Archiwa miesięczne: Maj 2026

O podróżowaniu na Wschód

Heinrich Zimmer, znakomity indolog i przyjaciel Junga, napisał kiedyś, że prawdziwych bogów, których szukamy na Wschodzie, możemy odkryć tylko w sobie. Ci bogowie to nic innego jak iluzyjne formy oświecenia, do którego tak bardzo lgnął od zawsze człowiek Zachodu. Podobnego zdania co Zimmer był Hermann Hesse, autor archetypowego opowiadania „Podróż na Wschód”. Jego bohaterowie też odnajdują duchową jedność w sobie. Ludzie Zachodu, którzy dosłownie udawali się na Wschód, do Indii czy Japonii, musieli w tej podróży zważać bardzo na swoją duszę. Jung w 1938 roku udał się do Indii, by odebrać doktoraty honorowe od trzech tamtejszych uczelni. Zachorował i szybko wrócił na Zachód, studiując na statku pisma zachodnich alchemików. Zimmer miał do niego żal, że nie spotkał się ze Śri Ramaną Mahariszim.
Tak, Wschód w sensie geograficznym nie jest dla wszystkich. Ale wszyscy mają Wschód w swoim wnętrzu, Dla Hessego podróż na Wschód to metafora drogi życia, czyli tego, co Jung nazywał indywiduacją. Jeżeli będzie nam dane jej doświadczyć, dotrzemy do samych siebie. Odnajdziemy Wschód w nas samych, który uczenie zwany jest przez psychologię nieświadomością. A ta, jako to, co nieznane w nas, co ciemne i trudne do poznania, zarazem jest źródłem oświecenia (ex oriente lux).
Wschód jest nocą, z której wyłania się jutrzenka, jest źródłem światła i oświecenia. Każda istota dąży do światła, które rodzi się z ciemności. Ciemność budzi też obawy, lęk. Boimy się Wschodu w nas, bo on przynosi zmiany. Jak mówi modlitwa alchemiczna: „Oczyść straszliwe ciemności naszego umysłu, rozpal światło rozumu”. To oczyszczenie jest bolesne, bo wiąże się z pozbyciem przywiązań i iluzji, które tak lubimy. Podróż na Wschód to nie egzotyczna przygoda, to trudna droga samopoznania.
Tak to z tymi podróżami bywa. Wymagają wysiłku, ale co najważniejsze – potrzebna jest mapa. I podróżujący na Wschód szukali na nim właśnie owej mapy, mapy duszy. Jung sto lat temu nazwał Zachód „krainą duchowych bezdroży”. Na tych bezdrożach pomocne są mapy, z których większość obecnie pochodzi ze Wschodu. Siedem czakr to najlepiej znany przykład takiej mapy duszy. Ośmioraka ścieżka jogi klasycznej to inny przykład. A sięgając dalej, gra przeciwieństw in i jang chińskiego taoizmu wytycza nie tylko dynamikę duszy, ale i wszechświata.
Dziś Zachód nie jest już ziemią jałową, został zapłodniony przez pochodzące ze Wschodu nurty duchowe, których wyznawcy i praktykujący nie są już tylko naśladowcami, jak to dawniej bywało, ale twórczo asymilują poznawane treści. Żyjemy w czasach ogólnoplanetarnej syntezy, w której kotle mieszają się idee ze Wschodu i typowy dla Zachodu pęd do ducha.

O szczęściu po pięćdziesiątce

Obejrzałem niedawno ciekawą prezentację dwóch studentek. Tematem było szczęście i to, czy można się nauczyć być szczęśliwym. Dużo by mówić. Studentki przytoczyły pewne badania natury statystycznej, poczynione przez sławnego psychologa, Otóż wykazał on, że jesteśmy najszczęśliwsi w młodości – z czym, jako z tezą ogólną można się zgodzić – a stajemy się najbardziej nieszczęśliwi w 47 roku życia. Natomiast po pięćdziesiątce nasze szczęście już tylko rośnie.
Chcę jednak pisać o czymś innym. Po wysłuchaniu prezentacji zaprosiłem studentów do dyskusji. Odezwał się jeden z nich, który zapytał czy mogę potwierdzić ową tezę, że po pięćdziesiątce poczucie szczęścia rośnie (a moje sześćdziesiąt ponad lat daje mi niejaką perspektywę do tej refleksji). I czy różni się ono od tego szczęścia lat młodzieńczych. Ponieważ lubię osobiste pytania, postarałem się mu odpowiedzieć.
Czy po pięćdziesiątym roku życia byłem szczęśliwszy niż wcześniej? Możliwe, że tak. Sporo się działo wtedy w moim życiu. Ale o tym nie będę pisał. Zastanowiła mnie bowiem druga część pytania. Czy szczęście nastolatka różni się od szczęścia osoby po pięćdziesiątce? Byłem skłonny przyznać, że tak. To, co daje szczęście młodej osobie wydaje się pochodzić z tego, co jej się przydarza po raz pierwszy, na przykład romantyczny związek, osiągnięcia osobiste, poznanie niezwykłych ludzi itd.
Nie wiem jednak czy owa pierworaźność jest podstawą różnicy szczęść. Tak sądzi wielu ludzi i po czterdziestce i pięćdziesiątce robią oni coś, czego dotąd w życiu nie robili. Często jest to realizacja marzeń zaniedbanych po przekroczeniu progu młodości (i w młodości nie zrealizowanych). Te robione po raz pierwszy w życiu rzeczy mają im dać szczęście. Niestety, często kończy się na impulsie, który wypala się niczym flara na ciemnym niebie. Tak więc szczęście po pięćdziesiątce musi polegać na czymś innym.
Pytanie studenta dotyczyło różnicy jakości szczęść. Być może opasła powieść by oddała różnicę ową najlepiej. Ja posłużę się krótszą formą, metaforą poranka i popołudnia. Otwierając rano oczy i z otwartym umysłem chłonąc świat, czujemy szczęście. Serce nam bije, oczekując w radości wydarzeń dnia. Natomiast po całym dniu, siadając przed domem i zmrużonymi oczami wpatrując się w zachodzące Słońce, czujemy szczęście. Inne niż to o poranku, bardziej spokojne, refleksyjne, wysycone doświadczeniami mijającego dnia i akceptacją przemijania. I na tym według mnie polega różnica szczęść.
I jeszcze jedno – osoba młodą, która doświadcza poranku życia, jest przekonana, że to cała treść i esencja życia. Trudno jej pojąć, nawet intelektualnie, że istnieje inne doświadczanie życia, owo popołudniowe. Ciekawość, jak u mego studenta, sięga ku późnym dekadom, ale słowa jej nie zaspokoją. Trzeba trochę pożyć, by sobie powiedzieć w pewnym wieku: „A więc to tak?”

O wykuwaniu własnego losu

Tytułowy zwrot wymaga wyjaśnienia. Początkiem owego wykuwania nie jest bowiem akt świadomości, ale nagły, wewnętrzny impuls. Gdy go tylko odczujemy, pozwólmy mu okrzepnąć i stać się postanowieniem. Wtedy, gdy jeszcze nie wiemy dokąd nas doprowadzi, pozwalamy mu działać. Podejmujemy wtedy właściwe wykuwanie, które polega na wytyczeniu ścieżki natchnienia. To ona, będąca zespoleniem wewnętrznego impulsu i świadomego postanowienia tworzy właściwy czyn.
Tak odbywa się kucie własnego losu. W kategoriach psychologicznych chodzi o relację między nieświadomością a świadomością. Nieświadomość oferuje to, co nieznane i nieprzewidziane. Świadomość natomiast adaptuje nas to do ogólnych wymagań. Efektem tej współpracy możemy być zaskoczeni, a nawet powinniśmy być zaskoczeni.
Bo wykuwanie własnego losu to nie wytyczanie jego ścieżki wedle pragnień ego. To badanie tego, co nam przeznaczone. Bardziej przypomina taoistyczne niedziałanie (wu-wei), gdyż nie polega na forsowaniu zamiarów ego. Los swój zatem raczej odkrywamy niż kujemy.

O dojrzewaniu

Powiedzenie o kimś lub czymś, że jest dojrzały ma zwykle pozytywne konotacje. Dojrzały człowiek albo dojrzały owoc. To brzmi dobrze. Bo niedojrzały to znaczy niepełny, niegotowy. Dojrzały to ten, który osiągnął pewną granicę. Owoc na drzewie jest dojrzały, znaczy to, że może już odpaść z drzewa. Osiągnął swoją pełnię.
Ktoś może jednak zauważyć z niepokojem, że dojrzały to ten, który nie może się dalej rozwijać. Jego los się zakończył, jest tym, czym jest. Oto osiągnął to, czego pragnął. Już nie może wzrastać. Dojrzały znaczy gotów skończyć się i umrzeć. To ciemna strona dojrzewania.
Poeta kiedyś napisał: „Każde pytanie jest wrogiem mimowolnym swojej odpowiedzi”. Podobnie dojrzewanie jest wrogiem mimowolnym dla dojrzewającego. Oto bowiem mogę stać się sobą, dojrzeć. I już nic więcej. Ale może jednak droga jest ważniejsza od jej celu?

O tao

Mając w pamięci pierwsze słowa Tao-te-king, mówiące, że tao, które można wyrazić słowami nie jest prawdziwym tao, spróbuję jednak coś napisać. Pisanie o tao jest bowiem wzorcowym przypadkiem odejścia od tao, bo dla taoistów język był konwencją. I tu pojawia się pytanie, które wiele razy mi zadawano: Czy można odejść od tao, skoro jest ono wszystkim i wszystko przenika?
Istnieje wiele opowieści, które zdają się sugerować, że od tao można odejść, można od niego odpaść. Oto jedna z nich, ulubiona opowieść Junga: „Była wielka susza, przez wiele miesięcy nie spadła ani kropla deszczu i sytuacja stała się katastrofalna. Katolicy urządzali procesje, protestanci odmawiali modlitwy, a Chińczycy palili kadzidła i strzelali z pistoletów, aby odstraszyć demony suszy, ale bez rezultatu.
W końcu Chińczycy powiedzieli: ‚Sprowadzimy twórcę deszczu’. I z innej prowincji pojawił się wysuszony starzec. Jedyne, o co poprosił, to cichy mały domek, w którym zamknął się na trzy dni. Czwartego dnia zebrały się chmury i spadł deszcz, a nawet śnieg. Richard Wilhelm poszedł zapytać starca, jak to zrobił.
W prawdziwie europejskim stylu powiedział: ‚Nazywają cię twórcą deszczu; powiesz mi, jak sprawiłeś, że spadł śnieg?’
A twórca deszczu powiedział: ‚Nie sprawiłem, że spadł śnieg; nie jestem za to odpowiedzialny’.
‚Ale co robiłeś przez te trzy dni?’
‚Och, mogę to wyjaśnić. Pochodzę z innego kraju, gdzie wszystko jest w porządku. Tutaj nie jest tak, jak powinno być zgodnie z rozporządzeniem niebios. Dlatego cały kraj nie jest w Tao, a ja również nie jestem w naturalnym porządku rzeczy, ponieważ jestem w kraju, w którym panuje nieporządek. Więc musiałem czekać trzy dni, aż wrócę do Tao, a potem naturalnie spadł deszcz’.”
Czy zatem można odpaść od tao? Być z nim w niezgodzie? Opowieść sugeruje, że tak. Ale można odpaść tylko od nazwanego tao, które jest „rodzicielką dziesięciu tysięcy rzeczy”. Jest jeszcze tao nienazwane, od którego nic nie może odpaść. Ale nawet owo nienazwane nie jest abstrakcyjnym absolutem, niezmiennym i wiecznym. Jest czymś konkretnym, czymś, co staje się dzięki człowiekowi praktykującemu wu wei, czyli niedziałanie, tak jak to zrobił jak starzec w przytoczonej opowieści.