O pamięci i spełnieniu

Mamy dwa rodzaje pamięci. Pierwszy to pamięć semantyczna, dzięki której pamiętamy, że bitwa pod Grunwaldem została stoczona w 1410 roku. To o nią szczególnie dba szkoła. Drugi to pamięć epizodyczna, którą przywołujemy wtedy, gdy zapytamy kogoś: „Kiedy dowiedziałeś się, że bitwa pod Grunwaldem była w 1410 roku?” Prawie nikt tego nie pamięta. Pamięć semantyczna przypomina rejestr oderwanych faktów, które najczęściej nie mają nic wspólnego z naszym życiem. Pamięć epizodyczna jest jej przeciwieństwem – dzięki niej pamiętamy to co pierwsze: pierwszy znaleziony grzyb w lesie, pierwszy dzień w szkole albo pierwszy pocałunek. Czasem te dwa rodzaje pamięci wydają się pokrywać, jak wtedy, gdy przypominamy sobie atak na World Trade Center. Tu większość ludzi pamięta nie tylko datę, ale także to w jakich okolicznościach o tym zdarzeniu się dowiedzieli. Na przykład ja dokładnie pamiętam, że byłem wtedy na badaniach okulistycznych i mężczyzna w poczekalni powiedział, że zaatakowano Amerykę. Takie przypadki jednak nie są normą, znacznie częściej te dwa rodzaje pamięci funkcjonują odrębnie.

Społeczeństwo docenia naszą pamięć semantyczną, dzięki niej jesteśmy tymi, którzy coś wiedzą i mogą tą wiedzę przekazać innym. Ale to pamięć epizodyczna buduje nas samych, naszą biografię, to dzięki niej w swoich starszych latach powracamy do wyłaniających się z przeszłości istotnych momentów naszego życia. Elementy semantyczne stają się wówczas mniej ważne, dlatego zapewne tak wielu ludzi zapomina o tym, czego nauczyło się w młodszych latach, a co nie miało żadnego powiązania z jakimikolwiek wydarzeniami z ich życia. Pamięć epizodyczna nadaje naszemu życiu konsystencję i tylko ona może je uczynić życiem spełnionym. To, czego nauczyliśmy się od społeczeństwa ma w sumie wartość tylko dla niego, nie dla nas. Ważne epizody pamiętamy i to do nich się odwołujemy, podsumowując swoje życie u jego schyłku, sub specie mortis, jako spełnione lub też jako chybione.

O ucieczce od wolności

Po co mi wolność, jeśli jest policja? Ona zadba o moje bezpieczeństwo i usunie z mych ścieżek ludzi niegodziwych. Po co mi wolność, jeśli jest telewizja? Ona mi powie, co mam sądzić o świecie, nie pozwoli mi zbłądzić na manowce złych, niebezpiecznych myśli. Po co mi wolność, jeśli jest rząd? On wie, co dobre dla całego narodu, zatem i dla mnie, swą mądrością ode zła uchroni, bezpieczeństwo narodowe zapewni. Po co mi wolność, jeśli jest kościół? Dzięki niemu wiem jak bezpiecznie prowadzić życie moralne, które sprowadzi na mnie wieczną nagrodę, a w życiu doczesnym będę mógł dzięki niemu czuć się lepszy. Po co mi wolność, jeśli jest promocja w supermarkecie, dzięki której mogę zaoszczędzić sporo kasy? Będę mógł kupić sobie więcej rzeczy, bo rzeczy dobre są i poczucie bezpieczeństwa dają. Po co mi wolność, która nie da mi bezpieczeństwa, spokoju myśli i poczucia braku odpowiedzialności? Po co mi wolność jeśli nie nakarmi ona moich dzieci w tych trudnych czasach? Weźcie ją ode mnie, nie mówcie nawet, że jest możliwa, że mógłbym do niej dążyć. Bo po co mi ona? – pyta, i mruży oczy.

Tak mówią ci, głodni „dowartościowania i godności”, którzy jednak nie starają się o nie, a jedynie żywią roszczenia. Przecież im się należy, mówią. Są jednak rzeczy, które się „nie należą”, których nie można dostać, a jedynie można je wywalczyć. Jeśli wydaje nam się, że możemy dostać godność i wartość od kogoś, to mylimy się okrutnie, nie wiemy bowiem, że w zamian musimy mu coś oddać. Tym czymś najczęściej jest wolność. Jeśli ją oddamy, wtedy niestety godność i wartość podążają za nią, i nie pozostaje nam już nic, bo bez wolności nie ma niczego. Jednak kto zauważy, że stracił wszystko, gdy już będzie bezpiecznie, poza godnością i wartością?

O dwóch rodzajach baniek

Modnym obecnie tematem rozważań jest kwestia tzw. baniek informacyjnych. Termin wywodzi się pierwotnie z algorytmów cyrkulacji treści w internecie, ale ja odniosę go tu do sposobów funkcjonowania naszego umysłu. Bańki owe to swego rodzaju bąble mentalne, otaczające nasze umysły błoną, analogiczną do błony komórkowej, ale najczęściej minimalnie tylko przepuszczalną. Żyjemy wewnątrz nich i zapewniają nam one dosyć spójny obraz świata, będący podstawą do orientacji i działań w otaczającym świecie. Są także selektorem ludzi, z którymi chcemy rozmawiać. Według mnie należy jednak odróżnić bańki informacyjne od tych, które nazwiemy ideologicznymi. Bańka informacyjna sugeruje swoją nazwą, iż u jej genezy legła jakaś wiedza o rzeczywistości, zwykle metodycznie pozyskiwana wiedza naukowa, podczas gdy do zrodzenia się bańki ideologicznej nie potrzeba nic poza ograniczonym umysłem i niechęcią do pozyskiwania informacji, a żywi się ona postprawdą i fake newsami. W bańce informacyjnej żyje na przykład fizyk, który zajmuje się nauką i z niej czerpie wiedzę o świecie, która także wpływa na jego postępowanie i decyzje poza sferą samej nauki. Przykładem bańki ideologicznej jest natomiast bańka zwolennika koncepcji płaskiej Ziemi, wyrastająca z jego (religijnych?) przekonań i konstruowana z treści zaczerpniętych z filmów na YouTube oraz forów internetowych. Ponadto bańka ideologiczna jest bardziej kusząca, bo serwuje nam spójniejszą wizję rzeczywistości niż informacyjna, która jest potencjalnie otwarta na wiedzę mogącą zmienić jej strukturę. I wreszcie – w bańkach ideologicznych żyje znakomita większość ludzi, bańki informacyjne są rzadkie.

W dyskusjach na temat baniek powtarza się jak mantrę to, że nie wolno się w nich zamykać, gdyż prowadzi to do mentalnego uwiądu i degeneracji kontaktu z rzeczywistością. To jak najbardziej słuszny postulat. Ale, jak zauważyłem, bańka bańce nierówna. Wspomniany fizyk może zyskać dużo otwierając się na emanacje płynące z baniek jego kolegów albo z baniek wywodzących się innych dziedzin wiedzy, również tej humanistycznej, jak filozofia. Natomiast dyskusja z płaskoziemcem będzie dla niego nużąca i bezproduktywna – dla płaskoziemca zresztą podobnie. Bańki informacyjne i bańki ideologiczne mają swe źródło w odmiennych rodzajach dyskursów o rzeczywistości i są fundamentalnie niekompatybilne. Richard Dawkins od lat namiętnie dyskutuje z osobami reprezentującymi rozmaite ideologie religijne i nic z tego nie wynika, poza zaspokojeniem samczej chęci rywalizacji oby stron.

Można podać mniej skrajny przykład relacji pomiędzy bańkami. Socjolog badający rzeczywistość społeczną zyskuje pewną porcję wiedzy na temat społeczeństwa. Bada opinie ludzi, czyli ich indywidualne bańki ideologiczne, a następnie tworzy z tego szerszy obraz rzeczywistości społecznej, będący surowcem jego bańki informacyjnej. Polityk natomiast idzie w kierunku odwrotnym – wychodząc od zawartości swojej bańki ideologicznej stara się tworzyć rzeczywistość społeczną tak, by odpowiadała ona jego wizji, poprzez propagandę pompując bańki ideologiczne członków społeczeństwa. Teoretycznie socjolog i polityk mogli by sporo skorzystać na wzajemnej wymianie pomiędzy swoimi bańkami, lecz, jak mawiał Spinoza, jest to i trudne i rzadkie. Szczególnie od polityka strony…

Jaka nasuwa się konkluzja? Budujmy własne bańki, ale raczej te informacyjne, a nie ideologiczne. Czyńmy to namiętnie poszukując wiedzy o świecie, głównie przez rozmowy z mądrymi ludźmi, ale też poprzez czytanie książek, a nie tylko acherontowych otchłani internetu. A przede wszystkim utrzymujmy nieustannie samoświadomość tego, że każdy żyje we własnej bańce. Jeśli ona ciekawą jest, stuknijmy się naszymi bańkami, a jeśli nie – to nie.

O chwilach

Nasze życie składa się z chwil. Płyną one wolniej lub szybciej, jednak nieuchronnie przemijają. Ich podstawową cechą jest nietrwałość, znikomość, kruchość i nieuchwytność. A mimo to tworzą one tkankę, z której zbudowane jest nasze życie. Niektóre z nich są szczególnie znaczące, nasycone treścią, przepełniające rozkoszą i poczuciem istnienia. Doświadczając nich pragniemy zakrzyknąć jak Goethe:„Trwaj chwilo, o chwilo, jesteś piękną”. Jednak nawet największe pragnienie człowieka nie zatrzyma najmniejszej chwili jego życia.

Jeśli nie możemy zatrzymać żadnej chwili, pozostaje nam je opłakiwać. Tak czyni android Roy Batty, grany przez Rutgera Hauera w filmie „Blade Runner”: „Wszystkie te chwile zostaną utracone w czasie, jak łzy w deszczu”. Wyraża w tych słowach aż nazbyt ludzkie doznanie absolutnej nietrwałości i przemijalności każdej chwili, niknącej w strumieniu czasu jak kropla w potoku. Możemy wszakże obrać inne podejście. Wincencjusz, kapłan boga Sabazjosa, cytowany w książce Stuarta Waltona „Odlot. Kulturowa historia odurzenia” sugeruje taką alternatywną możliwość: „Jedz, pij, przyjemnie spędzaj czas i zawitaj do mnie. Dopóty, dopóki żyjesz, ciesz się chwilą: zabierzesz ją z sobą!”. Wedle Wincencjusza możemy chwilę pochwycić, utrzymać, zabrać ze sobą do innej chwili, a być może nawet jeszcze dalej, jak każe mu wierzyć jego kapłańska nadzieja.

Czy to jest możliwe? Czy mogę zabrać ze sobą chwilę? Niekoniecznie tę spędzoną na jedzeniu lub piciu, może całkiem inną, oddaną doświadczaniu czegoś szczególnego, taką, która zaważyła nad całym moim życiem, odcisnęła swoją pieczęć, do której wzoru powracam nieustannie? Przecież chwile, które wspominamy podobne są do mydlanych bąbelków, tęczowo migoczących w powietrzu, ale pękających, gdy tylko pragniemy je dotknąć. Pomimo to uważam, że możemy zabrać jakąś chwilę ze sobą, chociaż nie całkiem w taki sposób, jak to sobie wyobrażamy. Każdy ma bowiem taką chwilę, jedną, zapamiętaną z całego życia, która już dawno temu przeminęła i jej tekstura jest niczym najbardziej kruchy płatek śniegu, ale mimo tego powraca i nadaje znaczenie całemu tokowi naszego życia, odwracając jednak jego pragnienia, co doskonale pokazał Orson Welless w filmie „Obywatel Kane”. Obejrzałem ten film ponad czterdzieści lat temu i zafascynowało mnie wtedy słowo „Różyczka”. Niedawno zobaczyłem go ponownie i teraz już wiem, na czym polega to, że jedna zabrana chwila może odwrócić pragnienia czyjegoś życia.

O politykowaniu

Podobno jeśli nie zajmiesz się polityką to polityka zajmie się tobą. Zatem zajmujemy się polityką, ale niestety głównie w warstwie werbalnej. Dlaczego tak bardzo lubimy gadać o polityce, czyli politykować? Nic to dziwnego, przecież w polityce w nie chodzi o badanie, wiedzę czy rozumowanie, lecz tylko o opinie i mniemania. To pozwala politykującym wypowiadać się w tonie niczym nie zachwianej pewności, gdyż wypowiadają to, na czym się najlepiej znają, a co żadnej racji nie wymaga – eksponują jedynie swe uprzedzenia, presupozycje i wszelkiego rodzaju idiosynkrazje. Każdy ma jakieś poglądy polityczne, swoją malutką ideologię, którą stara się propagować, przekonując innych, że to oni się mylą. Bowiem poglądy polityczne nie mają praktycznie żadnego innego znaczenia poza wyrażeniem aprobaty dla grupy osób myślących podobnie i zganienia, mówiąc łagodnie, tych o poglądach odmiennych.

Kwitną więc dyskusje. Dyskutują politycy zapełniając media i internet swoim bełkotem, bo to ich rola, a przynajmniej lwia część z nich tak sobie polityki uprawnianie wyobraża. Mnie wszelako bardziej interesują owe wszechobecne, politykujące dyskusje potoczne, rozkwitające na Facebooku albo na innych forach. Czasem, w przypadku pewnych aplikujących do inteligencji jednostek, zdarza się, że dyskutant takowy przytacza na poparcie swoich opinii jakieś zdania mające być argumentami, które jednak zwykle obrażają elementarną logikę. Nic dziwnego, przecież dyskusje o polityce mają tyle wspólnego z logiką, co bociany z robieniem dzieci.

Szczególnie uwielbiam te dyskusje, w których pojawiają się filozoficzne liczmany mające podnosić ich poziom, często przybierające postać podniosłych, historiozoficznych klisz zaczerpniętych od minionych myślicieli. Ale nie tylko. Modny jest obecnie w pewnych kręgach żargonowy sos filozoficzny z kuchni Lacana, który doskonale zastępuje myślenie i pozwala swoją opinię przedstawić jako błyskotliwą analizę sytuacji politycznej, wystarczy bowiem westchnąć „tu dotykamy Realnego” by wywołać zachwyt adherentów. Jak niegdyś mówiono o „ukąszeniu heglowskim”, tak obecnie mamy do czynienia z „ukąszeniem lacanowskim”. A po tych fajerwerkach mentalnych, gdy już wszystko zostało powiedziane i napisane, gdy opinie są już zderzone w bezpłodnej konfrontacji, można spokojnie przejść…do kolejnej dyskusji.

O szaleństwie bibliotekarek

Rok temu modna była na Facebooku akcja promująca lekturę 52 książek na rok. Jedna na tydzień, całkiem nieźle, chociaż raczej dla wytrwałych czytaczy. Była też nader atrakcyjna inicjatywa „Nie czytasz, nie idę z tobą do łóżka”, wydaje się jednak, że została ona mocno zdystansowana przez rządowy program 500+, który nie wymaga czytania czegokolwiek. Ostatnio spotkałem akcję na Facebooku promującą przeczytanie 12 książek na rok. Jedna na miesiąc, dosyć skromnie, zapewne dla tych, co czytać chcą, ale są zbiegani w kołowrotku życia bezsensownym. Każda z tych książek miała by być innego gatunku, co jest godne podkreślenia. Czekam teraz na kolejną akcję, której flagowe hasło będzie brzmiało: „W przyszłym roku przeczytam jedną książkę”. Jakąkolwiek. O czymkolwiek. Bibliotekarki popadną tedy we frenetyczne szaleństwo, gdy w końcu jakiś czytelnik nawiedzi ich bibliotekę, raz na rok, by ową jedną książkę wypożyczyć. Tak, wiem bardzo dobrze, że bibliotekarki się nie zgadzają z tragicznymi statystykami czytania w Polsce, ale to tylko ich perspektywiczne złudzenie, analogiczne do złudzenia burdelmamy, która sądzi, że wszyscy uprawiają seks, bo jej interes się kręci. Tak, wiem także, że Polacy czytają internet i że od tego ich IQ oraz tolerancja wzrasta – w co niestety niezbyt wierzę. Wiem też bardzo dobrze, że liczy się nie tylko ilość, lecz jakość lektur. Jest to szczególnie ważne teraz, gdy z księgarń znikają półki z filozofią i psychologią, a zamiast nich są półki z poradnikami. Ale może chociaż powieści dają odpór zalewowi miałkości? Też nie. Kiedyś na zajęciach zauważyłem, że tylko połowa Polaków cokolwiek czyta. Znakomicie to skomentowała od razu pewna studentka, notabene studentka nie tylko filozofii, ale i polonistyki: „A połowa z tych czytających czyta tylko ‚Pięćdziesiąt twarzy Greya’”.

O wiecznym dziecięctwie ludzi

Gdy malutkie dziecko wykonuje jakąś czynność ręką, jego wzrok nieraz ześlizguje się z przedmiotu, ku któremu sięga i przenosi się na samą rękę. Traci ono wtedy z oczu cel swojej czynności, a ręka na chwilę zawisa nieruchomo w przestrzeni. Własny ruch tak je pochłonął, że zapomina o tym, co robiło i traci płynność swoich ruchów. Wraz upływem czasu dziecko szybko pokonuje ten próg rozwojowy i uczy się oddzielać swoje ciało od otoczenia, a wtedy jego ruchy nie są już zakłócane przez skupienie uwagi na własnych dłoniach. Przed nim jednak pojawia się drugi próg, już nie tak łatwy do pokonania. Gdy dorośnie napotyka podobny problem, tyle że nie w przestrzeni ruchowej, ale w swojej przestrzeni psychicznej. Emocje, pragnienia i przekonania pojawiające się w polu świadomości tak przykuwają uwagę człowieka dorosłego, że traci on nieustannie z oczu świat zewnętrzny. Nauka odróżniania swojego subiektywnego świata wewnętrznego od świata zewnętrznego, świata innych ludzi i rzeczy, już nie jest tak łatwa i naturalna jak wyodrębnienie dziecięcej cielesności ze świata rzeczy i większości ludzi przychodzi ona z najwyższym trudem. Dorastają fizycznie, ale pozostają dziećmi w sferze psychicznej, dziećmi zafascynowani ruchami, jakie dokonują się w ich psychice. Skupiają uwagę na swoim idiosynkratycznym świecie, dają się wodzić za nos nastrojom, stereotypom, impulsom przyciągającym ich uwagę. Nie zyskują nigdy owej niezbędnej dla dobrego życia płynności reakcji i dystansu, które są niezbędne do gładkiej interakcji z otaczającym światem. Zamiast tego spędzają całe życie zanurzeni w ograniczonej, kanciastej egoicznej przestrzeni wewnętrznej, podążając bezwiednie i chaotycznie za małpimi podrygami swojego umysłu, ślepo zapatrzeni w czubek swego palca.

O upływie lat

Wraz z biegiem lat zauważamy, że lata, miesiące, tygodnie, a nawet dni mijają szybciej niż niegdyś. William James słusznie zaobserwował, że nie dotyczy to godzin czy minut. One mijają tak jak niegdyś, a jeśli się skracają, to nie tak jak lata czy miesiące. Być może są zbyt krótkimi miarami czasu i zbyt sztucznymi, nie powiązanymi z naturalnymi cyklami naszego życia, by ulegać podobnym zmianom jak lata, w których liczymy swój wiek. Dla dziesięciolatka przeżyty przez niego rok to jedna dziesiąta jego życia, a dla pięćdziesięciolatka miniony rok to już tylko jedna pięćdziesiąta. Zbieramy w naszej pamięci minione lata i porównujemy je z mijającym rokiem. Niczym skrupulatny kupiec odliczamy procenty mijającego czasu – dla dziesięciolatka jeden rok to dziesięć procent jego istnienia, dla pięćdziesięciolatka rok to już tylko dwa procenty. Zatem rok dla tego pierwszego jest w osobistym odczuciu pięć razy dłuższy niż dla tego drugiego. Ta matematyka proporcji przenosi się na odczuwanie przez nas interwałów naszego życia. Czas pomiędzy, dajmy na to, czwartym a ósmym rokiem naszego życia odczuwamy tak samo jak ten pomiędzy ósmym a szesnastym. Podobnie też ten pomiędzy trzydziestym drugim a sześćdziesiątym czwartym rokiem naszego życia – co dla wielu stanowi całość dorosłego życia. Całe połacie naszego życia mijają w matematycznym rytmie wyznaczonym przez proporcje, których odczuwanie zostało wykute w pierwszych latach naszego życia, gdy dopiero raczkowaliśmy w szkole życia. Pomyślmy tylko o interwale pomiędzy drugim a czwartym rokiem życia, gdy ledwo świadomi siebie i tego, czym jest życie, doświadczaliśmy takiego natężenia upływu czasu jak między wspomnianymi powyżej trzydziestym drugim a sześćdziesiątym czwartym rokiem. Nawet nie chcę sobie wyobrażać ludzi żyjących tak długo, że każdy ich rok byłby już tylko ułamkiem procenta ich życia. Nic dziwnego, że ludzkość od zawsze marzyła nie o długowieczności, na wzór opisywanych w „Podróżach Guliwera” Swifta Struldbrugów, lecz o wiecznej młodości, w której doświadczanie świata i upływu czasu jest tak intensywne.

Inspiracją był dla mnie jeden z rozdziałów książki „Zanurzeni w liczbach”, pióra autystycznego sawanta, Daniela Tammeta.

O najkrótszym romansie

Dwadzieścia siedem lat temu wczesnym popołudniem wracałem pociągiem z Katowic. Byłem wtedy jeszcze studentem i po zajęciach zawsze odwiedzałem księgarnie szukając nowości (robię to i dziś, tylko księgarń jest już mniej). Z zakupioną tego dnia książką siadłem zatem wygodnie obok okna i rozpocząłem lekturę. Naprzeciw mnie siedziała młoda kobieta i, jak zauważyłem po chwili, często rzucała w moją stronę spojrzenia. Po kwadransie, gdy pociąg zamierzał zatrzymać się na kolejnej stacji, wstała i zaskoczyła mnie pytaniem: „Przepraszam pana, czy ta książka to romans?” Kompletnie zdezorientowany bąknąłem że nie, a ona odwróciła się i wysiadła szybko z pociągu. Przez chwilę trwałem w swojej konsternacji jej pytaniem, która skończyła się gdy zamknąłem książkę i spojrzałem na jej tytuł. Było to dzieło arabskiego mistyka i filozofa Ibn Arabiego: „Księga o podroży nocnej do najbardziej szlachetnego miejsca”.

O kocie

Nie ciekawiło was może, co takiego robią koty, gdy leżą i nic nie robią? Mnie tak, od zawsze. Siedzą z otwartymi oczami, przez które wlewa się blask dnia, a gdy je głaszczę, nie reagują, tylko spoczywają w cichym portyku mego zachwytu. Nie czatują na mysz, nie wypatrują niczego, nie oczekują kolejnej chwili. Teraz też już tak potrafię, tak jak one. Potrafię spędzać długie chwile na obcowaniu tylko sam ze sobą. Ale w tym obcowaniu tak naprawdę nie ma mnie, tak jak nie ma w nim kota. Potrafię leżeć bez zwracania uwagi na to, co pojawia się w moim umyśle. A czasem, gdy chmury myśli na chwilę przepłyną i pokazuje się czyste, błękitne niebo po prostu bycia, spoczywam w kocim nicnierobieniu. Wtedy nie ma mnie, ja nie istnieję. Nie ma przeszłości ani przyszłości, myśli ani pragnień czy lęków. Spokój. Człowiek czy kot, u podstawy leży to samo. Kto dotknie podstawy, nie czuje różnicy i nie pyta już więcej. Nie szuka pewności, nie odrzuca błędów. Spoczywa w sobie, i tylko może nie umie mruczeć przy tym tak, jak drapany za uchem kot. Nic nie jest przecież tak ważne jak drapanie za uchem.