Archiwum kategorii: Bez kategorii

O „oszczędzaniu czasu”

Podobno dzięki rozwojowi technologii mamy coraz więcej urządzeń, które „oszczędzają czas”. To jedno z najbardziej idiotycznych sformułowań, jakie usłyszałem w życiu. Dzięki temu „oszczędzaniu czasu” mamy go tak naprawdę coraz mniej i skutkiem tego powszechnie narzekamy na coraz bardziej przyśpieszające tempo życia. Czas to matryca, która tworzy nasze życie, a zyskuje ono swoją konsystencję dzięki intensywności przeżywanych chwil, nie ich ilości. Dlatego gdy nie musimy się długo zajmować przygotowaniem posiłku dla bliskich, spotkaniem z przyjacielem, dotarciem do jakiegoś miejsca czy jakąkolwiek inną czynnością, otrzymujemy w efekcie jedynie puste chwile naszego życia. Chwile te chcemy czymś wypełnić i podejmujemy jakąś inną aktywność. Jeśli i ona zostanie skrócona przez technologiczny gadżet, mamy kolejną porcję pustych chwil. Każda „zaoszczędzona” przez urządzenia chwila czasu staje się wyzwaniem – co z nim zrobić? Niestety, najczęściej go zużywamy oddając się jakiejś technologicznej rozrywce. Przyrost pustych chwil naszego życia odbywa się, jak wszystko w tej cywilizacji, wykładniczo. Im bardziej „oszczędzamy czas”, tym bardziej go tracimy, coraz szybciej przecieka nam przez palce. Po kilkudziesięciu latach latach życia możemy zauważyć, że „zaoszczędziliśmy” mnóstwo czasu, który tak naprawdę nie istniał.

O użytku z pewnego słowa

Ciekawy jest powszechny użytek, jaki jest czyniony ze słowa „Bóg”. Miliardy ludzi w miliardzie sytuacji każdego dnia je przywołuje, sęk jednak w tym, że praktycznie nikt z nich nie wie o czym mówi. Zwykle bowiem używamy nazwy „Bóg” po to, by określić aktualnie najsilniejszy impuls, który zawładnął naszą świadomością. Politycy bez zająknięcia powołują się na boskie prawo, dążąc do władzy; bojownik ISIS nie może wystrzelić pocisku bez zakrzyknięcia „Allah’u akbar!”, pragnąc zniszczyć tych, których nienawidzi; kochanka zakrzyknie tuż przed szczytowaniem „O Boże!”, pochłonięta przez swoją rozkosz; ktoś zrozpaczony śmiercią najbliższej osoby pożali się „Boże, czemu on!”; szary człek zakrzyknie „Na Boga!”, gdy napotka coś, co burzy jego ograniczony porządek świata – albo „ O Jezu!”, gdy uderzy się w kolano. I tym tylko jest „Bóg” dla większości ludzi, jedynie nazwą dla ich przemożnego, acz chwilowego impulsu emocjonalnego – żądzy, pragnienia, rozkoszy, rozpaczy, zaskoczenia czy bólu. Im bardziej jednak człowiek jest przekonany, że jego chwilowy impuls jest wolą Boga, tym bardziej traci swe człowieczeństwo.

O książkach

Nigdy nie czytałem książek po to, by wypełnić swój umysł wiedzą – a nawet, jeśli nieraz zdarzało mi się to robić, szybko się nudziłem. Wypełnianie mózgu pojęciami służy tylko manipulowaniu rzeczywistością, sycąc najniższe, egoistyczne potrzeby. Dla mnie książka była znacząca tylko wtedy, gdy coś we mnie odsłaniała i zmieniała mnie. Aplikowałem sobie książki jak psychodeliki. Nic dziwnego, że za najbardziej cenne uważam te, które przy ponownych lekturach odsłaniały kolejne swe warstwy, coraz głębiej do mnie przemawiając. I te książki są najcenniejsze dla mnie – nie przyswajane samym tylko intelektem, lecz całym sobą. Tak było ze „Schizofrenią” Antoniego Kępińskiego. Miałem wtedy 18 lat i była to jedna z pierwszych lektur, która doprowadziła do przemiany mojego umysłu. W opisie schizofrenii najbardziej zaintrygował mnie etap nazywany „olśnieniem”, w którym dochodzi do przemiany percepcji i nagle odsłania się „postać tego świata”. Bo o to chodzi w lekturze, by zaznać olśnienia, wglądu i już nie być takim, jak niegdyś.

O pokorze

Jakże niepopularne jest w naszych czasach mówienie o pokorze. Mamy się rozwijać, dążyć do sukcesu i wyrastać poza wszelkie ograniczenia. Nie ma porażek, są tylko doświadczenia, które nas uczą jak podążać dalej swoją ścieżką, niezależnie od wszelkich ograniczeń. A tymczasem pokora oznacza przede wszystkim uznanie własnych ograniczeń. Gdybyśmy szukali przeciwieństwa pokory, byłaby nim pycha. Pycha to podstawowa słabość ego, które zawsze wie lepiej i, mimo iż jest tylko wycinkiem całości psyche, uznaje się za całość. Pycha mówi: „Gdzie wola, tam i droga”. Przez pychę zwodzimy samych siebie, podążając ku celom, które sobie wyznaczyliśmy, nie zwracając uwagi na nasze ograniczenia. Ale gdzieś głęboko, pod powierzchnią naszej świadomości, cichy głos mówi nam nieustannie, że nie tędy droga. Dopiero gdy go posłuchamy, gdy poznamy i zaakceptujemy swoje ograniczenia, czyli gdy zaakceptujemy samych siebie takimi, jakimi jesteśmy, wtedy – pokornie – może staniemy się sobą. Pokora to samoograniczenie wypływające z poznania samego siebie. Nie jest bezsensownym cierpiętnictwem, lecz uczuciową stroną obiektywnej samokrytyki. Dzięki niej możemy odkryć, że jesteśmy czymś więcej niż tylko małą, egoistyczną świadomością.

O fundamentalizmie i współczesności

„Prawdziwi muzułmanie nigdy nie zaakceptują brudnych zwyczajów Zachodu”. To słowa Omara Mateena, który zastrzelił 49 osób w gejowskim klubie w Orlando na Florydzie. Wszystko wskazuje że on sam był gejem, ale w swoich ostatnich słowach, zamieszczonych na Facebooku, chciał pokazać, że identyfikuje się z radykalnym islamizmem. Tragedia w Orlando to największa w historii USA masakra dokonana przez pojedynczego człowieka. Warto jednak pamiętać, że fundamentaliści islamscy zabijają więcej swoich braci w wierze niż ludzi Zachodu. Boko Haram, ISIS i inne mniejsze organizacje mają na sumieniu tysiące muzułmanów. Fundamentalizm wszelkiego sortu to zjawisko charakterystyczne dla współczesności, a czym jest współczesność? W swym najlepszym wydaniu polega ona na swobodzie wyboru, na możliwości odstępstw od zwyczajowych praktyk życiowych dotychczas obecnych w danym społeczeństwie – i nie ponoszenia za te odstępstwa konsekwencji. Możemy wybierać swoją indywidualną ścieżkę życia, kultywować zachowania i poglądy nie mające nic wspólnego z resztą społeczeństwa – i nie jesteśmy za to karani w żaden sposób. Możemy być po prostu wolni, możemy swobodnie kształtować swoje wybory, możemy na własną rękę błądzić i odkrywać swoje prawdy. To właśnie widmo tej straszliwej swobody budzi najgorsze demony w umysłach fundamentalistów, którzy odbierają ją tak, jak dezercję żołnierza ze swojego plutonu odbiera reszta żołnierzy, odczuwając ją jako zagrożenie dla przetrwaniu całego oddziału. Dlatego fundamentaliści kierują agresję głównie na członków swej grupy, by utrzymać jej spójność, by nie poddała się ona destruktywnym wpływom współczesności. Każdy fundamentalista marzy o stworzeniu społeczność ściśle podlegającej konkretnym regułom prawnym i moralnym, w której wszelkie zasady życia będą ustalone i nie podlegające dyskusji. Jego pierwszym wrogiem jest wobec tego ten członek jego społeczności, który – choćby potencjalnie – może się tym regułom nie podporządkować. W drugiej kolejności dopiero jego wrogiem jest człowiek zamieszkujący wolny świat, jako reprezentant owej kuszącej swobody wyboru.

O młodzieńczej niecierpliwości

Od 1992 roku prowadziłem zajęcia z filozofii i etyki w liceum. Pamiętam do dziś pewną rozmowę z jedną z licealistek, było to wiosną 1993 roku. Dziewiętnastoletnia maturzystka pytała mnie o różne sprawy, teraz już nie pomnę jakie, ale były one odzwierciedleniem typowych dla tego wieku rozterek światopoglądowych. Powiedziała mi, że rozmawiała z księdzem, ale jego słowa jej nie usatysfakcjonowały. Odrzekłem, że można znaleźć odpowiedzi na jej problemy, ale zajmie to przynajmniej dziesięć lat. „Tak długo?!” zakrzyknęła przerażona. Tak, młodzi ludzie są niecierpliwi. Ich motto brzmi: „I want it now, I want it all”. A co stanie się z nami, jeśli nie uznamy szybko jakiejś prawdy za ostateczną? – zapytują pełni obaw. Wchodzą w dorosłość i chcą natychmiast, tu i teraz, definitywnej odpowiedzi na wszystkie swoje pytania, by oswoić jak najszybciej swoje lęki przed życiem. Dzisiaj jest to nawet jeszcze bardziej widoczne niż te ćwierć wieku temu. Jednak lęk to zły doradca. Trzeba puścić wszelkie swoje oczekiwania i wyobrażenia, niezależnie w jakim jest się wieku. Życie zawsze nas wtedy zaskoczy. I po dziesięciu, a na pewno po dwudziestu i trzydziestu latach będziemy się dziwić jak bardzo.

O prostactwie życiowym

Jeśli ktoś trochę dłużej pożył, nie zamykając oczu na to, co się wokół niego roztacza, nie uciekając od doświadczeń, które na niego przychodziły, pielęgnując ciekawość dziecka i sceptycyzm starca – ten wie, że życie nie jest proste. Nie ma prostych odpowiedzi na większość pytań, nie ma oczywistych rozwiązań wielu sytuacji, nie ma ucieczki od spraw, które nas zawsze przerastają. Dlatego większość ludzi uwielbia prostotę, którą jednak należałoby nazwać prostactwem raczej. Jedna prosta odpowiedź na wszystkie pytania i jedno proste rozwiązanie dla wszelkich problemów mają chronić ich przed nieubłaganą złożonością życia. Widać to szczególnie jaskrawo na przykładzie tych, którzy ulegli jakiejś skrajnej doktrynie religijnej, która raz na zawsze określiła im, czym jest dobro i zło, przemieniając ich życie w działanie. Już o nic nie pytają, wszelkie wybory zostały już za nich dokonane i teraz pozostaje im tylko ze ślepą pewnością siebie dokonać jakiegoś czynu. Najbardziej odpowiedni jest tu oczywiście samobójczy atak bombowy, bo śmierć kończy wszelkie ewentualne rozterki. Jednak i ci, którzy nie popadają w takie skrajności, nie są wolni od prostactwa życiowego. Pędzą spokojne życie przeżuwaczy, zadowalając się zestawem prostych odpowiedzi i odruchowych reakcji, które chronią ich przed bogactwem życia, a których sami nawet nie wymyślili, tylko nabyli w bezwiednym procesie obcowania z podobnymi sobie. Pogrążeni w nieuświadamianej rozpaczy, znajdują w swoim prostactwie ucieczkę przed dylematami życia. O ile zwierzęta w swym posłuszeństwie instynktom mogą – w niezaburzonym środowisku – prowadzić proste życie, o tyle ludzie są w o wiele trudniejszej sytuacji. Ludzie są obdarzeni świadomością, która tak komplikuje ich życie, że uciekają w prostactwo. Posiadanie świadomości nie jest bowiem przywilejem, jest wyzwaniem do świadomego budowania swego życia, stworzenia w nim własnej ścieżki. Cóż, większość ludzi nie podejmuje tego wyzwania i odchodzi z tego świata nawet go nie skosztowawszy, jak poronione embriony.

O narodzinach

W książce T. Lairda „Opowieść o Tybecie. Rozmowy z Dalajlamą” znajdujemy tybetański mit o początkach ludzkości:  „Mówi się, że mięsożerna rasa Tybetańczyków o czerwonych twarzach to potomkowie małpy i mieszkającej w skałach demonicy. Dzięki współczuciu bodhisattwy, który przemienił się w ową małpę i zjednoczył z mieszkającą w skałach demonicą, przyszło na świat sześcioro dzieci. Z biegiem czasu dzieci te dorosły, dając początek Tybetowi – królestwu ludzi”. Porównajmy ten tekst, mówiący o współczuciu i seksie, z neurotycznymi i wrogimi życiu fragmentami z Księgi Rodzaju: „Wtedy otworzyły im się oczy i poznali , że są nadzy (…) zląkłem się, gdyż jestem nagi, dlatego skryłem się (…) w bólach będziesz rodziła dzieci, mimo to (sic!) ku mężowi twemu pociągać cię będą pragnienia twoje(…)” (Rdz, 3, 7-16). Przez tysiące lat sycono umysły ludzi Zachodu takimi chorymi tekstami, cóż więc dziwnego w tym, że wszystko, co wiąże się z początkami życia, seks i poczęcie dziecka, narodziny i karmienie piersią, jest przeniknięte nienaturalnością, poczuciem winy i lękiem? To, co najważniejsze, początek każdego z nas, jest obciążone kompleksami autorów tych złowrogich słów z Księgi Rodzaju. Tymczasem Ina May Gaskin, autorka książki „Duchowe położnictwo. Intymność narodzin”, doula, która odebrała ponad 2000 porodów, twierdzi, że dla kobiety poród może być przeżyciem duchowym i orgazmicznym. Jej doświadczenie bardziej do mnie przemawia niż Księga Rodzaju. Narodziny są aktem natury i zarazem czymś głęboko duchowym, oczywiście nie w sensie duchowości biblijnej.

O związkach

W swej niezwykle poruszającej książce „Patrząc prosto w słońce. Jak przezwyciężyć grozę śmierci” Irvin Yalom niejako mimochodem wypowiada fundamentalną prawdę odnoszącą się do związków: „Odsłonięcie odgrywa zasadniczą rolę w powstawaniu bliskości. Zresztą w ogóle budowanie związków to proces wzajemnego odsłaniania się. Jedna osoba decyduje się i ujawnia jakieś intymne treści, tym samym narażając się na ryzyko; z kolei druga osoba odwzajemnia się, zapełniając lukę – razem pogłębiają relację poprzez spiralę odsłaniania siebie”. Mówienie prawdy o sobie to największe ryzyko, jakie możemy podjąć będąc w związku. Daje ono też największe dobro, jakie możemy zdobyć w tym życiu – bliskość kochanej osoby, jej zaufanie i miłość. Nie jest jednak tak łatwo odważyć się na mówienie i przyjmowanie prawdy. Są bowiem dwie rzeczy w tym życiu najtrudniejsze. Pierwsza to patrzenie w oczy kochanej osoby, gdy mówimy jej prawdę. Druga to patrzenie w oczy śmierci, gdy ona mówi nam prawdę.

O samodzielnym myśleniu

Samodzielne myślenie jest tym, co cenimy jako jedną z najwyższych wartości. Nie zawsze oznacza ono jednak to samo. Weźmy pod uwagę dwa konteksty, w ramach których zmienia ono swoje znaczenie. Pierwszy to jakieś społeczeństwo tradycyjne, poddane doktrynalnemu naciskowi jednolitego paradygmatu postrzegania świata. Tu samodzielne myślenie oznacza wyłamanie się z powszechnie oczywistych kolein postrzegania rzeczywistości, zanegowanie jedynej obowiązującej prawdy. Gdy prawie wszyscy uważali Ziemię za płaską to Eratostenes wykazał, że jest kulista. Gdy wszyscy twierdzą, że król jest ubrany, ktoś samodzielnie myślący zakrzyknie: ”Król jest nagi!”. Tu myślenie samodzielne jest – stosunkowo – prostą negacją, która polega na wytknięciu błędu w myśleniu innych ludzi.

Weźmy teraz pod uwagę drugi kontekst, społeczeństwo takie jak współczesne, w którym w postmodernistycznym chaosie wszystkie punkty widzenia są prezentowane jako równoważne, gdzie wszystko można powiedzieć. Tu samodzielne myślenie nie może po prostu zanegować jakiegoś punktu widzenia, gdyż nie ma już „jednego wroga”, jest natomiast uwłaczające realistycznemu podejściu do rzeczywistości założenie, że wszystkie punkty widzenia są równouprawnione. Każdy ma swoją prawdę – to motto tłumu. Gdy każdy ma swoją rację, którą trzeba wysłuchać, nie ma tak naprawdę żadnej racji do wysłuchania. Nawet jeśli dzięki samodzielnemu myśleniu stworzymy własną wizję opartą na wiedzy i doświadczeniu, zostanie ona potraktowana jako kolejny punkt widzenia i utopiona w zalewie zglajchszaltowanej papki wypełniającej współczesne umysły.

Nic dziwnego, że dziś, w świecie przepełnionym informacją, w dodatku najczęściej najpodlejszego sortu, w świecie zalewanym przez strumień bodźców wzbudzających nieskończone pragnienia, w świecie zaludnionym przez miliardy zdezorientowanych ludzi, myślenie samodzielne jest ekstremalnie trudne. Nie jest jednak niemożliwe. Ponieważ myślenie to ma być samodzielne, nie jest łatwo określić, na czym ono ma polegać. Jego początkiem jest na pewno uświadomienie sobie tego, co psychologia nazywa heurystykami myślenia, albo schematami kształtującymi nasze osądy. Funkcjonują one jak autopilot, który sam się włącza i podsuwa nam „oczywiste” opinie. Dobrym przykładem jest „efekt aureoli”, który każe automatycznie przypisywać pozytywne (lub negatywne) cechy osobowościowe na podstawie pozytywnego (lub negatywnego) wrażenia, które odnieśliśmy przy spotkaniu jakieś osoby. To odmiana tzw. podstawowego błędu atrybucji. Jeśli dziś myślenie samodzielne może być w jakikolwiek sposób możliwe, to rozpoczynać się musi od znajomości nieuświadomianych reguł funkcjonowania naszego umysłu, od poznaniu źródeł swoich błędów.