Archiwum kategorii: Bez kategorii

O degustowaniu idei

Jakiś czas temu wpisałem w swój edytor tekstów słowo „rzeczywistości” – i zostało ono podkreślone. Także uczynna pani redaktor z wydawnictwa potwierdziła, że słowo „rzeczywistość” nie ma liczby mnogiej w języku polskim. Zadałem sobie zatem pytanie, czy może istnieć wiele rzeczywistości i wbrew edytorom i redaktorkom odpowiedziałem: Tak! To wspaniała idea, idea, która mi smakuje. Myśl o istnieniu wielu rzeczywistości wprawiła me ciało w dobrostan. Idee degustuje się podobnie jak pokarm – jeśli po przyswojeniu sobie jakieś idei czujesz odrazę i niestrawność, znaczy to, że ona nie jest dla ciebie. Jeśli natomiast twe ciało przebiega przyjemny dreszcz, a umysł reaguje chwilą ekstazy – to oznacza, że ta myśl jest dla ciebie, smakuje ci i możesz ją spokojnie przyswoić.

O pozostałościach chrześcijaństwa

Sześć lat temu temu przeczytałem wspaniałą książkę Johna Gray’a „Czarna msza. Apokaliptyczna religia i śmierć utopii”. Spośród wielu zawartych w niej myśli chcę podkreślić jedną, która wydaje mi się najważniejsza: „Polityczne ideologie ostatnich dwustu lat były nośnikami mitu o zbawieniu w historii – najbardziej problematycznego daru, jaki chrześcijaństwo przyniosło ludzkości. Przemoc religijna żywiąca się tym mitem jest wrodzoną chorobą Zachodu.” (s. 301-302) Nie jest to myśl całkiem nowa, ale po lekturze książki Gray’a rozumiemy, że jeśli chrześcijaństwo chciało być lekarstwem na choroby ludzkości w czasach cesarstwa rzymskiego, to dziś – gdy minęło prawie 2000 lat i dawne choroby już zniknęły – cierpimy już tylko na jakże bolesne skutki uboczne, które to lekarstwo wywołało. Współczesna ludzkość, zamiast odkryć nowe, skuteczne lekarstwo, aplikuje sobie nieustannie i bezmyślnie stare, pogłębiając tylko objawy (wspaniale pokazuje to Gray, omawiając religijne źródła polityki Busha, czy ateizm, jako współczesną chrześcijańską herezję). Faszyzm, komunizm, liberalizm, neokonserwatyzm – to tylko postchrześcijańskie mutacje nieskutecznego, przeterminowanego już antidotum na nieuleczalne niedoskonałości ludzkiej natury. Dziś tezy tej książki są jeszcze bardziej aktualne. Aktualnie w Polsce mamy do czynienia z wzrastającą falą utopijnych ideologii obiecujących poprawę państwa i bytu narodu, a będących oczywiście w istocie rzeczy niczym innym jak pustymi, zrytualizowanymi i upolitycznionymi formami pseudochrześcijaństwa. To Polska specyfika, religijna mimikra – tu katolicyzm perfekcyjnie udaje, że ciągle ma coś wspólnego z chrześcijaństwem. Używając metafory ewangelicznej, mamy do czynienia ze starymi bukłakami, tyle że pustymi, a nowego wina brak.

O psychologii ewolucyjnej

Od samych swych początków psychologia cierpi na ciekawą dolegliwość. Bardzo chce być nauką, oczywiście nauką ścisłą, a nie jakąś tam humanistyczną. Lecz ciągle nie może osiągnąć owego ideału i być tak ścisła jak, dajmy na to, fizyka. Efektem tego niespełnionego pragnienia jest nieustanne czerpanie z zasobów innych nauk, co ma dać szansę psychologii na stanie się nauką. Całkiem niedawno sięgnęła po teorię ewolucji. Swoją drogą teoria ewolucji nie miała szczęścia do swoich pozabiologicznych zwolenników. Najpierw ją wykorzystał Herbert Spencer, który rozwinął ewolucjonizm społeczny, mający mało co wspólnego z teorią Darwina. Współcześnie natomiast jej najbardziej zapalczywym zwolennikom służy jako uniwersalna teoria tłumacząca wszystko, niczym teoria spiskowa. Psychologia jednak nie zważając na kontrowersje przylgnęła do teorii ewolucji w swym pożądaniu naukowości, co niestety nie wychodzi jej na dobre. Oto przykład. Jedną z podstawowych kwestii, które rozpatruje psychologia ewolucyjna jest pytanie: na jakiej podstawie kobiety wybierają mężczyzn? Odpowiedź brzmi: zasobność materialna, prestiż społeczny, ambicja, starszy wiek itd. Wiadomo, kobieta inwestuje w wychowanie potomstwa i musi wybrać odpowiedniego mężczyznę, aby odnieść sukces reprodukcyjny. A zatem jak wytłumaczyć np. zjawisko groupies, które wydaje się przeczyć podanym wyjaśnieniom? Dlaczego kobiety uprawiają seks z przypadkowymi, nieodpowiedzialnymi, acz nader atrakcyjnymi mężczyznami, jakimi są frontmani zespołów rockowych? Oto również mamy odpowiedź! Badania Davida M. Bussa i Heidi Greiling potwierdziły pewną intrygującą hipotezę, znaną jako teoria „seksownych synów”. Kobiety, które decydują się na seks z atrakcyjnymi mężczyznami, rodzą seksownych synów. Gdy ci dorosną w ostatecznym rozrachunku przyciągną do siebie więcej kobiet, a zatem dzięki zwiększonej rozrodczości swoich seksownych synów ich matki osiągają sukces reprodukcyjny. Cóż to za piękna teoria ta psychologia ewolucyjna, może wytłumaczyć każde zachowanie człowieka!

O religii

Wielkie religie pysznią się posiadaniem prawdy objawionej. Przyciągają rzesze ludzi mnóstwem wspaniałych obietnic. Nie przeszkadza im, że inna, równie wielka religia, daje trochę odmienne obietnice – wszak w grę wchodzi tu ewolucyjna rywalizacja o przetrwanie, w której ten, kto lepiej obieca, wygra. Zapytajmy jednak, do czego sprowadza się ostatecznie każda obietnica dawana przez religię, co najbardziej kusi ludzi o religijnym usposobieniu? Obietnica ta brzmi: „Jeśli pojmiesz siebie w kategoriach jakiegoś absolutnego systemu, jeśli staniesz się jego częścią, to już nic złego nie może cię spotkać”. Przylgnięcie do tej obietnicy czyni życie jasnym i prostym, a jej beneficjent czuje się zaszczycony, gdyż wydaje mu się, że dysponuje uprzywilejowanym dostępem do wiedzy o rzeczywistości. Najwyższą iluzją jest jednak mniemanie wyznawcy, że jego system religijny wyjaśnia także ostatecznie to, kim on sam naprawdę jest. Funkcją każdej religii jest bowiem wyłącznie upraszczanie rzeczywistości, kodowanie jej stosownie do ograniczonych możliwości mentalnych Homo sapiens i tym samym czynienie świata „przeżywalnym”. To ultymatywna obietnica, najwyższe pocieszenie. Wbrew roszczeniom religii nie niosą one żadnej objawionej prawdy, jedynie prawdę czysto pragmatyczną, skrojoną na miarę potrzeb naszego gatunku. To prawda, dzięki której ludzie mogą przetrwać.

O wybieraniu

W swej pouczającej książeczce „Szaleńcy u władzy” P. de Sutter pisze: „Głupi psychopaci spędzają życie w więzieniu, bardziej cwani stają się bogaci sprzedając narkotyki lub papierosy, a naprawdę inteligentni psychopaci zostają szefami państw”. Tej reguły nie obali żaden system wyborczy, może ją tylko złagodzić, lub też wzmocnić. Albowiem demokracja to nic innego jak łagodnymi środkami prowadzona wojna domowa, by zacytować słowa starego filistra szwajcarskiego, C. G. Junga. Polityka jest wyrazem natury ludzkiej, która jest przeniknięta przeciwieństwami. Jest też obszarem, gdzie procesy grupowe mogą przebiegać w sposób prawie niezakłócony. W grupowych wyborach zawsze wybieramy tylko mniejsze zło, a nie wybierając – jak mówi prawo małych liczb – wybieramy zło w czystszej postaci.

O zasadniczej absurdalności

Dzisiejszy wpis to kontynuacja wpisu sprzed tygodnia, spojrzenie na ten sam problem z trochę innej strony. Parę lat temu, w trakcie jednego ze swych wyśmienitych wykładów, prof. Tadeusz Sławek przytoczył w swym tłumaczeniu słowa Annie Dillard z jej książki „Teaching a Stone to Talk”: „Gdziekolwiek nie skierowalibyśmy naszego spojrzenia, chodzi niezmiennie o jedną rzecz – o to, by znaleźć praktyczny kompromis między wzniosłością naszych idei, a zasadniczą absurdalnością naszego istnienia” (absurdity of the fact of us)”. Bóg, prawda, wolność, piękno, dharma, dobro, humanitarność etc. to bez wątpienia niektóre z takich wzniosłych idei. Tworzą one naszą kulturę i odwołujemy się do nich nieustannie. Postawmy je zatem wobec nagich faktów naszego istnienia – śmierci, bólu, choroby, przemocy, wojny, głupoty i wielu innych. Czy rzeczywiście osiągamy praktyczny kompromis w chwili, gdy stoimy nad zwłokami najbliższej osoby i staramy się pogodzić ten widok z podniosłą zawartością naszego umysłu? Albo gdy słyszymy o okrucieństwach wojny, o zamachach, o handlu dziećmi, o wyzysku pracowników? To łagodny umysł Annie Dillard kazał jej to nazwać „praktycznym kompromisem”. Moim zdaniem chodzi tu o apotropaiczny zabieg chroniący chwiejną spójność naszej świadomości, o zbiorowe trwanie w iluzji, jaką jest kultura. Kultura pozwala ludzkości przetrwać, ale ceną jaką płacimy jest odsuwanie od nas „zasadniczej absurdalności naszego istnienia”, a bez jej doświadczenia nie można zwać się człowiekiem.

O złudzeniach

Jedno z najważniejszych dzieł Freuda nosi w polskim przekładzie tytuł: „Kultura jako źródło cierpień”. Jego zdaniem kultura jest źródłem złudzeń, które powodują cierpienie człowieka, ale są konieczne dla trwania społeczeństwa. Ja bym jednak myśl Freuda odwrócił, by wydobyć z niej pełnię znaczenia. To cierpienie jest źródłem kultury będącej uniwersalnym systemem złudzeń, źródłem wszelkich programów kodujących świadomość, jako software wpajany w procesie socjalizacji i edukacji. To ludzie cierpiący, nieszczęśliwi tworzą religie, mity, ideologie, sztukę i filozofię. Świat kultury jest zatem wytworzony przez ludzi, którzy nie wiedzą jak żyć, którzy jeno produkują i reprodukują najdziksze złudzenia, byleby tylko nie zobaczyć tego, jak jest. Wyrzucają z siebie dręczące ich demony, tworząc dzieła mające być dla ich terapią. Piszą ewangelie i traktaty polityczne, malują, komponują po to, by uciec od samych siebie. Odbiór ich dzieł jest entuzjastyczny, gdyż rezonują one z demonami obecnymi w duszach im współczesnych. Jednak ani życie osobiste tych twórców, ani treść ich twórczości nie świadczy o sukcesie owej terapii. I nie może się ona zakończyć sukcesem, gdyż cała kultura ludzkości, od jej początków uwiecznionych na ścianach jaskiń, jest niczym innym, jak tylko zapisem ucieczki człowieka od siebie samego.

O dzieciach i dorosłych

Bardzo często widząc zachowanie dorosłych wobec dzieci zastanawiam się: Co one im zrobiły? Dlaczego mam wrażenie, jakby dorośli i dzieci byli od siebie tak bardzo odlegli ? Nie jestem osamotniony w tym osądzie. Alison Gopnik w swej książce „Dziecko filozofem” pisze: „Dzieci i dorośli są odmiennymi reprezentantami gatunku Homo sapiens. Mają bardzo różne – choć równie złożone i potężne – umysły, mózg i formy świadomości, stworzone po to, aby spełnić odmienne funkcje ewolucyjne. Rozwój człowieka przypomina raczej swoistą metamorfozę, przekształcenie się poczwarki w motyla, aniżeli nieskomplikowany proces wzrostu – choć mogłoby się wydawać, że to raczej dzieci są żywymi, bezustannie ruchliwymi motylami, które z wiekiem zmieniają się w poczwarki kroczące wolno ścieżką dla dorosłych”. Dorośli nie widzą, że dziecko jest motylem. Podobnie jak świadomość zwierząt, tak i świadomość dzieci uznawana jest za niższą, gorszą. Dla każdego zwykłego rodzica dziecko to nieudana odmiana osoby dorosłej, traktowana protekcjonalnie, jak swego rodzaju osoba z zespołem Downa, która z czasem wyzdrowieje. Pisał o tym C.G. Jung: „Bo dorośli nie zwykli zbyt uważnie słuchać dzieci: w każdym wieku, we wszystkim co istotne, traktują je jako osobników niepoczytalnych, jeśli zaś chodzi o sprawy niezbyt ważne, przypisują im cechy doskonałych automatów”. Dzieci, ze swymi cudownie świeżymi pytaniami filozoficznymi, przypominają mi niewolników w platońskiej jaskini, której ściany zbudowane są z umysłów dorosłych. W swoich „Antypamiętnikach” Andre Malraux przytacza słowa pewnego księdza, który wysłuchiwał spowiedzi przez ponad pięćdziesiąt lat: „Przede wszystkim ludzie są znacznie bardziej nieszczęśliwi, niż się myśli.” To dosyć oczywista uwaga. Ale potem ksiądz dodaje: „Poza tym, w gruncie rzeczy, nie ma ludzi dorosłych.” Tak, nie ma ludzi w pełni dorosłych, czyli w mojej nomenklaturze – dojrzałych. Dojrzały człowiek to rzadkość, bo dorasta się własnym wysiłkiem, a dzieci, dzieci są wychowywane i wyrastają na dorosłych. Jedyną cnotą nas dorosłych wydaje się być wprost nieograniczona zdolność do akceptowania absurdów, które sami stworzyliśmy. Stworzyliśmy świat, z którego jesteśmy dumni i w którym cierpimy; powołujemy do istnienia nowych ludzi, by z niekłamaną radością uczynić z nich swe, coraz gorsze, kopie. Trafnie to ujął Ronald D. Laing: „Nim nowy człowiek osiągnie wiek piętnastu lat, jest już istotą całkowicie do nas podobną. Jest na wpół oszalałym stworzeniem, niemal już przywykłym do życia w obłąkanym świecie.” Tak zwani dorośli to dzieci o pomarszczonej skórze, o ambicjach rodem z piaskownicy i  o marzeniach wyciągniętych z kolorowych książeczek.

O prawie Jante

W 1933 roku norweski pisarz pochodzenia duńskiego Aksel Sandemose opublikował nowelę „Uciekinier przełamuje ścieżki”. Opisał w niej małe duńskie miasteczko Jante, w którym obowiązuje Prawo Jante ( nor. Janteloven). Prawo to opisuje nie tylko mentalność skandynawską. Oto jego zasady :
1. Nie sądź, że jesteś kimś wyjątkowym.
2. Nie sądź, że nam dorównujesz.
3. Nie sądź, że jesteś mądrzejszy od nas.
4. Nie sądź, że jesteś lepszy od nas.
5. Nie sądź, że wiesz więcej, niż my.
6. Nie sądź, że jesteś czymś więcej, niż my.
7. Nie sądź, że jesteś w czymś dobry.
8. Nie masz prawa śmiać się z nas.
9. Nie sądź, że komukolwiek będzie na tobie zależało.
10. Nie sądź, że możesz nas czegoś nauczyć.
11. Nie sądź, że jest coś czego o tobie nie wiemy.
Moralność powstała jako zespół zasad, który obejmuje życie całej grupy. Statystyczni członkowie grupy wyciągają jednak z tego nieuprawniony wniosek: „Musisz przestrzegać zasad określonych przez grupę, gdyż w przeciwnym przypadku będą ci one narzucone przemocą psychiczną i fizyczną”. Według mnie najważniejsze jest jedenaste przykazanie, które pokazuje, że podstawą każdej tak pojętej moralności jest wiedza o życiu osobistym drugiego człowieka. Twoi sąsiedzi wiedzą o tobie prawie wszystko (a resztę wie bóg przez nich wymyślony) i nie zawahają się tej wiedzy użyć, by obniżyć twoją wartość i sprowadzić cię do swego poziomu.

O cierpieniu

Czy cierpienie ma jakikolwiek wewnętrzny sens? Na pewno nie wtedy, gdy trwa. Gdy cierpimy, ulegamy pokusie by odwołać się do czegoś zewnętrznego wobec niego. Nadajemy sens naszemu cierpieniu odwołując się do religii, albo też możemy uważać, że poświęcamy się dla innych ludzi, ba, możemy nawet cierpieć dla idei. Kultura jest pełna takich zewnętrznych sensów, które możemy narzucać na nasze cierpienie. To gotowe szablony, nie mające nic wspólnego z tym, co przeżywamy. Według mnie cierpienie jednak daje coś, co pojawia się wszakże dopiero wtedy, gdy ono przeminie. To mądrość rany. Po zranieniu pozostaje blizna, wzorzec doświadczenia, zapis drogi leczenia rany, mapa drogi wychodzenia z cierpienia. Blizna przypomina o trudnych ścieżkach, którymi błądziliśmy przez większość naszego życia, tworzy tkankę naszego życia. Dzięki niej uczymy się – i pamiętamy, że wcale nie wyszliśmy z labiryntu. Cierpienie nie ma samo w sobie żadnego sensu i nie uszlachetnia, lecz jeśli nas nie zniszczy, a my nie poddamy się pokusie, by gotowy szablon zadecydował o jego sensie, to możemy się dowiedzieć czegoś ciekawego o sobie.