Tydzień temu umieściłem wpis o postżyciu. Naturalną reakcją czytelników było postawienie pytań o to, czym jest według mnie życie. Parafrazując Augustyna odpowiadałem, że gdy mnie nikt nie pyta, to wiem czym jest życie, ale zapytany już nie wiem. Ale to było za mało dla ciekawskich. Przedstawiam więc roboczą hipotezę, moją ulubioną. Głosi ona, że życie skończyło się wraz z początkiem epoki neolitu, z pojawieniem się rolnictwa i osadnictwa, którego kulminacją jest miasto. To wtedy ludzie zaczęli wytwarzać skomplikowaną rzeczywistość społeczną, która ich przerosła. Złożoność struktury społecznej doprowadziła do tego, że życie tworzących te społeczeństwa jednostek stawało się coraz bardziej fragmentaryczne. Ludzie stali się cząstkami wielkich całości, których już nie mogli objąć swym umysłem i tym samym wydali się na przemożny wpływ procesów zbiorowych. W przeciągu dziejów miasta niczym rak rozrastały się i obecnie już ponad połowa ludzkości jest w nich uwięziona. Są to często gigantyczne zbiorowiska kilkunastu milionów ludzi, a megalopolis obejmują już dziesiątki milionów mieszkańców. Kategoria postżycia odnosi się przede wszystkim do mieszkańców miast, bowiem to w nich dziś postżycie rozkwita.
Miałem jednak pisać o życiu. Ponieważ nie wiem, czym jest życie, opiszę zatem trzy warunki, które – tylko gdy wspólnie zaistnieją – są warunkami możliwości życia. Spójrzmy zatem na większości ludzkości, która prowadzi swoje „życie” w miastach. Często mówimy, że „w mieście nie da się żyć”. To dobra intuicja, od której wyjdę próbując odpowiedzieć na pytanie, czym jest życie. Skoro „w mieście nie da się żyć”, to czego nie „da się” w mieście? W mieście nie da się urzeczywistnić trzech podstawowych więzi, które są konstytutywnymi warunkami życia. Po pierwsze – nie da się nawiązać prawdziwie głębokiego kontaktu z samym sobą, gdyż jest to możliwe tylko w ciszy, nie w hałasie generowanym przez ludzi, a który w miastach nieustannie oddziałuje na wszystkie nasze zmysły (pisałem tu o ciszy). Po drugie – nie da się nawiązać bliskiego kontaktu z innymi, gdyż w mieście roztapiamy się w masie ludzkiej i stajemy się bezosobowymi atomami, spotykając codziennie tysiące nieznanych nam ludzi (co kiedyś nazwałem współczesną prozopagnozją). Po trzecie – nie da się nawiązać głębokiego kontaktu z przyrodą, gdyż jej w mieście po prostu nie ma. Mało tego, mieszkańcy miast wydają się nienawidzić przyrody, gdyż uważają ją za zagrożenie, traktują jako obszar chaosu, który musi być uładzony przez racjonalne zabiegi człowieka (jak wycinanie drzew).
Życie jest zatem wtedy, gdy „da się żyć”. Gdy trzy wymienione powyżej fundamentalne formy kontaktu czy też jedności zaistnieją łącznie, wtedy jest życie. Tylko w tak pojętym życiu coś się wydarza – w postżyciu nic się nie wydarza, jest tylko hałas nadmiernej ilości bodźców, nie ma prawie żadnych znaczących zdarzeń, gdyż człowiek prowadzący postżycie utracił układ odniesienia pozwalający mu określić, co dla niego jest ważne, a co nie. Nie jest przypadkiem, że miliony mieszkańców miast cierpią na depresję, wysuwającą się obecnie na czoło w rankingu nerwic.
W 1959 roku C.G. Jung napisał list do człowieka cierpiącego na depresję spowodowaną emigracją. Odnajdujemy w nim owe trzy podstawowe warunki życia wymienione jako lekarstwa na depresję, pojawiające się kolejno jako kontakt z ludźmi, z przyrodą i z samym sobą: „Jest mi przykro, że jesteś tak nieszczęśliwy. ‚Depresja’ znaczy dosłownie ‚być ściśniętym’. To może zdarzyć się nawet wtedy, gdy nie masz żadnego w ogóle świadomego poczucia ‚bycia na szczycie’. Nie chciałbym zatem odrzucać tej hipotezy od razu. Gdybym to ja miał żyć w obcym kraju, poszukałbym jednej albo dwóch osób, które by się wydawały życzliwe i stałbym się dla nich pożyteczny. W ten sposób libido przyszło by do mnie z zewnątrz, chociaż w trochę prymitywnej formie, trochę jak u psa, merdającego ogonem. Hodowałbym zwierzęta i rośliny i odnalazł radość w ich wzrastaniu. Otoczyłbym się pięknem – takim najprostszym i naturalnym – przedmiotów, kolorów i dźwięków. Dobrze bym jadł i pił. A gdy ciemność by gęstniała, przenikałbym do samego jej rdzenia i podstawy, i nie przestawałbym, aż pośród bólu ukazałoby mi się światło, gdyż ‚in excessu affectus’ [przy nadmiarze emocji] Natura odwraca swe działanie. Z pasją bym zwrócił się przeciwko sobie i w jej gorącu stopił mój ołów. Wyrzekłbym się wszystkiego i zajął najprostszymi czynnościami, gdyby depresja miała mnie doprowadzić do przemocy. Walczyłbym z mrocznym aniołem, dopóki on nie wywichnie mego biodra. Gdyż on także jest światłem i błękitnym niebem, które mi odebrał.”
Jak przewidują psychiatrzy do 2020 roku depresja stanie się drugą najpowszechniejszą chorobą ludzkości. Postżycie to w pewnym sensie tylko inna nazwa depresji, fundamentalnej niechęci do spontaniczności, aktywności i twórczości. Bo życie musi zawierać w sobie element, który jest radością samą w sobie, jak wtedy, gdy wybiegamy rano w łąkę i podskakujemy na niej jak źrebak. Bez tego jesteśmy tylko trybikami w maszynie firmy czy korporacji i niczym innym, jak jedynie nawozem dla procesów zbiorowych.