Archiwum kategorii: Bez kategorii

O opowiadaniu życia

Dawno, dawno temu, brat wybitnego amerykańskiego psychologa i filozofa Williama Jamesa, znakomity pisarz Henry James napisał: „Przygody przeżywa tylko ten, kto umie o nich opowiadać”. Podobno jednak z dwu braci Jamesów to on był lepszym psychologiem, a William był lepszym pisarzem. Tak przynajmniej twierdzą niektóry biografowie. Nic dziwnego zatem, że w słowach Henry’ego Jamesa odkrywamy głęboką prawdę psychologiczną. W naszym życiu liczy się tylko narracja, nie nagie fakty, które są jeno złudzeniem. Jesteśmy zwierzętami, które sobie opowiadają swoje życie, ba, których życie jest niczym innym jak opowieścią. Czym jest ta opowieść? To nasza pamięć. Uważamy potocznie, że tak po prostu pamiętamy fakty z przeszłości, ale tak naprawdę przy każdym ich przypomnieniu sobie, przy każdym opowiedzeniu o nich innej osobie tworzymy je na nowo. Przypominanie sobie przeszłości jest jej tworzeniem de novo. Jak twierdzi współczesna neurobiologia, każde nowe doświadczenie wpływa na mózg, modyfikując w mniejszym lub większym stopniu całość informacji w nim zawartej. Nieustanie tworzymy „never ending story” traktującą o naszym życiu, w której zmyślenie i prawda mieszają się w sposób niemożliwy do rozróżnienia. I jeśli mamy szczęście możemy w chwili śmierci powiedzieć: „Dobrze opowiedziałem swoje życie”.

O wspólnocie

Badania porównawcze nad rozwojem psychicznym dzieci ludzkich i małpich, prowadzone przez psychologów rozwojowych i antropologów w ostatnich latach, ujawniły trzy podstawowe cechy wyróżniające ludzkie dzieci. Po pierwsze – do 10 miesiąca życia rozwój psychiczny dzieci ludzkich i małpich przebiega podobnie. Potem pojawia się coś niezwykłego, gdyż dzieci ludzkie zaczynają wskazywać na obiekty w otoczeniu. Czynią to tylko po to, aby przyciągnąć uwagę opiekunów. Próbują zainteresować innych tym, co same widzą. Dzieci małpie tego nie czynią. Znaczy to, że ok. 12 miesiąca życia ludzkie dzieci zaczynają odkrywać, że inni ludzie widzą świat w podobny sposób jak one. Nazywa się to teorią umysłu, albo współdzieloną uwagą. Zatem tylko ludzkie dzieci mogą spojrzeć na świat oczyma innych ludzi i musimy uznać tę zdolność jako fundamentalnie ludzką cechę. Po drugie – tylko ludzkie dzieci mają niesamowitą umiejętność do naśladowania innych. Wbrew potocznym skojarzeniom, małpy nie małpują, nie naśladują innych małp, tylko opanowują rozmaite zdolności metodą prób i błędów. Tylko ludzkie dzieci naśladują, czyli uczą się od dorosłych i dlatego mogą być nauczane przez dorosłych. To nas odróżnia od wszystkich innych zwierząt. Po trzecie – ludzkie dzieci są obdarzone zdolnością percepcji symbolicznej. Dobrze pamiętamy ową zdolność z naszych zabaw, gdy sami byliśmy dziećmi i byle kamień albo patyk stawał się w naszych oczach samochodem albo człowiekiem. Człowiek może dowolnie nadawać znaczenia przedmiotom i wydarzeniom, co stanowi źródło jego kreatywności. Istotą człowieczeństwa jest zatem umiejętność odczytywania umysłów innych ludzi i uczenie się od siebie nawzajem, co prowadzi do współpracy w grupie, scalanej dodatkowo przez wspólne uczestnictwo w światach wyobrażonych. Tworzymy wspólnoty oparte na odczytywaniu myśli i pragnień innych ludzi, podążamy z nimi i żyjemy we wspólnym świecie znaczeń. Jesteśmy stworzeniami wspólnotowymi. Sęk tylko w tym, że ta wyobrażona wspólnota zwykle ma zbyt mały zasięg, obejmuje jedynie rodzinę, ród, plemię albo naród – nie dorośliśmy jak dotąd do tego, by objęła ona cały ludzki ród.

O istocie męskości

Istnieje taki wzorzec męskości, który stawia wobec mężczyzn doprawdy spore wymagania. Wedle tego wzorca mężczyzna ma być wobec innych mężczyzn rywalizujący i wygrywający, silny i wpływowy; wobec kobiet – czuły, wrażliwy, no i broń boże zniewieściały; wobec dzieci – opiekuńczy i stanowczy, ale zarazem łagodny, nie agresywny; wobec siebie – niezależny, mocny i twórczy. Jak to kiedyś trafnie ujął Bartłomiej Dobroczyński w swej książce „Kłopoty z duchowością”, mężczyzna ma być „kreatywną krzyżówką Thomasa Edisona, Petrarki, Billa Gatesa i Dżyngis-chana”. Te wymagania są ekstremalnie trudne do zrealizowania, gdyż noszą wszelkie cechy androgynicznej orientacji psychicznej, charakterystycznej dla bytów boskich, jak twierdzi religioznawstwo. Nic dziwnego, że mężczyźni postawieni w obliczu takiego wzorca znaleźli sposób, by obejść owe tak niemożebne wymagania. Od wczesnej młodości uczą się jednej, prostej sztuczki – udawania. Udają wobec innych mężczyzn, wobec kobiet, wobec dzieci i wreszcie wobec samych siebie. Nadymają się, puszą, rozkładają pawie ogony, wypuszczają zasłony dymne, ściemniają i – jeśli nie ma już innego wyjścia – milczą. Być mężczyzną to tak naprawdę udawać bycie mężczyzną. Prawdziwy mężczyzna, „facet, co się zowie”, to „wielki udawacz”. Wierzcie mi, jestem mężczyzną.

O chrześcijaństwie

Wyznawcy każdej religii chcą dla siebie zarezerwować prawo do własnego spojrzenia na nią. Dlaczego jednak mamy się ograniczać tylko do jednego spojrzenia? Na wszystko można spojrzeć z różnych punktów widzenia i dopiero pełny ogląd daje nam jakie takie wyobrażenie o danej rzeczy. Spójrzmy na chrześcijaństwo. Mamy różne spojrzenia z jego wnętrza, jak wtedy, gdy rozpatrujemy chrześcijaństwo okiem subtelnego teologa, zachwyconego jego doktrynalną strukturą, wyjaśniającą nieomal wszystko. Możemy też spojrzeć z punktu widzenia mnicha, znajdującego w nim oparcie dla swojej egzystencji i jej spełnienie. Także spojrzenie okiem szeregowego wyznawcy jest istotne, gdyż dla niego chrześcijaństwo to cykliczny rytuał, nadający skromny sens fragmentom jego życia. Są wszelako także spojrzenia z zewnątrz. Ja chciałbym tu zaproponować właśnie takie spojrzenie, osobiste i wyzute całkowicie z otoczki religijnej i mitologicznej, aż do bólu psychologiczne i krańcowo redukcjonistyczne. Wedle tego spojrzenia chrześcijaństwo opiera się na słowach i czynach młodego człowieka, który chciał zreformować życie swoje i swoich współbraci, ale poniósł klęskę. Po prostu nie udało mu się. Jak wielu innych reformatorów został zgładzony przez władze i jego wysiłki spełzły na niczym. Na tym polega moim zdaniem największa słabość chrześcijaństwa – że zbudowano je na klęsce pięknych marzeń. Czymże jest religijny bunt ascetycznego 30-latka, namiętnie oczekującego końca dotychczasowego świata, jak nie krzykiem sprzeciwu wobec zmurszałego świata, który według niego ma za chwilę zginąć? Radykalizm etyki chrześcijańskiej, którym tak wielu zachwyca się od stuleci, wypływa z przeświadczenia Jezusa, że koniec jest bliski. Cóż, nie mylił się, ale to jego koniec był bliski. Etyka Jezusa była etyką tymczasową, której zasady miały obowiązywać nie dłużej niż jedno pokolenie. Niestety, chrześcijaństwo przetrwało i całe jego dzieje to usilne próby przystosowania kazań młodzieńca o gorącym sercu do wymagań kolejnych epok. Chciałoby się powiedzieć, że nic tak dobrze nie służy przez lata jak solidna prowizorka, ale wpasowywanie idealistycznego radykalizmu Jezusa w intelektualne struktury teologii i hierarchiczne imadło kościoła doprowadziło do niesamowitej patologii kultury Zachodu. Od czasów renesansu Zachód próbuje się otrząsnąć z tej patologii, ale dopiero w naszych czasach świta nadzieja na  pełne przebudzenie.

O aborcji i karze śmierci

W umysłach wielu, bardzo wielu Polaków goszczą obok siebie jednocześnie dwie idee. Pierwsza to ta, że powinno się zakazać całkowicie aborcji. Druga to ta, że należy wprowadzić karę śmierci. Wbrew temu, co niektórzy sugerują, idee te wcale nie są sprzeczne ze sobą. Są one doskonale spójne, ale oczywiście tylko dla tych umysłów, które nigdy nie wyrosły z młodzieńczego absolutyzmu pojęć. Dla nich nie istnieje rzeczywistość, a tylko idee w ich głowach, które biorą za rzeczywistość. Najlepszym przykładem są tu, wielokrotnie przeze mnie obserwowani, młodzi mężczyźni, z mglistymi oczami perorujący zaciekle na rzecz jakiś swoich idei. Idee te są bowiem dla nich absolutne, czyli prawdziwe same w sobie, bez jakiegokolwiek odniesienia do rzeczywistości. Taką ideą jest dziecko (bo przecież to nie zarodek, powiadają), tuż po zapłodnieniu rozpoczynające swe istnienie w sposób absolutny, a jako absolutnie bezbronne wymaga absolutnej ochrony. Również zbrodniarz, morderca, to idea kogoś, kto pozbawił życia absolutnie niewinną ofiarę i jako taki wymaga absolutnej likwidacji. Dla opisywanych tu umysłów nie istnieją żadne niuanse, znaki zapytania, konteksty. Nie, dla nich liczy się tylko absolutność ich idei. Trudno mi na koniec nie zauważyć z pewną uszczypliwością, że absolut nie zawsze jest dobry, szczególnie ten zdegenerowany do poziomu niektórych jego ziemskich wyznawców.

 

O przesądnych gołębiach Skinnera

B.F. Skinner, jeden z twórców behawioryzmu, poddał kiedyś grupę gołębi czemuś, co uczenie nazwał losowym rozkładem wzmocnienia. Polegało to na tym, że co pewien czas, niezależnie od tego co robił gołąb, rozlegał się dźwięk dzwonka i podawano mu pokarm. Gołębie poddawane tej procedurze zaczęły szybko zachowywać się w dziwny sposób – wykonywały skomplikowane ruchy ciała, podskakiwały, obracały głową wyciągając szyję, na próżno próbując odtworzyć konfigurację swojego zachowania, odpowiadającą temu momentowi, w którym otrzymały pokarm. Losowość otrzymywania pokarmu spowodowała, że gołębie stały się po prostu przesądne, podejmując najprzedziwniejsze próby skłonienia swego otoczenia do podania pokarmu. Podobne zjawisko możemy zaobserwować u ludzi, którzy dzięki losowi zostają czymś wynagrodzeni i potem powtarzają swoje zachowania w błogim przekonaniu, że pozytywne wzmocnienie się powtórzy. Niczym gołębie repetują swe zachowania, kurczowo trzymają się powtarzających się schematów, wypróbowują różne sposoby „wpływania” na rzeczywistość. Takie zachowanie to bez wątpienia jedno ze źródeł rytuałów magicznych i religijnych. Rytuał religijny jest próbą obłaskawienia tego, co przecina w sposób przypadkowy ścieżkę naszego życia i co ludzie zwykle nazywali bogami. Mądry człowiek, Platon, napisał jednak: „Człowiek jest jakby jakąś przemyślnie sporządzoną zabawką bogów” – i trudno się z nim nie zgodzić. Bogowie, natura, los, jakkolwiek to nazwiemy, bawi się z nami, a my próbujemy w tej irracjonalnej grze odnaleźć jakikolwiek sens. Gołębie Skinnera pokazują nam, że to dążenie do sensu jest immanentną częścią naszej zwierzęcej natury. Nasze święta, rytuały i nasi bogowie mają swe źródło w strumieniu biologicznego życia.

O jednej religii

Niedawno w czasie jednego z mych publicznych wykładów pewien młody człowiek zapytał mnie czy możliwe jest, by na świecie zapanowała tylko jedna religia. Religie, przynajmniej te zwane uniwersalistycznymi, mają owo marzenie w swoim programie. Katolicyzm to religia „powszechna”, jak głosi nazwa, islam z kolei pragnie by umma, czyli społeczność muzułmańska, ogarnęła całą Ziemię. Komunizm, owa aż nazbyt doczesna religia marzycieli materialistycznych, marzył o czasach „gdy związek nasz bratni ogranie ludzki ród”. Przeprowadźmy zatem eksperyment myślowy i załóżmy, że jedna religia, jeden system doktrynalny opanował całą ludzkość. Czy możemy znaleźć jakąś metaforę, która by oddawała ową nieprawdopodobną sytuację? Czy może cała Ziemia zamieniłaby się wtedy w raj? A może wprost przeciwnie – w Koreę Północną? Ja preferuję inną metaforę. W świecie, w którym istniałby tylko jeden kolor, nie byłoby żadnego koloru. Świat z jedną religią byłby zatem światem bez religii. Imagine…

O roślinnej miłości

Angielski poeta metafizyczny Andrew Marvell w swym wierszu „To his Coy Mistress” – co można przełożyć jako „Do nieskorej bogdanki” – pisze: „Ma roślinna miłość we mnie by wzrastała, rozleglej niż imperia i powolniej od nich”. To najpiękniejsze ze wszystkich znanych mi wyznań miłosnych, porównujące miłość do powolnego, organicznego, roślinnego wzrostu. Rośliny mają bowiem to, czego zwierzęta, a w szczególności ludzie, nie posiadają niestety w nadmiarze – cierpliwość. Rośliny wzrastają przez długie lata i przerastają wszelkie ograniczenia. Według alchemików cierpliwość jest podstawową cnotą kogoś, kto podejmuje się dzieła stwarzania duszy. A przecież miłość to przede wszystkim dzieło polegające na stwarzaniu duszy, które nigdy nie jest jedynie egoicznym doświadczaniem siebie, lecz jest doświadczeniem bycia sobą w relacji z drugą osobą. Dzieło to rozpoczyna się od zstąpienia w ciemne obszary życia, albowiem miłość to nie zauroczenie, ekstatyczne, szalone i zawsze radosne aż do zaślepienia. Miłość rodzi się dopiero wtedy, gdy zauroczenie już dawno przeminie. Zanurzamy się wówczas w bagienne głębie depresji, by uzyskać korzenie dla swego bytu. Potem wzrastamy powoli, wyłaniając się z nieśmiałego zarodka. Budujemy na ciemnej glebie pamięci, tworząc substancję wspólnego istnienia. Cierpliwie rośniemy, tworząc tkankę związku. I w końcu rozrastamy się szeroko jak imperium, jak grzybnia, rozpościerająca się tuż pod powierzchnią leśnego poszycia, sięgając daleko i niespodziewanie. I to jest miłość – roślinne, powolne wzrastanie, bycie na co dzień i nieskończenie cierpliwe przerastanie wszelkich konfliktów. I tak aż do śmierci.

 

O współczesnej prozopagnozji

Prozopagnozja to zaburzenie neurologiczne polegające na upośledzeniu zdolności rozpoznawania twarzy znajomych lub widzianych już osób. Współcześnie cierpimy wszyscy na jej ciekawą odmianę, spowodowaną nie przez dysfunkcję naszych mózgów, lecz przez strukturę społeczeństw, w których żyjemy. Przechodząc co dzień przez duże miasto i spotykając po drodze setki, a nawet tysiące ludzi, nie zdajemy sobie sprawy z pewnego bardzo oczywistego faktu. Nie znamy tych wszystkich ludzi, widzimy ich po raz pierwszy i prawie na pewno po raz ostatni w życiu. Nie rozpoznajemy ich twarzy, są dla nas obcy. Według antropologa Robina Dunbara możemy utrzymywać satysfakcjonujące społeczne kontakty tylko z ograniczoną liczą ludzi, która wedle jego badań wynosi około 150 osób. Jest to naturalna wielkość zżytej i współpracującej ze sobą, a zatem znającej się dobrze grupy ludzi. Grupa powyżej tej liczby rozpada się na podgrupy, które mogą ze sobą rywalizować, walczyć lub w najlepszym wypadku separować się od siebie. Tymczasem od czasu neolitu, wraz z rozwojem rolnictwa i powstaniem pierwszych osad miejskich, żyjemy w coraz większych grupach, wystawiając tkankę naszych kontaktów społecznych na postępujący proces destrukcji. Obecnie, gdy już więcej niż połowa ludzkości żyje w miastach, cierpimy właśnie na to, co nazywam współczesną prozopagnozją. Prawie wszyscy ludzie w miastach są dla nas obcy, a zatem są kimś, kto nam zagraża. Czy możemy się zatem dziwić narastaniu rozmaitych wrogich zachowań w społeczeństwie, „znieczulicy”, szukaniu wroga i bezlitosnym walkom politycznym? Nie, to po prostu efekt tego, że nie znamy i nie możemy utrzymywać normalnych kontaktów z większością ludzi, z którymi się stykamy na co dzień. Człowiek, którego twarzy nie rozpoznajemy, jest dla nas tylko abstrakcyjną jednostką, przedmiotem naszych najgorszych projekcji.

O sądzeniu prostytutki

Spośród wszystkich istot żywych na Ziemi tylko człowiek boi się swej nieuchronnej śmierci, antycypując ją przez całe świadome życie. Nic dziwnego zatem, że wytworzył swego rodzaju bufory, które ów lęk obniżają, a czasem wręcz niwelują. To przede wszystkim różnego rodzaju światopoglądy religijne, proponujące atrakcyjne wizje egzystencji po śmierci. Każdy ich wyznawca zrobi wiele, jeśli nie wszystko, by uchronić te  kruche mentalne struktury w swoim umyśle przed grożącymi im destrukcją wpływami. Niestety dzieje się to często kosztem innych ludzi. Oto przykład. W latach osiemdziesiątych XX wieku przeprowadzano ciekawy eksperyment. 22 sędziów (15 mężczyzn i 7 kobiet) w Arizonie poproszono o przejrzenie akt i wydanie wyroku, w postaci kary pieniężnej, w sprawie kobiety przyłapanej na prostytucji. Jak to bywa w eksperymentach naukowych, podzielono ich na grupę eksperymentalną i kontrolną. Sędziów z grupy eksperymentalnej poproszono najpierw o odpowiedź na dwa pytania; „Co się z tobą stanie po śmierci?” i „Jakie myśli budzi w tobie myśl o własnej śmierci?”. Sędziowie w grupie kontrolnej oczywiście nie byli trapieni takimi pytaniami. Efekt? Sędziowie z grupy eksperymentalnej zasądzali średnio 455 dolarów grzywny, ci z grupy kontrolnej tylko 55. Jak widzimy lęk egzystencjalny wzbudzony w sędziach z grupy eksperymentalnej przełożył się na surowsza karę – dokładnie 8 razy surowszą. Jak możemy to wytłumaczyć? Czyżby te pytania zmusiły sędziów do podjęcia rudymentarnej refleksji nad swoim życiem i przez to postawiły pod znakiem zapytania ich światopogląd religijny? Można tak podejrzewać, bowiem refleksja polega przecież na zakwestionowaniu – choćby na próbę, na chwilę – jakiegoś przekonania. Niestety, dla osoby wierzącej nie większego wroga niż zwątpienie i woli ona ciężarem powstającego wtedy w niej przerażenia obarczyć kogoś innego. Jakże bowiem łatwe staje się życie, gdy to inni noszą brzemiona nasze.