O guru i życiu

Hinduski guru, Śri Nisargadatta Maharaj, zapytany kiedyś, czy guru jest zawsze potrzebny odpowiedział: „Nie. Jeśli traktujesz życie poważnie, guru nie jest potrzebny. Wtedy samo życie jest twoim guru”. Często przytaczam te słowa na swoich wykładach. Zawsze mnie jednak zastanawia to, jak słuchacze rozumieją ów zwrot: „traktujesz życie poważnie”. Co to znaczy traktować życie poważnie? Jeśli będziesz traktował je poważnie, będzie twoim guru. A zatem traktować życie poważnie to traktować je jak swojego guru. Wiemy jednak, że ludzie chcą być guru dla swojego życia, chcą je programować i nad nim władać. To dokładne przeciwieństwo tego, co powiedział Śri Nisargadatta Maharaj.

Co zatem znaczy, traktować życie jak swojego guru? Guru jest osobą, która udziela nam nauk i którą obdarzamy pełnym zaufaniem, bo prowadzi nas do wyzwolenia. Wielu się zgodzi, że życie udziela nam nauk. Zwykle jednak mu nie ufamy i dlatego mówimy raczej o nauczkach, które otrzymujemy od życia. Chcemy doświadczać czegoś innego niż daje nam życie – i to jest właśnie nie traktowanie swojego życia poważnie. Uciekamy przed życiem, oszukujemy się, pragniemy robić karierę, pracować, by dużo zarabiać, zajmować się rodziną, być szczęśliwym. Ale to są tylko ucieczki przed życiem. Marzenia o byciu bezpiecznym, ważnym, docenionym, marzenia małego dziecka.

Życie daje nam najczęściej coś innego. Coś czego nie chcemy, cierpienie, ból, rozczarowanie, rozstania i rozpacz. Poważne traktowanie życia to wzięcie odpowiedzialności za nasz stosunek do tego, co nam się przydarza, a czego nie chcemy. Tak pojęta odpowiedzialność, czyli traktowanie życia poważnie, to nic innego jak wolność. Dla mnie kimś, kto traktował życie poważnie był Grek Zorba (polecam film albo książkę, ale tylko w tłumaczeniu Ireneusza Kani). Zorba to obraz życia spełnionego, przeżytego do końca, radosnego, wysyconego, ale zarazem pełnego porażek. Nie uciekał przed niczym, akceptował wszystko i – co najważniejsze – cieszył się wszelkimi przyjemnościami. Był wolnym człowiekiem.

Jest jeszcze jeden rodzaj ucieczki od życia. Nie traktujemy życia poważnie, jeśli kłamiemy i nie mówimy prawdy o nim – ani sobie, ani tym bardziej innym. Większość ludzi, których spotkałem w swoim życiu tak właśnie robiło. Nie prowadzili życia prawdziwego, jedynie snuli egoistyczne koncepcje na jego temat. Traktować życie poważnie oznacza zawsze mówić prawdę o nim. A to jest bardzo trudne, bo gdy ich pytałem, to albo odmawiali odpowiedzi, albo raczyli mnie ochłapami prawdy. Jak to mówią młodzi, ściemniali. Podejrzewam, że w swoich umysłach i sercach również nie byli szczerzy wobec siebie. Unikali w ten sposób odpowiedzialności, bo bycie odpowiedzialnym to bycie wolnym.

O obserwowaniu umysłu

Jednym z moich ulubionych zajęć jest obserwowanie treści mojego umysłu. To naprawdę wciąga. Czy to leżąc, czy idąc albo siedząc, w dowolnej pozycji przyglądam się swojemu umysłowi i go obserwuję. Obserwuję pojawiające się w nim myśli, uczucia, obrazy, wspomnienia. Coś pojawia się na wewnętrznym ekranie i rozwija jak film – czasem ciekawy i pociągający, czasem męczący i przykry. Świat zewnętrzny oferuje atrakcyjne obrazy, ludzie domagają się mojej uwagi, ale ja spędzam najlepsze chwile mojego życia obserwując swój umysł.

A chwile te są najlepsze tylko wtedy, gdy się z zawartością mojego umysłu nie utożsamiam, a jedynie ją obserwuję. Widzę ją z punktu, który jest poza wszystkim, co ustalone. Zawsze, gdy uda mi się osiągnąć taki stan obserwacji, odczuwam spokój. Bo nie zawsze się to udaje, najczęściej doświadczam tego, co wszyscy ludzie, czyli nawykowego utożsamiania się z treściami umysłu. Dlatego uważam, że Kartezjusz, którego filozofię wykładałem ponad dwadzieścia lat na studiach filozoficznych, popełnił jeden z szlachetnych filozoficznych błędów swoją formułą cogito ergo sum.

Obserwuję. Pojawia się obraz, patrzę na niego. Pojawia się uczucie, patrzę na nie. Nie ma niczego poza widzeniem. Nie jestem niczym, co pojawia się w moim wnętrzu. Cokolwiek tam znajduję, nie jest mną. Nawet najbardziej osobiste wspomnienie, albo intymna myśl o bliskiej osobie. Nic nie jest mną. To tylko twory mojego umysłu, wytwarzane poza moją świadomością. Siedzę z zamkniętymi oczami i obserwuję mój umysł. A im bardziej widzę jego treść, tym bardziej się przekonuję, że nie jest moja. Widzę te twory mojego umysłu jak las, pełen roślin i zwierząt, las, po którym tylko spaceruję.

A raczej siedzę. W chwilach pełnej obserwacji czuję się bowiem jakbym siedział nad strumieniem, wartkim strumieniem mojej świadomości. Wpatruję się w jej zawirowania, słucham nieustannego szmeru przepływających myśli. Wszystko płynie, zmienia się, chociaż w niektórych miejscach tego strumienia ciągle pojawiają się te same wiry. Siedzę obok, obserwuję. Piękny widok, bo wszystko jest piękne, gdy nie utożsamiasz się z obserwowanym przedmiotem. To prawdziwa wolność. Pozwalasz strumieniowi płynąć i pozwalasz sobie nie zanurzać się w nim.

Mark Epstein w swojej wyśmienitej książce Trauma codzienności pisze, że „możemy znaleźć w sobie miejsce pełne klarowności, z którego da się obserwować nawet własne umieranie”. To spora obietnica, bo przecież możemy obserwować za życia jedynie obiekty naszego umysłu – i to już jest duże osiągnięcie. A czy śmierć jest takim obiektem? Nie wiem, jeszcze żyję, a gdy będę obserwował swoją śmierć – o ile będzie mi to dane – niestety nie będę mógł zdać z relacji na moim blogu. Mam nadzieję, że czytający ten blog mi to wybaczą.

O czystej świadomości

Określenie czysta świadomość brzmi nieco mistycznie i może się wydawać, że jest jakimś odległym, trudno osiągalnym stanem świadomości. Sprawa ma się jednak dużo prościej niż to się wydaje przeintelektualizowanemu umysłowi. Chodzi o stan umysłu dostępny nam w każdej chwili, w której przestajemy zajmować się naszymi myślami. Każdy zna stany świadomości, w których nie ma poczucia ego i które są wolne od myślenia. To stany pozbawione egoicznego punktu odniesienia, będące samym tylko widzeniem bez widzącego. Nie zwracamy jednak na nie uwagi, nie zauważamy ich, a są one esencją naszego istnienia.

Tak jest wtedy, gdy doświadczamy jakiegoś dźwięku albo koloru, gdy widzimy lśnienie słońca na krawędzi liścia, zapach kwiatu albo krzyk ptaka w czasie spaceru po lesie. Nie ma w tym ja, nie ma nazywania, przez chwilę jest tylko samo doświadczenie. Nazywanie przychodzi później. Zachwyceni widokiem, dźwiękiem, zapachem nie odczuwamy siebie, tylko to, co do nas dociera poprzez zmysły. Chwile te należą do najpiękniejszych w naszym życiu. Zdarzają się one też wtedy, gdy kochamy się i w bliskości zmysłów nawet nie odróżniamy swoich ciał.

Jest też moment postrzegania samej bezprzedmiotowej świadomość, poza pojęciami. To doświadczenie samej uwagi, po prostu czystej przytomności. Jak mawiał pewien nauczyciel medytacji: „Choć nie możemy odnaleźć w sobie, tego co wie, wiedzenie się wciąż się dokonuje”. Co postrzega dźwięki? Co czuje smak? Co widzi? Nie kto, ale co? W czystej świadomości nie ma ego, tylko bezpośrednie przeżycie. Czysta świadomość to miejsce pełnej klarowności, w którym możemy się odprężyć i po prostu być. To ten moment błogiej ciszy, gdy wydychane z moich płuc powietrze ulatuje, moment, w którym nie pojawia się żadna myśl i w którym nie ma mnie.

Chcielibyśmy utrwalić to cudowne doświadczenie, ale jedynym, co utrwala wszystko, jest myśl. Czysta świadomość jest poza myśleniem, poza utrwalającym wszystko uchwyceniem myśli. Jeśli uwolnimy się od pragnienia trwałości czysta świadomość staje się dostępna w każdej chwili. Jest trwała będąc nietrwałą. Dla myśli to paradoks, ale jeśli osadzimy się poza myśleniem to stanie się naszym doświadczeniem, codziennością naszego życia. Trzeba po prostu oddychać, wdech i wydech.

O istnieniu w czasie

Dla każdego człowieka przeniknięcie do końca zagadki, jaką on sam stanowi dla siebie to bardzo trudne zadanie. Mało tego, sam cykl życia temu nie sprzyja. Weźmy, dla przykładu najlepszego, ludzi młodych, takich w wieku licealnym, czy na początku studiów. Sami sobie wydają się świadomi swej formy istnienia, ale nie jest to do końca prawdą. Jest tak z bardzo prostego powodu – ludzie młodzi nie wiedzą jeszcze, co to znaczy istnieć w czasie. Te skromne kilkanaście lub nawet dwadzieścia lat, od których zamieszkują ten świat, to stanowczo za mało by doświadczyć, co to znaczy istnieć w formie ludzkiej. Młodzi mają jakiś zestaw wyobrażeń na ten temat, ale żadnego doświadczenia. Przeciętny dwudziestolatek prędzej sobie wyobrazi kwadratowe koło niż siebie w wieku sześćdziesięciu lat.

Nic zatem dziwnego, że młodzi lgną do różnego rodzaju mentalnych protez życia, do rozmaitych religii i ideologii, które dają im surogat wiedzy o tym, co to znaczy żyć. Są niecierpliwi i chcą od razu dowiedzieć się, jak to jest istnieć w czasie. Niestety, to nie jest takie łatwe. By doświadczyć istnienia w czasie musimy przepuścić przez siebie trochę strumienia czasu. Doznać, jak to jest, gdy ma się trzydzieści, czterdzieści, sześćdziesiąt, siedemdziesiąt lat. Zachodzą wtedy subtelne zmiany w funkcjonowaniu świadomości. Zmiany te zapowiadają się już bardzo wcześnie, w przeczuciu przyszłości. Ktoś na ławce w gabinecie fizycznym mojego liceum wyrył słowa piosenki: „Coś w człowieku się zmienia, myśli wychodzą z cienia”. Ta osoba tylko cytowała tekst, który jej się spodobał, ale spodobał się dlatego, że czuła początek zmian.

Wszystkie społeczeństwa pierwotne znały jakąś formę inicjacji, dzięki której osoby przechodziły do nowej, dojrzałej formy istnienia. Czasem proces inicjacji nie obejmował tylko inicjacji dojrzałościowych, ale trwał przez całe życie. I to mam na myśli. Ludzie zawsze potrzebowali wprowadzenia w kolejne fazy życia, w kolejne fale strumienia czasu, by móc zaadaptować się do zmiennych form istnienia. Dziś już tego rodzaju inicjacje są nieobecne albo dostępne są tylko ich marne zastępniki. Dziś sami musimy otwierać się na to, co nadchodzi. Ma to swoją dobrą stronę, bo już nie jesteśmy zależni od nauczycieli inicjacji, bo życie samo w sobie, czyli czas, który nas tworzy, ma strukturę autoinicjacji. Każdy człowiek, którego spotykamy, wszystko, co nam się przy-darza, wszystko czego doświadczamy, rok po roku, dekada po dekadzie, kształtuje formę naszej świadomości.

Zaistniawszy w czasie podlegamy doświadczeniu nieustannych zmian, temu co buddyzm nazywa duhkha. Nieustannie stajemy się inni, bo istnienie w czasie tworzy to, kim jesteśmy. W początkach młodości jesteśmy niczym wieczne dzieci, żyjemy marzeniami, nierzeczywistymi pragnieniami, tym wszystkim, co nam się mówi i przekazuje. Z czasem stajemy się dopiero sobą, nabieramy własnych doświadczeń, zostawiamy iluzoryczną przeszłość za sobą. I nagle, w pewnym momencie, w przepływie czasu naszego życia, stajemy się sobą. I od tego momentu wiemy już, kim jesteśmy, czego naprawdę pragniemy, za czym idzie nasze serce. Stajemy się świadomi swojego istnienia w czasie.

O radości

O, radości, iskro bogów,

kwiecie Elizejskich Pól,

święta, na twym świętym progu staje

nasz natchniony chór.

Jasność twoja wszystko zaćmi,

złączy, co rozdzielił los.

Wszyscy ludzie będą braćmi tam,

gdzie twój przemówi głos.

W „Odzie do radości” Friedrich Schiller odwołał się do najszlachetniejszego stanu ludzkiego ducha, w którym wykracza on poza swoje granice. Radość to chwila, gdy wstępuje w (en) człowieka bóg (theos). Radość to zatem en-tuzjazm. Czujemy to, gdy słuchamy IX symfonii Beethovena. Dwa ostatnie wersy mówią o tym, co dla mnie najważniejsze w całym tekście. Tylko wtedy, gdy w ekstazie – która jest inną nazwą entuzjazmu – wychodzimy poza egoiczne ograniczenia, możemy poczuć, że jesteśmy ludźmi.

Poczucie odrębności, indywidualności, jest prymarnym zawinieniem ludzkiego istnienia. Dualizm oddzielający mnie od całości świata to iluzja, podstawowe źródło cierpienia. Co je znosi? Wedle Schillera – radość. Czy zauważyliście, że w chwilach radości rzeczywiście nie ma granic? To chwila, gdy wstępuje w nas bóg (theos) i obdarza wszystkich radujących się jednością. Dla takich chwil radości warto żyć. Bo radość jednoczy.

Wszystko, co dzieli to pierwiastek dia-boliczny, który rozdziela, różnicuje, kłóci. Jest zatem źródłem smutku, rozpaczy, gniewu, złości. Powoduje cierpienie i ból. Zawsze gdy mówisz „ja”, dzielisz świat na dwie części. I wtedy świat staje się smutny, wyganiasz z niego radość, gaśnie blask w twoich oczach i czeźnie uśmiech na twoich ustach. Nagle stoisz, całkowicie samotny, w ciemnościach tylko własnego istnienia.

Tym, co łączy i jednoczy ludzi jest muzyka, taniec, rytm. Pewien prymatolog powiedział: „Ludzie to tańczące małpy”. To nie jest nic deprecjonującego. Moim zdaniem, to pochwała ludzi – o ile tańczą. Natomiast myśl dzieli, odróżnia. Czasem wydaje się, że jednoczy, gdy grupa ludzi łączy się wokół jakiejś ideologii. Jest to jednak zawsze jedność przeciwko komuś innemu. Zatem, kończąc już, tańczmy, śpiewajmy, bądźmy ludźmi.

O starości i wolności

Przeczytałem niedawno wywiad z Markiem Kondratem. To nader ciekawy człowiek. Ma siedemdziesiąt pięć lat, młodszą od siebie o trzydzieści osiem lat żonę i siedmioletnią córeczkę. Dla wielu taka sytuacja byłaby dyskomfortowa, bo jego życie się z jednej strony kończy, a z drugiej zaczyna. Jednak on podchodzi do swej sytuacji w sposób pełen otwartości i mądrości. Tak pisze o swoim życiu obecnie: „Gdybym miał je przedstawić za pomocą zegara piaskowego, to mam już za sobą nieprzyjemny moment przejścia przez ten cienki przesmyk – jestem na wielkiej, kwiecistej przestrzeni. W jedynym okresie swojego życia pozbawionym presji.”

Trudno mu nie przyznać racji. Praktycznie całe życie spędzamy na zaspokajaniu potrzeb innych (nazywa się to robieniem kariery). Najpierw są to rodzice, potem nauczyciele, potem partnerzy, potem szef. W każdej chwili ktoś może do nas podejść i powiedzieć: „Chcę tego albo tamtego”. Od samego początku życia wpadamy do wąskiego przesmyku piaskowego zegara, o którym pisze Kondrat, nieświadomi tego, co nas czeka. Kolejne kilkadziesiąt lat to przeciskanie się przez ów przesmyk – to właśnie większość ludzi zwie życiem. I dopiero na starość, niczym radosny piasek opadający na dno zegara, możemy podążać za głosem swojego serca.

I tu dotykamy kwestii wolności. Marek Kondrat czuje się wreszcie wolny. Czy jednak musimy czekać kilkadziesiąt lat na to, by być wolnym? „Wolność to wielki ciężar, ogromne i dziwne brzemię dla ducha. Nie jest darem, lecz wyborem, często bardzo trudnym”. Tak pisze Ursula le Guin w Grobowcach Atuanu. Staramy się być wolnymi przez całe życie. Zwykle nam to jednak niezbyt się udaje. Naciski zewnętrzne są zbyt duże, a przynajmniej za takie je uważamy. Dopiero na starość mamy już szersze spojrzenie i mądrość, która pozwala nam odpuszczać sobie i światu prawie wszystko.

Czy zatem na starość możemy być bardziej wolni? Moim zdaniem – tak. Oczywiście musimy spełnić najpierw pewne warunki (ale to paradoks wszelkiej wolności, że nie jest ona czystym kaprysem poza wszelkimi uwarunkowaniami). Warunków tych nie jest dużo. Po pierwsze trzeba sobie zapewnić niejaką stabilność finansową. Po drugie zadbać o zdrowie. I po trzecie, co nie jest najmniej ważne, a właśnie najważniejsze z tej trójki, znaleźć odpowiednią partnerkę albo partnera. Myślę, że to dobry program na taką starość, w której będziemy mogli w pełni doświadczać wolności.

Zauważam wszelako w słowach Kondrata jeszcze drugie dno. Owa „kwiecista przestrzeń” to także przedsmak ostatecznej wolności, jaką daje wyzwolenie się duszy z okowów ciała, to wstąpienie na asfodelowe łąki. Śmierć, bo o niej tu mowa, jest także wyzwoleniem. Prace życia, jakkolwiek by nie były słodkie i pociągające, są także znojne. I nawet po najbardziej satysfakcjonującym żywocie pragniemy przejść do stanu, który uwalnia nas od wszystkiego. A starość to okres, gdy już czujemy zbliżanie się tego stanu, gdy w poczuciu spełnienia, niczym w pełni dojrzały owoc, gotujemy się do radosnego odpadnięcia z drzewa życia.

O żołnierzu stoiku i kruchości

James Bond Stockdale był amerykańskim żołnierzem, pilotem myśliwców bojowych. W 1960 roku, gdy miał trzydzieści siedem lat, został skierowany na dodatkowe studia humanistyczne na uniwersytecie Stanford. Tam trafił na seminarium poświęcone filozofii. Prowadzący je profesor polubił żołnierza i podarował mu na koniec kursu Encheiridion Epikteta, klasyczne wprowadzenie w podstawy stoicyzmu. Stockdale przeczytał sumiennie ten krótki tekst, ale bardziej z sympatii do swego wykładowcy niż z innych pobudek. Jak bowiem napisał później, nie za bardzo wiedział wtedy co jemu, pilotowi i żołnierzowi, miałby do zaoferowania „starożytny łachmaniarz”.

Po paru latach okazało się, że wiele. W 1965 został zestrzelony nad Wietnamem i trafił na ponad siedem lat do wietnamskiego wiezienia, gdzie był przesłuchiwany i okrutnie torturowany. Wtedy, jak to ujął, „wszedł w świat Epikteta”. Okazało się, że nauka „starożytnego łachmaniarza” o tym, co od nas zależy i o tym, co od nas nie zależy, stała się paląco aktualna. Jak pisał Stockdale, w zasięgu jego woli pozostały tylko nieliczne rzeczy: jego opinie, radość, rozpacz, moralny cel, ogólnie, jego postawa wobec tego, co się z nim działo.

By mieć siłę do przetrwania tak straszliwych warunków jak wietnamskie więzienie Stockdale zaczerpnął z filozofii stoickiej nie tylko podstawowe rozróżnienie na to, co zależne i niezależne od naszej woli. Akcentował też wagę kruchości naszej egzystencji. Gdy uświadamiał sobie swoją kruchość wiedział, jak to jest w jednej chwili przeistoczyć się z dumnego pilota myśliwca, niszczącego wroga mocą swej technologii, we wrak człowieka, „łkającego, nie mogącego nic kontrolować, nawet własnych kiszek”.

I ten fragment stoickiej filozofii chciałbym zaakcentować. Stoicy uświadamiali adeptom swojej filozofii kruchość człowieka, zwykle tak bardzo zadufanego w sobie, uważającego, że jego nie spotka żadne cierpienie, że cierpią inni. Życie przekonuje nas z czasem, że cierpienie, kruchość, jest czymś codziennym. Buddyzm mówi: sarvam duhkham, wszystko jest cierpieniem. Podobnie jak stoicyzm, chce w ten sposób przygotować nas na nieuchronne doświadczenie kruchości. Ten świat jest kruchy, kruchość to jego esencja. Od tej kruchości ucieka naszego ego, łudząc się iluzją trwałości.

Nieco paradoksalnie, jak to pokazuje przypadek Stockdale’a, po to aby trwać i przetrwać konieczne jest uświadomienie sobie własnej kruchości i przemijalności, fundamentalnej nietrwałości egzystencji. To uświadomienie jest niczym innym jak odpadnięciem iluzji trwałości. Tu buddyzm otwarcie mówi o rozpoznaniu braku ego, czego stoicyzm nie czyni, akcentując raczej siłę woli. To jednak tylko różnica akcentów, bo buddyjskie wyzwolenie się od ego i stoicka siła woli są wbrew pozorom bardzo sobie bliskie. Trzeba bowiem sporej siły wewnętrznej by nie podążać za złudnymi podszeptami ego, a zamiast tego pogodzić się z całością wszechświata i jego wyrokami. Tak, siła woli to brak ego.

Wiadomości biograficzne i cytaty za artykułem: T. Mróz „Epiktet jako terapeuta współczesnego żołnierza: przypadek Jamesa Bonda Stockdale’a”, Zielona Góra 2023.

O miłości według Safony

Safona była mistrzynią miłości i mistrzynią poezji. W jednym i drugim dziele osiągnęła to, co najlepsze można osiągnąć w naszym kruchym, ziemskim żywocie. Kochała często i namiętnie. Potrafiła także łączyć ze sobą miłość i poezję w sposób niedościgły dla większości twórców. Wiemy przecież, że mówienie, pisanie o miłości może aż nazbyt łatwo przeistoczyć się w czysty banał. Tak dzieje się, gdy chcemy zbyt podniosłymi słowami oddać to, co najprostsze. Prawdziwe uczucie jest niczym blask Słońca, olśniewający nasze oczy, nie ma w nim nic zawikłanego. I takie też są słowa Safony.

Jakie zatem są te słowa, oddające – moim zdaniem – samą istotę miłości? Bardzo proste i bardzo zwięzłe: „Najpiękniejsze jest to, co ktoś kocha”. Trudno do tych słów coś dodać, i dlatego proszę czytelnika i czytelniczkę o wybaczenie, że jeszcze coś napiszę. Gdy wpatruję się w twarz ukochanej, widzę ją najpiękniejszą i owo piękno jest dla mnie potwierdzeniem tego, że ją kocham. Ona z kolei, widząc blask moich oczu, czuje, że jest kochana i najpiękniejsza. W tej wymianie spojrzeń zawiera się wszystko, bo miłość to sprawa zmysłowa, a ze zmysłów wzrok jest najszlachetniejszy.

Spojrzawszy w oczy ukochanej oddaję władzę na sobą jednemu z najpiękniejszych greckich bogów, Erosowi. Tak o nim pisała Safona: „Eros mnie pędzi, ta pozbawiająca członków słodko-gorzka istota, wobec której jestem bezradna”. Tak, Eros jest zarazem najsłodszy, niczym miód nadający konsystencję i sens naszemu życiu, jak i gorzki, gdyż z największej bliskości rodzą się nieuniknione scysje między kochankami. Ale jedno i drugie stanowi rzeczywistość miłości. Prosta jest słodycz, prosta jest gorzkość. I jedna i druga przechodzą w siebie płynnie, tworząc cudne kontinuum kochania.

Wszystkiego w tym życiu musimy się uczyć. Także miłości. Jedną z moich nauczycielek z ducha jest Safona. Od niej wiem, że kobieta uczy serce mężczyzny kochać, a mężczyzna uczy kochać serce kobiety. Jeśli są dla siebie dobrymi nauczycielami ich miłość może rozkwitać. Są też nauczycielki, które spotykamy w naszym życiu. Moim szczęściem jest teraz bycie z cudowną nauczycielką miłości. Mam nadzieję, że jestem dla niej też dobrym nauczycielem. Bo na tym ostatecznie polega nasze życie na tym świecie, na nieustannej nauce, jak to jest być człowiekiem, czyli jak kochać.

O duchowości

Czy uczestniczenie w uroczystościach religijnych jest życiem duchowym? Dla wielu, utożsamiających swoje doświadczenie duchowe z uczestnictwem w rytuale, zapewne tak. Czy nieuczestniczenie w uroczystościach religijnych oznacza brak życia duchowego? Oczywiście, że nie. Kwestia, jak dobrze wiemy, jest złożona, bo bardzo indywidualna. Ktoś regularnie uczestniczący w obrzędach religijnych może być całkowitym ateistą, a ktoś kto od lat nie widział kościoła może prowadzić bogate życie duchowe. W pewnym sensie życie religijne i duchowe są nawet swoim przeciwieństwem, chociaż mogą wywodzić się z jednego źródła, bo najczęściej doświadczenie duchowe wybitnej jednostki dawało początek religii. Jezus nie chciał zakładać religii, chciał wyzwolić człowieka. Religię chrześcijańską założył św. Paweł.

By prowadzić życie religijne trzeba być wyznawcą jakieś religii, przynależeć do jakiejś społeczności, zachowywać określone przez nią reguły życia. Życie religijne polega bowiem na tym, że lgnę (od religare, czyli „wiązać”, jak twierdzili już Laktancjusz i św. Augustyn) do jakieś struktury zewnętrznej, która podtrzymuje moją tożsamość, jest dla mnie swoistym egzoszkieletem. Przybrawszy taki pancerz mogę stawiać czoła przeciwnościom życia. Ma to swój koszt, bo dosłownie opancerzam się także na to, co może do mnie przyjść z mojego wnętrza. Jak mawiał Mistrz Eckhart, największy z mistyków chrześcijańskich, staję się wtedy człowiekiem, który ma całego Boga na zewnątrz.

Życie duchowe jest czymś innym niż życie religijne. To życie wedle ducha, a ten „tchnie, kędy chce”, bo duch jest inną nazwą dla doświadczenia wolności. Wolność ta rozpoczyna się od naszego wnętrza, czyli od wolności od siebie samego. Można to też nazwać dystansem, trzymaniem się na odległość od własnych myśli, emocji, popędów i impulsów. A przede wszystkim jest to odsunięcie się od ego. To fundament wszelkiej duchowości – trzymać się jak najdalej od siebie. Jeśli nam się to uda, to w naszym wnętrzu rodzi się przestrzeń, powstaje dużo miejsca, w którym mogą zaistnieć wartościowe relacje, dobre uczucia, współczucie, intuicja. I na tym polega duchowość w swej najlepszej postaci, a nie na nazwach, doktrynach, podniosłych śpiewach czy ubiorach. Ludzie religijni zwykle mylą podniosłość z duchowością.

Jakże często bywa tak, że podchodzimy do kogoś i już po chwili czujemy, że jest nam duszno. Bo w tym człowieku nie ma wewnętrznej przestrzeni, nie ma w nim wolności, nie ma ducha. Dusimy się w jego obecności, bo całe wnętrze tej osoby wypełniania wyłącznie jej ego. Taka osoba wszędzie widzi tylko siebie i swoje interesy. Zdradza tym samym swoje człowieczeństwo, bo przecież tylko w człowieku może zamieszkać duch, i dzięki temu człowiek może być prawdziwie wolny. A bycie wolnym polega na dawaniu wolności innym istotom, czerpiąc ze swojej własnej wolności. Ludzie obawiają się duchowości, uważają bowiem, że amorficzna wolność zagraża ich egzystencji, a więc lgną do czegokolwiek – do siebie, do doktryny, byle tylko nie być wolnym. A przecież duch jest tym samym co życie.

Rytuały religijne mogą być okazją do doświadczeń duchowych, w końcu po to zostały stworzone i dla wielu wypełniają taką funkcję, dostarczając łatwego sacrum, jak to nazwał Mircea Eliade. Jednak nie są one jakimś rodzajem bezosobowej metody, jak metoda naukowa, mającej prowadzić do określonego celu bez współdziałania intencji samego człowieka. Znam wielu ludzi, którzy medytowali przez dekady i nie doczekali się żadnych efektów, które im obiecywała ich „ścieżka duchowa”. Czego im brakło? Właśnie intencji, wolności ducha, otwartości na to, co się przydarza, a co zwiemy życiem. Życie przekracza wszystko i oddanie się mu w całej pełni jest tym, co nazywamy duchowością.

O Życiu i sensie

Parę dni temu miałem wykład o sensie życia. Jak to bywa w tych czasach, odbył się online. Słuchało mnie grono szacownych, starszych osób, które zapewne już wiele w życiu przeżyły. Powiedziałem to, co można było powiedzieć, szczególnie zwracając uwagę na fundamentalny fakt, że za bardzo nie ma o czym mówić, gdy mówimy o sensie, że nawet najpiękniejsze słowa tu dużo nie pomogą. Chcemy, żeby nasze życie było sensowne, co znaczy mniej więcej tyle, by było szczęśliwe. A ponieważ ani zbyt dobrze nie wiemy czym jest szczęście ani czym jest sens, to wyszło na to, że zastosowałem alchemiczną metodę wyjaśniania, nazywającą się obscurum per obscurius, ignotum per ignotius,czyli objaśnianie czegoś ciemnego przez coś jeszcze bardziej ciemnego, czegoś nieznanego przez coś jeszcze bardziej nieznane. W każdym razie na pewno chodzi o to, by poczuć się lepiej.

Po moim wykładzie padły rozmaite pytania. Takie jakie zwykle padają po takim wykładzie. A ponieważ w czasie wykładu wspomniałem o trudnym losie młodych ludzi, zwanych pokoleniem Z, to pojawiło się też sakramentalne pytanie o to, co można zrobić by zmienić sytuację i by młode pokolenie było szczęśliwe i mogło żyć życiem pełnym sensu. Dziwne, że ludzie pytają filozofa co można zrobić. Nie jestem ideologiem ani psychologiem, kapłanem czy też inżynierem. Wpatruję się po prostu w rzeczywistość i o niej mówię albo piszę. Co ktoś z tym zrobi, to jego sprawa.

A może lepiej nic nie robić? Bo jeśli ktoś zauważy, że w życiu społecznym dzieje się coś, co mu się nie podoba, to może mu się zachcieć, jak to się mówi, „walczyć z systemem”, zmieniać świat, być aktywistą itd., itp. Tymczasem każde przeciwstawienie się „systemowi” powoduje, że staję się jego częścią, że daję się wciągnąć w powszechną grę, prowadzoną wedle nie moich reguł. Dla wielu wydaje się to sensowne, od stuleci wielu było rewolucjonistami. Chcieli w wymiarze zbiorowym coś zrobić, by życie wszystkich miało sens. Może już czas zrozumieć, że nikt nie uzyska sensu życia wpisując się do jakieś grupy, religii, ideologii, rewolucji.

Bowiem, mój drogi i moja droga, twoje życie to jest tym tylko tym, co zrobisz ze swoim życiem. Ty i tylko ty. Możesz być samotnikiem albo lgnąć do ludzi. Możesz kochać albo nienawidzić. Możesz działać albo spać. Jedno i drugie to twój wybór. A jeśli nie jest wyborem, tylko psychologiczną kompulsją, to tym gorzej dla ciebie. Życie jest czymś co przepływa przez każdego, jesteśmy jego manifestacjami. To co możemy zrobić, to powiedzieć Życiu tak, bo jest ono od nas większe. To bardzo trudne i większość ludzi tego unika, nie potrafi zaakceptować przepływu i mocy Życia. Bo ku temu by trzeba odpuścić, dać się ponieść, nie trzymać się niczego, ogołocić się ze znaczeń, zwymiotować pojęcia. Dopiero wtedy zamiast ogólnikowego sensu życia możemy poczuć Życie. Bo gdy zamykamy Życie w obrębie naszego jednostkowego życia, odcinamy wszelki sens, jaki by ono mogło mieć. Sens to tak naprawdę oddanie się przepływowi Życia przez nasze wnętrze.

Piszę Życie dużą literą by podkreślić, że chodzi mi o coś więcej niż indywidualnie przeżywane życie, kończące się śmiercią. Nie, Życie to coś co trwa i przenika przez wszystkie istoty, a doświadczamy go w tych momentach, gdy wiemy, że istniejemy. Nie zapytujemy wtedy o jakiś „sens życia”, bo samo Życie przez nas przepływa. To najpierwotniejsze i najgłębsze z doświadczeń człowieka. Doskonale to opisał Leśmian w zachwycającym wierszu Pragnienie:

„I za boga brać wszelkie lśniwo u błękitu,
I na piersi dziewczęcej doczekać się świtu,
A słońce witać krzykiem i wrzaskiem i wyciem,
Żyć na oślep, nie wiedząc, że to zwie się życiem, —
I pewnej nocy przez sen zaśmiać się w twarz niebu
I nie znając pokuty, modlitw, ni pogrzebu,
Jak owoc, co się paszczy żarłocznej spodziewa,
Z łoskotem i łomotem w mrok śmierci spaść z drzewa!”

Kiedyś wszyscy odpadniemy prosto w otwarte ramiona Życia, które przerasta każdego z nas nieskończenie.