Archiwum kategorii: Bez kategorii

O antropocentryzmie

Antropocentryzm, jak sama nazwa głosi, stawia człowieka w centrum wszechrzeczy. Niegdyś przybierał głównie postać religijną, której mottem są słynne słowa z Księgi Rodzaju: „Zaludniajcie ziemię i miejcie nad nią władzę”. Obecna postać antropocentryzmu nie ma już formy religijnej, lecz ubiera się w szaty pseudonaukowe i występuje w dwóch odmianach. Pierwszą odmianę spotkamy często w toczących się dyskusjach o Puszczy Białowieskiej. Argument antropocentryczny w tym przypadku brzmi: ludzie tak zmienili środowisko, że puszcza sobie nie poradzi i teraz musimy jej pomóc, wyciąć chore drzewa i ją uratować. Uogólniając – bez człowieka biosfera nie przetrwa. „To, co człowiek zepsuł, tylko człowiek może naprawić” to motto wyznawców pierwszej odmiany antropocentryzmu. Wyznawcy drugiej odmiany, którzy uważają, że człowiek nie ma wpływu na zmiany klimatyczne i globalne ocieplenie, także są antropocentryczni. Ich zaprzeczanie pozwala im wierzyć, że człowiek może bez ograniczeń eksploatować Ziemię, która zawsze będzie nieograniczonym źródłem zasobów i będzie się wiecznie regenerować. Traktują Ziemię jak gigantyczną dojną krowę. Ich motto brzmi: „Krowa jest nieskończona”. Tym, co łączy obydwie odmiany antropocentryzmu jest nadmiarowa wiara w ludzkie możliwości poznawcze, szalone przekonanie, że ten okruszek wiedzy o biosferze, jaki posiadamy, daje nam prawo do ingerencji w życie na Ziemi.

O polskiej polaryzacji

Wczoraj na moich zajęciach o mało co nie doszło do wybuchu kłótni w kwestiach politycznych. Podniesione tony głosu paru osób raczej nie zapowiadały początku dyskusji merytorycznej. Przerwałem wymianę ocen i wróciliśmy do toku zajęć. Przez chwilę mogłem jednak zaobserwować w pełnej krasie wszystkie symptomy naszej polaryzacji. Oto ich krótka charakterystyka:
– silne emocje i powtarzalne zachowania werbalne, które mają charakter czysto reaktywny, tj. są wywoływane i podsycane przez wypowiedzi drugiej strony;
– każda ze stron skupia się tylko na tych argumentach, domniemaniach i być może faktach, które potwierdzają wyłącznie jej punkt widzenia;
– żadna ze stron nie podejmuje prób jakiejkolwiek dyskusji, trwając przy swoich racjach i broniąc ich jak ostatniej reduty prawdy ostatecznej;
– wizja świata propagowana przez obydwie strony jest uproszczona, pozbawiona wszelkiego zniuansowania, czarno-biała aż do bólu;
– wreszcie na koniec trudno uciec od konstatacji, że wyznawane przez obie strony poglądy mają tak wysoki stopień autonomii, że to raczej one rządzą umysłami ludzi, niż że to ludzie je wyznają.
Jaki stąd wniosek? Przy narastającej polaryzacji może dojść do nagłej zmiany sytuacji, jak w przypadku przeskoku iskry elektrycznej. Jednym z wyników takiego przeskoku może być pożar…

O karmieniu piersią

W 2010 roku zmarł w wieku 93 lat Tsutomu Yamaguhi. Był on jednym człowiekiem, któremu było dane przeżyć dwa razy coś, co zabiło setki tysięcy osób. Yamaguhi przeżył wybuch bomby atomowej w Hiroszimie, ale potem postanowił uciec do… Nagasaki. Przeżył więc dwa wybuchy atomowe – jak dotąd jedyne, które były wymierzone w ludność cywilną w czasie wojny. Przed swoją śmiercią zaproponował następująca receptę dla przetrwania ludzkości: „Jedynymi ludźmi, którym powinno się pozwolić rządzić państwami z bronią atomową, są matki, które nadal karmią piersią swoje dzieci”. Można go wyśmiać jako idealistę. Jednak ze wszystkich rodzajów ludzi karmiące matki są być może najmniej skłonne do przemocy i to ze wszelkich możliwych powodów – od hormonalnych po społeczne. To predestynuje je do ochrony życia, które mężczyźni często chętnie oddają, a jeszcze chętniej zabierają, w imię abstrakcyjnych i pustych wartości, takich jak honor, prestiż czy naród. Niestety jak dotąd jednym dostępnym kobietom sposobem ochrony życia jest dawanie go kolejnym pokoleniom, wystawianym potem na krwawe męskie rozrywki. Karmiące matki są w rozwiniętych społeczeństwach osobami, które mają mało do powiedzenia. Nawet próba karmienia piersią w miejscu publicznym kończy się często skargami o obrazę moralności. Co jest złego w widoku kobiety karmiącej piersią? To doprawdy dla mnie absolutnie niepojęte. Pamiętam, jak jako świeżo upieczony asystent prowadziłem w listopadzie 1994 roku jedne z pierwszych swoich zajęć. Studentka przyszła na nie z małym dzieckiem, które zaczęła karmić piersią pod koniec ćwiczeń. Przeszedłem na tym do porządku dziennego – doprawdy nie wiem dlaczego miałbym cokolwiek robić, przecież karmiła swoje dziecko.

O czytaniu

Czytanie książek uczy nas czegoś, co jest konieczne dla rozwoju świadomości – przyjmowania innego niż nasze spojrzenia na rzeczywistość. Czytając patrzę na świat oczami drugiego człowieka, przeżywam jego myśli w swoim wnętrzu i przekonuję się, że ten strumień świadomości, który przepływa przez moją głowę, a który zawsze odbieram w pierwszej osobie liczby pojedynczej, można zastąpić choćby na chwilę innym strumieniem. To najbardziej elementarna forma empatii, to najprostszy i dostępny wszystkim sposób stawiania się na miejscu innego człowieka. Czytanie książek pozwala nam przyjmować perspektywę innych ludzi i współdzielić z nimi różnorodność postrzegania świata. Jestem świadom tego, że istnieją doskonalsze formy kształcenia współczucia i empatii, ale czytanie książek dzięki swej powszechności ma nieocenioną zaletę, jaką jest łatwość dostępu do słowa drukowanego w naszych czasach. A na koniec chciałbym przypomnieć, że nie warto być człowiekiem tylko jednej książki, choćby najświętszej, bo to zabija umysł i empatię.

O ciszy

Jedną z pierwszych znaczących chwil w moim życiu było usłyszenie ciszy. Miałem wtedy może jakieś 3 albo 4 lata. Położyłem się na kanapie, nikogo nie było w domu. Żadne dźwięki nie dochodziły też z zewnątrz (ulica, przy której mieszkałem była wówczas drogą gruntową, nieskalaną ruchem samochodów). Wtedy ze zdziwieniem uświadomiłem sobie, że nie jest cicho, że słyszę subtelny szum w moich uszach. To było moje pierwsze uchwycenie różnicy między przekonaniem na jakiś temat, a doświadczeniem, jak jest naprawdę. Nie wiem doprawdy, skąd w umyśle tak małego dziecka pojawiło się przekonanie, że gdy dookoła panuje cisza to oznacza, że absolutnie nic nie słychać. Przekonaniu temu przeciwstawiło się moje doświadczenie. Doświadczenie mi powiedziało, że w ciszy – i dzięki ciszy – słyszę pulsowanie własnej krwi, bicie serca, cały zestaw najcichszych dźwięków wydawanych przez maszynerię mego ciała. W tym sensie można powiedzieć, że przeżycie to – tak subtelne, a przecież zapamiętane przeze mnie – było moim pierwszym doświadczeniem filozoficznym.

O ostatecznym narkotyku

Ponad 50 lat temu Aldous Huxley w eseju „Ostateczna Rewolucja” wyrażał obawę, że już za dwa pokolenia zostanie wynaleziony narkotyk, który sprawi, że ludzie pokochają swoje uciemiężenie i dyktatury przyszłości będą „dyktaturami bez łez”. Tak rzeczywiście się stało, ale ten narkotyk nie jest chemiczną substancją, lecz przenika naszą rzeczywistość jak powietrze. To internet, a przede wszystkim te jego obszary, które tworzą jego użytkownicy (chociaż także współczesne „dziennikarstwo” sprawia, że najtrudniej w sieci znaleźć coś, co by przypominało informację). W internecie każdy, dosłownie każdy może zaistnieć na dłużej niż przysłowiowe 5 minut sławy, o których pisał niegdyś Andy Warhol. Każdy idiota może sobie założyć stronę i ogłaszać na niej co mu ślina na język przyniesie. Każdy debil może zabrać głos w dyskusji na forach i wypowiadać dowolne kretyństwa. Na rozmaitych internetowych rozsadnikach głupoty co chwila spotkamy całe oceany pozbawionych grama uzasadnienia osądów. Każdy może się wypowiedzieć – a wyrażanie własnej opinii to właśnie ów najdoskonalszy narkotyk, który nie wymaga wprowadzania do organizmu czegokolwiek z zewnątrz. Jego doskonałość polega na tym, że doprowadza ludzi do ekstazy tylko dzięki temu, że mogą oni wylać z siebie zawartość swoich ograniczonych, egocentrycznych umysłów, wzajemnie intoksykując się głupotą. Bajdurząc, bełkocząc, plotąc i hejtując ludzie wprowadzają się w zbiorowy trans, tracą resztki rozsądku i ostatnie okruchy świadomości. I tak oto u swego schyłku cywilizacja wynalazła ostateczny narkotyk, który osłodzi jej upadek.

O kolapsie cywilizacji, z akcentem osobistym

W Paryżu trwa szczyt klimatyczny. Jest on kolejną próbą zaradzenia negatywnym wpływom, jakie cywilizacja przemysłowa wywiera na naszą planetę. Wszystko przemawia za tym, że tak jak na wszystkich poprzednich szczytach zostaną podjęte podniosłe rezolucje, które nigdy nie będą zrealizowane. Globalne ocieplenie będzie postępowało, gdyż jest ono wynikiem rakowatego wzrostu naszej cywilizacji, konsumującej paliwa kopalne i zasoby w tempie wykładniczym. Nic nie zapowiada, by nastawiona na maksymalizację zysku gospodarka planetarna zeszła ze swego kursu, którego utrzymywanie grozi kolapsem cywilizacji, zapowiadanym już w 1992 roku w książce „Przekraczanie granic” D.H i D.L. Meadowsów. Czytałem jej polskie wydanie w 1995 roku i byłem pod wrażeniem prognoz, zilustrowanych wieloma wykresami, które przedstawiały mniej lub bardziej gwałtowne załamanie się naszej cywilizacji około roku 2040. Pamiętam, jak pod koniec lat dziewięćdziesiątych siedzieliśmy z profesorem Andrzejem Wiercińskim, promotorem mojej pracy doktorskiej i wieloletnim mentorem, w restauracji dworcowej w Krakowie. Jedna z dwu towarzyszących nam osób zapytała profesora Wiercińskiego jak zapatruje się na prognozy upadku cywilizacji po 2040 roku. Wierciński odpowiedział, że gdyby dożył czasów, w których nasza cywilizacja zaczęła by się chylić ku upadkowi, to byłby zadowolony – zadowolony z tego, że model się sprawdził. Profesorowi, zmarłemu w 2003 roku, nie dane było dożyć tych czasów i uzyskać owej podstawowej satysfakcji poznawczej naukowca. Obecnie Daniel Meadows zapowiada, że kryzys może przyjść wcześniej, już około roku 2030, a kluczowe dla jego prognoz będą lata 2015- 2020. Jeśli nic nie zrobimy w ciągu tych ostatnich lat sprawdzą się niekorzystne dla planety prognozy. W świetle tych hipotez z pewną niecierpliwością i podniecającym dreszczem zastanawiam się, czy to może mnie spotka satysfakcja ujrzenia jak model opracowany przez Meadowsów i wielu innych badaczy ulega weryfikacji.

O zwierzętach i filozofach

Zawsze zastanawiało mnie skąd biorą się wypowiedzi filozofów na temat zwierząt, chełpliwie ogłaszające wyższość ludzi nad zwierzętami. Według nich tylko ludzie są obdarzeni rozumem i wolną wolą, a zwierzęta są co najwyżej ożywionymi automatami, jak chciał tego Kartezjusz. Skoro żaden z nich nigdy nie był zwierzęciem, to skąd mogą wiedzieć, że zwierzęta nie posiadają też duszy, owego nieśmiertelnego impulsu energii, którym Bóg miał obdarzyć tylko ludzi? Przez tysiące lat najmędrsze umysły Europy uznawały fundamentalną różnicę pomiędzy ludźmi a zwierzętami za coś oczywistego. A tymczasem owo powszechne złudzenie kulturowe może mieć całkiem proste źródło. Otóż aż do XIX wieku ludzkość europejska nie miała w ogóle do czynienia z małpami człekokształtnymi – takimi jak szympansy, orangutany czy goryle. Filozofowie od Arystotelesa po Kartezjusza wyciągali swoje wnioski o zwierzętach tylko na podstawie kontaktu z psami, kotami, szczurami, kurami czy końmi. Nigdy nie mieli okazji zobaczyć żadnego zwierzęcia należącego do rodziny człowiekowatych, której częścią jest Homo sapiens. Podobno na samym Darwinie wywarło niesamowite wrażenie obserwowanie orangutana o imieniu Jenny w Londynie w 1838 roku. Jego teoria ewolucji była milowym krokiem w podważaniu ulubionej przez szowinistów gatunkowych wszystkich epok koncepcji „radykalnej nieciągłości”, która miałaby wytyczać nieprzekraczalną granicę pomiędzy człowiekiem a zwierzęciem. Dziś już wiemy, że emocjonalnie szympans od nas nie obiega niczym, a pokrewieństwo genetyczne między człowiekiem a szympansem sięga 98%. Szympans być może nie potrafi przeprowadzić rozumowania zgodnego z sylogizmami Arystotelesa, ale jego myślenie zawiera wszystkie podstawowe elementy myślenia ludzkiego. Czasem nieco lekceważąco mówi się o zwierzętach jako o naszych braciach mniejszych. A tymczasem tak naprawdę są to nasi bracia starsi, z których się wywodzimy i którym jesteśmy winni opiekę, tak jak opiekujemy się swoimi rodzicami na starość. Zamiast tego fundujemy zwierzętom w naszej cywilizacji nieustanny holokaust, doprowadzając do ginięcia dziesiątków tysięcy dzikich gatunków rocznie i zjadając kilkadziesiąt miliardów zwierząt hodowlanych rocznie.

O ruminacji

Nie tak dawno napisałem parę słów o uważności (tu). Zastanowiło mnie jednak, co jest jej przeciwieństwem. Bo przecież nie może chodzić o jakąś prostą nieuwagę, rozproszenie nie mające żadnej przyczyny. Postawiłem sobie pytanie – co robimy gdy jesteśmy nieuważni? Odpowiedź wszyscy doskonale znamy: przeżuwamy swoje myśli. Psychologia ma na to piękne określenie – to ruminacja (od łacińskiego „ruminatio” czyli przeżuwanie właśnie). To stan gdy nieustannie w naszej świadomości pojawiają się obsesyjnie myśli, zwykle negatywne, dotyczące czegoś co, jak nam się wydaje, nie zrobiliśmy („Czy zamknąłem drzwi?”) albo zrobiliśmy ( „Dlaczego się tak głupio zachowałem wobec niej?”). W skrajnej postaci ruminacja obecna jest w tzw. zespole kompulsywno-obsesyjnym, ale każdy z nas jej doświadcza nieustanie na co dzień w mocniejszej lub łagodniejszej postaci. Najprzyjemniejsza – do czasu – jest ruminacja spowodowana zakochaniem, gdy nasze myśli krążą wokół ukochanej osoby jak sępy nad padliną. O wiele mniej przyjemna odmiana ruminacji pojawia się w stanach depresyjnych. W obydwu przypadka jednak sytuacja jest identyczna – podobnie jak rząd ssaków noszących nazwę Ruminantia, czyli Przeżuwacze, do których należą nasze poczciwe krowy, ale też żyrafy czy antylopy, nieustannie przeżuwamy zawartość naszego umysłu. To biologiczne odniesienie może nam nasunąć odpowiedź na pytanie dlaczego nasz umysł funkcjonuje w taki sposób. Przeżuwacz szybko napełnia żołądek treścią pokarmową, by uniknąć zagrożenia ze strony drapieżników, a potem w spokojnym miejscu zawartość żołądka jest zwracana z powrotem do paszczy i z namaszczeniem przeżuwana. Podobnie my szybko konsumujemy treści, które dochodzą do naszej świadomości, ale ich nie przetrawiamy – bo nie jesteśmy uważni w danej chwili! – i zostawiamy je sobie niejako na później. Bez końca oddajemy się wtedy „przemyśleniom” na temat tego, co na się wydarzyło w ciągu dnia, tworzymy niestworzone historie i wariacje na temat sytuacji, w których zawiedliśmy, w których nie zachowaliśmy się tak, jak nam się wydaje, że powinniśmy się zachować. Bez końca pastwimy się nad jakimś zagadnieniem, bez żadnych pozytywnych efektów. Dzięki ruminacyjnemu myśleniu wydaje nam się, że czymś rzeczywistym jest przeszłość i przyszłość, myślenie owo przesłania nam jednak jedyną rzeczywistość jaka istnieje – teraźniejszość. Uważnym mogę być tylko tu i teraz, nigdy tam i niegdyś.

O pewnym fundamentaliście

Sajjid Kutb (1906–1966) jest uznawany za założyciela sunnickiego fundamentalizmu. Jest też moim ulubionym fundamentalistą. Dlaczego? Skomentował on piękne słowa z Koranu: „Nie ma przymusu w religii” następująco: „Tolerancja może zapanować dopiero po zwycięstwie islamu i ustanowieniu prawdziwego państwa islamskiego”. Zatem dopiero wtedy, gdy religijna społeczność islamska, umma, opanuje cały świat, możliwa będzie tolerancja. Wcześniej ze strony fundamentalistów nie możemy się spodziewać niczego wesołego – „sama księga nie wystarczy, czas sięgnąć po miecz”. Albowiem, jak pisze Kutb: „Świat współczesny to wielki dom publiczny”, co jest najwyraźniej jego podstawową refleksją po spędzeniu dwu lat w USA. Istnieje jednak wedle niego lekarstwo: „Ogłoszenie boskiej wszechwładzy oznacza: powszechną rewolucję przeciwko rządom człowieka we wszelkich przejawach, formach i systemach i warunkach oraz totalny opór tam, gdzie ludzie roszczą sobie prawo do sprawowania suwerennej władzy”. W tych słowach widzimy paradoks nie tylko fundamentalizmu, ale i wszelkiej religii instytucjonalnej – ogłoszenie „boskiej wszechwładzy nad człowiekiem” jest przecież niczym innym jak tylko spektakularną ekspresją woli mocy człowieka. Warto przypomnieć, że słowa te Kutb pisał w więzieniu, skazany przez Nasera na 25 lat ciężkich robót. Pozwoliło mu to dogłębnie doświadczyć strachu przed światem współczesnym, który jest źródłem wszelkiego fundamentalizmu, jak i w pełni rozwinąć swój resentyment. Ogólnie – miły człowiek. (Cytaty za: K. Armstrong „W imię Boga. Fundamentalizm w judaizmie, chrześcijaństwie i islamie”).