O czterech rodzajach duchowości

Bardzo nie lubię definiowania niektórych pojęć. Moim ulubionym sposobem doprowadzania do ich zrozumienia jest krążenie wokół nich, tak by w miarę dochodzenia do pełnego kontekstu dociekliwy umysł pojął, jak ja coś widzę. Takim schematem, wedle którego możemy krążyć wokół pojęcia duchowości mogą być cztery funkcje świadomości ustalone przez Junga: percepcja, myślenie, uczucie i intuicja. Stanowią one podstawę do wyróżnienia czterech typów psychologicznych. Prawie każdy, zapytany o to czym jest duchowość, powie coś innego. Jednym z powodów jest to, że przynależy do odmiennego typu psychologicznego. Zacznijmy zatem.

Duchowość według typu percepcyjnego: dla takiej osoby duchowość to doświadczanie, zmysłowe (tantra) ale też dotyk drzew. Odczuwa subtelne energie, chętnie odwiedza miejsca mocy, gdzie wyraźnie doznaje obecnych tam energii. Duchowość to doznawanie we wszystkich tego słowa znaczeniach.

Duchowość wedle typu myślowego: dla niego duchowość to „życie w jakimś duchu”, podążanie za regułami religii czy mistrza duchowego. Ważne są idee, które realizuje się w swoim życiu, jak stoik urzeczywistniający ideały stoicyzmu. Duchowość to zbawcza wiedza (gnoza, dźniana).

Duchowość wedle typu uczuciowego: tu najważniejsze są uczucia, głównie miłość. Miłość do Boga (bhakti), do innych ludzi (agape) czy związek z całością życia i wszechświata w stanie wszechogarniającej unii. Duchowość to relacja, związek.

Duchowość wedle typu intuicyjnego: taka osoba ceni sobie przede wszystkim sny, wizje i przeczucia, ale też chętnie korzysta z rozmaitych technik mantycznych, by pozyskać wiedzę niedostępną świadomości. Duchowość to czysta intuicja, czyli obecność w umyśle niczym niezapośredniczonej wiedzy.

Tyle w wielkim skrócie. To oczywiście typy idealne, mniej lub bardziej obecne w każdym człowieku. Dają one jednak ogólny obraz występujących powszechnie różnic w podejściu do duchowości. Ostatecznie jest ona bowiem czymś indywidualnym, przeżywanym poza wszelkimi schematami.

O humorze i duchowości

Herman Hesse napisał w Wilku stepowym: „Otóż wszelki humor wyższego rzędu zaczyna się od tego, że nie bierze się już poważnie własnej osoby”. W opowiadaniu Naprawiacz świata tłumaczy dlaczego tak jest: „Nie ma nic bardziej niebezpiecznego i zabójczego dla duszy niż nieustanne zajmowanie się swoją własną osobą i poczynaniami, własnym samotnie przeżywanym niezadowoleniem i słabością”. Dystans do samego siebie, obiektywizacja swoich wad i słabostek rodzi zdolność do humoru, ale też jest źródłem tego, co nazywa się duchowością.

Jedno z najbardziej klarownych określeń duchowości podał Jaron Lanier, przedstawiciel nauk komputerowych, twórca pojęcia wirtualnej rzeczywistości: „Duchowość to siła emocjonalnego stosunku, jaki ludzie żywią do pytań, na które nie sposób odpowiedzieć”. A fundamentalnym pytaniem, na które nie sposób odpowiedzieć jest pytanie „Kim jestem?” Jeśli odpowiadam na nie zbyt łatwo, to tracę dystans do siebie, biorę na poważnie to „kim jestem”. Nie, nikt nie wie kim jest, prawdziwe centrum naszego bytu jest nieuchwytne. Każde rozumienie samego siebie to tylko zamawianie rzeczywistości, bajeczka, którą opowiadamy sobie na dobranoc. To już lepiej się z siebie pośmiać, przyznając się przed samym sobą, że to wszystko, co myślimy o sobie to po prostu ot taki dowcip, całkowicie zmyślony i nie zawsze dobry.

Bo bez poczucia humoru wszelka duchowość jest niczym innym, jak tylko kompensacją naszej nerwicy.

O personie

Poznanie siebie samego powinno owocować integracją rozmaitych części naszej osobowości, ich syntezą prowadzącą do doświadczenia pełni. Koniecznym etapem wstępnym jest jednak etap analizy, gdy owe części składowe rozpoznajemy i różnicujemy. W ujęciu Junga początkiem tego procesu jest uświadomienie sobie swojej persony jako czegoś różnego od naszego ja. Jak pisze Jung:„Persona jest tym, czym w istocie człowiek nie jest, czym on jest tylko w mniemaniu własnym i innych ludzi”. Jest ona zatem maską, która nieświadomie kształtuje się już w bardzo wczesnym okresie naszego życia, a dzięki której możemy funkcjonować w społeczeństwie. To takie nasze idealne ja, za które chcemy być brani przez innych. Prezentujemy się więc jako nauczyciel, lekarz, kapłan, policjant, matka, biznesmen, pielęgniarka, globtroter, spryciarz, itd. itp. Każda z tych person to maska na użytek publiczny, najczęściej nie mająca nic wspólnego z tym, kim naprawdę jesteśmy. W zależności od etapu rozwoju persona nasza odpowiada naszej tożsamości płciowej, zawodowi czy statusowi społecznemu. Gramy określone role by dostosować się do zbiorowości, a persona jest kompromisem między nami, jako indywidualnością, a społeczeństwem. Mamy nazwisko, tytuł, mundur, ale to jest wtórne wobec tego, kim naprawdę jesteśmy.

Sama w sobie persona nie jest czymś negatywnym, dopiero utożsamienie się z personą grozi zanikiem naszego prawdziwego ja, prowadzi do psychicznej kruchości i sztywności. Jest to nader realna groźba, bo czy ktoś oprze się pokusie bycia szefem wielkiej spółki, wielkim menadżerem, otrzymującym za swą rolę pieniądze i uznanie? Jednak w ten sposób wyprodukujemy w sobie tylko „sztuczną osobowość”, poza którą nie będzie nic autentycznego, tylko nastawienie na to, co zewnętrzne. Uświadomienie sobie persony to początek indywiduacji, czyli autentycznego stawania się sobą. Zdrowa persona przypomina półprzepuszczalną błonę komórkową, która chroni wnętrze, ale zarazem nie jest sztywna i zamknięta. Persona może być także narzędziem transformacji ja, gdy pewnych nieświadomych treści doświadczamy najpierw jako roli odgrywanej przez personę, by potem je zintegrować z ja. To jak z nauką jakiejś umiejętności – najpierw gramy rolę nauczyciela, starając się zachowywać jak nauczyciel, wyglądać jak nauczyciel, mówić jak nauczyciel. A po dłuższym czasie już jesteśmy nauczycielem, treści związane z tą funkcją stały się zasobem dostępnym naszemu ja. Jeśli tylko nie utożsamimy się z personą nauczyciela, to dalsze kroki na drodze indywiduacji są dla nas dostępne.

O czasie

W swej malutkiej, acz znakomitej książeczce Siedem krótkich lekcji fizyki fizyk Carlo Rovelli napisał: „Nasza pamięć i nasza świadomość są zbudowane ze zjawisk statystycznych, a te nie są niezmienne w czasie. Dla hipotetycznego, przenikliwego wzroku, który widziałby wszystko, nie byłoby ‚upływającego’ czasu, a wszechświat byłby blokiem przeszłości, teraźniejszości i przyszłości. Ale my, istoty z ograniczoną świadomością, zamieszkujemy czas, gdyż widzimy jedynie zamazany obraz świata. Z tej nieostrości świata rodzi się nasze postrzeganie upływu czasu”. Fizycy takie wnioski wyciągają ze swego oglądu rzeczywistości wyostrzonego przez ich teorie, oparte na matematyce. Podobnie mówią mistycy, zapatrzeni w swoje wizje. A czy my, zwykli ludzie, możemy odczuć coś podobnego? Moim zdaniem tak. Wystarczy tylko trochę pożyć, zaliczyć dobrych parę dekad peregrynacji na tym świecie. A wtedy, po czterdziestce, po pięćdziesiątce i mocniej zapewne w dalszych latach czujemy tożsamość naszych lat dziecięcych i młodzieńczych z tymi, które aktualnie przeżywamy. Po powiedzmy sześciu dekadach pytamy się: „To tylko tyle? To wszystko, co możesz mi dać, wszechświecie? Nieustanny powrót tego samego, choćby w najbardziej porywających odsłonach?” Dociera wtedy do nas to, że czas jest złudzeniem, że wszechświat serwuje nam wieczny powrót tego samego. Tak więc, jakkolwiek paradoksalnie to brzmi, o tym, że czas nie istnieje dowiadujemy się w miarę upływu czasu. Bo nic się nie zmienia, rodzimy się i umieramy w tej samej chwili. Wszelka różnica jest tylko iluzją, pierwszy i ostatni oddech jest tym samym oddechem, a pomiędzy nimi średnio siedem dekad niczego i wszystkiego.

O zazdrości

Zazdrość, podobnie jak miłość, ma tysiąc imion. Z tych wszystkich powiem tu o jednym. W zazdrości przejawia się najgorsza cecha człowieczeństwa – pragnienie tego, by ktoś inny był tylko taki, jakim my chcemy go widzieć; zazdrość to pragnienie by odebrać mu całkowicie jego indywidualność. Opowiem to ze swojego, męskiego punktu widzenia. Każde ukłucie zazdrości to nic innego jak uświadomienie sobie tego, że ona nie okazała się taka, jak myślałem; to niezgoda na to, że odbiega od mojego wyobrażenia o niej. Tym samym neguję jej osobowość, jej pragnienia i wszystkie zachowania, które wypływają z tego, kim ona jest. Zazdrość to swego rodzaju dysonans poznawczy, gdy nagle okazuje się, że kobieta, którą kocham jest inna niż obraz jaki sobie o niej wytworzyłem. Obraz może i jest piękny, ale ona jest inna i wynikająca stąd dysproporcja objawia się właśnie jako zazdrość. Nic zatem dziwnego, że zazdrość to zwykle śmierć związku.

Tak rozumiana zazdrość wypływa oczywiście z fundamentalnej naiwności, którą żywimy wchodząc w związek. Psychologia nazywa to uczenie projekcją, czyli widzeniem w kochanej osobie tylko naszych pragnień. A ponieważ życie jest procesem obdzierania nas z naiwnych wyobrażeń, to zazdrość mu nieustannie towarzyszy. I ma swoich dwóch towarzyszy, łagodniejszych braci zazdrości – rozczarowanie i przykrość. Rozczarowanie, że ona jest inna niż myślałem. I przykrość, że ona tak mogła postąpić. I tak się toczy ten światek.

O figach





Niedawno wróciłem z wakacji, które spędziłem na pięknej wyspie Hvar. Cóż tu dużo opowiadać – morze, słońce i… przesłodkie figi. Figi nie są owocami – to właściwie odwrócone kwiaty. Wymagają one specyficznego zapylenia, do którego są zdolne tylko osy figowe, o wielkości 1,5 mm i specjalnej budowie ciała, które muszą umrzeć wewnątrz męskiego owocu, aby ów dojrzał, ponieważ figi nie mogą być zapylane przez wiatr ani normalne pszczoły. My jemy owoce żeńskie, chociaż i do nich czasem trafiają osy figowe. Ale figa wytwarza enzym zwany fikainą, który trawi martwą osę, a figa wchłania składniki odżywcze, tworząc dojrzałe owoce i nasiona.

Osy i figi żyją w mutualizmie. Bez fig osy figowe nie mogą się rozmnażać, bez os figi nie będą zapylane. A to znaczy tyle, że gdy znikną osy i figi odejdą w niepamięć. Nie wiem, na którym miejscu gatunkowej listy do wyginięcia w szalejącym obecnie szóstym wymieraniu znajdują się osy figowe, ale kiedyś już fig nie będzie. Wymierają zwierzęta, a z nimi zapylane przez nie owoce. Pozostanie tylko wiersz, ale już nikt nie będzie czuł smaku fig, a być może i nikt nie pozostanie, kto by ten wiersz odczytał…

David Herbert Lawrence: Figa (zmodyfikowane)

W towarzystwie figę trzeba jeść elegancko,

Na cztery części podzielić, trzymając za ogonek,

A potem otworzyć ją, wtedy wygląda jak lśniący, różowy,

wilgotny i miodny kwiat

o czterech ciężkich płatkach.

Następnie odrzuca się skórkę,

Która wygląda jak czterościenny kielich,

Gdy przedtem wnętrze kwiatu wybierzesz wargami.

Ale najprościej

Wgryźć się zębami we wgłębienie i jednym kęsem cały

miąższ wydobyć

Każdy owoc ma swoją tajemnicę.

Figa to bardzo tajemniczy owoc.

Kiedy widzi się jej rosnące pędy, może wydawać się to

symboliczną,

Jakby męską cechą.

Ale gdy się lepiej przyjrzeć, Rzymianom słuszność

przyznamy, to rodzaj żeński.

Cudowne przewodnictwo wilgoci do głębi,

W sobie zawarte,

Ku sobie zwrócone,

Kwitnienie ku wnętrzu pod łona osłoną,

I tylko jeden wylot.

Figa, podkowa, kwiat zgnieciony.

Był sobie kwiat, co kwitł do wnętrza, ku łonu,

A teraz jest owoc jak łono dojrzałe.

Zawsze było tajemnicą.

I tak być powinno, kobieta winna być zawsze tajemnicą.

Zwinięta w sobie i tajemnicza niewypowiedzianie,

Mleczny sok w niej płynie, sok, co ścina mleko w ser,

Sok ten dziwny zapach zostawia na palcach.

Zwinięta w sobie, zamknięta jak mahometanka,

Cała jej nagość pośród ścian, jej rozkwitanie nigdy

niewidoczne,

I tylko ten jeden dostęp wąski, szczelnie przed światłem

osłonięty,

Figo, owocu kobiecej tajemnicy, wewnętrznej i skrytej,

Owocu Śródziemnego Morza, z twą nagością skrytą,

Gdzie wszystko dzieje się w sposób niewidoczny,

kwitnienie,

Zapylanie i owocowanie

We wnętrzu twojego ja, którego oko nie dojrzy tak długo,

Póki nie skończy się owocowanie i, przejrzała, nie

pękniesz, by wyzionąć ducha.

Póki nie wypłynie kropla dojrzałości

I nie przeminie czas.

Utrzymuje więc figa swój sekret dość długo.

Potem eksploduje i widać szkarłat poprzez szczelinę

pęknięcia.

I to jest koniec figi, czas minął.

O starszych mężczyznach

Właśnie przeczytałem ciekawą informację. Oto ona: „Badacze z Oslo badali jaki wpływ identyfikowania się jako członek grupy mniejszościowej na podatność na dezinformację. Okazuje się że najbardziej podatni na dezinformację są dojrzali (40+), biali, heteroseksualni, mężczyźni, którzy uważają się za członków grupy mniejszościowej (pomimo że w oczywisty sposób nie są jej częścią). Potrzebują czegoś takiego w świecie, w którym są coraz bardziej równi kobietom i osobom nieheteronormatywnym, bo czują się w tym świecie wykluczeni”. Czyżby wiarą w fake newsy owi czterdziesto- i pięćdziesięciolatkowie podnosili swoje poczucie wartości? Budowali swoją tożsamość na teoriach spiskowych? Bo kobiety stają się im równe, a nawet czasem górują nad nimi? Bo geje im zagrażają? A osoby niebinarne demolują im świat wewnętrzny? Cóż, faceci budujący swoją tożsamość na złudnym świecie internetu, zamiast doświadczać i tworzyć życie, są naprawdę zagubieni. Wiem, męskie ego to rzecz bardziej krucha niż francuskie ciasto, i to właśnie dlatego, że opiera się na wyimaginowanej patriarchalnej supremacji. Podstawą zdrowego ja mężczyzny jest troska, ochrona i dbałość. I o tym dzisiaj mężczyźni zapomnieli. Nie wiedzą, że być mężczyzną to znaczy kochać życie, cieszyć się z osiągnięć swoich dzieci, wspierać i tulić swoją partnerkę.

Tak, wiem, są na tym świecie osoby niebinarne, geje i lesbijki. Mają one swoją własną opowieść. Ja mam swoją, jako heteroseksualny, starszy mężczyzna i nie przeszkadzają mi inne opowieści. To kim jestem nie buduję na niechęci do innych. Kocham swoją partnerkę i nie wierzę w żadne teorie spiskowe. Tyle mi wystarczy.

O rozumieniu

Wydaje się nam, że rozumienie przebiega w słowach. Słyszymy jakieś słowa i uważamy, że je rozumiemy, oddając to rozumienie we własnych słowach. Myślimy o tym, co usłyszeliśmy i budujemy jakąś narrację, konstruując pojęciową układankę dotyczącą tego, co do nas dotarło. Jednak te przebiegi słowne są wtórne. Pierwotne jest coś innego, sam akt zrozumienia, który dzieje się poza słowami. Dla mnie akt rozumienia nigdy nie był czymś tylko intelektualnym, było to zawsze dojmujące doświadczenie wglądu, wstrząs w podstawach mojej świadomości. Dajmy na to, że słyszymy od kogoś historię, dzięki której nagle odsłania się przed nami to, jaka ta osoba jest naprawdę. Wtedy prawdziwa praca zrozumienia odbywa się w ciszy. Towarzyszy jej poczucie wewnętrznego układania, jakby cegły były kładzione jedna na drugą i tworzyły spójną całość. Albo, jak mówi Alison Gopnik, takie zrozumienie przypomina łagodny, bezgłośny orgazm, w którym doświadczamy całości przekraczającej sumę części. Doświadczyłem tego kiedyś, a było to cudowne przeżycie, które pochwyciło mój umysł na parę godzin w cichej, bezsłownej ekstazie. Bo prawdziwe rozumienie zawsze pozostawia nas niemymi.

O złudzeniach

Odkryłem, że wszystkie nieszczęścia, jakie mnie spotkały w życiu, wszelkie cierpienia, rozczarowania i zawody, wszystko co było mi niemiłe i bolesne, polegało ostatecznie tylko i wyłącznie na jednym – zawsze była to utrata jakiegoś złudzenia. U samych początków młodości pozbyłem się dziecięcej wiary w jakąkolwiek dobroć tego świata, nieco później zostałem obdarty z iluzji co do prawdomówności ludzi. A potem już to poszło jak lawina, aż dotarło do punktu, gdy okazało się, że jestem całkiem inny niż niegdyś. Niewiele już pozostało z przeszłego mnie, tak sobie pomyślałem. Tu jednak zapaliła mi się lampka alarmowa – czyż największa iluzją nie jest przekonanie, że wyzwoliłem się ze wszelkich złudzeń? Tak, emocjonalne doświadczenia związane z wyzwalaniem się od złudzeń, często trudne i sprawiające ból, zbudowały we mnie przekonanie, że już im nie podlegam, czyli kolejną iluzję! Podobnie jest czasem w snach, gdy śnimy, że budzimy się, ale jednak okazuje się, że to tylko kolejny sen.

Cóż, okazuje się zatem, że żyję dalej z moimi złudzeniami, że mają się one dobrze, jak pchły na starym psie. Chwilami mnie trochę gryzą, mniej lub bardziej, a ja udaję, że tego nie zauważam. Chociaż zwykle mi się to nie udaje i biorę je na serio. Gdy jednak ktoś pyta: „Ale co się dzieje?” to odpowiadam: „Ano nic, to tylko taka pchła”. I tylko czasem ponownie staram się otrząsnąć z nich, jak stary labrador. Bo czym jest życie jak nie nieustannym ciągiem klęsk, z których się staramy podnosić?

O (nieosiągniętym) oświeceniu

Znałem niegdyś nieco starszego ode mnie mężczyznę, który lat praktykował buddyzm zen. Po ponad dwóch dekadach regularnej medytacji pod okiem nauczyciela wyznał kiedyś mojej znajomej, dlaczego nie odczuwa żadnych postępów w praktyce, nigdy bowiem nie dostąpił nawet najmniejszego kensio: „Wiesz – powiedział – to dlatego, że w tej linii nie ma autentycznego przekazu”. Chodziło o to, że jego amerykański nauczyciel zen opuścił swego japońskiego mistrza bez otrzymania od niego oficjalnego potwierdzenia swoich osiągnięć duchowych, zwanego inka. Gdy opowiadam o tej historii lubię parafrazować Bogusia Lindę: „Bo to zła linia była”.

O co jednak tak naprawdę chodzi? Wyrażone przez tego mężczyznę przekonanie było oparte o myślenie magiczne, jakże nieprzystające szanującemu się buddyście, które jednak kazało mu wierzyć, że łańcuch subtelnej energii, sięgający aż samego Buddy, zapewni mu oświecenie niejako w sposób automatyczny, wystarczy tylko, że spędzi dwadzieścia lat na poduszce, a fluid oświecenia napełni jego duszę. Tak można to ująć, ale bardziej wnikliwy opis takiej postawy daje Hesse w swej powieści Siddhartha. Jej bohater, tytułowy Siddhartha, napotyka w swych poszukiwaniach duchowych Buddę. Nie zostaje jednak jego uczniem, opuszcza go i tak to argumentuje: „Gdybym tedy został twoim uczniem, o Wzniosły, boję się, że przydarzyłoby się tak, iż moje ja doznałoby tylko pozornego, złudnego tylko wybawienia i ukojenia, naprawdę zaś żyłoby dalej jak przedtem i rosło, gdyż moją jaźnią stałaby się wówczas twoja nauka, moja przynależność do ciebie, moja miłość do ciebie, wspólnota twoich mnichów”.

Tak, to główna pokusa ludzi religijnych. Założyciel religii – Budda czy Jezus – oferuje im wizję pewnego celu, wolności czy zbawienia. Ta wizja jest pokusą dla ja. Odczuwa ono pragnienie by w swym dążeniu do wolności utożsamić się z naukami, sanghami, mistrzami. Z tego pragnienia korzystają pośrednicy, tacy jak Mahakaśjapa czy św. Paweł, i mówią: „Wstąp na ścieżkę nauki, przystąp do zakonu, a tym samym osiągniesz wyzwolenie i zbawienie”. I miliony poszukujących wpadają w ową muchołapkę, tworzą struktury i hierarchie, nędzne ersatze wolności. Potem kolejne pokolenia wstępują do szkół i zakonów, zwabione obietnicami dóbr duchowych, które mają ich wybawić od cierpień tego świata. Nie wiedzą, że jedynym celem sangh i kościołów jest to, by uchronić swoich adherentów przed przeżyciem źródłowego doświadczenia. Oferują zamiast tego gotowe obiekty utożsamienia, będące wytworami ja i pułapkami dla ja – czymże bowiem jest ja, jak nie nieustannym pragnieniem utożsamiania się ze wszystkim?

Ów mężczyzna dalej praktykuje buddyzm zen. Jednocześnie zajmuje się regresingiem i kontaktem z wyższą jaźnią i podobnymi rzeczami, które buddyzm zen uważa za makjo, czyli złudzenia duchowe. Nie przeszkadza to mu zapewne, a nawet dostarcza pewnych profitów i najsłodszej iluzji, iż zajmuje się duchowością. Cóż, każdy nieustannie dąży do celu, który niknie na horyzoncie. A tym horyzontem tym jest ja, równie nieuchwytne jak horyzont i równie zwodliwe.