Wielkie religie pysznią się posiadaniem prawdy objawionej. Przyciągają rzesze ludzi mnóstwem wspaniałych obietnic. Nie przeszkadza im, że inna, równie wielka religia, daje trochę odmienne obietnice – wszak w grę wchodzi tu ewolucyjna rywalizacja o przetrwanie, w której ten, kto lepiej obieca, wygra. Zapytajmy jednak, do czego sprowadza się ostatecznie każda obietnica dawana przez religię, co najbardziej kusi ludzi o religijnym usposobieniu? Obietnica ta brzmi: „Jeśli pojmiesz siebie w kategoriach jakiegoś absolutnego systemu, jeśli staniesz się jego częścią, to już nic złego nie może cię spotkać”. Przylgnięcie do tej obietnicy czyni życie jasnym i prostym, a jej beneficjent czuje się zaszczycony, gdyż wydaje mu się, że dysponuje uprzywilejowanym dostępem do wiedzy o rzeczywistości. Najwyższą iluzją jest jednak mniemanie wyznawcy, że jego system religijny wyjaśnia także ostatecznie to, kim on sam naprawdę jest. Funkcją każdej religii jest bowiem wyłącznie upraszczanie rzeczywistości, kodowanie jej stosownie do ograniczonych możliwości mentalnych Homo sapiens i tym samym czynienie świata „przeżywalnym”. To ultymatywna obietnica, najwyższe pocieszenie. Wbrew roszczeniom religii nie niosą one żadnej objawionej prawdy, jedynie prawdę czysto pragmatyczną, skrojoną na miarę potrzeb naszego gatunku. To prawda, dzięki której ludzie mogą przetrwać.
Archiwum kategorii: Bez kategorii
O wybieraniu
W swej pouczającej książeczce „Szaleńcy u władzy” P. de Sutter pisze: „Głupi psychopaci spędzają życie w więzieniu, bardziej cwani stają się bogaci sprzedając narkotyki lub papierosy, a naprawdę inteligentni psychopaci zostają szefami państw”. Tej reguły nie obali żaden system wyborczy, może ją tylko złagodzić, lub też wzmocnić. Albowiem demokracja to nic innego jak łagodnymi środkami prowadzona wojna domowa, by zacytować słowa starego filistra szwajcarskiego, C. G. Junga. Polityka jest wyrazem natury ludzkiej, która jest przeniknięta przeciwieństwami. Jest też obszarem, gdzie procesy grupowe mogą przebiegać w sposób prawie niezakłócony. W grupowych wyborach zawsze wybieramy tylko mniejsze zło, a nie wybierając – jak mówi prawo małych liczb – wybieramy zło w czystszej postaci.
O zasadniczej absurdalności
Dzisiejszy wpis to kontynuacja wpisu sprzed tygodnia, spojrzenie na ten sam problem z trochę innej strony. Parę lat temu, w trakcie jednego ze swych wyśmienitych wykładów, prof. Tadeusz Sławek przytoczył w swym tłumaczeniu słowa Annie Dillard z jej książki „Teaching a Stone to Talk”: „Gdziekolwiek nie skierowalibyśmy naszego spojrzenia, chodzi niezmiennie o jedną rzecz – o to, by znaleźć praktyczny kompromis między wzniosłością naszych idei, a zasadniczą absurdalnością naszego istnienia” (absurdity of the fact of us)”. Bóg, prawda, wolność, piękno, dharma, dobro, humanitarność etc. to bez wątpienia niektóre z takich wzniosłych idei. Tworzą one naszą kulturę i odwołujemy się do nich nieustannie. Postawmy je zatem wobec nagich faktów naszego istnienia – śmierci, bólu, choroby, przemocy, wojny, głupoty i wielu innych. Czy rzeczywiście osiągamy praktyczny kompromis w chwili, gdy stoimy nad zwłokami najbliższej osoby i staramy się pogodzić ten widok z podniosłą zawartością naszego umysłu? Albo gdy słyszymy o okrucieństwach wojny, o zamachach, o handlu dziećmi, o wyzysku pracowników? To łagodny umysł Annie Dillard kazał jej to nazwać „praktycznym kompromisem”. Moim zdaniem chodzi tu o apotropaiczny zabieg chroniący chwiejną spójność naszej świadomości, o zbiorowe trwanie w iluzji, jaką jest kultura. Kultura pozwala ludzkości przetrwać, ale ceną jaką płacimy jest odsuwanie od nas „zasadniczej absurdalności naszego istnienia”, a bez jej doświadczenia nie można zwać się człowiekiem.
O złudzeniach
Jedno z najważniejszych dzieł Freuda nosi w polskim przekładzie tytuł: „Kultura jako źródło cierpień”. Jego zdaniem kultura jest źródłem złudzeń, które powodują cierpienie człowieka, ale są konieczne dla trwania społeczeństwa. Ja bym jednak myśl Freuda odwrócił, by wydobyć z niej pełnię znaczenia. To cierpienie jest źródłem kultury będącej uniwersalnym systemem złudzeń, źródłem wszelkich programów kodujących świadomość, jako software wpajany w procesie socjalizacji i edukacji. To ludzie cierpiący, nieszczęśliwi tworzą religie, mity, ideologie, sztukę i filozofię. Świat kultury jest zatem wytworzony przez ludzi, którzy nie wiedzą jak żyć, którzy jeno produkują i reprodukują najdziksze złudzenia, byleby tylko nie zobaczyć tego, jak jest. Wyrzucają z siebie dręczące ich demony, tworząc dzieła mające być dla ich terapią. Piszą ewangelie i traktaty polityczne, malują, komponują po to, by uciec od samych siebie. Odbiór ich dzieł jest entuzjastyczny, gdyż rezonują one z demonami obecnymi w duszach im współczesnych. Jednak ani życie osobiste tych twórców, ani treść ich twórczości nie świadczy o sukcesie owej terapii. I nie może się ona zakończyć sukcesem, gdyż cała kultura ludzkości, od jej początków uwiecznionych na ścianach jaskiń, jest niczym innym, jak tylko zapisem ucieczki człowieka od siebie samego.
O dzieciach i dorosłych
Bardzo często widząc zachowanie dorosłych wobec dzieci zastanawiam się: Co one im zrobiły? Dlaczego mam wrażenie, jakby dorośli i dzieci byli od siebie tak bardzo odlegli ? Nie jestem osamotniony w tym osądzie. Alison Gopnik w swej książce „Dziecko filozofem” pisze: „Dzieci i dorośli są odmiennymi reprezentantami gatunku Homo sapiens. Mają bardzo różne – choć równie złożone i potężne – umysły, mózg i formy świadomości, stworzone po to, aby spełnić odmienne funkcje ewolucyjne. Rozwój człowieka przypomina raczej swoistą metamorfozę, przekształcenie się poczwarki w motyla, aniżeli nieskomplikowany proces wzrostu – choć mogłoby się wydawać, że to raczej dzieci są żywymi, bezustannie ruchliwymi motylami, które z wiekiem zmieniają się w poczwarki kroczące wolno ścieżką dla dorosłych”. Dorośli nie widzą, że dziecko jest motylem. Podobnie jak świadomość zwierząt, tak i świadomość dzieci uznawana jest za niższą, gorszą. Dla każdego zwykłego rodzica dziecko to nieudana odmiana osoby dorosłej, traktowana protekcjonalnie, jak swego rodzaju osoba z zespołem Downa, która z czasem wyzdrowieje. Pisał o tym C.G. Jung: „Bo dorośli nie zwykli zbyt uważnie słuchać dzieci: w każdym wieku, we wszystkim co istotne, traktują je jako osobników niepoczytalnych, jeśli zaś chodzi o sprawy niezbyt ważne, przypisują im cechy doskonałych automatów”. Dzieci, ze swymi cudownie świeżymi pytaniami filozoficznymi, przypominają mi niewolników w platońskiej jaskini, której ściany zbudowane są z umysłów dorosłych. W swoich „Antypamiętnikach” Andre Malraux przytacza słowa pewnego księdza, który wysłuchiwał spowiedzi przez ponad pięćdziesiąt lat: „Przede wszystkim ludzie są znacznie bardziej nieszczęśliwi, niż się myśli.” To dosyć oczywista uwaga. Ale potem ksiądz dodaje: „Poza tym, w gruncie rzeczy, nie ma ludzi dorosłych.” Tak, nie ma ludzi w pełni dorosłych, czyli w mojej nomenklaturze – dojrzałych. Dojrzały człowiek to rzadkość, bo dorasta się własnym wysiłkiem, a dzieci, dzieci są wychowywane i wyrastają na dorosłych. Jedyną cnotą nas dorosłych wydaje się być wprost nieograniczona zdolność do akceptowania absurdów, które sami stworzyliśmy. Stworzyliśmy świat, z którego jesteśmy dumni i w którym cierpimy; powołujemy do istnienia nowych ludzi, by z niekłamaną radością uczynić z nich swe, coraz gorsze, kopie. Trafnie to ujął Ronald D. Laing: „Nim nowy człowiek osiągnie wiek piętnastu lat, jest już istotą całkowicie do nas podobną. Jest na wpół oszalałym stworzeniem, niemal już przywykłym do życia w obłąkanym świecie.” Tak zwani dorośli to dzieci o pomarszczonej skórze, o ambicjach rodem z piaskownicy i o marzeniach wyciągniętych z kolorowych książeczek.
O prawie Jante
W 1933 roku norweski pisarz pochodzenia duńskiego Aksel Sandemose opublikował nowelę „Uciekinier przełamuje ścieżki”. Opisał w niej małe duńskie miasteczko Jante, w którym obowiązuje Prawo Jante ( nor. Janteloven). Prawo to opisuje nie tylko mentalność skandynawską. Oto jego zasady :
1. Nie sądź, że jesteś kimś wyjątkowym.
2. Nie sądź, że nam dorównujesz.
3. Nie sądź, że jesteś mądrzejszy od nas.
4. Nie sądź, że jesteś lepszy od nas.
5. Nie sądź, że wiesz więcej, niż my.
6. Nie sądź, że jesteś czymś więcej, niż my.
7. Nie sądź, że jesteś w czymś dobry.
8. Nie masz prawa śmiać się z nas.
9. Nie sądź, że komukolwiek będzie na tobie zależało.
10. Nie sądź, że możesz nas czegoś nauczyć.
11. Nie sądź, że jest coś czego o tobie nie wiemy.
Moralność powstała jako zespół zasad, który obejmuje życie całej grupy. Statystyczni członkowie grupy wyciągają jednak z tego nieuprawniony wniosek: „Musisz przestrzegać zasad określonych przez grupę, gdyż w przeciwnym przypadku będą ci one narzucone przemocą psychiczną i fizyczną”. Według mnie najważniejsze jest jedenaste przykazanie, które pokazuje, że podstawą każdej tak pojętej moralności jest wiedza o życiu osobistym drugiego człowieka. Twoi sąsiedzi wiedzą o tobie prawie wszystko (a resztę wie bóg przez nich wymyślony) i nie zawahają się tej wiedzy użyć, by obniżyć twoją wartość i sprowadzić cię do swego poziomu.
O cierpieniu
Czy cierpienie ma jakikolwiek wewnętrzny sens? Na pewno nie wtedy, gdy trwa. Gdy cierpimy, ulegamy pokusie by odwołać się do czegoś zewnętrznego wobec niego. Nadajemy sens naszemu cierpieniu odwołując się do religii, albo też możemy uważać, że poświęcamy się dla innych ludzi, ba, możemy nawet cierpieć dla idei. Kultura jest pełna takich zewnętrznych sensów, które możemy narzucać na nasze cierpienie. To gotowe szablony, nie mające nic wspólnego z tym, co przeżywamy. Według mnie cierpienie jednak daje coś, co pojawia się wszakże dopiero wtedy, gdy ono przeminie. To mądrość rany. Po zranieniu pozostaje blizna, wzorzec doświadczenia, zapis drogi leczenia rany, mapa drogi wychodzenia z cierpienia. Blizna przypomina o trudnych ścieżkach, którymi błądziliśmy przez większość naszego życia, tworzy tkankę naszego życia. Dzięki niej uczymy się – i pamiętamy, że wcale nie wyszliśmy z labiryntu. Cierpienie nie ma samo w sobie żadnego sensu i nie uszlachetnia, lecz jeśli nas nie zniszczy, a my nie poddamy się pokusie, by gotowy szablon zadecydował o jego sensie, to możemy się dowiedzieć czegoś ciekawego o sobie.
O drugiej połowie życia
Strindberg z niepokojem oczekiwał czterdziestki, czasu „gdy wszystko przenika się wzrokiem na wskroś, jakby było ze szkła” (K. Jaspers, „Strindberg i van Gogh”, s. 51). Nie spotkałem trafniejszych i bardziej zwięzłych słów, które by tak adekwatnie oddawały ową zmianę, jaka dokonuje się w percepcji rzeczywistości w drugiej połowie życia. Problem w tym, że większość ludzi tej zmiany nie chce zauważyć, ucieka od niej, przerażona kruchością i niesubstancjalnością świata, jaki mogła by im objawić ta przemieniona percepcja. A przecież widzi się wtedy dosłownie na wskroś, już nie zaślepiają nas złudzenia, wszystko jest tak cenne, jak nieuchwytna gra świateł na powierzchni jeziora, albo jak tęcza, którą widzimy mrużąc oczy. Dostrzegamy marność wszystkiego w najlepszym, koheletowskim sensie i odkrywamy, że to właśnie jest rzeczywistość, że taki jest świat – kruchy i nierzeczywisty, przemijający szybciej niż błysk światła słonecznego na rzęsie. I dopiero wtedy go zaczynamy doceniać. Jeśli szukamy trwałości, stałości i pewności – oszukujemy siebie, lgnąc do złudzeń pierwszej połowy życia.
O kandydatach na ten świat
Walka o życie kandydatów na ten świat kusi swoją absolutną szlachetnością. Jednak, jak to zwykle w tym świecie bywa, skupiona jest na symptomach, nie na przyczynach. Tak dzieje się zawsze, gdy najpierw przyjmujemy jakąś siatkę pojęciową, potem narzucamy ją na rzeczywistość i staramy się biedną rzeczywistość dostosować do naszych wyobrażeń. Zaczynamy moralizować, zabraniać, ustawy pisać i karać. Daje to różne skutki – przede wszystkim jest nader skutecznym sposobem na budzenie poczucia winy. Przejdźmy jednak do rzeczy. Paromiesięczni kandydaci na ten świat są przecież w pełni zależni od decyzji dorosłych ludzi. To oczywiste. Ale nie chodzi tu o decyzję czy ma się ów kandydat urodzić, czy nie, albo czy mamy stanowić takie czy inne prawo, lub też czy tak lub inaczej wpływać na umysły rodziców. To nie tak. Tym, czym się musimy się przede wszystkim zająć nie są mali kandydaci na ten świat, lecz świat, na który mają przyjść. To jest ta sprawa, którą mogą zająć się dorośli, a nie mentalne i prawne gmeranie w macicy. Tym bardziej, że nie bierze się pod uwagę w tych żenujących okołomacicznych dyskusjach dalszego losu owych kandydatów, gdy już się narodzą i dorosną. Bo jak dorośnie człowiek, to chce, by też go szanowano i na głupie wojny nie wysyłano. Bo ojciec ma się swoim dzieckiem zająć, nie mordowaniem innych ojców. Bo jak dorośnie, chce też sam chce mieć potomków i chce móc ich utrzymać, a nie być niewolnikiem korporacji albo pracować za 6 złotych za godzinę. Bo jak matka rodzi swe dziecko, to chce by ono rosło, i żyło jak najdłużej i było szczęśliwe. Jak nad tym popracujemy, panie i panowie, to kobiety będą chciały rodzić w bezpiecznym świecie. I nie będzie żadnej potrzeby, by straszyć ustawami i krwawymi obrazami. I od tego trzeba zaczynać – od świata dorosłych, nie od świata kandydatów na ten świat. Zadbajmy o siebie, moi kochani dorośli, o świat, który tworzymy, to wtedy nie będziemy musieli „walczyć” o życie tych, których na świat sprowadzamy.
O drzew wycinaniu
Dlaczego nie lubię, gdy wycina się drzewa? Nawet gdy ktoś argumentuje, że sadzi nowe na ich miejsce? Z czysto egoistycznych powodów. Wiem, że nie doczekam czasu, gdy nowo posadzone drzewo będzie takie, jak to wycięte. Drzewa rosną długo, a ja egoistycznie chcę obcować z dużymi drzewami, o grubych pniach i obfitej koronie liści. Chcę budząc się rano widzieć przez okno ich korony i słyszeć śpiew ptaków siedzących na gałęziach. Wtedy wiem, że żyję. Drzewo jest jak najlepszy przyjaciel, daje dobrą samotność. Poza tym – nie ma żadnych rozsądnych powodów, by wycinać drzewa. Jednak ludzie niestety uwielbiają wycinać drzewa, zawsze padają one jako pierwsze ofiarą wszelkich zmian w środowisku, jakie wprowadza człowiek. Tymczasem drzewo jest symbolem naszej siły duchowej. Jung radził człowiekowi, który napotkał przeszkodę „nie do pokonania” by „zapuścił korzenie i rósł jak drzewo”. Nie umiem otrząsnąć się z wrażenia, że wycinając drzewa w odruchu autodestrukcji pozbawiamy się niemych świadków naszych najgłębszych duchowych dążeń, że wycinamy nasze sumienie.
