O patologii rozumu

Tydzień temu pisałem o pożytkach z irracjonalności. Miałem na myśli jej pozytywne formy, takie jak przeżycia duchowe czy artystyczne, albo chociażby zwykłą zabawę. Irracjonalność ma też swoją ciemną stronę, która ma z kolei wiele szarych obliczy. W naszych czasach nader rozpowszechnione jest zwłaszcza jedno z nich, które nazywam patologią rozumu. To irracjonalność strojąca się w piórka nauki, przedstawiająca samą siebie jako jedyną alternatywę dla nauki i często powołująca się na wybiórczo podane wyniki badań naukowych (fachowo nazywa się to „wybieraniem wisienek”). Dobrym przykładem na polskim poletku jest działalność Jerzego Zięby. Parafrazując podtytuł jego książki, mówi on to, czego ci nauka nie powie. Wykorzystując fakt, że szerokie koła są jak najdalsze od metodycznego myślenia naukowego, proponuje im „fakty alternatywne” (termin ukuty przez Kellyanne Conway, doradczynię Trumpa). Gdyby przybrał szaty szamana i przy wtórze bębna leczył chorych, to byłby przynajmniej szczery i autentycznie irracjonalny. Cóż, współcześnie aby być skutecznym musi jednak przedstawiać się jako lekarz i odwoływać się do argumentów, choćby wyssanych z palca. Przypomina to znane z geologii zjawisko pseudomorfozy kryształów, gdyż Zięba w swym przekazie naśladuje kształt nauki, ale treści jakie podaje są w większości szaro irracjonalne. Typów mu podobnych zwykłem nazywać „naukowcami wyklętymi”. Dzielą się oni na dwa rodzaje. Pierwszy rodzaj to osobnicy o większych ambicjach „naukowych”. Tu lokują się fani fizyki kwantowej (Amit Goswami), biologii (Bruce Lipton), psychologii (David Hawkins) czy też – last but not least – kreacjoniści. Drugi rodzaj to swego rodzaju plebs „naukowców wyklętych” – tu zaliczam Ziębę, antyszczepionkowców, denialistów klimatycznych czy zwolenników płaskiej Ziemi. Tak czy siak, oni wszyscy starają się naukopodobnymi ciągami argumentów naśladować nieudolnie naukę, patologizując tym samym rozum.

Istnieje jednak jeszcze gorszy rodzaj patologizacji rozumu, bo trudniejszy do rozpoznania, a którego klinicznym przykładem ekonomia. Uznaje się ją bowiem za naukę, wykłada na uniwersytetach, przyznawane są nagrody Nobla z ekonomii. Podlega ona jednak nieustannym procesom patologizacji, czego najbardziej dramatycznym wyrazem jest to, że obecnie uważa się kapitalizm neoliberalny, ideologię ekonomiczną kształtującą gospodarkę na całej planecie, za racjonalny sposób postępowania. Jak to mawiają, są tylko dwa rodzaje ludzi wierzących w nieskończony wykładniczy wzrost gospodarczy na skończonej planecie – to wariaci i ekonomiści. Ideologiczna wiara w jakiś system, czy to ekonomiczny, filozoficzny czy też religijny to najgorsza patologia rozumu. Wynika ona z podstawowej funkcjonalnej wady świadomości człowieka, jaką jest uznawanie swoich przekonań za racjonalne bez podania wystarczających uzasadnień. Wada ta ma wiele przyczyn, od czysto psychologicznej osobistej ambicji, przez pragnienie zysku, po rozmaite uwarunkowania społeczne. Ludzkość prawie nigdy nie kierowała się czysto racjonalnymi przesłankami w swoich działaniach. Jednak to współcześnie irracjonalność przybrała swoją najbardziej niebezpieczną postać – patologii rozumu. W tym kontekście nie dziwi mnie suicydalna w gruncie rzeczy tendencja współczesnej cywilizacji, by swe istnienie skończyć przerabiając całą planetę na żarcie i produkty przemysłowe.

Glossa osobista. Jako człowiek studiujący niegdyś fizykę nie jestem przeciwnikiem metody naukowej, która moim zdaniem stanowi jedno z największych osiągnięć ludzkości ostatnich stuleci. Uważam wszelako, że naukowa metoda generowania wiedzy nie jest metodą jedyną. Nauka jest uprawiana w perspektywie trzecioosobowej i wyłącznie w tej perspektywie ma jakiekolwiek znaczenie. Rugowanie wiedzy pozyskiwanej innymi metodami, opartymi o perspektywę pierwszoosobową, jest jedynie wyrazem mentalnych ograniczeń naukowców wynikających z ich monoideicznie sprofilowanego wykształcenia. Czymś jeszcze bardziej odrażającym jest jednak ideologia scjentystyczna głosząca, że poznanie naukowe jest jedynym i najwyższym z możliwych sposobów poznania dostępnych człowiekowi. Tu wymienię Tomasza Witkowskiego i Marcina Rotkiewicza jako popularnych w Polsce ideologów scjentyzmu. Ponadto moim zdaniem także naturalistyczne stanowisko nauki jest zbyt wąsko rozumiane przez naukowców. Ale to już temat na całkiem inną opowieść.

O pożytku z irracjonalności

Pomimo, że człowiek chlubi się swoją rozumnością, bo przecież homo sapiens jest, to zauważyć należy, iż irracjonalność także ma swe zalety. Oskar Wilde napisał kiedyś: „Skłonny jestem zdefiniować człowieka jako racjonalne zwierzę, które zawsze wpada w szał, gdy żąda się od niego, by działało zgodnie z nakazami rozumu”. Zawsze uważałem, że definicja człowieka jako animal rationale jest idealną definicją osobowości psychopatycznej. Zapytajmy jednak skąd ów szał, o którym pisze Wilde. Jedną z odpowiedzi jest to, że człowiek nie może żyć tylko zgodnie z nakazami rozumu, że kwestią higieny psychicznej jest uznawanie przez niego pewnych irracjonalnych wyobrażeń jako sensownych. Przykładem takich wyobrażeń są symbole religijne. Kształtowały się one przez tysiące lat istnienia ludzkości i stanowią swego rodzaju psychiczną glebę, na której zawsze wzrastało życie ludzkie. Uznawanie takich wyobrażeń oburza nasz intelekt i zmysł naukowy, lecz zapewniały one przetrwanie gatunku ludzkiego przez praktycznie cały czas jego trwania. Współczesny umysł je odrzuca, albo patologizuje, jak to się ma w przypadku wszelkiej maści fundamentalizmów. Dziś chcemy wszystko wyjaśnić naukowo. Jednak trudno się nie zgodzić ze zdaniem Wittgensteina: „Czujemy, że gdyby nawet rozwiązano wszelkie możliwe zagadnienia naukowe, to nasze problemy życiowe nie zostałyby jeszcze nawet tknięte”. Dziś mamy na wszystko odpowiedzi naukowe, lecz zapomnieliśmy pytań o to, co najważniejsze w naszym życiu. Życie jest irracjonalne i zbyt dużo jednostronnego racjonalizmu mu szkodzi. Tak jak potrzebujemy snu i jego feerii marzeń sennych, tak samo konieczna dla nas jest spora dawka tego, co irracjonalne. W badaniach nad szczurami dowiedziono, że szybciej umierają pozbawione snu niż jedzenia. U ludzi pozbawionych koniecznej dozy irracjonalności pierwej umiera ich dusza nim ich ciało, albowiem bez ponoszenia szkody na swoim życiu psychicznym człowiek może znieść tylko ograniczoną dawkę racjonalności.

O molochu

1 lipca 1916 roku, w pierwszym dniu bitwy nad Sommą, zginęło prawie 20.000 atakujących żołnierzy angielskich, a 36.000 zostało rannych. Byli to przede wszystkim ochotnicy, szeregowi piechurzy pozbawieni doświadczenia, ale pełni patriotycznego entuzjazmu. Chcieli się wyrwać z fabryk i kopalni, by przeżyć przygodę życia, zwaną wojną. Mimo rażących błędów dowództwa brytyjskiego, liczba zabitych była w dużej mierze efektem użycia przez Niemców nowej broni – karabinów maszynowych Maxima, wystrzeliwujących sześć kul na sekundę. Policzono, że w pierwszej fazie ataku na minutę ginęło 3000 ludzi. W przeciągu następnych czterech miesięcy w tej największej bitwie w historii ludzkości zginęło ponad milion ludzi. Zastosowano w niej też wszelkie nowinki techniczne służące zabijaniu ludzi: broń chemiczną, miotacze ognia, gigantyczne, wielotonowe miny zakładane w podkopach na głębokości nawet 60 metrów, samoloty i po raz pierwszy czołgi.

Pierwsza wojna światowa była zarazem pierwszą industrialną wojną totalną, to w czasie jej trwania po raz pierwszy śmierć stała się masowa. Obnażyła ona w sposób doskonały istotę współczesnej cywilizacji, która jest niczym innym jak maszynką do mięsa, mielącą miliony w wojnach, a miliardy we współczesnym ergastulum, jakim jest państwo. Kolejne wojny nie były tak spektakularne, jeśli chodzi o nagromadzenie indywidualnych ofiar w jednym miejscu, lecz zdolność do zabijania wzrosła niepomiernie. W drugiej wojnie światowej zginęło pięć razy więcej ludzi niż w pierwszej. Żyjąc we względnym spokoju w Europie nie zauważamy, że maszyna do mielenia ludzkiego mięsa przyśpiesza swe tryby. Czy jesteśmy przemieleni jako mięso armatnie na polach pod Sommą, czy wyzuci z sensownego życia jako mięso korporacyjne w hodowlanych klatkach miast – doprawdy, co za różnica? Co roku samobójstwo popełnia 800.000 ludzi. Jesteśmy dzieciarnią (ang. infantry, piechota) pożeraną przez molocha, składaną mu w ofierze na ołtarzu złudzeń postępu i techniki.

O Wielkim Interpretatorze

W czasie badań nad pacjentami z przeciętym spoidłem wielkim w mózgu neuropsycholog eksperymentalny Michael Gazzaniga odkrył, że ich półkule mózgowe funkcjonują odmiennie. Wyróżniała się tu lewa półkula, w której odkrył moduł, którego funkcją jest tworzenie opowieści o danych docierających do mózgu i procesach dziejących się w innych częściach mózgu. W pewnym eksperymencie prawej półkuli pokazywano obrazek zaśnieżonego podwórka, a lewej obrazek kurzej łapki. Następnie poproszono pacjenta, by z szeregu kilkunastu rysunków wybrał dwa. Jego lewa ręka wybrała rysunek przedstawiający szuflę do śniegu, a prawa rysunek kury. Pacjent zapytany o to dlaczego wybrał te a nie inne rysunki odpowiedział – a raczej odpowiedziała jego lewa półkula, w której jest umiejscowiony ośrodek mowy – że kurza łapka kojarzy mu się z kurą, a spojrzawszy na lewą dłoń trzymającą rysunek szufli dodał, że szufla jest dobra do posprzątania kurnika. Jego lewa półkula nie wiedziała, dlaczego prawa wybrała rysunek szufli, ale natychmiast stworzyła sensowną historyjkę tłumaczącą ten wybór. Tak właśnie działa Wielki Interpretator w naszej lewej półkuli mózgowej.

Prawa półkula jest specjalistką w przetwarzaniu informacji wzrokowo-przestrzennych, natomiast lewa tworzy narracje, które uspójniają to, czego doświadczamy. To w niej mieszka Wielki Interpretator, twórca opowieści, które tworzą nasze życie. Wykorzystuje On wszelkie dostępne informacje do stworzenia narracji, tworząc porządek z chaosu i kreując spójne historie. Niestety często konfabuluje, co jest szczególnie widoczne w przypadku pacjentów z rozszczepionym mózgiem. Skrajnym przykładem niezależnego funkcjonowania półkul mózgowych jest anozognozja (wspominałem o niej tu), dolegliwość neurologiczna, w której pacjent z uszkodzoną prawą półkulą konfabuluje opowieść o tym, czyja jest lewa dłoń, której nie czuje. Pewna pacjentka zapytała lekarza: „Czyja to dłoń?”, wskazując na swoją lewą dłoń. Lekarz zapytał: „A jak Pani sądzi?” Odpowiedziała: „Na pewno nie moja, ani też pana, zatem to dłoń mojego syna”. Ten przykład pokazuje, jak absurdalne mogą być narracje Wielkiego Interpretatora, jak bardzo może on nie zważać na fakty w imię spójności swojej opowieści.

Współczesna neuronauka uważa, że to dzięki aktywności Wielkiego Interpretatora doświadczamy jedności naszej świadomości, bo to On nieustannie podsuwa nam wyjaśnienia naszych spostrzeżeń, wspomnień i działań, będąc zatem właściwym źródłem naszej samoświadomości. Zawsze jednak interpretuje On tylko to, co już zaszło, bo świadomość to proces powolny, niczym heglowska sowa Minerwy pojawiający się dopiero post facutm. To jednak Wielkiego Interpretatora nie konfunduje, nietrudzenie dąży On do stworzenia z niepełnych informacji, które do niego docierają, jednej narracji, gładkiej i przyczynowej. Nie zważa na fakty – one są domeną prawej półkuli – kierując się jedynie wymaganiem spójności narracji. Wielki Interpretator wydaje się być odpowiedzialny za freudowskie mechanizmy obronne, takie jak racjonalizacja czy wyparcie, gdyż formułuje swoją opowieść w oparciu o selektywny dobór informacji. Jednym słowem – zagaduje On nasze życie, odbiera jego smak i powoduje najdziksze komplikacje. I obojętne, czy przejawia się jako natrętny gaduła w naszej czaszce, wewnętrzny głos racjonalizujący najgorsze głupstwa jakie popełniamy, czy jako metafizyczny system stworzony przez filozofa, układającego świat w spójny system. W każdym z tych przypadków warto go nie słuchać, a starać się utwierdzać swoje istnienie poza głosem Wielkiego Interpretatora.

O ożywianiu słów

Już kiedyś pisałem o czytaniu, (tu) podkreślając jego rolę budzeniu empatii. Teraz chciałbym opisać je z trochę innego punktu widzenia. Żaden człowiek nie jest samotną wyspą, nawet pustelnik o dzikich ostępach zasiedziały swą ideę samotności od kogoś zaczerpnął. Tworzymy naszą tożsamość w nieustannej rozmowie z innymi ludźmi, począwszy od samej nauki mówienia w dziecięcych latach naszego życia. Gdy już opanujemy sztukę mówienia, uczymy się czytania i wtedy możemy wybierać tych, z którymi rozmawiamy, bo czytając mamy możliwość obcowania z najlepszymi przedstawicielami ludzkiego rodu. Czytanie to ożywianie słów ludzi, których nigdy nie spotkamy, choćby dlatego, że żyli dawno przed nami. Te ożywione słowa karmią naszą duszę. Filozofia, powieść, poezja, nauka, historia – każda książka odkrywa przed nami nowe rejony doświadczeń, odsłania odmienne rodzaje percepcji i daje możliwość przemiany naszej świadomości.

Bo wszystko zależy od naszego stosunku do czytanej książki. Mamy tu trzy możliwości. Pierwsza zachodzi wtedy, gdy chcemy tylko pozyskać informacje, jak wtedy, gdy czytamy poradnik i traktujemy tekst przedmiotowo. Tu książka jest narzędziem. Druga zachodzi, gdy chcemy podać swój umysł chwilowej dystrakcji, czytając przysłowiowego harlequina i pragnąc za pomocą cudzych słów uciec od siebie. Tu książka jest rozrywką. Trzecia, i ją tylko mam na myśli pisząc o czytaniu, dzieje się wtedy, gdy chcemy doznać owego fundamentalnego obrotu u podstaw naszej psychiki spowodowanego przez ożywienie czytanych słów. Tu książka jest symbolem, tak jak go rozumiał Jung, czyli czymś co transformuje świadomość, doprowadzając ją do pełni.

Prawdziwe czytanie to zatem swego rodzaju czarowanie, co po niemiecku brzmi magicznie – Zauberei – co od razu kojarzy mi się z jedną z najpiękniejszych książek, jakie czytałem w swoim życiu, „Der Zaubergberg” czyli „Czarodziejską Górą” Tomasza Manna. By zatem doszło do owej czarodziejskiej przemiany naszej świadomości muszą się spotkać dwie rzeczy – odpowiednio nastawiony umysł i dobra książka. Dopiero gdy dojdzie do tego niesamowitego spotkania dochodzi do równie cudownej, wzajemnej partycypacji dwóch strumieni świadomości, często bardziej intymnej niż jest to nam dane w trakcie zwykłej rozmowy.

O ciemnej stronie kultury

Z czego jesteśmy dumni? Z kultury. To dzięki niej jesteśmy ludźmi, to ona pozwala nam wierzyć w nasze człowieczeństwo, to dzięki niej dysponujemy w ogóle takimi pojęciami jak godność, miłość, wiara, rozum, prawda, dobro, piękno – i wprowadzamy je, choć niestety niezbyt często, w życie. Tak pojmowana kultura jest często przeciwstawiana naturze, która jawi się wtedy jako irracjonalne siedlisko popędów, albo i samego diabła, jak do dawniej bywało. Bo czym bylibyśmy bez kultury, znajdującej swe oparcie w języku, w piśmie, ale też w sztuce, oddziałującej na wszystkie zmysły? Czym bylibyśmy bez obrazów z groty Chauveta, Tao-te-king, Upaniszad, Platona, Ewangelii, Nagardżuny, Al Ghazaliego, Szekspira, Bacha, Newtona, Dostojewskiego, Einsteina, van Gogha i tysięcy innych dzieł i ich twórców? Niczym innym jak tylko zwierzętami, biologicznymi maszynami Kartezjusza i Skinnera. Kultura zawsze dawała ludzkości nadzieję na rozwiązanie wszystkich jej problemów i budowała wizje jaśniejszej przyszłości. Jednak każdy kij ma dwa końce, ciemna strona zawsze towarzyszy jasnej, a zło podąża tuż za dobrem. Kultura i jej współczesne dziecko, czyli technologia, są dla jednych powodem do dumy, dla innych – takich jak ja – powodem do gorzkiej refleksji nad losem ludzkości.

To, co jest największą wartością kultury, zarazem stanowi jej najgorszą słabość i zagrożenie dla całej planety. Mam na myśli sposób, w jaki propaguje się ona w obrębie gatunku homo sapiens, a dzięki któremu jest, chciałoby się rzec, zabójczo skuteczna. Kultura jest przekazywana z pokolenia na pokolenie na zasadzie dziedziczenia cech nabytych. Oznacza to, że ewolucja kultury jest lamarkistowska. Tak o tym pisze S.J. Gould w swej książce Niewczesny pogrzeb Darwina: „To, czego uczy się jedno pokolenie, przekazywane jest następnemu bezpośrednio w procesie uczenia i w formie pisanej. Cechy nabyte są dziedziczone w technologii i kulturze. Ewolucja lamarkistowska postępuje błyskawicznie i ma charakter kumulatywny. Wyjaśnia ona fundamentalną różnicę między naszym przeszłym, czysto biologicznym modelem zmian, a obecnym oszalałym pędem ku czemuś nowemu i wyzwalającemu – albo ku przepaści”. Kumulatywny charakter przekazu kulturowego powoduje, że obecnie zmiany zachodzą już w tempie wykładniczym, a dzięki postępowi technologicznemu praktycznie co dekadę budzimy się w innym świecie. Aspekt konstruktywny kultury, który umożliwił początkowo naszemu gatunkowi tak oszałamiająca karierę na Ziemi, obecnie ustąpił już miejsca jej aspektowi destrukcyjnemu. Otrzymał on nawet swoją nazwę – antropocen. Tak, pędzimy ku czemuś, a dziś już wiadomo, że to raczej przepaść niż Eden. Książka Goulda ukazała się ponad czterdzieści lat temu i mógł on jeszcze mniemać, z typowym dla naukowców optymizmem, że dążymy ku wyzwoleniu. Dziś już tej wiary nie mamy, dziś zbieramy owoce owego niesamowitego lamarkistowskiego pędu, który wyniósł człowieka na czołowe miejsce w ekosystemie planety – tylko po to, by człowiek go zniszczył wraz z samym sobą.

Bez wątpienia jesteśmy wyjątkowi. Homo sapiens to pierwszy gatunek, który zagraża swojej własnej egzystencji. Jesteśmy gatunkiem, który opanował wszelkie nisze ekologiczne na planecie, a nawet wzbił się ponad nią. Jesteśmy gatunkiem, który rozwinął niesamowity sposób akumulacji doświadczeń zwany kulturą, dzięki której nasza ewolucja przyspieszyła w niewyobrażalny – też dla nas samych – sposób. Ten proces akceleracji wpłynął jednak negatywnie na ludzką psychikę. Kultura wprawiła nas w samozachwyt, uczyniła z nas ekstremalnie autoerotyczny gatunek, który nawet uznał niegdyś, że godny jest boskiej inkarnacji. Wszelkie jednak podniosłe wyobrażenia religijne, systemy filozoficzne i ideologie polityczne są niczym innym jak tylko kulturowym odpowiednikiem intoksykantów, bowiem podobnie jak one wprawiają naszą świadomość w stan błogiego samouwielbienia. Dziś, w obliczu zagrażającej katastrofy, chciałoby się apelować o otrzeźwienie, lecz apel ten jest daremny. Ludzkość bowiem, tak jak zwykle, szuka rozwiązań problemów stworzonych przez nią samą w obrębie dostępnych jej stanów mentalnych – a te są zdeterminowane przez kulturę. Dobrym przykładem są tu pomysły, bo za pomocą geoinżynierii zapanować nad globalnym ociepleniem, co jest żałosną popłuczyną biblijnego „czyńcie sobie ziemię poddaną”. Właściwe niczym się nie różnimy od stada żab w wysychającym bajorze, podobnie jak one tuptamy w kółko w oczekiwaniu na zagładę, przy wtórze podniosłych zaklęć, w których niczym mantrowe niezmienniki powtarzają się słowa „kultura”, „nauka” i „cywilizacja”, ale też „zysk”, „technika” czy „postęp”. Prawie wszystkie już się zdewaluowały, służą dziś jedynie jako apotropeiczne hasła maskujące rozpacz wobec nieuniknionego losu.

O pośpiechu

Przypowieść o dobrym Samarytaninie (Łk 10, 30 – 37) tak naprawdę nie mówi o współczuciu dla bliźniego, ani o tym kim jest bliźni – mówi o pośpiechu. Lewita i kapłan, którzy nie pomogli pobitemu człowiekowi, śpieszyli się. Śpieszyli do świątyni, nie mieli czasu aby pomóc bliźniemu. Gdyby okazało się dodatkowo, że leżący na poboczu drogi do Jerycha człowiek jest martwy, to jego dotknięcie groziło im nieczystością rytualną na siedem dni i dodatkowym opóźnieniem ich gotowości do podjęcia obowiązków religijnych. Dobry Samarytanin się nie śpieszył, mimo że był w podróży.

Po prawie dwóch tysiącach lat dwaj psychologowie społeczni w Stanach Zjednoczonych przeprowadzili eksperyment. Poprosili oni studentów seminarium duchownego o przygotowanie kazania na podstawie przypowieści o dobrym Samarytaninie. Następnie prosili ich, by jak najszybciej udali się do sąsiedniego budynku, gdzie mieli wygłosić je przez radio. Po drodze seminarzyści mijali leżącego człowieka, który wymagał pomocy. Tylko około 10% śpieszących się zatrzymywało się i pomagało. Reszta pędziła, zapewne gorączkowo powtarzając w pamięci słowa Jezusa, co dodaje smaczku temu eksperymentowi.

Aldous Huxley napisał kiedyś:„Ludzie współcześni zdołali dodać do tradycyjnej listy siedmiu grzechów głównych tylko jeden: Pośpiech”. Jednak okazuje się, że grzech ten praktykowano już dawno temu, wszędzie tam, gdzie jakieś zbiorowe obowiązki, powinności, rytuały, wymagały od jednostki poświęcenia własnego spokoju na rzecz sprawnego funkcjonowania społeczności. Pośpiech jest więc nieodzownym składnikiem życia w społeczeństwie. Współcześnie doprowadziliśmy jedynie ową „kulturę pośpiechu” do jej maksymalnych granic, w imię coraz sprawniejszego działania wielomiliardowej maszyny ludzkości. Wszystko mamy zrobić „na wczoraj”, goni nas „deadline” (co za uroczy termin), nie możemy się nigdzie spóźnić, bo wszystko odmierza zegar. Pośpiech zabija najpierw duszę, potem ciało. Pędzimy jak oszalałe z przerażenia zwierzęta, chyba po to jedynie, by szybciej umrzeć.

O złych ludziach

W książce Droga sufich Idries Shah przytacza wypowiedź Bajazida al-Bistamiego: „Gorzej, niż robić coś złego, jest obcować ze złymi ludźmi”. Czasem najlepszym wyjściem jest po prostu unikać pewnych osób, bo zło rodzi się i propaguje najszybciej w grupach ludzi, którzy podążają bezwiednie za swoimi najniższymi instynktami. Nie są oni źli z jakiegoś metafizycznego powodu, ile raczej przejawiają rdzenną głupotę wynikającą z ich ograniczonej samoświadomości. Dlaczego obcowanie ze złymi ludźmi jest gorsze niż robienie samemu złych rzeczy? Po pierwsze – uwalnia nas od odpowiedzialności. Dzieje się to zgodnie z zasadą, że im większy tłum, tym mniejsza osobista odpowiedzialność jednostki. W ułamku życia jesteśmy licznikiem, a im większy ów ułamek ma mianownik, tym bardziej zbliżamy się moralnego zera. Po drugie – przyłączywszy się do tłumu tracimy zdolność do indywidualnej refleksji nad tym, co robimy. Bezmyślnie i zgodnie z zasadą społecznego dowodu słuszności postępujemy jak ludzie, którzy nas otaczają. Badania wykazały, że nawet coś tak wydawało by się indywidualnego, jak siła odczuwanego bólu, także podporządkowuje się społecznej zasadzie słuszności. Po trzecie – tracimy możliwość ewentualnej pokuty ( w sensie at-one-ment, o czym pisał J. Campbell) za to, co zrobiliśmy złego, gdyż nie my sami podjęliśmy decyzję co do naszych zachowań, lecz poddaliśmy się wpływowi z zewnątrz, a to jest wspaniałą wymówką. Nie dociera do nas, że lepiej błądzić po własnych ścieżkach, niż staczać się na manowce w radosnym tłumie podobnych sobie idiotów. Ponadto, po czwarte, ważne zastrzeżenie – czasem już trzy osoby mogą stanowić tłum.

O Zuckerbergu i poczwórnej dialektyce

Na Facebooku, sprytnym pomyśle pana Zukcerberga, wszyscy uważają, że mają rację i z tego posiadania racji wynikają często najdziksze perturbacje, zwane obrazowo gównoburzami. Bo przecież jak ja mam rację, to osobnik, z którym dyskutuję nie ma prawa jej posiadać – zatem fałsz prawi i muszę to mu dosadnie wykazać. Otóż sprawy się tak prosto nie przedstawiają, co pokażę na dwóch przykładach. Przypomnę najpierw stary dowcip: „Do rebego przyszło dwóch Żydów, by rozsądził ich spór. Pierwszy przedstawił swoje stanowisko. Rebe rzekł: ‘Masz rację’. Potem to samo zrobił drugi. Rebe rzekł: ‘Masz rację’. Wtedy stojący obok uczeń rebego nie wytrzymał i zapytał: ‘Rebe, jak to możliwe, że obaj mają rację?’ Rebe odrzekł: ‘Ty też masz rację’.” Dodam ze swej strony, że rebe też miał rację. Tak się przedstawia to, co nazywam poczwórną dialektyką żydowską, która oferuje wręcz nieskończone możliwości porozumienia się. Szkoda, że użytkownicy pomysłu Zuckerberga w większości nie korzystają z tego pomysłu, zapewniającego dzięki swej poczwórności możliwość dyskusji nawet w przypadku osobników nie będących Żydami.

Ten dowcip przypomina mi też pewną interesującą konstrukcję intelektualną. Znajdujemy ją u największego filozofa buddyzmu mahajany, Nagardżuny, chociaż jest już obecna wcześniej w logice indyjskiej, a nazywa się catuszkoti. Jest to dwuwartościowa logika czterech alternatyw, którą tu przedstawię w uproszczonej formie. Klasyczna logika dwóch alternatyw, znana Arystotelesowi, mówi, że ktoś ma rację albo nie ma racji. Do tego musimy jednak dodać, wedle dawnych Hindusów, dwie kolejne alternatywy. Pierwsza to ta, że ktoś ma rację pod jednym względem, a nie ma racji pod innym. Druga to ta, że ktoś ani nie ma racji, ani ją ma. Zatem każda rozważana kwestia albo jest prawdziwa, albo nieprawdziwa, albo jedno i drugie, albo też ani jedno ani drugie. Nagardżuna, jak to buddysta, dodawał, że z pomocą żadnej z tych alternatyw nie możemy intelektualnie opisać rzeczywistość, która jest pusta (śunja). Jednak nie wchodząc w niuanse buddyjskiej wizji świata, warto zauważyć, że proste przeciwstawianie prawdy fałszowi jest niczym innym jak zabójczo zubożonym ujęciem rzeczywistości i głównym źródłem najdzikszych komplikacji w życiu człowieka. Nie jest bowiem tak, że przeciwieństwem prawdy jest zawsze fałsz, co można zilustrować prostym przykładem, gdy zapytani o aparycję jakiejś osoby odpowiadamy: „Nie jest ona nieładna”. Życie jest bardziej skomplikowane niż to sobie wyobrażał Arystoteles.

O taoistycznej krytyce cywilizacji

Nie tylko w Księdze rodzaju, o czym pisałem tydzień temu, znajdujemy mocną krytykę źródeł współczesnej cywilizacji. Także w taoistycznej przypowieści powstałej w IV wieku p.n.e., a pochodzącej z Prawdziwej księgi południowego kwiatu Czuang-tsy, napotykamy historię nawiązującą do najważniejszego problemu neolitu, jakim jest mechanizacja życia. Czytamy tam: „[Uczeń Konfucjusza] Tsy-kung pojechał na południe do kraju Cz’u. w drodze powrotnej do Tsin przejeżdżając przez Han-in zobaczył starca pracującego w swoim ogrodzie. Kopał on rowki prowadzące do studni, z której glinianym dzbanem czerpał wodę, żeby ją do tych rowków nalewać. Choć ciężko się trudził, wyniki miał małe. [Widząc to] Tsy-kung powiedział: – ‘Istnieje do tego przyrząd, który jeden dzień nawadnia sto zagonów. Siły używa się bardzo mało, wyniki są bardzo duże. Czybyś, mistrzu, nie chciał [mieć czegoś takiego]?’ Ogrodnik wyprostował się i spojrzał na Tsy-kunga. – ‘W jaki sposób to działa?’ ‘ – Wycina się z drzewa dźwignię z tyłu ciężką a przodu lekką, która podnosi w górę zaczerpniętą wodę, wylewającą się jak kipiący wrzątek. Nazywamy to pompą.’ Ogrodnik z oburzenia aż się zmienił na twarzy i uśmiechając się złośliwie powiedział: ‘ – Słyszałem od mego mistrza, że ludzie mający przemyślne przyrządy z konieczności przemyślnie prowadzą swoje sprawy, a postępując przemyślnie muszą mieć serca przemyślne. A kiedy podstępne serce tkwi w piersiach, to pierwotna szczerość nie może być całkowita, a kiedy czysta szczerość nie jest całkowita, to siły żywotne nie są utwierdzone. Kiedy siły żywotne nie są utwierdzone, to duch jest chwiejny. Kiedy duch jest chwiejny, wtedy nie ma miejsca na tao. Nie znaczy to, żebym nie wiedział o takich narzędziach, ale wstydzę się ich używać.”

Tak, przemyślność jest największym powodem do dumy współczesnego człowieka, to ona pozwoliła mu wymyślić niesamowite teorie naukowe, skonstruować cuda inżynierii, jak również obmyślać najnowsze wcielenie maszyny – algorytmy. Jednak dla tego Chińczyka była ona powodem do wstydu, gdyż przemyślność oddzielała go od tao. Oddzielenie to przejawia się najpierw jako przemyślne, podstępne serce, które odczuwa świat jako proces mechaniczny, a następnie manifestuje się jako instrumentalne myślenie, dążące do konstruowania struktur eksploatujących ten świat. O negatywnym wpływie mechanizacji życia obficie opowiada Lewis Mumford w swojej książce Mit maszyny. Stawia w niej tezę, że ludzie utożsamiają postęp z wzrastająca mechanizacją życia społeczeństw, mającą na celu opanowywanie coraz większych połaci rzeczywistości i poddawanie ich kontroli człowieka. Mechanizacja życia człowieka wyraża się w powtarzalności, bezosobowości i czysto ilościowym ujmowaniu świata. Maszyna jest ucieleśnieniem kontrolującego ładu budowanego przez instrumentalny rozum. Maszyna to ten fragment wszechświata, który jest naszym tworem, na którym sprawujemy kontrolę. Maszyna spełnia zatem swe funkcje zgodnie z naszą wolą i tym samym zaspakaja nasze egoistyczne potrzeby. Cywilizacja to maszyna, kultura – której przedstawicielem jest ów Chińczyk – to tao.

Carl Gustav Jung z kolei opowiada w swoich Wspomnieniach, snach, myślach o tym, jak wódz Indian Pueblo Oczwie Biano otworzył mu oczy na szaleństwo białego człowieka, który uważa, że myśli głową, podczas gdy Pueblosi myślą sercem. Tak, jesteśmy szaleni, a współczesna cywilizacja globalna jest najlepszym wyrazem tego szaleństwa. Jesteśmy oddzielni od swego centrum i pogrążeni we frenetycznym poszukiwaniu kontroli nad wszystkim, co nas otacza. Jak pisze Jung, ludzie są niczym drapieżne ptaki, łupieżcy i piraci, chcą nad wszystkim panować i ze wszystkiego czynić ofiarę dla siebie. Bo ten, kto nie posiada siebie pragnie posiadać wszystko, co nie jest nim. To pragnienie definiuje nasze człowieczeństwo, a jest ono wyrazem zmagania się człowieka z fundamentalną niezbornością jego egzystencji. Mechanizacja nieodłączna od zbiorowego życia jest tym, co człowiekowi ową niezborność ma wynagrodzić, oferując ersatz obdarzonego sensem i twórczego życia. Jest to jednak największe złudzenie człowieka, który od czasów neolitu coraz bardziej widzi w wytworach swej woli spełnienie swoich pragnień. Uważa te pragnienia za istotę swego życia, a tymczasem one jedynie wyrazem podstawowych braków jego egzystencji.