O nastolatkach i kryzysie klimatycznym

Prowadzę zajęcia na pierwszym roku kognitywistyki. Nazywa się to „Wprowadzenie do filozofii”. Nie wiem, czy przepowiadając kolejne poglądy filozoficzne uda mi się tym młodym ludziom przekazać coś z tego, czym jest filozofia, akademia ma bowiem swoje ograniczenia. Filozofia źródłowo jest niczym innym jak odmiennym postrzeganiem świata – filozofować to zmieniać swoją percepcję świata. Inną sprawą jest to, czy są moi studenci w ogóle zainteresowani transformacją swego widzenia świata. Mają dziewiętnaście lat i ich umysły są jeszcze, stosunkowo, chłonne ( o dziewiętnastolatkach pisałem też tu). Przynajmniej, jak mi się zdaje, w niektórych przypadkach. W czasie zajęć mówię im także różnych sprawach dotyczących współczesnego świata, w tym o kryzysie klimatycznym. Staram się im uświadomić powagę sytuacji. Czasem jednak nie mogę się powstrzymać przed uwagami typu: „Jak ja państwu zazdroszczę, będą mogli państwo w ciągu swojego życia w pełni doświadczyć wszystkich skutków kryzysu klimatycznego, których ja być może nie doczekam”. Nie wiem, czy odbierają to jako sarkazm, czy jako przestrogę.

Naukowcy nie mają lekko. Od ponad 40 lat alarmują, że sprawy nie mają się dobrze, a ludzie zachowują się jak dawniej. Ludzkość nie staje na wysokości zadania wobec kryzysu klimatycznego, który jest naszą rzeczywistością. Ja sam po raz pierwszy przeczytałem o możliwym kolapsie naszej cywilizacji w 1995 roku, w książce Przekraczanie granic Meadowsów. Ale nawet dla mnie wtedy wizja katastrofy cywilizacyjnej zapowiadanej na rok 2040 była odległa i niezbyt realna. Tymczasem dla moich studentów rok 2030, czy nawet 2040, to nic innego jak najbliższy czas ich życia, będą mieli wtedy po 30-40 lat. Z jednej strony młodość jest kresem buntu i kontestacji, ale z drugiej strony prawie każdy młody człowiek widzi przed sobą długie życie, takie o jakim marzy. Tymczasem dane naukowe im to marzenie odbierają. Niegdyś to prorocy religijni wieścili koniec świata, teraz ich pałeczkę przejęli naukowcy. Czy moi studenci są świadomi w pełni zagrożeń, jakie niesie bliska przyszłość? Myślę, że w większości nie, a jeżeli już to tylko intelektualnie.

To prawo młodości, by niezależnie od uwarunkowań tworzyć swoje życie. Każde nowe pokolenie to nadzieja na kontynuację życia, jego trwanie. Jednak warunki, jakie stworzyliśmy przyszłemu pokoleniu są nie do zniesienia. Odebraliśmy im ich przyszłość. Uważam, że kryzys klimatyczny będzie miał jeszcze jeden efekt, którym już zaczyna się pojawiać, a będzie to ogromna, pokoleniowa szczelina, która oddzieli nasze pokolenie od pokolenia naszych dzieci.

O śmierci i kulturze

Od pierwszego listopada minęły dwa dni. Jednak, jak to mówi stare przysłowie, cień śmierci sięga daleko. Czy zatem w te dni może być coś lepszego od powrotu do lektury znakomitej książki Ernsta Beckera Zaprzeczanie śmierci? Czytałem ją dokładnie dwa lata temu. Jej główna teza brzmi: „Podstawą motywacji ludzkiego zachowania jest nasza biologiczna potrzeba kontrolowania źródła naszego podstawowego niepokoju, przejawiająca się w zaprzeczaniu śmierci”. Tę biologiczną potrzebę człowiek zaspakaja tworząc kultu. Cała kultura, wszystkie sposoby życia ludzkiego są w swej zasadniczej części protestem przeciwko naturalnej rzeczywistości śmierci, są zaprzeczeniem prawdy kondycji ludzkiej, próbą zapomnienia o tym, czym jest człowiek jako gatunek zwierzęcy. To dzięki kulturze człowiek wykrawa posłuszny dla siebie świat. To ona pozwala mu osiągać władzę nad konkretnymi osobami, jak i nakazami kulturowymi; w rezultacie zaczyna istnieć w wyobrażonej niezawodności świata wokół niego. Jednak kulturowe wyobrażenia okazują się być tylko sztafażem, a nawet najbardziej optymistycznie nastawione osoby dręczy obraz śmierci, o którym tak pisał William James: „W głębi takiego człowieka znajdziemy coś złego, coś co przypomina mu się i podczas uczty jawi się szczerzącą zęby trupią głową”.

Dobrym przykładem owych żałosnych starań czynionych po to, by oswoić śmierć są listopadowe wizyty Polaków na grobach. Boimy się śmierci coraz bardziej, o czym świadczą rosnące rozmiary i ilość zniczy. Staramy się uspokoić czyszcząc groby, bo cmentarz to kulturowy obszar pamięci i wszelka dzikość, choćby w postaci malutkich kępek trawy wyrastających tuż obok grobu, to dla nas oznaka zapomnienia, czyli śmierci wtórej, kulturowej. Pancerne, marmurowe bloki grobów są jeszcze doskonalszym wyrazem lęku przed śmiercią. Boimy się rozpuszczenia w przyrodzie i zniknięcia w przestrzeni poza kulturą. Odgradzamy się od wszystkiego co przypomina nam o nieuchronności śmierci. Mnie wszelako podoba się pomysł, by po śmierci me prochy dały początek jakiemuś drzewu. Są one naturalnym nawozem i zamknięte w biodegradowalnej kapsule razem z nasionami stworzą coś pięknego i – co najważniejsze – żywego. Nie możemy zzuć z siebie kultury i stać się zwierzęciem, ale możemy mniej oddzielać się od natury, a tym samym mniej bać się śmierci.

O biblijnych podstawach kryzysu klimatycznego

Nie wszyscy zdają sobie sprawę z tego, że słynne słowa z Biblii o „czynieniu sobie ziemi podaną” padają w niej dwa razy. Po raz pierwszy na początku Księgi Rodzaju (1,28): „Bądźcie płodni i rozmnażajcie się, abyście zaludnili ziemię i uczynili ją sobie poddaną; abyście panowali nad rybami morskimi, nad ptactwem powietrznym i nad wszystkimi zwierzętami pełzającymi po ziemi”. No, niezbyt miło, ale już w kolejnym wersie mamy: „Oto wam daję wszelką roślinę przynoszącą ziarno po całej ziemi i wszelkie drzewo, którego owoc ma w sobie nasienie: dla was będą one pokarmem”. Jest więc kontekst wegetariański, jak najbardziej zgodny z obecnymi zaleceniami, by jednym ze sposobów ratowania Ziemi przed kryzysem klimatycznym uczynić wegetarianizm właśnie. Dlaczego? Ano dlatego, że obliczono biomasę kręgowców chodzących obecnie po Ziemi. 67 proc. to zwierzęta hodowlane, 30 proc. to ludzie, a zaledwie 3 proc. to dzikie kręgowce. Zatem na naszej kochanej planecie żyją dziś głównie krowy, świnie, ludzie i trochę kurczaków. Ponadto, przemysłowa hodowla zwierząt przyczynia się do 18% emisji dwutlenku węgla. Zaiste, władamy planetą, powodując szóste wymieranie gatunków. Skromnie licząc, kilka gatunków wymiera co godzinę.

A skąd wynika owo „władanie”? Otóż jest drugie miejsce, gdzie te słowa się pojawiają w Biblii, i to z pewną istotną modyfikacją. Po potopie Bóg, zawierając przymierze z Noem, mówi: „Bądźcie płodni i mnóżcie się, abyście zaludnili ziemię. Wszelkie zaś zwierzę na ziemi i wszelki ptactwo powietrzne niechaj się was boi i lęka (?). Wszystko, co się porusza na ziemi i wszystkie ryby morskie zostały wam oddane we władanie. Wszystko, co się porusza i żyje, jest przeznaczone dla was na pokarm(!), tak jak rośliny zielone, daję wam wszystko” (Rdz 9,1-3). Te słowa, oprócz tego, że są gargantuiczną manifestacją pychy homo sapiens, wskazują na ważną różnicę zdań pomiędzy ich autorami. Nie można zaprzeczyć, że cywilizacja ziemska poszła za drugim autorem, namiętnie rozkoszując się konsumpcją wysokoenergetycznego białka zwierzęcego, jak również destrukcyjną eksploatacją wszelkich zasobów Ziemi.

Nie twierdzę, że owe miliony ludzi, które przez ponad dwa tysiące lat czytały Biblię, są ofiarami zawartej w niej ideologii. Nie, jest wprost odwrotnie – to najniższe instynkty ludzkości znalazły w biblijnych tekstach swój wyraz i usprawiedliwienie. I u wielu znajdują do dziś. A najniższym z owych instynktów jest pragnienie władzy, kontroli, dominacji. Jednak, kto chce władać, upadnie; kto chce kontrolować, napotka chaos w swoim życiu; kto chce dominować, zostanie poniżony. I to się obecnie dzieje w ogólnoplanetarnym wymiarze z całą ludzkością. Bez wątpienia jedną z przyczyn obecnego kryzysu klimatycznego jest nieobecność w Biblii heraklitejskiej i taoistycznej wiedzy o biegunowości przeciwieństw i ich wzajemnym przenikaniu się. Ten wywodzący się źródłowo z dualistycznego i antropocentrycznego judaizmu brak mądrości istotnie przyczynia się do obecnego załamywania się ludzkiej cywilizacji.

O trzecim wniosku Sokratesa

Sokrates, archetypowy filozof, a zarazem mistrz ironii. Nic nie pisał, jego jedyną działalnością było dialogowanie, w którym badał wiedzę rozmówców. Obnażał ich wiedzę intelektualną, opartą na zmyślnej żonglerce pojęć. Na zarzuty, że czym innym jest wiedza dotycząca na przykład sprawiedliwości, a czym innym samo postępowanie sprawiedliwe Sokrates odpowiadał, że nie chodzi mu o wiedzę, z której nie wypływa adekwatne do niej działanie. Jeżeli ktoś twierdzi, że wie, co to jest sprawiedliwość, a nie postępuje sprawiedliwie, znaczy to, że tak naprawdę nie wie, czym jest sprawiedliwość. Wedle jego podejścia tylko taka wiedza jest cnotą, czyli tym, co stanowi o charakterze i działaniu człowieka.

Pierwszym wnioskiem, który się tu nasuwa jest bardzo mocne obstawanie samego Sokratesa przy tezie, że cnoty można się nauczyć. Znaczy to, że w przeciwieństwie do swoich greckich poprzedników uznawał zasadność zabiegów dydaktycznych prowadzących do poprawy moralnej jednostki. Można nauczyć się być sprawiedliwym, uczciwym, dobrym i odważnym, i jest tak dlatego, że można przyswoić sobie wiedzę o tych zaletach etycznych i wcielić ją w życie. Znaczy to też, że cnota nie jest wrodzona i nie przynależy niejako z urodzenia tylko do określonych grup społecznych. Tezą tą Sokrates pokazywał swoje demokratyczne podejście do tej problematyki – mimo, że uważa się go powszechnie za osobnika o nastawieniu raczej arystokratycznym. Najprawdopodobniej, zważywszy na to że Sokrates na równi przeciwstawiał się zarówno demokracji, jak i tyranii wtedy, gdy jedna i druga władza była nielegalna, jego osobiste stanowisko było ponad tymi przeciwstawieniami politycznymi. Zwraca na to uwagę zwłaszcza Bertrand Russell w swoim omówieniu poglądów Sokratesa.

Drugi wniosek jaki się nasuwa, to ten, że cnota w rozumieniu Sokratesa jest jedna. Wszystkie poszczególne cnoty, jakie możemy wymienić są bowiem tylko jednym i tym samym – są wiedzą, która jedynie za swój przedmiot ma taką lub inną dziedzinę życia. A zatem można wywnioskować, że z powodu tej jedności istnieje dziedzina nauki, która może podjąć się moralnego kształcenia jednostki – jest to filozofia, taka jaką uprawiał Sokrates.

Trzeci wniosek jest niepokojący i zarazem najbardziej ważny, gdyż wydaje się prowadzić do zadziwiającego paradoksu. W dialogu Hippiasz mniejszy Sokrates dowodzi tezy zaskakującej, całkowicie sprzecznej z powszechnym poczuciem moralnym. Teza ta głosi, że lepszy jest ten, kto zły czyn popełnia świadomie, niż ten kto źle czyni nieświadomie, albo jeszcze drastyczniej to ujmując: dobry człowiek popełnia zło świadomie, a zły nieświadomie! Ta paradoksalna teza jest konsekwencją przyjęcia tożsamości wiedzy i dobra, która to tożsamość prowadzi do narzucającego się wniosku: być dobrym to zawsze wiedzieć, co się czyni, bez względu na wartość moralną czynu, albo jeszcze dokładniej – wartość moralna czynu jest określona przez poziom wiedzy, czyli świadomości jednostki. W znaczeniu praktycznym, czyli w życiu politycznym teza ta oznacza skrajny elitaryzm, który głosi że dobre jest to, co ja uznam za dobre, nawet jeżeli głos większości będzie twierdził inaczej. Albowiem to ja dysponuję wiedzą i ona jest moim absolutnym punktem odniesienia.

Tokarczuk, Gandhi i przemoc

Olga Tokarczuk otrzymała literacką nagrodę Nobla. Czytałem – nie raz – wszystkie jej książki. Jak zawsze bywa z mym ulubionym autorem, jedne mi się podobały bardziej, inne mniej. Ale każda coś mi dawała. Szczególnie owa „ekoterrystyczna” powieść-kryminał Prowadź swój pług przez kości umarłych. Ta książka to medytacja nad nader trudnymi pytaniami. Czy można zabijać w imię ochrony życia? Jak daleko może zajść nasze działanie w imię słusznych – wedle nas – postulatów i wedle naszej najlepszej wiedzy? Warto sobie odpowiedzieć na te pytania w kontekście nie tylko walki z myśliwymi, jak to jest w powieści, ale też w kontekście obecnego kryzysu klimatycznego. Działania ruchów typu Extinction Rebellion są pokojowe, nieomal w duchu satjagrahy Gandhiego. Czy jednak nie może się to zmienić? Czy za parę lat nie będą konieczne działania bardziej drastyczne? Gandhi nie głosił idei niesprzeciwiania się złu, ale domagał się nieustępliwej walki ze złem. Protest przeciwko własnej krzywdzie uważał za obowiązek moralny. Nie zalecał nienawiści do tego, kto mnie krzywdzi, ale stanowcze działanie prowadzące do tego, by go powstrzymać. Jednak, inaczej niż bohaterka powieści Tokarczuk, Janina Duszejko, nie był zwolennikiem zabijania ludzi.

Ja nie jestem jednak ani hinduistą, ani chrześcijaninem. Nie uważam, że walcząc z kimś staję się takim jak on. Rządy, korporacje aktywnie działają na rzecz zabijania nie tylko ludzi, ale całej ludzkości. Trzeba im się przeciwstawić wszelkimi sposobami. Myślę, że czasem sam bieg zdarzeń doprowadzi do tego, że pojawią się bardzo gwałtowne działania. Czy będą one rezultatem rozpaczy wielu ludzi, czy desperacji jednostek? Zapewne jedno i drugie. Taki może być wynik odreagowania emocji w obliczu kryzysu klimatycznego. Ja osobiście jestem zdania, że działanie powinno być adekwatne do zagrożenia. Gdy ktoś celuje do twej żony i dziecka z pistoletu, musisz go zabić. To prosta sytuacja. Ale co zrobić z ludźmi, którzy niszczą planetę, świadomie lub bezwiednie? Edukować? To zbyt długi proces, jestem jak najbardziej za, ale czas nas goni. Nie mamy oporów by zabić wściekłego psa, który chce nas ugryźć. Wobec ludzi mamy opory, bo jesteśmy „humanistami”. Ja nie jestem humanistą.

O Kartezjuszu

Gdy ćwierć wieku temu rozpoczynałem pracę na uniwersytecie mój szef powiedział, że będę prowadził zajęcia na drugim roku, filozofię nowożytną. Prawie pół semestru miałem przeznaczyć na czytanie Kartezjusza. Nie był to mój ulubiony filozof, ale cóż, jak to sentencjonalnie rzekł mój starszy kolega: „Nie odmawia się dwóm rodzajom osób – pryncypałowi i zakochanej kobiecie”. W pełni się z tym zgadzam. Zatem czytaliśmy Medytacje o pierwszej filozofii przez długie tygodnie. Jak się okazuje, nie był to czas stracony. Dzięki tym zajęciom poznałem u źródła mentalność epoki nowożytnej, która wywarła tak negatywny wpływ na wszystkie kolejne wieki. Szczególnie upodobałem sobie pewne zdanie z Medytacji, gdy Kartezjusz odkrywa, że koniecznie istnieje (ego sum), bo nawet duch złośliwy (genius malignus), który mógłby go zwodzić, tym samym potwierdza jego istnienie. Pisze potem: „Jednakże jeszcze niedostatecznie rozumiem, kim jestem ja sam, który teraz już koniecznie istnieję”. Jak dobrze wiemy, jego tok myślenia doprowadza go do konkluzji, że jest myśleniem (cogito ergo sum), nieszczęśnie utożsamiając myślenie ze świadomością. Ale w tym momencie, gdy jeszcze nie wiedział kim jest, otwarła się przed nim szczelina istnienia. Mógłby w niej ujrzeć, że nie jest myśleniem, mógł utwierdzić swój byt poza myśleniem. Niestety tak się nie stało.

W buddyjskiej metaforze myśli porównuje się do obłoków, a sam umysł do przejrzystego, błękitnego nieba. Kartezjusz skupił się na obłokach, podobnie jak prawie wszyscy ludzie, zagubieni w swoim myśleniu, utożsamiający się ze strumieniem słów, obrazów i emocji, nieustannie płynącym w świadomości. Błędnie uważają, że są tym strumieniem. A wystarczy usiąść, wsłuchać się w dźwięki, objąć macierzyńską uwagą to, co pojawia się w umyśle. Medytować. Szybko wtedy zobaczymy, że nie jesteśmy naszymi myślami, odczujemy przestrzeń, w której się one pojawiają. Medytacja pozwala nam zmienić perspektywę i obserwować myśli jako przedmiot, nie czyniąc z nich podmiotu. Myśli to w większości bełkot ego, który możemy wyciszyć i pozwolić im płynąć obok. Szkoda, że Kartezjusz tego nie zauważył. Można sobie wyobrazić jakąś alternatywną rzeczywistość, w której Kartezjusz nie rejteruje przed pustką swojej świadomości i kładzie filozoficzne podwaliny pod całkiem inną cywilizację.

Opowieść o Kisagotami i kryzysie klimatycznym

W tradycji buddyjskiej znajdujemy opowieść o młodej kobiecie, Kisagotami, której malutki synek, liczący sobie ledwo rok, zmarł w wyniku nagłej choroby. Zrozpaczona i zdruzgotana nie chciała go wypuścić z objęć i błądziła po wiosce, prosząc każdą napotkaną osobę o pomoc. Pragnęła by ktoś wezwał lekarza, bo nie wierzyła w śmierć swojego synka. Ludzi jej unikali i uważali za szaloną. Wreszcie ktoś jej powiedział, że w wiosce obok jest lekarz, który jej pomoże. Lekarzem tym był Budda. Kisagotami szybko dotarła do tej wioski, trzymając ciało swego synka w objęciach. Spotkała się z Buddą, a ten rzekł: „Tak, jest lek który pomoże twojemu synkowi. Ale by go otrzymać musisz najpierw przynieść trzy ziarna gorczycy z domu, w którym nikt nie umarł”. Jak można się domyślić poszukiwania Kisagotami poniosły fiasko. Od każdego domu odprawiano ją z kwitkiem, ze smutkiem konstatując śmierć kogoś, kto tam zamieszkiwał. Po wielu takich wizytach Kisagotami odłożyła wreszcie ciało swego synka, pochowała go w lesie i wróciła do Buddy. Została mniszką, gdyż zrozumiała, że wszystkie rzeczy są nietrwałe, że śmierć jest powszechnym prawem. Pojęła, że wszyscy ludzie są jak płomyki lamp, teraz płonące, a następnie gasnące.

Co ta opowieść ma wspólnego z kryzysem klimatycznym? W historii Kisagotami i jej synka znajdujemy niejakie podobieństwo do obecnej sytuacji ludzkości. Jej malutki synek jest obrazem ludzkości, która umarła, przynajmniej w swym aktualnym kształcie. Natomiast Kisagotami to też ludzkość, ta, która nie przyjmuje do wiadomości, a nawet aktywnie wypiera, fakt swojej śmierci. Kisagotami z naszej opowieści doświadczyła traumy osobistej, a dla ludzkości taką planetarną megatraumą jest cywilizacja techniczna. Oczywiście głęboką przyczyną tej traumy jest ego człowieka, które chce sprawować kontrolę nad światem, chce by był on bezpieczny i łatwy w obsłudze. To, co osiąga to jednak przeciwieństwo tych pragnień. Ale ludzkość to też Budda, który uczy akceptacji przemijania i nietrwałości. Pierwsza Szlachetna Prawda Buddy głosi, że świat jest cierpieniem. To najważniejsza nauka, bo ego to struktura mentalna, której funkcjonowanie opiera się na negowaniu cierpienia.

Wszystko wskazuje na to, że już jest za późno by ludzkość mogła sobie pomóc. Wszelkie kroki, jakie podejmuje by przeciwdziałać kryzysowi klimatycznemu, są albo spóźnione albo nieskuteczne. Jesteśmy martwi, a gorączkowe głosy denialistów klimatycznych są tego najlepszym dowodem. Czeka nas zatem nieuchronne cierpienie, cierpienie zmiany, o którym mówił Budda. Cywilizacja jest jak płomyk lampy, płonie zachwycającym blaskiem, a potem gaśnie. Lgnięcie do trwania, odczuwane przez ludzi jako przyjemność, jest główną przyczyną tego, że odczuwamy przemijanie jako bolesne. Dzisiaj bezwiedne pragnienie by bussines as usual trwał bez końca prowadzi nas do końca cywilizacji. Tak to jest, jeśli chcesz coś bardzo zatrzymać, nieuchronnie to stracisz. Ta osoba, którą tak bardzo kochasz, jest już martwa. Dopiero gdy to dotrze do ciebie, naprawdę ją docenisz i pokochasz.

O buncie młodych

Bunt jest prawem, a nawet obowiązkiem młodości. Kto za młodu się nie buntował, na starość będzie świnią, jak mawiał marszałek Piłsudski. Niegdyś, w latach sześćdziesiątych, młodzi ludzie się buntowali w imię walki z konsumpcyjnym stylem życia rodziców, protestowali przeciw całemu wyznawanemu przez starszych systemowi wartości. Ich hasłem było: „Nie wierz nikomu po trzydziestce”. Dzisiaj też się buntują. W ostatni piątek w miastach na całym świecie miliony młodych ludzi w ramach Młodzieżowego Strajku Klimatycznego wyszło na ulice. Od Islamabadu po Paryż. Inaczej jednak niż ich poprzednicy z lat sześćdziesiątych wierzą tym po trzydziestce, przede wszystkim naukowcom, którzy mówią, że przyszłość ludzkości jest zagrożona. Gdy obecny dziewiętnastolatek będzie w moim wieku to jego życie nie będzie w niczym przypominało tego, czego zaznał w swej młodości. Gdy ja miałem dziewiętnaście lat bałem się wojny jądrowej, która zresztą o mało nie wybuchła przez przypadek pod koniec września 1983 roku. Nie wybuchła, a ja przeżyłem we względnym spokoju 36 lat. Czy to będzie dane młodym? Wątpię. Wszystko wskazuje na to, że w ciągu najbliższych lat kryzys klimatyczny doprowadzi do kolapsu cywilizacji.

Jak tu się zatem nie buntować? Jak nie walczyć o życie, które nastolatkom odbierają ich rodzice? Gdybym ja dzisiaj miał dziewiętnaście lat byłbym maksymalnie wkurwiony. Życie jest procesem kontynuacji. Pokolenia następują po sobie, młodzi się pobierają i rodzą się im dzieci. Każdy chce mieć przed sobą przyszłość, a dziś stoi ona pod ogromnym znakiem zapytania. Gdy zatem młodzi się wkurwiają, wiedz, że coś się dzieje. Reprezentują oni życie, którego naczelnym paradygmatem jest trwanie i rozkwitanie. Starsze pokolenia, zasklepione w swoim ego, owym kulturowym chochole, wyznają filozofię „po mnie choćby potop” i mówią: „Swoje już przeżyłem i mam gdzieś moje dzieci”. Nawet określenie ich mianem świń jest zbyt łagodne. Bunt i walka o życie jest teraz obowiązkiem młodych. Oni walczą o to, co dla ich rodziców było czymś danym, zastanym i oczywistym. Walczą o swoje życie. To nie jest po prostu kolejny bunt nowego pokolenia. To początek historycznej mobilizacji całego społeczeństwa – dzięki młodym.

Giovanni Pico della Mirandola

Zapewne niezbyt wielu słyszało o takim filozofie. Ja wszelako, prowadząc na drugim roku zajęcia z historii filozofii, zawsze na początku roku czytałem ze studentami fragmenty jego Mowy o godności człowieka, napisanej w 1486 roku. Miał wtedy 23 lata, był jednym z członków Akademii Platońskiej we Florencji, inspirował się kabałą i filozofią hermetyczną. Zmarł w wieku 31 lat. Jego tekst to niesamowity manifest wolności i autokreatywności człowieka, brzmiący niezwykle współcześnie. Pico dokonuje w nim swoistej parafrazy opowieści o stworzeniu znanej nam z Księgi Rodzaju. Opisuje stworzenie świata i człowieka, wprowadzając istotną modyfikację do mitu chrześcijańskiego. Sugeruje mianowicie, że w umyśle bożym nie istniał żaden pierwowzór człowieka, żaden archetyp, wedle którego mogłoby odbyć się jego stworzenie. Cóż za heretycka i odważna sugestia – Bóg nie ma w swoim umyśle idei tego, czym jest człowiek! Powołuje więc Adama do istnienia jako „dzieło o nieokreślonym kształcie” i pozwala mu stworzyć siebie.

Mowa, którą wygłasza Bóg do Adama jest wyrazem wiary w potęgę ludzkiej wyobraźni. To dzięki wyobraźni człowiek zyskuje wolność polegającą na mocy kreowania własnej natury: „Nie wyznaczam ci, Adamie, ani określonej siedziby, ani własnego oblicza, ani też nie daję ci żadnej swoistej funkcji, ażebyś jakiejkolwiek siedziby, jakiegokolwiek oblicza lub jakiejkolwiek funkcji zapragniesz, wszystko to posiadał zgodnie ze swoim życzeniem i swoją wolą. Natura wszystkich istot została określona i zawiera się w granicach przez nas ustanowionych. Ciebie zaś, nieskrępowanego żadnymi ograniczeniami, oddaję w twoje własne ręce, abyś swą naturę sam sobie określił, zgodnie z twoją wolą. Umieściłem cię pośrodku świata, abyś tym łatwiej mógł obserwować wszystko, co się w świecie dzieje. Nie uczyniłem cię ani istota niebiańską, ani ziemską, ani śmiertelną, ani nieśmiertelną, abyś jako swobodny i godny siebie twórca i rzeźbiarz sam sobie nadał taki kształt, jaki zechcesz. Będziesz mógł degenerować się i staczać do rzędu zwierząt; i będziesz mógł odradzać się i mocą swego ducha wznosić się do rzędu istot boskich.”

Adam, do którego zwraca się tu Bóg to oczywiście Praczłowiek, Anthropos hermetyzmu, albo Adam Kadmon kabały, archetyp człowieka, pleromatyczny byt zawierający w sobie wszystkie potencjalności właściwe całemu gatunkowi ludzkiemu. Jest bytem nieokreślonym, ale właśnie dzięki temu może stać się wszystkim. I to jest najważniejsze przesłanie renesansowego filozofa, jedno z podstawowych źródeł współczesnego indywidualizmu. Dziś mówimy o samorealizacji, indywiduacji, byciu sobą itd., itp. Warto pamiętać, że te koncepcje mają swe dawne źródła.

O energii jądrowej

Tytuł powinien być dłuższy, bo tak naprawdę będę pisał o zwolennikach i przeciwnikach energii jądrowej. Ale ponieważ lubię zwięzłe sformułowania, więc pozostańmy przy nim. Zwolennicy energii jądrowej mówią, że dekarbonizacja w oparciu o OZE z wykluczaniem atomu jest całkowitą fikcją, czystym mitem. Gdy zbudujemy elektrownie atomowe, to będzie bardziej racjonalnie, bo będziemy mieć w miarę czystą – na dziś – energię. I uratujemy aktualny stan naszej cywilizacji, czyli będziemy mogli zużywać tyle energii jak dotychczas. Jak miło. Chociaż, szczerze mówiąc, przypomina mi to bardziej odkładanie wizyty u dentysty, czyli konsumujmy jak dotąd, a potem zobaczymy. Przeciwnicy wskazują na zagrożenia związane z użytkowaniem elektrowni atomowych, takie jak odpady, koszty i potencjalne zagrożenia terrorystyczne czy związane z katastrofami naturalnymi (przypadek Fukushimy). I poza tym elektrownie atomowe są brzydkie, jak wszystkie zresztą elektrownie. Argumenty przetaczają się na Facebooku na lewo i prawo, jak rosyjskie i niemieckie czołgi pod Kurskiem.

Ja nie zabieram głosu w tych dyskusjach, bo, z jednej strony, neofici atomu są zaiste jak świeża, zielona trawa, i widzą tylko pozytywy. Przeciwnicy natomiast, z drugiej strony, tkwią w dobrze obudowanych od lat okopach mentalnych. Nie jestem zwolennikiem wybudowania w Polsce iluś tam elektrowni atomowych – co zresztą jest raczej niemożliwe – ale być może bym się przekonał do tego, gdyby nie Popper. On zawsze mówił, że teoria wtedy zasługuje na miano naukowej, gdy przewiduje swoją falsyfikację. A zwolennicy elektrowni atomowych zawsze tylko wysuwają argumenty za ich budową, a nigdy przeciw. A ja, gdyby jakiś ZWOLENNIK energii jądrowej podał mi podał szereg argumentów PRZECIW niej, to bym się do może niej przekonał. Dopuszczam taką możliwość, jestem bowiem przekorny, jak byk Miltona Ericksona.