Archiwa miesięczne: Styczeń 2026

O stawaniu się sobą

Według Henri Bergsona każdy filozof wyraża tylko jedną, podstawową dla niego myśl. W przypadku samego Bergsona ta myśl brzmi: czas jest rzeczywisty. Jest to bardzo podobne do intuicji kabalistycznej, wedle której czas jest formą odlewniczą rzeczy. A zatem czas tworzy. W odniesieniu do człowieka znaczy to, że okresie swojego życia ma przywilej stania się sobą, jak to ujął Jung.
Bycie sobą to nie jest łatwa rzecz, ale dana nam, czy raczej zadana. Możemy zacząć egzystować autentycznie pod jednym warunkiem – jeśli wykorzystamy twórczy potencjał czasu. Dla człowieka tworzenie siebie ziszcza się w akcie decyzji. Każda z naszych decyzji jest spełnieniem i budowaniem siebie. Decyzje są dosłownie tworzeniem tego kim jesteśmy, bo nie ma żadnego preegzystującego ja, nie, stajemy się tym, co wybraliśmy.
Stając się sobą poznajemy siebie. Tu wiedza i urzeczywistnienie są tożsame, samopoznanie i samorealizacja są tym samym. Wreszcie dowiadujemy się kim jesteśmy, ujawnia się nasza tożsamość, czy też indywidualność. A to wszystko dzięki czasowi. Śmierć, koniec naszego czasu, staje się dopełnieniem tego, czym jesteśmy, gdy niczym dojrzała gruszka, soczysta i kolorowa, odpadamy z drzewa życia.

O raju i piekle

Obserwując życie na tej planecie od kilkudziesięciu lat coraz bardziej zbliżam się do prostego wniosku. Gdyby nawet Bóg – o ile by takowy istniał, co jest niemożliwe – posłał ludzi do raju, w ramach swego nieograniczonego współczucia dla nich, to oni by z owego raju stworzyli piekło. Tak zrobili z Ziemią. Wojny, morderstwa, gwałty, pogromy, tortury, więzienia, podboje, kłamstwa, prześladowania, nienawiść, wyzysk, dogmatyzm, głupota, egoizm, samobójstwa, rozpacz, alienacja, brak miłości, brak poczucia humoru… listę, tego jak ludzie robią z raju piekło można ciągnąć w nieskończoność.
Mógłbym tak jeszcze długo wyliczać. Dziesiątki tomów by zabrało podawanie przykładów. Trudno nie odnieść wrażenia, że na tą planetę wariatów zostaliśmy zesłani by cierpieć. Ale to grube mitologiczne wyobrażenie. Tak naprawdę chodzi o to, że świadomość, którą się tak chełpimy, to choroba, a nie najwyższe osiągnięcie ewolucji. Nie jesteśmy homo sapiens – to apotropaiczny bełkot – nie, lepszą nazwę dla naszego gatunku zaproponował Stanisław Lem: ohydek szalej.
Może zamiast obfitych tyrad na koszmarność naszego gatunku sparafrazuję na koniec marszałka Piłsudskiego: planeta piękna, tylko ludzie kurwy.

O nerwicy i sacrum

C.G. Jung napisał kiedyś nader enigmatyczne zdanie: „Nerwica to obrażony Bóg”. Jak to możemy zrozumieć? Popatrzmy na fenomenologię nerwicy. Nerwica manifestuje się jako wewnętrzny Głos, bezwzględny i okrutny. Potrafi powiedzieć straszne rzeczy, zmusić do dziwnych zachowań. Głos odcina osobę znerwicowaną od rzeczywistości, odcina od relacji z innymi ludźmi. Osoba neurotyczna traci całkowicie dystans do siebie i wyzbyta jest absolutnie poczucia humoru. Liczy się tylko On. Trudno nie porównywać tego Głosu do bezwzględnego głosu Jahwe, który lubował się w nakazach i zakazach, a jedyną argumentacją z jego strony była groźba kary. Głos też grozi, najczęściej najbardziej absurdalnymi karami. To jest sakralny wymiar nerwicy.
Według Freuda nerwica kompulsywna jest karykaturą religii. Jego podejście jest jednak redukcyjne. Jung natomiast w jednym z listów napisał, że głównym przedmiotem jego pracy nie jest leczenie nerwic, lecz raczej stosunek jego pacjenta do sacrum. Jest tak dlatego, że prawdziwą terapią jest tylko praca na poziomie sacrum, bo sama choroba jest manifestacją sacrum, obrażonego Boga. A Bóg to kompleks wyobrażeń, który niesie ze sobą najwyższą energię, dominującą nasz działanie i myślenie.
Obraz Boga jest symbolicznym wyrazem pewnego psychicznego stanu lub funkcji, która charakteryzuje się tym, że bezwarunkowo dominuje nad świadomą wolą podmiotu i dlatego może wymusić lub umożliwić czyny i osiągnięcia, których spełnienie byłoby niedostępne świadomemu wysiłkowi. Jest to bardzo dobrze widoczne w fenomenologii nerwic. Pozytywnym aspektem nerwicy jest doświadczenie tego, że Bóg istnieje. Czeka nas jednak praca jaką musimy podjąć, a która ma nas doprowadzić do nawiązania dobrych relacji z Bogiem, czyli nieświadomością. Wtedy Bóg nam pomaga, zamiast się na nas obrażać. O takiej pracy opowiada Księga Hioba i dzieło Junga Odpowiedź Hiobowi.
Jak bowiem mówi Jung, podejmujemy tą pracę w nadziei, że „z głębi duszy, z której pochodzi cała destrukcja, wyrośnie także ratunek”. Że pojawią się pomocne wyobrażenia, wrodzone duszy ludzkiej, zaktywizują się archetypy, obejmując przewodnictwo i dusza stanie się autonomiczna. Wtedy już nie będzie musiała słuchać Głosu, bo pojawią się na przykład znaczące sny, będące leczącym przekazem od Jaźni do świadomości. Dają one obiektywny obraz sytuacji psychicznej danego człowieka, wyzwalając go z izolujących i egocentrycznych sił nerwicy – bez których jednak nie doszło by do wyzwalającego poznania. Takie enancjodromijne odwrócenie jest trudne i rzadkie, ale możliwe.

O ciszy Nowego Roku

Zwykle w pierwszym dniu Nowego Roku słucham w południe koncertu filharmoników wiedeńskich. Nie ukrywam przy tym, że czekam zawsze na kończący koncert marsz Radetzky’ego, który wnosi dużo witalnej energii do mojej duszy. Mam jeszcze jedno muzyczne przyzwyczajenie noworoczne. Gdy wstaję wcześnie, co mi się ostatnimi laty często zdarza, słucham „New Year’s Day” zespołu U2. Utwór rozpoczyna się od słów: „All is quiet on New Year’s Day”. Tak, patrzę zwykle wtedy przez okno, sycę się ciszą i spokojem. Rozpoczął się Nowy Rok, a tu, o poranku, jest tak spokojnie. Niczym cisza przed burzą, jaką będzie ten nowy rok, ale której ta wczesnoporanna godzina jeszcze nie zapowiada.
Pod koniec piosenki słyszymy:„Nothing changes on New Year’s Day”. Tak, ten dzień jest wyjątkowy, mimo iż jest tylko konwencją. Zarazem jest nowy i jednocześnie nic się w nim nie zmienia. Jest tylko okazją, by pomyśleć o czymś nowym, co jednak nie musi nastąpić już teraz. Nie, mamy cały rok na to, by w naszym życiu pojawiło się coś nowego. Czasem przyniesie to los, czasem my sami będziemy starali się nieudolnie naśladować jego dzieła, pragnąc, niczym niecierpliwe dzieci, przyśpieszyć bieg zdarzeń, które i tak nastąpią same z siebie, bez żadnych wysiłków z naszej strony.
Tak czy inaczej, są momenty w życiu człowieka, czy społeczności, które charakteryzują się odmienną jakością. Takim momentem jest dzień Nowego Roku. Jak mawiali kabaliści, czas jest formą odlewniczą rzeczywistości. A to znaczy, że nie jest tylko ulotnym przepływem chwil, bo są chwile, które się liczą i tworzą to, kim jesteśmy. Mogą one być rytualne, jak Nowy Rok, mogą też być indywidualne, jak pierwsze rzeczy, które zrobiliśmy w swoim życiu. O nich właśnie myślę on New Year’s Day.