O wojnie jako rytuale

Ryszard Kapuściński widział wiele wojen, w wielu różnych krajach całego świata. Nic dziwnego, że jego słowa, zmieszczone w książce Zegar piaskowy, która ukazała się 17 lat po jego śmierci, przyciągnęły moją uwagę: „Co to znaczy – myśleć obrazami wojny? To znaczy widzieć świat w maksymalnym napięciu, w grozie i okrucieństwie. Rzeczywistość wojny to świat skrajnej, manichejskiej redukcji, nieubłaganej eliminacji, która usuwa barwy pośrednie, ograniczając wszystko do ostrego, agresywnego kontrapunktu, do bieli i czerni, do najpierwotniejszej walki dwóch sił – dobra i zła. Nikogo więcej na placu boju! Tylko dobro – a więc my; oraz zło – czyli wszystko to, co nam się sprzeciwia”.

Wojna to nic innego jak okrutny rytuał. To sposób, jaki ludzie wynaleźli, by kanalizować immanentną swej naturze agresję i oswajać konflikty. Wedle antropologów każdy rytuał ma jedno główne zadanie – minimalizować wieloznaczności, które pojawiają się w relacjach społecznych. Dzięki temu rytuały umożliwiają komunikację i ułatwiają współżycie w dużych grupach ludzkich. Czasami jednak są okrutne, jak rytuały inicjacyjne w niektórych społeczeństwach pierwotnych. Z rytuałem inicjacyjnym wojna ma też jeszcze jeden punkt wspólny – po inicjacji i po wojnie nie jest się już się tym samym człowiekiem. Wojna jest sposobem na radzenie sobie rytualnie z najtrudniejszymi emocjami budzonymi przez interakcje w społeczeństwie. Wojna polaryzuje stanowiska i czyni wybory jednoznacznymi – my dobrzy, oni źli. Warto zauważyć, że druga strona też myśli tak samo. Ale to nie jest ważne, nic się nie liczy poza jednym – by mieć rację.

Nie dziwi zatem, że ludzie tak bardzo pragną wojny. James Hillman napisał książkę, którą bardzo polecam, pod znamiennym tytułem A terrible love of war (tytuł polski to Miłość do wojny). Fizycznie grozi ona bólem, cierpieniem, gwałtami, eksterminacją. Nikt tego nie chce. Ale mentalnie wojna jest niezmiernie kusząca. Wielu z tych, którzy przeżyli mówią, że dała im najbardziej nasycone intensywnością doświadczenie ich życia. Właśnie dzięki temu, że oferuje ludziom prostą, jednoznaczną, maksymalnie uproszczoną rytualnie sytuację egzystencjalną, a zatem oferującą najprostszy, dostępny każdemu sens, wojna jest tak atrakcyjna. Nie trzeba samemu decydować, nie trzeba podejmować wyborów, wszystko jest proste i klarowne.

A jak z tym połączymy oczywisty strach przed śmiercią, bo wojna to dziś setki tysięcy młodych mężczyzn zabitych nim osiągnęli zdolność do refleksji, to otrzymamy lekarstwo na bolączki życia – „nieuniknioną konieczność wojny”. Koszta ludzkie są ogromne, współcześnie to miliony ofiar. Niegdyś było nieco inaczej. Ale ludzkość jak dotąd nie wymyśliła lepszego sposobu, jak rytuał wojny, by poradzić sobie ze swoją psychiką na poziomie zbiorowym. Obserwując nasz współczesny świat, widzimy, że wojna wróciła do łask, nawet w obszarach, gdzie mniemano, że już jest niemożliwa. Wojna jest fundamentalnie irracjonalna i dlatego tak dobrze odpowiada absolutnie irracjonalnej, szalonej i nieogarniętej naturze człowieka. Praktycznie całość populacji ludzkiej źle znosi kulturowe ograniczenia i nic dziwnego, że znajduje ulgę w oddaniu się okrutnemu rytuałowi wojny.

O seksie, rozkoszy i duchowości kobiecej

Współcześnie wszyscy mówią o „uprawianiu seksu”. Słowo seks jest tak mdłe i wyzbyte wszelkiej głębi, że wielu osobom kojarzy się ze swego rodzaju czynnością higieniczną albo z czymś „co trzeba zrobić”. Jest wielu fanów „uprawiana seksu”, podobnie jak jest wielu fanów jedzenia hamburgerów w McDonaldzie. Nic w tym dziwnego, bo nasze czasy to czasy zestandaryzowanej przyjemności. Młodzi ludzie często wybierają relacje typu „friends with benefits”, bez zobowiązań, oddając się przyjemności w ścisłych granicach swojego egoizmu. Mniej doświadczeni „uprawiają seks”, bo tak robią ze sobą każdy chłopak i dziewczyna. „Zróbmy to” mówi chłopak i dziewczyna to robi, bo chce mieć chłopaka, jak inne dziewczyny. To taka infantylna zabawa genitaliami, wyzuta całkowicie z tego, co liczy się w prawdziwym związku. W takich relacjach brakuje bowiem tego, co najważniejsze, kiedy mówimy o miłości płciowej – rozkoszy.

Czym jest rozkosz w odróżnieniu od „seksu”? Piękne słowa o rozkoszy napisał Bert Hellinger, twórca ustawień systemowych. Nie podejrzewałem go o to, że jest zdolny do takich sformułowań, jak te, które zaczerpnąłem z jego książki Szczęście, które pozostaje. Jak udają się związki: „Rozkosz jest życiem, zniewalającym w swej sile, i jest owocna pod każdym względem. Z niej staje się coś, co wychodzi poza osobisty horyzont, poza egotyzm. Ale rozkosz jest poza kontrolą, kipiąca, ponieważ sterowana przez coś większego i w nim zakotwiczona. W niej dusza doznaje radości”. Według Hellingera rozkosz to sprawa duszy, wymaga zatem dużej samoświadomości od partnerów. Rozkosz rodzi się w umyśle, w duszy, nie w fizycznym zetknięciu ciał.

Rozkosz to radość. Seks – niekoniecznie. Zbyt często słyszałem od kobiet opowieści o „uprawianiu seksu”, który nie dawał im ani radości ani rozkoszy. Rzadko słyszałem to od mężczyzn, stworzeń zwykle nader prymitywnych, jeśli chodzi o sferę rozkoszy. Kobiety dążą w tej sferze ku radości i przyjemności, bo to jest ich ścieżka duchowa. Rozkosz jest ich sposobem na to, by sięgnąć czegoś, co przekracza egotyzm, by wykroczyć poza zdeterminowaną kulturowo egzystencję kobiety. Jest dla nich ścieżką do wolności i sposobem na osiągnięcie szczęścia, jest sposobem na samorealizację. Esencją kobiecości jest rozkosz. Dlatego każda kochająca kobieta jest dla mężczyzny bezcenna – jest bowiem przepiękną sposobnością dla mężczyzny, by ten, dostarczając jej rozkoszy, także wspiął się na wyżyny rozwoju duchowego.

Być może po to istnieją kobiety i mężczyźni. Zróżnicowanie płciowe powstało ponad miliard lat temu. Ludzie, jako dosyć młody gatunek, rodzą się zatem kobietami i mężczyznami, i starają się z tego zróżnicowania wyciągnąć to, co najlepsze. Zwykle im się to nie udaje, zwykle popadają w kulturowe schematy „uprawiania seksu”, bo seksualność jest zbyt potężną siłą, by nad nią zapanować i prawie wszyscy – w odruchu samoobrony – sprowadzają ją do bezpiecznego i mechanicznego „seksu ”. Jednak seksualność to właśnie rozkosz, radość, ekstaza, to coś co nas całkowicie przerasta i dostarcza doświadczenia transcendencji dostępnego dla każdego, kto odważy się kochać.

O chcę

Jack London napisał kiedyś, że słowem ostatecznym jest chcę: „Właśnie owo chcę sprawia, że pijak pije, że męczennik zakłada włosiennicę; z jednego człowieka czyni ono hulakę, z innego anachoretę; jednego człowieka skłania, by dążył do sławy, innego – by gonił za złotem, innego, by szukał miłości, a jeszcze innego – by dążył do Boga. Filozofia jest bardzo często sposobem, w jaki człowiek wyjaśnia swoje własne chcę”. London nie był filozofem, ale przez jego powieści i opowiadania doskonale przebija jego potężne chcę. Ostatnie zdanie przytoczonego cytatu pokazuje ponadto nader celnie rolę filozofii. Człowiek uwielbia być sprawcą swoich czynów i namiętnie, acz wtórnie, tłumaczy je czymś co nazywa własną filozofią, a co jest najczęściej mniej lub bardziej mętnym, nieuświadomionym światopoglądem.

Albowiem sprawczość jest bóstwem człowieka, a filozofia to zwykle dosyć nieudolna teologia tego bóstwa. Być podmiotem czynów, tworzyć przeżywane przez siebie życie to przecież marzenie każdego. Daje to tak pożądane złudzenie kontroli na tym, co nam się przydarza – a reszta to komentarz. Wprawdzie Woody Allen swym cierpkim humorem gasi te złudzenia („Chcesz Boga rozśmieszyć, opowiedz mu o swoich planach”), ale uwielbiamy czuć się autorami rzeczy. Nie słuchamy mądrych słów Epikteta, który zwraca nam uwagę już w pierwszym zdaniu swojego Enchiridionu, że jedne rzeczy od nas zależą, inne zaś nie. Uparcie dążymy do realizacji naszego chcę, zwykle wbrew rozsądkowi i rzeczywistości.

Istotę jakiegoś zachowania jest najlepiej pokazuje jego przerysowana, patologiczna postać. W tym przypadku chodzi o coś, co nazwę hipersprawczością. Niedawno czytałem o przypadku pewnej kobiety, która nie mogła się pogodzić ze śmiercią swojej matki. Obwiniała się za jej śmierć, mimo iż ta była nieunikniona. Najbardziej wyrzucała sobie to, że matka umarła, gdy na chwilę odeszła od jej łóżka. Gdybym została – mówiła – matka by dalej żyła. Jej terapeutka ujęła to tak: „Uderzające w rozmowach z moją klientką było to, że cechowało ją poczucie wszechmocy w relacji z matką, za czym szło poczucie odpowiedzialności za wszystkie zaistniałe zdarzenia”. Ta kobieta przekuła poczucie sprawczości w chęć kontrolowania wszystkiego, łącznie z życiem i śmiercią. Zaowocowało to patologią poczucia odpowiedzialności.

Uznanie, że coś, co nie leży w naszej mocy jest od nas zależne, jest początkiem wszelkich nieszczęść. Gdy nasze pragnienie sprawczości sięga po to, co od nas nie zależy – czyli coś czysto zewnętrznego – przekształca się w truciznę, która przepaja osobowość miazmatami nerwicy. Tak niestety funkcjonuje większość ludzi, i dawnymi czasy, a tym bardziej współcześnie. Nie wyczuwamy granic sprawczości i naszego chcenia, które próbowali nakreślić stoicy i nieustannie nasze „chcę” wychodzi poza nie. Czasem prowadzi to największych osiągnięć ludzkiego ducha, ale o wiele częściej – do jego największych porażek. Chcę to potężna siła, jeśli jednak nie towarzyszy jej mądrość, staje się narzędziem destrukcji i – całkowicie wbrew intencjom podmiotu – upadku.

O rzeczach ostatnich

Pewnego dnia obudzisz się po raz ostatni, ostatni raz spojrzysz na wschodzące słońce i radujące się tym ptaki, ostatni raz przytulisz i ucałujesz namiętnie swoją ukochaną, patrząc w jej zielone, zakochane oczy, ostatni raz zjecie razem śniadanie, które jak zwykle przygotujesz, ostatni raz przeczytasz pierwszych parę stron z bardzo ciekawej książki, którą właśnie zacząłeś czytać, ostatni raz zajrzysz do internetu, by przeczytać czym zajmuje się świat, który już za niedługo nie będzie twoim mieszkaniem, ostatni raz porozmawiasz przez telefon z przyjacielem, nie widzianym od wielu lat, ostatni raz zgarniesz pęk jesiennych, kolorowych liści na spacerze, ostatni raz otworzysz swojego bloga, by zrobić ostatni wpis, ostatni raz odwiedzisz fryzjera, zdziwionego twoją prośbą o nową fryzurę, ostatni raz spojrzysz na samolot mknący samotnie po błękitnym niebie, dziesięć kilometrów ponad twoimi troskami, ostatni raz pogłaszczesz kota, który spojrzy na ciebie swoimi tak wiele rozumiejącymi oczami, ostatni raz posłuchasz muzyki, której zawsze chciałeś posłuchać, ale nie było na to czasu – i w końcu dotrzesz do tej najważniejszej z chwil, w której uświadomisz sobie, że nie zobaczysz już nigdy zachodu słońca.

Dlatego ceń to wszystko, co jeszcze nie dla ciebie czymś ostatnim, nawet najmniejsze rzeczy. A docenisz wszystko tylko wtedy, gdy każdy moment życia przeżywać będziesz tak, jakby był tym ostatnim. Każdy dzień i każdą chwilę. Doceniaj każdego człowieka i każde zwierzę. Bądź jednak rozsądny, unikaj idiotów oraz wściekłych psów. I pamiętaj o czasie. Taka bowiem jest jego struktura, że każda chwila jest ostatnia. Ludzie łudzą się co do natury czasu, bo przecież zawsze nadchodziły kolejne chwile, ale w końcu ta ostatnia i tak się pojawi, może nawet ją zauważysz. Wszystko co ma początek, ma też koniec, nawet najdłuższe zdanie, jak to tworzące poprzedni akapit, kiedyś się kończy. To, co powstało, kiedyś się rozłoży, bowiem jedynym doświadczeniem w życiu jest doświadczenie zmiany i końca zmiany.

O ciemnej i jasnej triadzie

Niedawno recenzowałem pracę magisterską poświęconą ciemnej triadzie. Podoba mi się ta nazwa, brzmi jak określenie tajemniczej organizacji mafijnej. Ciemna triada odnosi się jednak do naszej psychologii i obejmuje takie cechy osobowości jak narcyzm, makiawelizm i psychopatię. Pasuje ten zestaw do mafii, nieprawdaż? Osoby z cechami ciemnej triady są bezduszne, manipulują ludźmi, traktując ich instrumentalnie. Lekceważą normy społeczne, czyli po prostu kłamią i oszukują w każdej sytuacji, bo to jest ich sposobem istnienia. Wywierają tym samym mocno toksyczny wpływ na relacje społeczne, albowiem nie tylko im nie można zaufać, ale i osoby w ich otoczeniu są narażone na brak zaufania. Manipulują ludźmi by osiągnąć swoje egoistyczne cele.

Ciemną triadę znamy bardzo dobrze, bo mnóstwo osób w naszym otoczeniu funkcjonuje w oparciu o te trzy cechy. Można wręcz powiedzieć, że definiuje ona współczesnego człowieka sukcesu. Jest on zachwycony sam sobą, jak Donald Trump, emblematyczny narcyz naszych czasów, który zachwycił połowę Amerykanów, którzy wybrali go na prezydenta. Manipuluje innymi, wedle najlepszych wskazówek Machiavellego, zawsze niczym kameleon dostosowując swoje zachowanie tak, by osiągnąć osobiste korzyści. Wreszcie, jako psychopata, wykazuje kompletny brak empatii i jakiekolwiek relacyjności, zapatrzony tylko w jedno – osiągnięcie własnych celów.

Tak, wiem, że ludzie zawsze tacy byli. Dzisiaj jest po prostu tak, że z tej patologii ludzkiej natury robi się czasem wzór do naśladowania. Już w starożytnym Egipcie narzekano na naturę człowieka, podobnie jak dzisiaj. Obecnie mamy jednak większe możliwości, by negatywne cechy ludzkiej natury propagowały się w świecie społecznym. Technika, w postaci internetu, nie jest czymś co nas wyzwoli i zbawi. Jest służką naszych najniższych instynktów, patologicznych inklinacji. To, co zachwyca tak wielu, a najlepszym przykładem jest tu AI, jest niczym innym jak końcem człowieka, który nigdy nie był czymś zachwycającym, ale obecnie dotarł już do krańca swoich możliwości. Bez wątpienia AI będzie wzorcowym wcieleniem ciemnej triady.

Zatem, w tych mrocznych czasach, nie pozostaje nic innego jak pielęgnować jasną triadę: współczucie, obiektywizm i relacyjność. Współczucie, w najlepszym buddyjskim stylu, to troszczenie się o to, by inni nie cierpieli. Obiektywizm to odchodzenie od egocentrycznej postawy. Relacyjność to zwracanie uwagi na związki i dbanie o nie. Jasną triadę może wcielać w życie tylko pełny człowiek, a nie żaden jego technologiczny wynalazek. Nie wiem jak wy, ale ja chcę żyć w świecie tworzonym przez ludzi, nie algorytmy. Pomimo wszystkich wad, jakie przejawiają ludzie, można jednak czasem zaznać sensu życia w kontaktach z nimi. Maszyny tego nigdy nam nie dadzą.

O nauce życia

Joseph Campbell w swej książce „Kwestia bogów” wspomina o pewnym człowieku, który przez całe życie wspinał się po ścieżce kariery niczym po szczeblach drabiny, by u kresu swego życia przekonać się, że owa drabina stała pod niewłaściwą ścianą. Rozczarowanie i poczucie iluzji było na tyle ogromne, że popchnęło owego menedżera najwyższego szczebla na terapię. Wiele jednak osób ma inne podejście. Istnieje silna pokusa, by różnego rodzaju rozczarowania i negatywne doświadczenia życiowe racjonalizować, wmawiając sobie coś w stylu: „To mnie nauczyło czegoś”. Możemy też tym doświadczeniom zaprzeczać: „To mi się przydarzyło nim osiągnąłem taki poziom rozwoju jak teraz, nie byłem wtedy w pełni świadomy”. Słyszałem dziesiątki takich sformułowań. Są to jednak tylko strategie unikania, które poprzez przywiązanie do pewnych przekonań oddalają od rzeczywistego doświadczenia.

Zapytano kiedyś pewnego hinduskiego guru o to, czy guru jest w ogóle potrzebny. O dziwo odpowiedział, że nie. Wystarczy, że traktujemy nasze życie wystarczająco poważnie, to wtedy spełni ono rolę guru. Oczywiście, można by się pytać, co to znaczy poważnie. Dla mnie oznacza to unikanie przesadnych racjonalizacji tego, co mnie w życiu spotkało. Przekonanie, że wszystko to mnie spotyka ma mnie czego nauczyć jest, podobnie jak wszystkie inne przekonania, dosyć ryzykowne. Jeśli miałem trudny związek, z którego wyszedłem z traumą i przekonuję siebie, że miał mnie on czegoś nauczyć to najprawdopodobniej unikam doświadczenia tego, co mnie spotkało. Dostałem co najwyżej nauczkę, nie naukę. Nie warto przeceniać pewnych rzeczy. Lepiej je zostawić za sobą, bez starania się, by na siłę wyciągać ze wszystkiego naukę.

O szczęściu i cierpieniu

Osiągnięcie szczęścia wymaga spełnienia tylko paru podstawowych, nader prostych wymogów. Trzeba być zdrowym, mieć dobry związek z bliską osobą i dobre relacje z przyjaciółmi, satysfakcjonującą pracę, no i jeszcze posiadać światopogląd, który pozwala nam funkcjonować w tej rzeczywistości. Wymogi te są proste, ale zarazem jakże trudne do osiągnięcia. Zdrowie wcześniej lub później szwankuje, kochane osoby nas zdradzają i się z nimi rozstajemy, przyjaciele odchodzą, a praca, nawet najlepsza, prowadzi do wypalenia zawodowego, jedynie ostaje się wtedy na osłodę dobry światopogląd religijny czy filozoficzny – ale i to jest opcją dostępną tylko dla nielicznych.

Jakże złożone w tej perspektywie jest cierpienie. Nic nie trzeba robić, świat zewnętrzny z wielką ochotą podsyła nam każdego dnia mnóstwo rozmaitych powodów do cierpienia. Podobnie nasze wnętrze żarliwie wyszukuje w naszej neurotycznej duszy kolejne powody do bycia nieszczęśliwym. Jak to napisał Lew Tołstoj w powieści Anna Karenina: „Wszystkie szczęśliwe rodziny są do siebie podobne, każda nieszczęśliwa rodzina jest nieszczęśliwa na swój sposób”. Trudno temu zaprzeczyć, każdy cierpiący człowiek czuje się wyjątkowy i indywidualnie naznaczony swoim cierpieniem. Nic tak nie indywidualizuje jak cierpienie.

Cierpienie to ostatnio mój ulubiony temat. Wiadomo, że nie uszlachetnia, wiadomo, że jest czymś czego wszyscy unikają. Ale zarazem jest jest esencją życia na tej planecie, esencją życia samego w sobie, które polega wszak na wzajemnym pożeraniu. Cierpienie jest zatem tym, z czym musimy się wcześniej lub później pogodzić. Tym bardziej, że jest ono, przynajmniej dla ludzi, jedyną ścieżką do indywiduacji. Zawsze gdy słuchałem opowieści o tym, jak ktoś cierpiał w swoim życiu, była to opowieść bardzo intymna, to było „jego” cierpienie. Jeśli ową opowieść zobiektywizuje, zobaczy swoje cierpienie z zewnątrz i może wejść na ścieżkę poznania samego siebie, czyli indywiduacji.

Alfred Kubin, czyli o szaleństwie

Czy można przedstawić szaleństwo? Jeżeli tak, to musi to być przedstawienie równie wielowymiarowe jak samo szaleństwo, równie angażujące wszystkie zmysły i umysł. Alfred Kubin był malarzem i grafikiem, ale też autorem autobiograficznej powieści Po tamtej stronie (1909), którą przeczytałem jakieś czterdzieści lat temu. Wywarła na mnie niesamowite wrażenie, o którym dziś tu zbyt dużo nie napiszę. Rzeczy czytane i widziane w wieku lat dwudziestu i wieku lat sześćdziesięciu to dwie różne rzeczy.

W obrazach i tekstach Kubina przebija to, co może być mottem nie tylko całej jego twórczości, ale zawołaniem bojowym wszystkich artystów – a są to słowa zamykające Po tamtej stronie: „Chyba to jest właśnie ostateczny, właściwy sens artysty: że bezsensowi bytu narzuca on woal swojej twórczości.” Woal ten składa się u Kubina z makabry, demoniczności, seksu i orgiastycznego szaleństwa. To często kojarzy się normalnym ludziom z szaleństwem. Ale jest to tylko woal, za którym kryje się coś, co nigdy nie śniło się filozofom.

Chociaż, może mi się kiedyś przyśniło, bo dosyć dziwny ze mnie filozof. Moje skojarzenia i hiperboliczne metafory są tak irracjonalne, że już obrażam niektóre jednostki tego pięknego gatunku, jakim jest homo sapiens. No cóż, już niedługo się z niego wypiszę. A nawet wypisuję się pisząc te teksty. Nikt nie prosi się na ten świat, ale każdy może się z niego wypisać. Jak to ktoś powiedział: Rodzimy się, potem popadamy w szaleństwo, a w końcu umieramy. Tak to przedstawił Kubin.

O poznaniu siebie

Najważniejszym krokiem w poznaniu samego siebie jest odróżnienie siebie od swoich myśli. Zwykle czujemy się sprawcami naszych myśli, a tym samym utożsamiamy się z nimi. To jest podstawowa iluzja, podstawowy kartezjański błąd, gdy bierzemy to, co myśli się w naszej głowie za siebie. Nie jesteśmy naszymi myślami, jesteśmy jedynie przestrzenią, w której się one pojawiają. Gdy osadzimy się poza naszymi myślami, gdy zobaczymy, że one tylko przychodzą i odchodzą, wtedy naprawdę narodzimy się w tym życiu. I te wtóre narodziny, oczywiście dla nielicznych tylko, są narodzinami naszej prawdziwej tożsamości.

Bo w naszej głowie rodzą się bardzo różne myśli. Wewnętrzny głos mówi rzeczy, z którymi się możemy nie zgadzać. Kompulsywnie przekonuje nas, że sprawy się mają inaczej niż chcemy. Snuje nieustanną narrację o tym, kim jesteśmy, która najczęściej nie ma nic wspólnego z rzeczywistością. Nie wiadomo skąd ten głos się bierze (psychologowie przekonują, że ja narracyjne tworzy się wraz z rozwojem umiejętności mowy, około drugiego, trzeciego roku życia). Ten głos mieszka w nas i rości sobie prawo do definiowania tego, kim jesteśmy. Poznanie siebie polega na odebraniu mu tego prawa. Jesteśmy czymś więcej niż tym małym głosikiem, który niczym zdarta płyta powtarza swoje frazesy.

Kiedyś pewna osoba mnie przekonywała, że nie ma takiego głosu w sobie. No cóż, utożsamienie się z tym głosem może osiągnąć i taki poziom, że nie ma już niczego poza nim. Wszyscy znamy osoby, które zagadują swoją egzystencję, z który słowa się wylewają jak wodospad i zalewają tych, którzy ich słuchają. Ale ponad wszystkim, co słyszymy w naszej głowie jest jeszcze coś więcej – to, kim naprawdę jesteśmy. Wyzwolenie się od utożsamienia się z narzuconą przez otoczenie narracją, zinternalizowaną jako ów wewnętrzny głos jest podstawowym krokiem do poznania siebie. Jak to zrobić? To proste – i zarazem jakże trudne – nie wierz w nic, co słyszysz w swojej głowie.

Jeśli dokonamy tego kroku, który technicznie nazywa się dezindentyfikacją, i odróżnimy się od naszych myśli, sprawimy, że one przycichną, przejdą do tła, a na pierwszym planie pojawi się nasza prawdziwa osobowość. Myśli nadal będą się pojawiały, ale już nie będę się z nimi identyfikował. Podobnie z pragnieniami i emocjami – pojawiają się, ale nimi już nie jestem. Po raz pierwszy w życiu mogę wtedy powiedzieć, że jestem wolny, jestem sobą. Spojrzałem obiektywnie na to wszystko, co dzieje w moim wnętrzu i zobaczyłem, że to nie ja.

O przynależności

Czytając jakąś książkę na temat sekt pielęgnuję nieustanne zdziwienie. Zadziwia mnie przepastna potrzeba przynależności, którą spotykamy u ich członków . Potrzeba ta przekracza wszelkie granice rozsądku, jak w przypadku pewnej kobiety, która cudem uszła żywa z masowego samobójstwa sekty Jima Jonesa „Świątynia Ludu” w 1978 roku w Gujanie. Nie zniechęciło jej to do dalszego szukania przynależności, po paru latach odnalazła się w paru innych, by tak rzec, „łagodniejszych sektach”. Przynależę więc jestem – oto motto takich ludzi. I zarazem jest to najlepsza odpowiedź na pytanie dlaczego ludzie wstępują do sekt.

Ja sam nigdy nie chciałem przynależeć do żadnej grupy. Po prostu nie miałem takiej potrzeby, by poprzez mimikrę uzyskać fejkowe poczucie tożsamości, albo tym bardziej konformistycznie przypodobać się innym. Nie ciągnęło mnie ani do grupki rówieśników, do jakieś subkultury, fandomu, czegokolwiek – zawsze powtarzałem przez całe życie, że nigdy nie należałem do żadnej grupy, nawet do zuchów. Moim mottem życiowym jest powiedzenie Groucho Marxa:„Nie chcę być członkiem żadnego klubu, który by mnie chciał za członka”. Patrzę zatem na ludzi, którzy nie mogą pozyskać tożsamości poza grupą jak na przypadki biedaków, którzy z niewiadomych mi powodów nie wiedzą kim są, jeśli nie są w grupie.

Stawiałem sobie natomiast przez całe życie pytanie o to kim jestem, niezależnie od jakiekolwiek grupy. Stawiam sobie to pytanie do dzisiaj. I chyba dlatego nie zostałem członkiem żadnej sekty, żadnej grupy, nawet nigdy nie włożyłem togi i biretu akademickiego. Bo do dziś nie mam na nie żadnej odpowiedzi. A członek jakiejkolwiek grupy uzyskuje ją od razu, jak tylko zgłosi do niej akces. I z tego się cieszę, że udało mi się przeżyć sześćdziesiąt lat bez „dowiedzenia się”, kim jestem. Polecam, to cudowne uczucie.