wydarza, a człowiek za tym podąża. Takie jest życie, taka jest natura. Wstajemy o poranku, podziwiamy wschód Słońca i cieszymy się życiem. Wieczorem dopada nas ból i kładziemy się do łóżka cierpiąc. Przeciwieństwa tańczą cały czas, a my mamy możliwość uczestniczenia w tym tańcu. Wszystko płynie, wszystko się przemienia, nie ma nic trwałego, nic poza samą zmianą.

Najbardziej jednak podoba mi się to, że w taoizmie (mam na myśli taoizm filozoficzny Laozi i Zhuangzi) nigdy nie pojawiła się idea czegoś nadnaturalnego. Wszystko jest naturą, co najwyżej nasze myślenie, które odeszło od tao, może sobie wydumać coś nadnaturalnego. A nawet nie tyle wydumać coś dla czystej rozrywki, ile szukać pociechy w wierze w byty nadnaturalne, czyniąc to z powodu odpadnięcia od tego świata, jedynego jaki istnieje. Nie ma bowiem nic poza naturą, bogowie i demony też do niej przynależą. Należy też do niej nasze myślenie, które szuka pocieszenia w nadnaturalnych chochołach, słomianych psach.

O ego

O ego każdy może dużo powiedzieć, bo każdy jest jego szczęśliwym posiadaczem. To, że odczuwamy siebie jako ego wynika z nieznanej nam bliżej natury funkcjonowania ludzkiego umysłu. Skoro jednak powstało to znaczy, że nie może być tylko kosmicznym błędem, jak niektórzy utrzymują. Najwyżej coś mogło pójść nie tak w procesie ewolucji człowieka. Najprawdopodobniej rozwijające się funkcje intelektualne oderwały się od doznań cielesnych i popadły w iluzję samoistności. Ego staje się bowiem negatywne tylko wtedy, gdy odrywa się do ciała. Naturalna inklinacja ego polega na tym, że uznaje się ono za centrum całej psychiki, chociaż jest oparte tylko na danych świadomości, które tworzą iluzoryczny świat, w którym żyje. Ego jest niczym król chełpliwie przekonany, że włada krajem, którego prawie w zupełności nie zna i nie potrafi go kontrolować.

Jednak poza świadomością jest bliżej nieokreślony obszar tego, co nieświadome. Według współczesnych badań ego świadomie przyswaja tylko jedną dziesięciomilionową część informacji docierających do zmysłów w ciągu sekundy. Ta proporcja daje wyobrażenie o wąskości i niewystarczalności danych, na jakich bazuje. W psychologii C.G. Junga ego jest tylko jednym z kompleksów, takim, któremu udało się zająć centralną pozycję w naszym polu psychicznym. I jako takie, nie stanowi całości naszej psychiki, a jedynie jej bardzo ograniczoną część. W obrębie tego pola ma ono subiektywne poczucie wolności i samostanowienia. W praktyce wszelako decyzje ego są podporządkowane wpływom nieświadomym, równie przemożnym jak wpływy zewnętrzne.

Ego podtrzymuje swoje znaczenie poprzez to, że jest odczuwane jako coś indywidualnego, niepowtarzalnego. Przecież nie ma innego takiego człowieka jak ja, mówi sobie. Tak, pole świadomości ego składa się z unikalnego konglomeratu treści psychicznych i na tym opiera ono swoją pozycję w psychice. Zapomina przy tym jednak, że nie stanowi całości, ale jedynie część, mikroskopijny fragment procesu życia. Efektem tego zapomnienia jest podskórne poczucie, które towarzyszy zawsze ego, a mówiące mu, że jest niewystarczające, ułomne, małe. Nawet osoby z tzw. silnym ego tylko dlatego się takimi wydają, że podłączając się pod energie instynktowne wpływają na innych i podejmują bez wahania ważne decyzje, chroniąc się w ten sposób przed fundamentalnym poczuciem braku.

Bo tym właśnie jest ostatecznie nasze ego – poczuciem braku. Staramy się załatać to frustrujące poczucie dążeniem do prestiżu, władzy, pieniądza, wpływu. Ale to wszystko to tylko sposoby ucieczki od pustki wynikającej z odcięcia ego od ciała, od relacji międzyludzkich i całości rzeczywistości. Owa bezdenna pustka w naszym wnętrzu nie może być tak łatwo zapełniona. Ciągle czujemy, że coś jest nie tak z naszym życiem – a za to poczucie jest odpowiedzialne właśnie ego. Staramy się uleczyć ową pustkę, zgłaszając akces do jakiekolwiek zbiorowości, począwszy od rodziny aż po naród, aż po korporację czy sektę. Ale to złudne panacea na nasze cierpienie, któremu na imię ego, będące niczym innym jak bezdenną dziurą w naszym wnętrzu, emanującą lękiem i rozpaczą.

O dzieci wychowywaniu

Wedle opowieści biblijnej do poznania dobra i zła konieczna była konsumpcja owocu z drzewa wiadomości. Efektem było, o dziwo, skażenie natury ludzkiej i wynikająca stąd konieczność edukacji moralnej opartej o religię. Tako rzecze chrześcijaństwo, opierając swe zdanie na tej mitycznej opowieści. Mity są wprawdzie mądrością odwieczną, ale całe szczęście korygowalną. Współczesne badania pokazują, że ludzkich dzieci nie trzeba uczyć zasad odróżniania dobra od zła. Zaobserwowano, że nawet półtoraroczne dzieci są skłonne pomagać obcym dorosłym. A niespełna roczne dzieci wybierały do zabawy lalkę, która nie była aspołeczna, atakująca inne lalki, ale taką, która bawiła się z innymi lalkami. Jeśli reguły dobra i zła utożsamimy z regułami życia społecznego, to dzieci nie trzeba ich uczyć, bo zachowania moralne są efektem emocji obecnych już u początków naszego życia, a których nie można wytłumaczyć doborem krewniaczym czy zasadą wzajemności. Zatem chrześcijaństwo myli się co do dzieci, dobra i zła i koniecznej edukacji moralnej – i w paru innych sprawach również.

Jednak edukacja moralna dzieci jest najczęstszą, o ile nie jedyną, obsesją dorosłych. Nie jest ona wszelako nakierowana na uczynienie z dzieci dobrych dorosłych. Tym, czego uczy dzieci edukacja prowadzona przez dorosłych jest to, jak zostać złym człowiekiem, dokładnie takim jak wychowujący je dorośli. Cały popęd wychowawczy skierowany na biedne dzieci prowadzi bowiem najczęściej do efektów przeciwnych do zamierzonych. Na przykład dzieci wychowywane w religijnych rodzinach przejawiają mniejszą skłonność do altruizmu. To skutek uczenia tego, by nie ufały własnym intuicjom moralnym, własnym uczuciom. Powiedzmy to wprost – najlepsze co mogliby zrobić dorośli, to przestać wychować i edukować moralnie dzieci, a zamiast tego zacząć wreszcie uczyć się od nich. „Stańcie się jako dzieci” to odwieczne wyzwanie moralne ludzkości, któremu ona jak dotąd niestety nie sprostała.

Dlatego kreatywny dorosły to nader rzadki okaz, gdyż jest on niczym innym jak ocalałym dzieckiem, które jakimś cudem nie zostało przemielone przez wychowawcze zabiegi dorosłych. Wychowanie bowiem tylko temu służy, by wytworzyć człowieka, który potem będzie wychowywał kolejne pokolenie w takim zakłamaniu, w jakim sam żył. Zwykli, nieszczęśliwi dorośli pragną, by dzieci także były nieszczęśliwe i zrobią wszystko, aby to osiągnąć. Tak, trudno to przyjąć, ale pragnieniem prawie wszystkich rodziców jest to, by ich dzieci cierpiały tak jak oni. Robią to całkowicie nieświadomie, przekazując traumę, jakiej sami doświadczyli. Nie można ich winić za ich traumę, ale cóż, trudno nie zauważyć, że prawie nigdy nie poczynili ani próby najmniejszej osiągnięcia świadomości tego, jakim życiem żyją. Ponadto do przekazu traumy indywidualnej dodają jeszcze wpajanie dzieciom norm kulturowych, najczęściej takich, których sami nie przestrzegają. Wynik takiego „wychowania” najczęściej jest opłakany. To właśnie największe nieszczęście, gdy ktoś z typowo ludzką zdolnością do całkowitej akceptacji warunków w jakich żyje, daje się im całkowicie uwarunkować i potem to uwarunkowanie przenosi na swoje dzieci jako swoją „wiedzę o życiu”. Tak pojęte wychowanie to tylko pokoleniowy przekaz traumy i kulturowych obron przed nią.

Aby coś wiedzieć o życiu trzeba je przerosnąć, wznieść się ponad to, co dane, ponad biografię, historię rodzinną, wpływy otoczenia społecznego i kulturowe normy, zwieńczające obręb całego wymienionego przez mnie systemu, który kształtuje to, co nazywamy swoim życiem. Życie to koan, którego praktycznie nikt z żyjących nie umie rozwiązać. Tylko jeśli nam się to uda, to tylko wtedy możemy wziąć za nie odpowiedzialność, a nie poprzestawać na realizowaniu nieświadomych uwarunkowań narzuconych przez rodziców i społeczeństwo. Nie biorąc odpowiedzialności za swoje życie nie powinniśmy się nawet ważyć wychowywać swoich dzieci. Rzekłbym każdemu tylko tyle – wpierw dorośnij, stań się twórcą swojego życia, a dopiero potem myśl o dzieciach i ich wychowywaniu. Jeśli nie rozwiążesz koanu życia, wyprodukujesz tylko swoje nędze kserokopie, które spędzą swoje jeszcze bardziej nędzne życie na poszukiwaniu sensu, którego ty nigdy nie odnalazłeś.

O miłosnym dotyku

Psychologię miłości winni uprawiać tylko Francuzi. Lepiej im to wychodzi niż Niemcom, Polakom czy Amerykanom. Dlaczego tak sądzę? Otóż chodzi o finezję. A oto jej przykład: grupa badaczy z Francji postanowiła ustalić, w jaki sposób mężczyzna może zdobyć przychylność kobiety. W tym celu wymyślili następujący eksperyment społeczny. Wyobraźmy sobie ciepły letni dzień na ulicy pewnego letniskowego miasta. Trzech przystojnych Francuzów miało następujące zadanie: podejść do jakiejś spacerującej kobiety (w sumie spotkań tych było dwieście czterdzieści) i zaprosić ją na randkę. Każdy z nich przedstawiał się, wyrażał zachwyt nad urodą spotkanej kobiety, a następnie mówił, że chce się umówić i prosił o numer telefonu. W przypadku odmowy grzecznie dziękował. A jeśli zaproszenie zostało przyjęte, to tłumaczył, że to w imię nauki (czym wywoływał śmiech większości kobiet). Ale istotą badania było to, że w połowie spotkań delikatnie (ach, ci Francuzi!) muskali ramię kobiety w trakcie rozmowy. Jakie zatem nasi pomysłowi chercheurs d’amour otrzymali wyniki?

Okazało się, że gdy mężczyźni nie dotykali kobiet otrzymywali numery telefonu tylko w dziesięciu procentach spotkań. Gdy jednak dotykali ich ramion, odsetek ten wzrastał do dwudziestu procent! A więc, przelotne, ledwie zauważone przez kobietę muśnięcie (bo tylko jedna trzecia z nich w ogóle uświadamiała sobie, że do dotyku doszło!) zwiększało szansę mężczyzn aż dwukrotnie. Jakie było wyjaśnienie tego efektu przez francuskich badaczy? Ich zdaniem taki subtelny dotyk jest mocnym, acz nieświadomym, czyli działającym podprogowo sygnałem, który daje kobiecie ważny komunikat: „Zależy mi na tobie i troszczę się o ciebie”. Krótkie, trwające mniej niż sekundę dotknięcie było dla kobiety oznaką głębszego i – co najważniejsze – bardziej troskliwego zainteresowania mężczyzny.

Przeprowadzono jeszcze potem wiele innych eksperymentów, które – już w mniej romantycznych sytuacjach – potwierdziły skuteczność i wagę dotyku w relacjach międzyludzkich. Zapewne były, wracając na chwilę do naszego francuskiego eksperymentu, kobiety, które reagowały negatywnie, odskakiwały i uciekały, ale ich reakcje ginęły w przeważającej liczbie reakcji pozytywnych. Tak, dotyk jest tym, czego potrzebujemy od innych ludzi. Dotyk miłosny, stanowiący lepiszcze związku między partnerami, ale też dotyk między rodzicem i dzieckiem, każdy dotyk daje obietnicę uwagi i obecności. Jest silniejszym niż słowa dowodem miłości, czułości i opieki. Przez pierwszy rok naszego życia dotyk matki jest podstawowym sposobem w jaki niemowlę dowiaduje się, że ona je kocha.

Jakie możemy wyciągnąć wnioski z omówionego eksperymentu, szczególnie ważne dla mężczyzn? Otóż, spotykając kobietę w czasie pierwszych randek, warto być delikatnym, muskać dłonią równie subtelnie jak słowem, czy to ramię, czy zewnętrzną stronę jej uda, ale muskać lekko, wręcz niezauważalnie. Kobieta to zapamięta, bo im subtelniejszy dotyk, tym mocniejszy przekaz, mówiący o tym, że zyskuje od nas troskę i uwagę, a to jest trwalszą zapowiedzią miłości niż tylko zainteresowanie seksualne. A gdy już będziemy w związku, wtedy nawet po latach jego trwania, nie zapominajmy o tej subtelnej, francuskiej sztuce miłości, w której mniej znaczy więcej.

O strategiach mężczyzn i kobiet

Dla samców sukces reprodukcyjny sprowadza się właściwie do nieustannej rywalizacji z innymi samcami o względy samicy. Oczywiście nie spoczywają w swych wysiłkach na jednej, lecz zawsze w ich centrum zainteresowania jest wiele samic. Dlatego samce rzadko nawiązują silne więzi społeczne w płaszczyźnie horyzontalnej, a zamiast tego tworzą wertykalne, hierarchiczne koalicje, przesycone agresją i dominacją, a nie współpracą. W przeciwieństwie do tego samice dążą do jak najściślejszych więzi społecznych, do tworzenia grup opartych o pomoc wzajemną i wsparcie psychiczne, tak ważne w procesie wychowania potomstwa. I to właśnie dzięki temu mogą odnieść sukces reprodukcyjny.

Te dwie strategie nie mogą być bardziej od siebie odmienne, ale zarazem stanowią dopełniające się przeciwieństwa, niczym yin i yang w taoizmie. I podobnie jak mężczyzn pociągają kobiety, które nawet swoją figurą niosą obietnicę płodności, tak kobiety pociągają mężczyźni zdolni do rywalizacji i sukcesu. Jednak tym co najważniejsze jest utrzymywanie harmonii pomiędzy tymi przeciwieństwami, bez której żadna społeczność nie może prosperować. Niestety, obecnie żyjemy w epoce patriarchalnej, która jest trwającym od tysięcy lat zaburzeniem tej równowagi, grożącym zagładą cywilizacji. Zatem hasło na dziś brzmi: Mniej testosteronu, więcej oksytocyny!

O wojnie

Wojna stanowi dla zwykłego człowieka odpocznienie. Odrywa go od bezsensownej egzystencji, od trudu konsumpcji i związanej z nią bierności. Daje życiu okrutną, ale jakże pożądaną aktywność. Nagle stają się ważne podstawowe dla życia wartości, nagle życie nabiera sensu, a cele stają się zatrważająco jasne. Wszystko staje się prostsze, a silne uczucia nadają smak nieznośnej codzienności. Tak, wojna rodzi strach, ból, nienawiść, rozpacz – i wszystkie te uczucia wzbudza w natężeniu najwyższym. Nikt jej nie chce, ale podskórnie większość pragnie. Oferuje bowiem sposoby życia niedostępne w zwykłym życiu, umożliwiając by ktoś, kto jest nikim poczuł się kimś. Opłacone jest to ogromnym cierpieniem i zniszczeniami, ale daje, przerażonemu tym faktem człowiekowi, możliwość odejścia od iluzyjnego posiadania świata do realnej ofiary z siebie. Z wojną jest tak, jak z życiem samym – nic bardziej gorszego ani nic bardziej dobrego się człowiekowi nie przytrafia.

Jest to okrutne, co napisałem, i sam tego nie rozumiem i nie chcę by tak było. Jednak z tego co wiem na temat świata, w którym żyję, właśnie tak się to odbywa. Ludzie w przerażającej większości reagują nieświadomie na okoliczności życia. Rzadko który próbuje świadomie żyć, obojętnie czy jest ubogim robotnikiem, marzącym o bogactwie, czy opływającym w dobra oligarchą. Ten brak świadomości mści się tym, że masy podlegają procesom grupowym, realizując swoje przeznaczenie. Niegdyś wojna byłą walką wojowników, dziś jest najczęściej bezosobowym, mechanicznym barbarzyństwem. Ale mimo tego pociąg do niej dalej tkwi w naturze człowieka. Jest tak dlatego, że wojna ma nieodparty urok. Jednoczy ludzi, którzy czują siłę gromady i razem walczą z wrogiem. Już nie są samotni i wyobcowani. Problemy życiowe nie są już banalnymi sprawami osobistymi, nudnym poraniem się z trudnościami zwykłego życia.

Jak to mawiają, pierwszą ofiarą wojny jest prawda. Teraz są tylko dobrzy i źli. Ta prostota jest kusząca. Niweluje banalność, pustkę i powierzchowność naszej trywialnej egzystencji. Czyni wybory oczywistymi. Wojna jest irracjonalna – i to czyni ją tak atrakcyjną w obliczu racjonalizacji przenikających naszą cywilizację. I będzie ona atrakcyjna dopóty, dopóki nie wniesiemy sensu do naszego życia, indywidualnie i na własną odpowiedzialność, gdy odrzucimy zbiorowe racjonalizacje naszego istnienia. Dopóty, dopóki nie staniemy się czymś więcej niż tylko bezwładnym atomem w tłumie, wojny będą trwać. Wojna jest odpowiedzią na fundamentalny brak sensu, którym jest nasze ego. By uciec od pustki, jaka zieje w samym sercu naszej egzystencji, projektujemy ją na naszych wrogów. Widzimy w nich to zagrożenie i chęć destrukcji, które tak naprawdę mieszkają w nas.