Archiwum kategorii: Bez kategorii

O dyskusji z dogmatykiem

W czasie dyskusji każda ze stron pragnie zwyciężyć. Rzadko zdarza się, by dwie strony dochodziły do wspólnego ujęcia jakieś kwestii na drodze wzajemnego podążania ku niej. Najczęściej stosuje się rozmaite chwyty erystyczne i podchwytliwe zabiegi, by dowieść swego. Jest też moment w dyskusji, który ją kończy definitywnie. Podam przykład. Kiedyś dyskutowałem z osobą bardzo dobrze wykształconą, posiadającą doktorat z filozofii i będącą katolikiem. Osoby takie w czasie dyskusji produkują ciągi dosyć spójnych słów, argumentują w sposób, który wskazuje na to, że w ich głowach odbywają się pewne przebiegi myślowe. Niestety, potrafią też nagle, w samym środku dyskusji, łupnąć po głowie dyskutanta frazą pojawiającą się, jak to mawiają Anglicy, „out of the blue”. Polski odpowiednik jest jeszcze bardziej adekwatny do tego, co lubią robić dogmatycy: grom z jasnego nieba. Dyskusja o której mówię, dotyczyła różnic pomiędzy mistyką chrześcijańską a neoplatońską. W pewnym momencie mój interlokutor, nie mogąc już inaczej ukazać przewagi mistyki chrześcijańskiej na neoplatońską, zdzielił mnie po łbie „argumentem”: „No ale przecież piekło istnieje!” Był to argument skuteczny, w tym sensie, że pozbawił mnie najmniejszej ochoty do dalszej rozmowy. Tak to właśnie bywa w takich dyskusjach, gdy racjonalny tok rozumowania jest nagle rozszczepiany przez dogmatyczną tezę. Jak to trafnie ujął Nietzsche w „Poza dobrem i złem”: „W każdej filozofii bywa punkt, w którym ‚przekonanie’ filozofa pojawia się na scenie, czyli mówiąc językiem dawnego misterium: ‚Adventavit asinus, pulcher et fortissimus’ (Pojawił się osioł, piękny i potężny)”. A z osłami nie ma dyskusji.

O erosie i woli mocy

Z psychologicznego punktu widzenia, szczególnie tego bliskiego myśli C.G. Junga, są możliwe dwie fundamentalne relacje człowieka z rzeczywistością. Pierwsza to ta, gdy jesteśmy w bliskim kontakcie z rzeczywistością, gdy jesteśmy z nią wręcz zjednoczeni. Wtedy się nią rozkoszujemy, obejmujemy ją w zachwycie. Wiemy, że jest nasza, a my jesteśmy jej, czujemy jej dotyk i odwzajemniamy go. Jest dla nas wtedy źródłem przyjemności i satysfakcji, erotycznej w swej istocie. Druga to ta, gdy rzeczywistości tylko pragniemy, albowiem pozostaje ona poza naszym zasięgiem, jest niedostępna i daleka. Wtedy narasta w nas wola mocy, pożądanie by ją posiadać. Budzi to w nas pragnienie zawładnięcia nią i podporządkowania sobie. W pierwszym przypadku wiemy jaka jest rzeczywistość, bo jest ona naszym bezpośrednim doświadczeniem, jest czymś co tworzy nasze życie. W drugim tylko wierzymy, że może ona spełnić nasze pragnienia i najgłębsze potrzeby, ale nie mamy do niej dostępu, gdyż jesteśmy odcięci od niej przez własny egoizm. Tak funkcjonują dwa podstawowe popędy człowieka – eros i wola mocy. Nie są one równorzędne, albowiem to eros jest popędem pierwotnym. Wola mocy to popęd wtórny, który rodzi się dopiero wtedy, gdy eros nie może spełnić swego zadania i objąć rzeczywistości.

O pisaniu

Po co pisać? Simone de Beauvoir napisała, że po to, by „wyrazić smak własnego życia”. Smak to bardzo intymny zmysł. Nikt nie pozna smaku owocu, którego sam nie spróbuje. Nikt nie wniknie w moją subiektywność tak, by posmakować bycia mną. A pomimo tego można pisać tak, by inni to odczuli. To cudowne, że słowa mają taką moc, że mogą oddawać do pewnego stopnia to, co dzieje się w mym wnętrzu, a tym samym pozwalają czytającym te słowa wyjść poza granice swojego świata psychicznego. Ja czytam też tego powodu – by choćby na chwilę porzucić własną, wąską perspektywę i spojrzeć na świat oczami innego człowieka. Choć nigdy tak naprawdę nie wniknę do jego wnętrza, to pomimo wszystko odczuwam prawdziwą radość, rodzącą się ze wspólnoty czarnych figurek na białym tle. Jak pisała Safona: „Słowa, którymi władam, powietrzem są tylko, a jednak cieszę nimi słuchających”.

O okrucieństwie

Zawsze mnie dziwi zdziwienie niektórych moich rozmówców, którzy nie wierzą, że zwykli ludzie, tacy jak miły sąsiad spotykany w sklepie albo porządny robotnik z budowy, mogliby popełniać najgorsze okrucieństwa w czasie wojen czy rewolucji. Przecież nie ma nic bardziej zwykłego jak to, że właśnie zwykli ludzie popełniają największe okrucieństwa. Zaświadcza o tym historia wojen i konfliktów. Możemy najwyżej zapytać dlaczego tak się dzieje i zapewne dla każdego okrutnego czynu możliwe by było podanie osobnego wytłumaczenia. Ja podam tu tylko jedno, ale za to odnoszące się do znakomitej większości zwykłych ludzi. Henry David Thoreau napisał kiedyś, że każdy zwykły człowiek prowadzi życie w cichej rozpaczy. Weźmy zatem przykład zwykłego człowieka, robotnika który spędza co dzień osiem godzin budując przybytek przyjemności i beztroski dla zwykłych ludzi, czyli aquapark opodal mego miejsca zamieszkania w Tychach. Osiem godzin pracuje, potem wraca do domu i wpada w zwykły cykl życia. Czasem pokocha się z żoną, czasem wyjdzie z dziećmi, jak trzeba odwiedzi rodzinę, w czasie wakacji wyremontuje mieszkanie, czasem pójdzie z kolegami na piwo, obejrzy tv, może zajrzy do internetu. A rano wstanie, by od szóstej ponownie budować aquapark. I tak miesiąc po miesiącu, rok po roku. Dzieci dorastają i odchodzą, żona się starzeje, życie przemija. Nawet jeśli w jego świadomości nie pojawia się poczucie rozpaczy, to podskórnie jest ono obecne, narasta z wiekiem i z rozczarowaniami. Dla tego podskórnego poczucia ów robotnik znajduje ujście – to poglądy polityczne, w których kanalizuje swoją cichą rozpacz. Jego poglądy coraz bardziej się radykalizują, po dwóch piwach z kolegami mówi, że zabiłby tych, tych jakiś mniej lub bardziej enigmatycznych onych, wedle niego odpowiedzialnych za jego rozpacz. Sytuacja gospodarcza kraju się pogarsza, robotnik traci pracę, wybucha konflikt między państwami, albo jeszcze lepiej wojna domowa, bo ona najbardziej kręci zwykłego człowieka. Robotnik zostaje zmobilizowany, wkłada mundur i wchodzi do czołgu, wreszcie szczęśliwy, że może odetchnąć od odpowiedzialności za swoje życie i podporządkować się autorytetowi przywódcy. Następnie z cichą satysfakcją odpala pocisk niszczący to, co zbudował inny robotnik. W tym momencie odczuwa ulgę, jego negatywne uczucia znajdują zaspokojenie, rozpacz ustępuje. Patrzy na swoich kolegów robotników i konformistycznie robi to samo co oni – gwałci kobiety swoich wrogów i patroszy ich dzieci. Tak robią zwykli ludzie, niszczą źdźbło w oku bliźniego, nie zauważając belki w swoim. Nie ma nic bardziej zwykłego jak okrucieństwo czynione przez zwykłych ludzi.

O pesymizmie

Nie tak dawno jeden z mych wpisów na blogu, w którym pesymistycznie oceniałem możliwości przetrwania ludzkości w czasach globalnego ocieplenia został nazwany optymistycznym. Podstawą tej oceny było stwierdzenie, że niezależnie od tego, co stanie się z ludzkością przyroda odrodzi się nawet po największych spowodowanych przez ludzi katastrofach. Zadałem sobie wtedy sprawę, że jestem jednak, w pewnym sensie, optymistą. Bo na czym polega prawdziwy optymizm? Na przekonaniu, że nawet po atomowej zagładzie ludzkości spadnie deszcz. Będzie to czarny, radioaktywny deszcz, taki jaki spadł na Hiroszimę, ale jednak deszcz. Tak, w tym sensie jestem optymistą. Jestem przekonany, że odwieczne cykle planetarne będą trwały dopóty, dopóki Ziemia nie sczeźnie, spalona przez Słońce przemieniające się w czerwonego olbrzyma. Kosmos będzie trwał kolejne miliardy lat, aż w końcu zniknie w grawitacyjnym kolapsie, po którym być może się odrodzi w kolejnym Big Bangu (tak twierdzą naukowcy, a to nałogowi optymiści). Pesymistą można być tylko wtedy, gdy ma się na uwadze ludzkość, ten żałosny gatunek, pokarany darem świadomości, którą wykorzystał jednak tylko do wytworzenia dobrej autoreklamy zwanej kulturą. Służy mu ona doskonale jako narzędzie ku pocieszeniu strapionych swą efemeryczną egzystencją samoświadomych istot. Gorzej wszelako się sprawuje jako środek służący przetrwaniu, szczególnie w naszych czasach. Kulturowe wzory myślenia nieustannie prowadzą ludzi do walk w obrębie własnego gatunku, rabunkowej eksploatacji planety i wszelkich innych zachowań, które nie wróżą dobrze przetrwaniu naszego gatunku. Tak więc, jeśli chodzi o ludzi, jestem pesymistą.

O związkach z męskiego punktu widzenia

Czym się różni związek kobiety i mężczyzny od jazdy samochodem? Kolejnością. Ucząc się jeździć samochodem, najpierw wykonujemy wszelkie czynności świadomie. Samochód jest czymś nowym, nieznanym, nie wiemy jak funkcjonuje i zapoznajemy się z jego reakcjami. Gdy zautomatyzujemy wszelkie czynności niezbędne do prowadzenia samochodu, staną się one nieświadomym nawykiem i będziemy mogli w czasie jazdy robić różne inne rzeczy, na przykład prowadzić konwersację z pasażerem. Wtedy samochód staje się kolejnym obiektem, nad którym uzyskaliśmy kontrolę. W związku jest odwrotnie, tu zaczynamy od stanu nieświadomości zwanego zakochaniem. Partnerka wydaje się nam być właśnie tą osobą, której szukaliśmy, mamy poczucie, że znamy ją bardzo dobrze, a wszelkie jej reakcje są takie, jak sobie wymarzyliśmy. Jednak z czasem owe odczucia się zmieniają, nasza partnerka pokazuje swe nieznane strony, pojawia się rutyna i niesnaski. Dlatego wtedy trzeba przejść do drugiego etapu, od zakochania przejść do związku i pracować nad nim świadomie, bo nieświadomy związek to oksymoron. Praca nad związkiem to niełatwe zadanie. Po pierwsze trzeba rozmawiać, rozmawiać i jeszcze raz rozmawiać. Ponadto nie zapominać o budowaniu przestrzeni wspólnych doświadczeń. A wreszcie dbać o siebie, we wszelkich tego słowa znaczeniach: o siebie samego, o partnerkę i o związek. Te trzy sposoby pracy nad związkiem mogą być szczególnie trudne dla mężczyzn, mają oni bowiem tendencję do postrzegania rzeczywistości jako zbioru odrębnych obiektów, nie powiązanych rozmową, doświadczeniami czy wzajemnym dbaniem o siebie, a w dodatku takich, które należy kontrolować. Zatem panowie, nie mylmy partnerki z samochodem i pamiętajmy przede wszystkim o wspomnianej na początku kolejności.

O pytaniach, na które nie ma odpowiedzi

Podobno filozofia słynie z tego, że stawia pytania, na które od tysiącleci nie znajduje odpowiedzi. Ja jednak nieustannie doświadczam, że takie pytania padają nader często ze strony osób nie będących filozofami. Są to ludzie, których nagle zaskoczyły jakieś kwestie, często bez ich winy, a tylko dlatego, że z kimś rozmawiały lub też coś się w ich życiu wydarzyło. Wtedy w ich dziewiczych umysłach pojawiają się owe pytania, które zawsze sobie stawiał umysł ludzki, ale też nigdy nie mógł na nie odpowiedzieć, jak słusznie zauważył Kant. Ostatnio otrzymałem właśnie taki zestaw pytań od pewnej nieskalanej myśleniem duszy: „A co Ty myślisz o rozwoju duszy, wnętrza? Kiedy ona [czyli dusza zwierzęca, jak wynikało z dyskusji] się stała podobna do naszej? Lub czy była taka zawsze? Co myślisz na ten temat?” Czy można w ogóle odpowiedzieć na takie pytania? Przecież nawet nie wiemy jak i kiedy powstał język, tak mocno odróżniający nas od zwierząt, wnioskujemy tylko na podstawie pośrednich przesłanek, np. odlewów wnętrza czaszek naszych przodków. A cóż dopiero z duszą, która nie jest przecież tylko ograniczona do naszej zdolności używania języka. I czym jest sama dusza? Tym, co przykuło moją uwagę był jednak nie przedmiot takich pytań, ale to, że są zadawane w nadziei uzyskania odpowiedzi. Ci, którzy je stawiają niepomni są ostrzeżenia Leśmiana: „Bo wszelkie pytanie jest wrogiem mimowolnym własnej odpowiedzi!” Zaiste przekonuję się coraz bardziej, że filozofia jest sztuką zadawania pytań, ale tylko takich, na które nie ma łatwej i jednoznacznej odpowiedzi. Bo pytanie ma budzić umysł, a odpowiedź go uspakaja, tak jak dziecko, które zadawszy pytanie satysfakcjonuje się jakimikolwiek słowami dorosłych. Dojrzały umysł nie spoczywa na łonie żadnej odpowiedzi, bowiem każda usypia umysł. Strzeżcie się więc odpowiedzi.

O głupocie

John Clesee w filmiku „On stupidity” z właściwym sobie poczuciem humoru nakreśla kwestię głupich ludzi: „Myślę, że problem z takimi ludźmi polega na tym, że są oni tak głupi, że nie mają najmniejszego pojęcia, jak bardzo są głupi. Widzisz, jeśli jesteś bardzo, bardzo głupi to jak w ogóle możesz sobie uświadomić, że jesteś bardzo, bardzo głupi? Musiałbyś być względnie inteligenty, by uświadomić sobie, jak głupi jesteś”. Jeśli kogoś te słowa nie przekonały, to w dalszej części swej wypowiedzi Clesee przytacza znany w psychologii efekt Krugera-Dunninga. Badacze ci stwierdzili, że osoby nie dysponujące żadną wiedzą czy kompetencjami przeceniają swoje umiejętności, a osoby będące ekspertami często nie doceniają swojej wiedzy. Dobrze, ale drążmy głębiej i zapytajmy dlaczego jednak ludzie głupi nie zauważają, że są głupi? Bowiem błyskotliwy argument Johna Cleese i uczone dywagacje amerykańskich psychologów stwierdzają niestety tylko jedno – ludzie głupi są głupi, bo są głupi. Najwidoczniej coś im nie pozwala przeprowadzić nawet tak minimalnego aktu introspekcji, który dałby im świadomość własnej głupoty. Zupełnie jakby coś im przeszkadzało w uzyskaniu owej świadomości. Najbardziej trafia do mnie następująca metafora: ludzie głupi mają umysł o tak małej objętości, że wystarczy tylko jedna myśl, by go zupełnie wypełnić. To dlatego ludzie głupi są tak pewni siebie – ta jedna myśl nie pozwala im rozpatrzyć innych opcji, wysyca całkowicie ich możliwości mentalne. Kruger i Dunning zainspirowali się przypadkiem pewnego mężczyzny, który postanowił obrabować bank. Ów mężczyzna zapamiętał z dzieciństwa ideę, że sok z cytryny jest „niewidzialnym atramentem”. Posmarował więc twarz sokiem z cytryny i napadł na bank, uważając że nie zostanie rozpoznany – jednak, jak można się było spodziewać, kamery zarejestrowały jego twarz i został uwięziony. To dla mnie jest istotą głupoty: opanowanie umysłu przez jedną myśl. Każdemu może się to zdarzyć, zwykle na chwilę, ale cechą ludzi głupich jest to, że pozostają w stanie monoideiczności permanentnie.

O prześladowaniach (niektórych) katolików

Zapewne każdy spotkał się z opinią, wedle której w Polsce są prześladowani katolicy. W tym tygodniu trudno mi w taką opinię uwierzyć, bo mam dziwne wrażenie, że to raczej niektórzy polscy katolicy czują się prześladowani przez papieża Franciszka. I o nich tylko chciałbym tu napisać. Można czuć się prześladowanym nie tylko wtedy, gdy wyrzuca się kogoś z pracy za poglądy religijne czy polityczne, lub też stosuje się fizyczną przemoc. Nie, do poczucia bycia prześladowanym wystarczy coś bardzo prostego – niezgoda na rzeczywistość, w której się żyje. Niezgoda ta ma wiele postaci, ale ja skupię się tylko na jednym przykładzie. Rozpatrzmy dziecko takiego katolika, spotykające się w szkole i otoczeniu z innymi ideami niż te, które są propagowane w domu. To już wystarczy do tego, by poczuł się on dyskryminowany, osaczony i prześladowany. „Przecież dziecku grozi deprawacja, gdy pozna co to gender, gej, multi-kulti, relatywizm, kosmopolityzm oraz – co najgorsze – uchodźcy i globalne ocieplenie!” zakrzyknie. Ten okrzyk to wyraz lęku przed współczesnym światem pełnym okropnych wydarzeń i idei, przed którymi trzeba uchronić dziecko. Bierze się on z podskórnego poczucia, że wychowanie dziecka może być nieskuteczne i najlepiej by było, gdyby nigdy nie wyszło ono spod ochronnego klosza rodziny. A jeśli już wyjdzie, to najlepiej na świat skonstruowany wedle ograniczonego światopoglądu takiego katolika. Niestety, jak głosi stara przypowieść, w ten sposób nie nauczy on swego dziecka pływać, a opodal płynie rzeka… Posiadanie przekonań religijnych nie jest polisą ubezpieczeniową, chroniącą przed złem tego świata. To tak nie działa, niestety.

O globalnym ociepleniu

Myślenie tych, którzy chcą uchronić Ziemię przed globalnym ocieplaniem, jest myśleniem do szpiku kości antropocentrycznym. Gdy zmiany klimatu pójdą za daleko, to właśnie gatunkowi Homo sapiens grozi utrata obecnego statusu na tej planecie. Nic dziwnego zatem, że bardziej świadomi jego przedstawiciele podnoszą alarm. Może jednak nie warto się niczym przejmować, bo niby dlaczego szóste, tym razem spowodowane przez ludzi, wymieranie gatunków nie miałoby objąć i naszego? I dlaczego ten gatunek nie miałby się odznaczyć czymś wyjątkowym w historii Ziemi i nie popełnić wzorcowego seppuku? Spotkałem się z taką opinią: „Prawdopodobnie Ziemia ma takie mechanizmy przywracające równowagę, których naukowcy nie znają. Np. reakcją na wzrost temperatury może być wzrost opadów, aż do rozmiarów, które dla gospodarki będą katastrofą. Ziemia będzie się ratować przed przegrzaniem, ale w sposób, który dla miłośników niezmienności będzie przykry.” Mnie nie jest potrzebna taka spekulacja. Znam metodę samoregulacji Ziemi, która nie jest wyssanym z palca „wzrostem opadów”, ale czymś, co nasz gatunek potrafi najlepiej – to wojna globalna. Dzięki niej ludzkość radykalnie obniży swoją liczebność, a drapieżny kapitalizm, który obecnie opanował planetę, zostanie całkowicie przyhamowany, gdyż zniknie możliwość globalnego handlu. Obniży się produkcja, a co za tym idzie zanieczyszczenie atmosfery gazami cieplarnianymi. Jeśli redukcja populacji będzie jeszcze bardziej znacząca, to osiągniemy nasz dawny status z okresu paleolitu – jednego z wielu gatunków, nie mającego praktycznie żadnego wpływu na otoczenie. Powoli, jak w zonie wokół Czernobyla, przyroda wróci do równowagi. Ale, jeśli rzeczywiście równowaga ma zostać przywrócona na trwale, ludzkość powinna całkowicie zniknąć. I wtedy, po setkach milionów lat ewolucji, może pojawi się odmienna postać inteligencji na Ziemi, która wykwitnie z jakiegoś innego gatunku. Ale czy i ten gatunek nie popełni tych wszystkich błędów, które popełniła ludzkość? Jest to nader prawdopodobne.