Archiwum kategorii: Bez kategorii

O właściwej kolejności

Oto moja ulubiona taoistyczna przypowieść pokazująca, w pragmatycznym chińskim wydaniu, na czym polega owocujące szczęściem podążanie ścieżką tao (za M. Forstater „Duchowe nauki tao”, s. 21): „Bogaty kupiec odwiedził mędrca  i poprosił go  o wykonanie pięknej kaligrafii dla jego rodziny. ‚Chciałbym, żebyś wypisał na niej receptę na szczęście’ – powiedział kupiec. Mędrzec odrzekł, że będzie ona gotowa za tydzień. Kiedy kupiec powrócił, mędrzec pokazał mu swoje dzieło, na którym było napisane: ‚Ojciec umiera, syn umiera’. Kupiec wpadł we wściekłość. ‚Co to  za recepta na szczęście!’ – krzyknął. Mędrzec wziął do ręki pędzelek, zanurzył go w atramencie i napisał: ‚Syn umiera, ojciec umiera’. ‚Wolisz w tej kolejności?’ – zapytał”.

O przemijaniu cierpienia

Niedługo wejdzie na ekrany kin film „Pokot”, oparty na powieści Olgi Tokarczuk „Prowadź swój pług przez kości umarłych”. Trailer jest przejmujący, a ja mam nadzieję, że w filmie nie zabraknie, choćby w warstwie obrazowej, głębszej refleksji nad złem. Złem jakim jest polowanie, ale nie tylko. W powieści znalazłem bowiem intrygując zdanie: „Bo jeżeli zło stworzyło świat, to dobro musi go zniszczyć”. To stwierdzenie jest godne Schopenhauera i wydaje się być nieuniknionym wnioskiem dla kogoś, kto widzi, w jakiej kondycji jest ten świat, stworzony przez proces wzajemnego pożerania się istot. Ludzie tylko ten proces udoskonalili i zmechanizowali, wytwarzając jeszcze więcej cierpienia. Przykładem może być masowe odławianie ryb w oceanach, które sprawi, że za 30 lat już ich nie będzie. Cierpienie ryb przeminie dzięki masowym połowom. Cierpienie ludzi też przeminie, bo problemy żywieniowe (plus wyczerpywanie się zasobów, zmiany klimatyczne etc.) zapowiadają depopulację na dużą skalę. Coś mi się wydaje, że dobro już na dobre wzięło się do rozprawy z tym światem.

O religii i strefie komfortu

Joseph Campbell nazwał kiedyś religię w jej popularnym, instytucjonalnym wydaniu „szczepionką przeciwko temu, co nieznane”. Szczepionka często zawiera atenuowane patogeny o znacznie obniżonej wirulencji, ale zdolne do immunologicznego oddziaływania na organizm. Zaszczepiony osobnik wytwarza przeciwciała, jego układ odpornościowy jest stymulowany i prawdopodobieństwo zachorowania maleje. Podobnie religia instytucjonalna immunizuje swego wyznawcę, chroniąc go przed doświadczeniem tego, czego doświadczył założyciel danej religii. Pobożny chrześcijanin jest uodporniany na doświadczenie ukrzyżowania, a wierny buddysta na doświadczenie oświecenia. Dzięki szczepionce, jaką jest religia, wyznawca pozostaje w obrębie tego, co znane, w ramach społecznie ustanowionego dyskursu, mającego tyle wspólnego z autentycznym z doświadczeniem religijnym co menu w restauracji z daniem, które moglibyśmy w niej zjeść. Używając popularnego obecnie zwrotu, religia instytucjonalna mówi swym wyznawcom: pozostań w strefie komfortu :).

O magicznej pałeczce

O nacjonalizmie napisano już tyle, że na pewno nic nowego nie dodam jednym wpisem, ale mogę zaoferować nową metaforę. Nacjonalizm przypomina mi bowiem taką bejsbolową magiczną pałeczkę, która ma nie tylko niezwykłą nazwę, ale i niezwykłą magiczną moc. Jest to moc przekształcania tego, co powszechne w to, co partykularne. Interes ogółu przekształca ona w interes grupy, prawdę transformuje w postprawdę, z religii uniwersalnej czyni religię plemienną, a człowieka przemienia w członka narodu. Ta magiczna moc wywodzi się z podstawowego pragnienia każdego nacjonalisty, pragnienia bycia wielkim. Bo on sam, cóż, czując się taki partykularny, nieznaczący i malutki szuka tej wielkości w czymś poza sobą. Odkrywa ową upragnioną wielkość w państwie narodowym, czy właściwie plemiennym. Dalej nie sięga, gdyż wyobrażenie odpowiednio dużego – ale nie za dużego – plemienia wysyca wszelkie jego wielkościowe potrzeby. Marsze, manifestacje, zgromadzenia, wojny i pogromy to jego żywioł. Bierze on zatem w dłoń bejsbolową magiczną pałeczkę i rusza na ulice, by przykrawać rzeczywistość do swoich wyobrażeń. Warto zatem uważać w czasie spaceru po mieście, bo jeśli napotkamy typa z magiczną bejsbolową pałeczką, możemy zostać poddani bolesnemu zabiegowi partykularyzacji.

O kondycji psychicznej Polaków

Co roku ponad 6000 ludzi w Polsce popełnia samobójstwo, czyli około 17 osób każdego dnia. A to są tylko ci, którzy wykazali się wystarczającą odwagą, by skutecznie przerwać swe rozpaczliwe życie. Możemy do tego dodać o wiele więcej, według niektórych statystyk nawet 10 razy więcej, nieudanych prób samobójczych, tzw. krzyków o pomoc. 1,5 miliona Polaków cierpi na zdiagnozowaną depresję, wydają oni rocznie ponad 300 milionów złotych na antydepresanty, czyli prawie milion złotych dziennie. 12 procent Polaków nadużywa alkoholu – to około 3,5 miliona osób. Około 25% Polaków nadużywa rozmaitych leków, głównie przeciwbólowych, na które wydają ponad 20 miliardów złotych rocznie. Jeśli chodzi o mnie, to po kwadransie szperania po internecie tych liczb już mam dosyć. Jak macie ochotę, szperajcie dalej.

O wielkich czasach

Mali ludzie uwielbiają żyć w wielkich czasach. Wyśmienity przykład takiej małości podaje Hermann Hesse w swoich zapiskach biograficznych. Pisze w nich, że czasie I wojny światowej spotkał w szpitalu dla rannych żołnierzy starą pannę, pełniącą tam obowiązki sanitariuszki. Kobieta ta opowiadała mu – na sali pełnej kalekich i cierpiących młodych mężczyzn – ze „wzruszającym entuzjazmem” o tym, jak bardzo jest „szczęśliwa i dumna, że dożyła tych wielkich czasów”. Potrzebowała wojny, by swą nudną, egoistyczną i gnuśną egzystencję uczynić czymś wartościowym i aktywnym. Tak, tym czego naprawdę potrzebuje mały człowiek to wojna, rewolucja, zniszczenie i zbiorowe cierpienie. Tylko to daje mu szansę, by swoje życie uczynić sensownym, gdyż nie jest zdolny do tworzenia, nie ma żadnych zainteresowań, nie znajduje w swym życiu nic, co wyrastałoby ponad jego skarłowaciałe „ja”, nic ponad parę wyświechtanych ideologicznych obrazków. Wielki czas jest dla niego wybawieniem, jest czasem który wynosi go wzwyż, a jego całkowicie wyzutą z sensu egzystencję wydaje się czynić czymś znaczącym. Jedynie zbiorowe szaleństwo destrukcji jest falą, na której zwykły człowiek może wznieść się wzwyż i osiągnąć coś, co jest żałosną, stadną namiastką wielkości.

O męsplikacji

To okropne słowo to spolszczenie angielskiego terminu mansplaining. Oznacza ono sytuację, gdy mężczyzna, autorytatywnie i konkluzywnie, objaśnia świat kobiecie. A nawet nie tyle objaśnia, ile przemawia ex cathedra, jako ten, który wie lepiej, bo jest mężczyzną. To on bowiem jest ekspertem, on jedynie umie argumentować i tylko on może kobiecie wyjaśnić, co ona tak naprawdę myśli, tylko on potrafi rozjaśnić zagmatwany wszechświat jej myśli, wprowadzić porządek w jej chaos mentalny. Znamy takich mężczyzn, zawsze „lepiej wiedzących”, zawsze dysponujących „pełnymi informacjami” na dowolny temat, mistrzów czynienia wrażenia, że znają się na wszystkim. Tak naprawdę są jednak tylko mistrzami opinii, naciąganych mniemań i wziętych z sufitu sądów i, co najważniejsze, ani w ząb nie rozumieją kobiet. Rozsądna kobieta wie o tym i spławia męsplikera. Także myślący facet, który ma okazję przysłuchać się tyradzie męsplikera, już po chwili wie, że ów jest kretynem. Niestety jednak istnieją kobiety, i wcale nie jest ich tak mało, które ulegają mentalnemu „urokowi” męsplikerów, spijając z ich ust „objawione” prawdy. Jest to zjawisko analogiczne do tego, że niektórzy mężczyźni ulegają powierzchownemu urokowi cielesności kobiet, dla ładnej buzi i krągłych kształtów wyzbywając się ostatniego grama swego rozsądku. Zastanawiam się, czy nie są w tym bardziej żałośni niż kobiety dające posłuch idiotom. Ale cóż, tak kręci się ten światek, w tym nowym roku i we wszystkich, jakie jeszcze nastąpią. Happy New Year!

O nieuchronnej porażce

Leszek Kołakowski jest autorem jednej z najbardziej zwięzłych definicji religii: „Religia jest sposobem, w jaki człowiek akceptuje swoje życie jako nieuchronną porażkę”. Życie człowieka kończy się śmiercią, która miłosiernie kładzie kres owej nieuchronnej porażce. Jednak dopóki wierzący żyje, dopóty jego wiara daje mu pocieszenie, gdyż daje wizję kontynuowania istnienia w doskonalszej postaci aż poza granice śmierci. Dzięki temu snucie opowieści o bogu, niebie i dalszym życiu nie jest dla wierzącego jedynie sposobem na wyzbycie się lęku przed śmiercią, lecz także pozwala mu zaakceptować swoje życie bez względu na to, jak ono przebiega. Wypełniwszy swój umysł doktrynami jakieś religii wierzący odcina się od swojego prawdziwego życia i dopiero po tym zabiegu je akceptuje – ale tylko jako apendyks do wieczności. Wtedy świadomość nie jest mu więcej brzemieniem, bo już jej nie ma, została zastąpiona zestawem religijnych wyobrażeń symulujących realny świat i odsyłających do idealnej egzystencji post mortem. To jest cena, jaką homo sapiens płaci za możliwość przetrwania. Wszelkie mity i doktryny religijne są bowiem wyrazem zapomnienia i odrzucenia podstawowego ludzkiego doświadczenia znikomości i absurdalności życia. Dlatego pozwolę sobie zaproponować jeszcze bardziej zwięzłą definicję religii, w trzech słowach oddającą wszystko, co człowiek zawsze w niej widział. Brzmi ona: będzie happy end.

O brakującym słowie

W swej „Etyce” Benedykt Spinoza wypowiada ciekawą uwagę: „Twierdzenie 21 wyjaśnia nam, co to jest współczucie, które możemy zdefiniować jako smutek, powstały z czyjegoś nieszczęścia. Nie wiem jak nazwać radość powstającą z czyjegoś dobra”. Jest czymś przejmująco tragicznym, że ten wielki filozof, który spędził lata na badaniu tajników duszy ludzkiej i sposobów jej wyzwolenia, nie zna  słowa na określenie takiego uczucia. Ale nie tylko Spinoza nie zna takiego słowa. Pytałem często wielu ludzi o jedno słowo określające radość z cudzego szczęścia. Nikt nie znał takiego słowa, wielu tworzyło jakieś zbitki typu „współradość”. Cóż, najwidoczniej zbyt rzadko odczuwamy radość z cudzego szczęścia, tak rzadko, że owo uczucie nawet nie ma szans zakorzenić się w naszej świadomości w postaci słowa.

O globalnej wiosze

Marshall McLuhan dawno temu głosił, że świat zmierza w kierunku globalnej wioski. Jego proroctwa się spełniają, jednak jak to zwykle bywa, w formie nieco odmiennej od tej ogłoszonej przez proroka. Osiągamy oto stan globalnej wiochy. Czym się wioska różni od wiochy? W każdej wiosce był wiejski głupek, lokalny wariat, stanowiący konieczny element życia wsi, dodający jej kolorytu, błąkający się na jej peryferiach. Wariaci chodzący na wolności zasadniczo nie są niebezpieczni, no chyba że obejmą urząd publiczny. Gdy zatem wiejski głupek zostanie wójtem i zajmie centralne miejsce, to robi się i śmiesznie i strasznie, bo wtedy wioska zamienia się w wiochę. By ująć to w dosadnej metaforze – dopóki tyłek pozostaje na swoim miejscu spełnia funkcję do której jest powołany, jest czymś pożytecznym. Gdy jednak uzurpuje sobie prawo bycia twarzą, to pogrążamy się w szambie. A dzisiaj dzięki mediom elektronicznym najgłębsze pokłady głupoty wypływają na wierzch i sadowią się w centrum życia społecznego. Następuje „przewartościowanie wszystkich wartości” i „powrót wypartego” w karykaturalnej postaci. Po raz kolejny „przemija postać tego świata”, rodzi się globalna wiocha, w której już nikt nie będzie wiedział, skąd pochodzą cytowane słowa.