Archiwum kategorii: Bez kategorii

O psychologii heretyka

Mogłoby się wydawać, że to wyznawcy jakiegoś kultu, obojętnie czy to religijnego, politycznego czy jakiekolwiek innego, są tymi, którzy prawdziwie wierzą w przekazywaną im doktrynę. Heretyk natomiast to ten, który przejrzał na oczy i odrzucił ową doktrynę jako złudzenie. To jednak nie jest takie proste. Wszak wyznawcy kultu pozostając nieustannie w swym własnym gronie tworzą towarzystwo wzajemnej adoracji, zagłuszają wszelkie ewentualne wątpliwości nieustannie potwierdzając sobie prawdziwość wyznawanych tez. Bez tego zbiorowego wsparcia ich przekonanie legło by być może szybko w gruzach, a na pewno byłoby o wiele słabsze. Tymczasem heretyk to jednostka, która chce odnaleźć realne fundamenty swego istnienia poza zbiorowym poklaskiem grupy. Słowo „haeresis” oznacza wszak pierwotnie „wybór, podział”. Heretyk podejmuje się zatem nader trudnego zadania, które polega na budowaniu swoich indywidualnych przekonań w opozycji do doktryny, którą dotąd wyznawał i – co także jest bardzo ważne – w opozycji do grupy wyznawców. Uważam zatem, że heretyk poważniej traktuje doktrynę, którą odrzuca, niż jej wyznawcy, którzy najczęściej ją bezrefleksyjnie afirmują po to tylko, by zyskać akceptację członków swej grupy. Stado od zawsze zadowalało się wzajemnym potwierdzaniem wspólnych koncepcji, tymczasem jednostka, taka jak heretyk, musi na równi poważnie traktować to, co odrzuca, jak i to, co akceptuje jako swoje wybrane przekonanie. Teza Nietzschego o śmierci Boga była bez wątpienia wypowiedziana przez niego z o wiele większą powagą niż jakakolwiek modlitwa pobożnego filistra w kościele.

O prawie własności

Ponieważ nie jestem prawnikiem, wypowiem się tu tylko o pewnym specyficznym pojmowaniu prawa własności na podstawie moich obserwacji dotyczących tego, jak argumentują entuzjastyczni zwolennicy wycinania drzew na swoich działkach. Będzie to zarazem przyczynek do psychologii Polaków, zarówno tych cieszących się świeżo odzyskaną wolnością do wycinania drzew, ale także tych, którzy realizują swoje pojmowanie prawa własności w innych sferach. Argumentacja wycinaczy jest nader prosta: „moja działka, moje drzewo, skoro je posadziłem, mogę je wyciąć”. Osoby tak argumentujące wyrażają swoje rozumienie prawa własności jako dowolnego dysponowania czymkolwiek w zupełnym oderwaniu od jakichkolwiek powiązań społecznych osoby posiadającej. To zupełnie tak, jakby posiadacz żył sam na tej planecie, a jego działania nie miały najmniejszego wpływu na innych. Przypominam sobie, że już dawno temu spotkałem się z takim rozumieniem prawa własności, w wydaniu pewnego sześciolatka, któremu zwróciłem uwagę, by nie rozkładał na czynniki pierwsze lornetki. Odparł on: „Jest moja, więc mogę ją zniszczyć”. W przypadku osób dorosłych można by domniemywać, że postarają się one o jakiś bardziej skomplikowany argument. Ale nie, zasada „moje, więc mogę z tym zrobić co zechcę, a reszcie wara od tego” jest tu podstawowa. To, że tak często teraz spotyka się ową postawę świadczy tylko o fundamentalnej niedojrzałości wyznających ją ludzi, którzy swoją egocentryczną mentalność dziecka ubrali w podniosłe hasła o wolności posiadania i gospodarowania. Jest to jednak tylko wolność niszczenia, nie tworzenia. Nastał czas dendrocydu. Od początku tego roku co dzień tysiące Polaków budzą się wczesnym świtem, biorą w swe ręce piły mechaniczne i z radością udają się rzezać drzewa, mrucząc pod nosem: „Dobre drzewo to martwe drzewo”. Psychologia takiego Polaka to psychologia człowieka, który nigdy nie miał okazji dojrzeć, który nie rozwinął żadnych więzi społecznych w państwie, gdyż to państwo przez wieki nie istniało. Przed dojrzałością chroniła go też infantylizująca wiernych macierzyńska kontrola kościoła katolickiego, konserwująca mentalność sprzed ponad dwu stuleci. Cóż zatem możemy się spodziewać po tych ludziach, którzy nigdy tak naprawdę nie dorośli, a są jeno dziećmi o pomarszczonej skórze, które nic nie rozumieją z tego, co dzieje się na Ziemi, a nawet w ich życiu?

O człowieku wedle Herzoga

Ostatnio przypomniałem sobie parę filmów Wernera Herzoga. Zarówno tych fabularnych, jak na przykład „Aguirre, gniew boży” czy „Fitzcarraldo”, jak i tych dokumentalnych, jak „Grizzly man” czy „Spotkania na krańcach świata”. Ogólna moja refleksja po tych kilku seansach jest taka – nikt lepiej niż Herzog nie pokazuje w swoich filmach fundamentalnego szaleństwa gatunku ludzkiego i wręcz genetycznego bezsensu egzystencji człowieczej. Jego bohaterowie, ci fabularni i ci realni, są wspaniałymi egzemplifikacjami człowieczej patologii, są dziwakami, wyrzutkami, samotnikami, są zamknięci w swoich własnych światach, kreowanych przez ich psychikę. Nikt z nich tak naprawdę nie umie się odnaleźć w świecie społecznym, wszyscy są wyobcowani. Są zatem idiotami w źródłowym sensie tego słowa, które wywodzi się z greckiego przymiotnika „ídios” oznaczającego „swój własny, osobny, prywatny”. Film Herzoga „Zagadka Kaspara Hausera” nosił pierwotnie tytuł, pojawiający się zresztą na ekranie, który dokładnie oddaje ów źródłowy idiotyzm ludzkiej egzystencji: „Każdy za siebie, a Bóg przeciw wszystkim”. Nie znam słów bardziej zwięźle oddających kondycję człowieka. Zatem, panie i panowie, oglądajmy filmy Herzoga, bo to kształcące doświadczenie, acz do cna dołujące.

O zjadaniu zwierząt

„Rolnictwo jest obecnie zmotoryzowanym przemysłem żywnościowym, tym samym w istocie, co fabrykacja trupów w komorach gazowych i obozach zagłady.” To słynne słowa Heideggera.  Rocznie ludzie zabijają w celach spożywczych prawie 60 miliardów zwierząt. Wypada ponad 100.000 na minutę. Ta liczba dobrze oddaje dynamikę życia, polegającego przecież na wzajemnym pożeraniu się. Aż chce się tu sparafrazować Clausewitza i stwierdzić, że kultura to kontynuowanie okrucieństwa i bezwzględności natury innymi środkami. Ludzie łudzą się, że są czymś odmiennym, a nawet lepszym od zwierząt, ale tak naprawdę ich postępowanie jest tylko bardziej okrutną wersją zachowań zwierzęcych. Bardziej okrutną, bo uzasadnianą kulturowymi bajkami, takimi jak „czyńcie sobie Ziemię poddaną” albo „zysk jest wszystkim”. Przekonanie, że ludzie istnieją tylko po to, by przepuścić maksymalną liczbę żywych organizmów w formie hamburgerów przez swoje jelita to doprawdy najdoskonalszy wyraz obłędu tego gatunku.

O właściwej kolejności

Oto moja ulubiona taoistyczna przypowieść pokazująca, w pragmatycznym chińskim wydaniu, na czym polega owocujące szczęściem podążanie ścieżką tao (za M. Forstater „Duchowe nauki tao”, s. 21): „Bogaty kupiec odwiedził mędrca  i poprosił go  o wykonanie pięknej kaligrafii dla jego rodziny. ‚Chciałbym, żebyś wypisał na niej receptę na szczęście’ – powiedział kupiec. Mędrzec odrzekł, że będzie ona gotowa za tydzień. Kiedy kupiec powrócił, mędrzec pokazał mu swoje dzieło, na którym było napisane: ‚Ojciec umiera, syn umiera’. Kupiec wpadł we wściekłość. ‚Co to  za recepta na szczęście!’ – krzyknął. Mędrzec wziął do ręki pędzelek, zanurzył go w atramencie i napisał: ‚Syn umiera, ojciec umiera’. ‚Wolisz w tej kolejności?’ – zapytał”.

O przemijaniu cierpienia

Niedługo wejdzie na ekrany kin film „Pokot”, oparty na powieści Olgi Tokarczuk „Prowadź swój pług przez kości umarłych”. Trailer jest przejmujący, a ja mam nadzieję, że w filmie nie zabraknie, choćby w warstwie obrazowej, głębszej refleksji nad złem. Złem jakim jest polowanie, ale nie tylko. W powieści znalazłem bowiem intrygując zdanie: „Bo jeżeli zło stworzyło świat, to dobro musi go zniszczyć”. To stwierdzenie jest godne Schopenhauera i wydaje się być nieuniknionym wnioskiem dla kogoś, kto widzi, w jakiej kondycji jest ten świat, stworzony przez proces wzajemnego pożerania się istot. Ludzie tylko ten proces udoskonalili i zmechanizowali, wytwarzając jeszcze więcej cierpienia. Przykładem może być masowe odławianie ryb w oceanach, które sprawi, że za 30 lat już ich nie będzie. Cierpienie ryb przeminie dzięki masowym połowom. Cierpienie ludzi też przeminie, bo problemy żywieniowe (plus wyczerpywanie się zasobów, zmiany klimatyczne etc.) zapowiadają depopulację na dużą skalę. Coś mi się wydaje, że dobro już na dobre wzięło się do rozprawy z tym światem.

O religii i strefie komfortu

Joseph Campbell nazwał kiedyś religię w jej popularnym, instytucjonalnym wydaniu „szczepionką przeciwko temu, co nieznane”. Szczepionka często zawiera atenuowane patogeny o znacznie obniżonej wirulencji, ale zdolne do immunologicznego oddziaływania na organizm. Zaszczepiony osobnik wytwarza przeciwciała, jego układ odpornościowy jest stymulowany i prawdopodobieństwo zachorowania maleje. Podobnie religia instytucjonalna immunizuje swego wyznawcę, chroniąc go przed doświadczeniem tego, czego doświadczył założyciel danej religii. Pobożny chrześcijanin jest uodporniany na doświadczenie ukrzyżowania, a wierny buddysta na doświadczenie oświecenia. Dzięki szczepionce, jaką jest religia, wyznawca pozostaje w obrębie tego, co znane, w ramach społecznie ustanowionego dyskursu, mającego tyle wspólnego z autentycznym z doświadczeniem religijnym co menu w restauracji z daniem, które moglibyśmy w niej zjeść. Używając popularnego obecnie zwrotu, religia instytucjonalna mówi swym wyznawcom: pozostań w strefie komfortu :).

O magicznej pałeczce

O nacjonalizmie napisano już tyle, że na pewno nic nowego nie dodam jednym wpisem, ale mogę zaoferować nową metaforę. Nacjonalizm przypomina mi bowiem taką bejsbolową magiczną pałeczkę, która ma nie tylko niezwykłą nazwę, ale i niezwykłą magiczną moc. Jest to moc przekształcania tego, co powszechne w to, co partykularne. Interes ogółu przekształca ona w interes grupy, prawdę transformuje w postprawdę, z religii uniwersalnej czyni religię plemienną, a człowieka przemienia w członka narodu. Ta magiczna moc wywodzi się z podstawowego pragnienia każdego nacjonalisty, pragnienia bycia wielkim. Bo on sam, cóż, czując się taki partykularny, nieznaczący i malutki szuka tej wielkości w czymś poza sobą. Odkrywa ową upragnioną wielkość w państwie narodowym, czy właściwie plemiennym. Dalej nie sięga, gdyż wyobrażenie odpowiednio dużego – ale nie za dużego – plemienia wysyca wszelkie jego wielkościowe potrzeby. Marsze, manifestacje, zgromadzenia, wojny i pogromy to jego żywioł. Bierze on zatem w dłoń bejsbolową magiczną pałeczkę i rusza na ulice, by przykrawać rzeczywistość do swoich wyobrażeń. Warto zatem uważać w czasie spaceru po mieście, bo jeśli napotkamy typa z magiczną bejsbolową pałeczką, możemy zostać poddani bolesnemu zabiegowi partykularyzacji.

O kondycji psychicznej Polaków

Co roku ponad 6000 ludzi w Polsce popełnia samobójstwo, czyli około 17 osób każdego dnia. A to są tylko ci, którzy wykazali się wystarczającą odwagą, by skutecznie przerwać swe rozpaczliwe życie. Możemy do tego dodać o wiele więcej, według niektórych statystyk nawet 10 razy więcej, nieudanych prób samobójczych, tzw. krzyków o pomoc. 1,5 miliona Polaków cierpi na zdiagnozowaną depresję, wydają oni rocznie ponad 300 milionów złotych na antydepresanty, czyli prawie milion złotych dziennie. 12 procent Polaków nadużywa alkoholu – to około 3,5 miliona osób. Około 25% Polaków nadużywa rozmaitych leków, głównie przeciwbólowych, na które wydają ponad 20 miliardów złotych rocznie. Jeśli chodzi o mnie, to po kwadransie szperania po internecie tych liczb już mam dosyć. Jak macie ochotę, szperajcie dalej.

O wielkich czasach

Mali ludzie uwielbiają żyć w wielkich czasach. Wyśmienity przykład takiej małości podaje Hermann Hesse w swoich zapiskach biograficznych. Pisze w nich, że czasie I wojny światowej spotkał w szpitalu dla rannych żołnierzy starą pannę, pełniącą tam obowiązki sanitariuszki. Kobieta ta opowiadała mu – na sali pełnej kalekich i cierpiących młodych mężczyzn – ze „wzruszającym entuzjazmem” o tym, jak bardzo jest „szczęśliwa i dumna, że dożyła tych wielkich czasów”. Potrzebowała wojny, by swą nudną, egoistyczną i gnuśną egzystencję uczynić czymś wartościowym i aktywnym. Tak, tym czego naprawdę potrzebuje mały człowiek to wojna, rewolucja, zniszczenie i zbiorowe cierpienie. Tylko to daje mu szansę, by swoje życie uczynić sensownym, gdyż nie jest zdolny do tworzenia, nie ma żadnych zainteresowań, nie znajduje w swym życiu nic, co wyrastałoby ponad jego skarłowaciałe „ja”, nic ponad parę wyświechtanych ideologicznych obrazków. Wielki czas jest dla niego wybawieniem, jest czasem który wynosi go wzwyż, a jego całkowicie wyzutą z sensu egzystencję wydaje się czynić czymś znaczącym. Jedynie zbiorowe szaleństwo destrukcji jest falą, na której zwykły człowiek może wznieść się wzwyż i osiągnąć coś, co jest żałosną, stadną namiastką wielkości.