Angielski poeta metafizyczny Andrew Marvell w swym wierszu „To his Coy Mistress” – co można przełożyć jako „Do nieskorej bogdanki” – pisze: „Ma roślinna miłość we mnie by wzrastała, rozleglej niż imperia i powolniej od nich”. To najpiękniejsze ze wszystkich znanych mi wyznań miłosnych, porównujące miłość do powolnego, organicznego, roślinnego wzrostu. Rośliny mają bowiem to, czego zwierzęta, a w szczególności ludzie, nie posiadają niestety w nadmiarze – cierpliwość. Rośliny wzrastają przez długie lata i przerastają wszelkie ograniczenia. Według alchemików cierpliwość jest podstawową cnotą kogoś, kto podejmuje się dzieła stwarzania duszy. A przecież miłość to przede wszystkim dzieło polegające na stwarzaniu duszy, które nigdy nie jest jedynie egoicznym doświadczaniem siebie, lecz jest doświadczeniem bycia sobą w relacji z drugą osobą. Dzieło to rozpoczyna się od zstąpienia w ciemne obszary życia, albowiem miłość to nie zauroczenie, ekstatyczne, szalone i zawsze radosne aż do zaślepienia. Miłość rodzi się dopiero wtedy, gdy zauroczenie już dawno przeminie. Zanurzamy się wówczas w bagienne głębie depresji, by uzyskać korzenie dla swego bytu. Potem wzrastamy powoli, wyłaniając się z nieśmiałego zarodka. Budujemy na ciemnej glebie pamięci, tworząc substancję wspólnego istnienia. Cierpliwie rośniemy, tworząc tkankę związku. I w końcu rozrastamy się szeroko jak imperium, jak grzybnia, rozpościerająca się tuż pod powierzchnią leśnego poszycia, sięgając daleko i niespodziewanie. I to jest miłość – roślinne, powolne wzrastanie, bycie na co dzień i nieskończenie cierpliwe przerastanie wszelkich konfliktów. I tak aż do śmierci.
