Archiwum kategorii: Bez kategorii

O teście na szczęście

Każdy chce żyć szczęśliwie. Nie wiem czym jest szczęście, bo dla każdego człowieka oznacza ono coś innego. Ciągle jednak spotkamy ludzi, którzy chcą nam narzucać swoje wizje tego, czym jest szczęście. Czynią tak, bo są nieszczęśliwi. Człowiek nieszczęśliwy chce by inni realizowali to, czego sam nie jest zdolny urzeczywistnić i dlatego uwielbia pouczać innych, moralizować, a wreszcie karać, gdy nie spełniają jego zachcianek. Człowiek szczęśliwy prowadzi swoje życie wedle swych własnych reguł i nawet przez myśl mu nie przejdzie, że mógłby komuś cokolwiek narzucać. To podstawowy test wykazujący, czy jesteś szczęśliwy – jeśli jesteś szczęśliwy, dajesz innym ludziom przestrzeń wolności, nie narzucając się im w niczym. Pełna akceptacja siebie to także pełna akceptacja innych. Dlatego mędrcy i mistycy zawsze uważali, że celem człowieka jest osiągnięcie szczęścia, nie rozumianego jako chwilowa ekscytacja, lecz jako głęboki i trwały stan umysłu. Ten stan umysłu promieniuje na innych, niwelując konflikty i łagodząc codzienne zadrażnienia. Szczęście to taki stan umysłu, który najwyraźniej ukazuje przekraczającą granice jednostkowych świadomości jedność ludzkości.

O Hypatii

Niedawno ponownie obejrzałem film „Agora” opowiadający historię filozofki i matematyczki Hypatii. Dzieje jej życia dobitnie pokazują podstawową różnicę pomiędzy postawą filozoficzną a postawą religijną. Hypatia jako filozofka zawsze kwestionowała wszystko, w co wierzyła, nieustannie dociekając i nigdy zatrzymując się na jakiejkolwiek konkluzji. Wspaniałą metaforę takiej postawy prezentuje pitagorejczyk Simiasz w platońskim „Fedonie”. Rozpatrując kwestię śmierci stwierdza on, że albo samemu się dojdzie do tego „jak to jest”, albo się przyjmie to, co ludzie mówią, i wtedy można „na tym płynąć jak na desce; może się i tak życie przepłynie, jeśli kogoś nie stać na bezpieczniejszy i mocniejszy statek, względnie jakąś boską myśl”. Platon porównuje tu wierzenia religijne do kawałka deski, której  ludzie chwytają się, by  przepłynąć przez życie. To, co religia proponuje jako jedyne rozwiązanie, czyli przyjęcie powszechnie akceptowanych wierzeń, filozofia widzi jedynie jako plan B. Planem A jest podjęcie wysiłku „by ze wszech stron rzecz rozpatrzyć”, tak jak zawsze czyniła to Hypatia.

O uprzedmiotowieniu człowieka

W dyskusjach i głupawych kłótniach wokół in vitro pojawia się ze strony mentalności katolickiej nader specyficzny argument, wedle którego to in vitro uprzedmiotawia człowieka, odbiera mu godność osoby ludzkiej na fundamentalnym poziomie, który nie wiadomo dlaczego jest tu utożsamiany z poziomem zarodka. Larum jest podnoszone okrutne – bo zarodki są zamrażane, bo nie ze wszystkich powstanie dziecko, bo są przedmiotem manipulacji technicznej itd. itd. A tymczasem prawdziwym uprzedmiotowieniem człowieka jest głoszona przez te środowiska zasada, którą można ująć krótko: każdy zarodek się liczy, każdy zarodek jest święty. Funkcjonuje ona też oczywiście we wszystkich innych dyskusjach dotyczących aborcji i podobnych wokółmacicznych spraw, które tak bardzo interesują dziś kręgi wyznaniowe. Ta zasada, w swym dogmatycznym uniwersalizmie, służy jednak tylko uprzedmiotowieniu kobiety. Czy zarodek jest owocem gwałtu, czy ma wadę rozwojową uniemożliwiającą życie po narodzinach, czy ciąża zagraża życiu matki – ródź, nic innego się nie liczy! To prawdziwie mistrzowska manipulacja, gdyż udając, że chroni się bezbronne zarodki, gwałci się sumienia dorosłych ludzi, uprzedmiotawia się ich, a nawet dąży do penalizacji ich wyborów moralnych, co jest już patologią. W tej rozmowie możemy usłyszeć w czystej postaci instytucjonalny bełkot przedstawiciela KK, M. Dzieduszyckiego: http://www.tvn24.pl/tak-jest,39,m/kosciol-zakazuje-in-vitro,562758.html

O słowie uważność

Ostatnio napotkałem w jednej z dyskusji internetowych cytat z „Pieska przydrożnego” Czesława Miłosza: „Uważność. Według książki buddyjskiego mnicha, którą czytam, samą istotą buddyzmu jest mindfullness. Chyba można to przetłumaczyć jako uważność (słowo jest już u Mikołaja Reja) albo bycie uważnym. Znaczy to przyjmować z uwagą, to co jest teraz, zamiast zwracać się ku temu, co było, albo do tego, co będzie”. Takie piękne, staropolskie słowo, jakim jest uważność, rozpościera jednak przed polskim sympatykiem medytacji całkiem inne pole homojofonicznych skojarzeń niż angielskie mindfullness. Pole to tworzą takie wyrażenia jak: „waga sprawy”, „to jest dla mnie ważkie”, „to zaważyło na czymś”, „coś przyciąga moją uwagę” (tu w słowach „przyciąga” i „uwaga” mamy powtórzone odwołanie do wagi!). Jeśli Miłosz ma rację, to dla Polaków uważność jako podstawa mądrości kojarzy się z ciążeniem ku chwili teraźniejszej. Uważność osadza nas w teraźniejszości, stajemy się wtedy ciężcy jak guru. Warto pamiętać, że tak głęboko duchowe słowo mamy w zasobach naszego języka. Nie występuje ono niestety we współczesnych słownikach, ale ten, kto pierwszy przetłumaczył na polski angielskie „mindfullness” miał naprawdę dobrą intuicję.

O miłości i polityce

Znałem kiedyś pewną kobietę, która darzyła miłością. Jej miłość była wzniosła, bo polityczna i dotyczyła pryncypiów. Najpierw darzyła miłością, z pełni obfitości swego serca, Janusza Palikota. Jednak jego – nomen omen – ruchy polityczne spowodowały, iż miłość owa wypłowiała i odeszła w zapomnienie. Wtedy zapalała miłością do innego Janusza, Janusza Korwin-Mikke, dojrzałego wiekiem rycerza walczącego z systemem, ba, z samym smokiem Unii Europejskiej. Gdy jednak okazało się, że Janusza drugiego potyczki na kopie w Brukseli spełzły na niczym, a ona sam stał się ostatnio sławny z usztywniania tylko swej prawej ręki, miłość ta także odpłynęła i sczezła. Nie koniec to jednak zapewne owej historii. Pojawił się bowiem oto nowy obiekt miłości – to sam Paweł Kukiz. I znowuż miłość, jak mniemam, wybuchnie pełnym rozkwitem, serce w piersiach załomoce, a mózg wyssie nagrane na koncertach słowa ukochanego. Miłość jest wieczna, obiekty przemijające.

O wyjeżdżaniu

Właśnie przeczytałem, że 1/3 mieszkańców USA gotowa jest szukać lepszego życia poza swoim krajem. O wiele większy procent Polaków również przemyśliwuje, by dołączyć do tych ponad 2 milionów rodaków, którzy już wyjechali. Emigranci z Afryki nie myślą, tylko płyną dziesiątkami tysięcy przez Morze Śródziemne. Każdy chce wyjechać, licząc, że dobre życie jest hen gdzieś tam. Ci, których nie stać na odwagę – albo rozpacz – wyjazdu na stałe, fundują sobie wakacje, by przeżyć choćby dwa tygodnie dobrego życia w egzotycznym kurorcie. Notabene, dziś taki wyjazd to akt patriotyczny, gdyż zawsze można natknąć się na sfrustrowanego islamistę, który zaoferuje nam wyjazd na stałe w zaświaty. Jeśli jest miły, zaoferuje swoje towarzystwo w doświadczaniu takiej ultymatywnej roz-rywki – to islamska wersja wyjeżdżania, mająca w swej perspektywie wieczny kurort zwany rajem. Dzięki wakacyjnym wyjazdom funkcjonuje gospodarka takiego dalekiego kraju, a i turyści po powrocie będą mogli z nową energią rzucić się w objęcia żarn gospodarki w Polsce i dać się im przemielić. W sumie, świat się kręci dzięki wszelkim formom wyjazdów, a dzisiejszy człowiek może o sobie powiedzieć: „Wyjeżdżam, więc jestem”. Mnie to nie dziwi, przecież zaczynaliśmy jako Homo sapiens od bycia nomadami. Mój pesymizm podpowiada mi jednak, że zapewne także skończymy jako nomadzi, poszukujący miejsca do życia na Ziemi niszczonej przez cywilizację przemysłową i ogarniętej kryzysem ekologicznym. Ziemia jest kulą o ograniczonej powierzchni, na której coraz większa liczba ludzi będzie szukać miejsca do życia. Będziemy wyjeżdżać, nie po to jednak, aby szukać pracy czy wypoczynku, lecz goniąc za rzeczami najbardziej podstawowymi – za pożywieniem i wodą. Gdy patrzę na dziecko w wózku widzę w nim takiego przyszłego emigranta-nomadę.

O sensie życia

Pomimo tak podniosłego tytułu dzisiejszy wpis będzie dotyczył kwestii zwykłej i konkretnej. Każdy, nawet ktoś kto nigdy nie zetknął się z filozofią, chce prowadzić życie, które będzie mu dawało satysfakcję, które przeżyje szczęśliwie, które będzie wedle jego systemu wartości życiem dobrym. Nie chcemy by nasze życie było tylko opowieścią snutą dla wzbudzenia zazdrości innych. Świat dostarcza nam mnóstwa bodźców, ale wiemy podskórnie, że jeśli nasze działania będą tylko reakcjami na te bodźce, to dorwą nas z czasem smutek i depresja. Chcemy żyć, czyli działać, być źródłem, z którego wytryska woda życia. Chcemy czuć, doświadczyć, przeżywać, zanurzyć się w nurcie życia i dać się mu porwać – choćby chwilami. Pragniemy tych chwil, gdy możemy sobie powiedzieć: „Czuję, że żyję”. Gdy w tak doświadczanej interakcji z realnym światem pojawia się w naszym ciele jakieś pobudzenie, mrowienie, zapał i ekscytacja – i to właśnie jest sens życia. Sens życia nie polega bowiem na przylgnięciu umysłem do jakieś religii czy ideologii, choćby najbardziej wyrafinowanej i osadzonej w wiekach tradycji. Sensu życia nie możemy ująć w słowach. Nic o nim nie mówi nauka. Sens życia to coś, czego doświadczamy w naszym ciele. W psychologii istnieje rozróżnienie na wiedzę deklaratywną i proceduralną. Pierwsza obejmuje to, co możemy intelektualnie zaprezentować, jak na przykład wiedza o dacie bitwy pod Grunwaldem. Druga to wiedza zawarta w naszym ciele, taka jak umiejętność jazdy na rowerze, czy pływanie. Sens życia jest bez wątpienia wiedzą proceduralną, a pojawia się wtedy, gdy nasze ciało jest tak w pełni obecne w jakieś sytuacji, że nasz umysł z ulgą odpuszcza sobie wszelkie pytania o sens życia.

O degustowaniu idei

Jakiś czas temu wpisałem w swój edytor tekstów słowo „rzeczywistości” – i zostało ono podkreślone. Także uczynna pani redaktor z wydawnictwa potwierdziła, że słowo „rzeczywistość” nie ma liczby mnogiej w języku polskim. Zadałem sobie zatem pytanie, czy może istnieć wiele rzeczywistości i wbrew edytorom i redaktorkom odpowiedziałem: Tak! To wspaniała idea, idea, która mi smakuje. Myśl o istnieniu wielu rzeczywistości wprawiła me ciało w dobrostan. Idee degustuje się podobnie jak pokarm – jeśli po przyswojeniu sobie jakieś idei czujesz odrazę i niestrawność, znaczy to, że ona nie jest dla ciebie. Jeśli natomiast twe ciało przebiega przyjemny dreszcz, a umysł reaguje chwilą ekstazy – to oznacza, że ta myśl jest dla ciebie, smakuje ci i możesz ją spokojnie przyswoić.

O pozostałościach chrześcijaństwa

Sześć lat temu temu przeczytałem wspaniałą książkę Johna Gray’a „Czarna msza. Apokaliptyczna religia i śmierć utopii”. Spośród wielu zawartych w niej myśli chcę podkreślić jedną, która wydaje mi się najważniejsza: „Polityczne ideologie ostatnich dwustu lat były nośnikami mitu o zbawieniu w historii – najbardziej problematycznego daru, jaki chrześcijaństwo przyniosło ludzkości. Przemoc religijna żywiąca się tym mitem jest wrodzoną chorobą Zachodu.” (s. 301-302) Nie jest to myśl całkiem nowa, ale po lekturze książki Gray’a rozumiemy, że jeśli chrześcijaństwo chciało być lekarstwem na choroby ludzkości w czasach cesarstwa rzymskiego, to dziś – gdy minęło prawie 2000 lat i dawne choroby już zniknęły – cierpimy już tylko na jakże bolesne skutki uboczne, które to lekarstwo wywołało. Współczesna ludzkość, zamiast odkryć nowe, skuteczne lekarstwo, aplikuje sobie nieustannie i bezmyślnie stare, pogłębiając tylko objawy (wspaniale pokazuje to Gray, omawiając religijne źródła polityki Busha, czy ateizm, jako współczesną chrześcijańską herezję). Faszyzm, komunizm, liberalizm, neokonserwatyzm – to tylko postchrześcijańskie mutacje nieskutecznego, przeterminowanego już antidotum na nieuleczalne niedoskonałości ludzkiej natury. Dziś tezy tej książki są jeszcze bardziej aktualne. Aktualnie w Polsce mamy do czynienia z wzrastającą falą utopijnych ideologii obiecujących poprawę państwa i bytu narodu, a będących oczywiście w istocie rzeczy niczym innym jak pustymi, zrytualizowanymi i upolitycznionymi formami pseudochrześcijaństwa. To Polska specyfika, religijna mimikra – tu katolicyzm perfekcyjnie udaje, że ciągle ma coś wspólnego z chrześcijaństwem. Używając metafory ewangelicznej, mamy do czynienia ze starymi bukłakami, tyle że pustymi, a nowego wina brak.

O psychologii ewolucyjnej

Od samych swych początków psychologia cierpi na ciekawą dolegliwość. Bardzo chce być nauką, oczywiście nauką ścisłą, a nie jakąś tam humanistyczną. Lecz ciągle nie może osiągnąć owego ideału i być tak ścisła jak, dajmy na to, fizyka. Efektem tego niespełnionego pragnienia jest nieustanne czerpanie z zasobów innych nauk, co ma dać szansę psychologii na stanie się nauką. Całkiem niedawno sięgnęła po teorię ewolucji. Swoją drogą teoria ewolucji nie miała szczęścia do swoich pozabiologicznych zwolenników. Najpierw ją wykorzystał Herbert Spencer, który rozwinął ewolucjonizm społeczny, mający mało co wspólnego z teorią Darwina. Współcześnie natomiast jej najbardziej zapalczywym zwolennikom służy jako uniwersalna teoria tłumacząca wszystko, niczym teoria spiskowa. Psychologia jednak nie zważając na kontrowersje przylgnęła do teorii ewolucji w swym pożądaniu naukowości, co niestety nie wychodzi jej na dobre. Oto przykład. Jedną z podstawowych kwestii, które rozpatruje psychologia ewolucyjna jest pytanie: na jakiej podstawie kobiety wybierają mężczyzn? Odpowiedź brzmi: zasobność materialna, prestiż społeczny, ambicja, starszy wiek itd. Wiadomo, kobieta inwestuje w wychowanie potomstwa i musi wybrać odpowiedniego mężczyznę, aby odnieść sukces reprodukcyjny. A zatem jak wytłumaczyć np. zjawisko groupies, które wydaje się przeczyć podanym wyjaśnieniom? Dlaczego kobiety uprawiają seks z przypadkowymi, nieodpowiedzialnymi, acz nader atrakcyjnymi mężczyznami, jakimi są frontmani zespołów rockowych? Oto również mamy odpowiedź! Badania Davida M. Bussa i Heidi Greiling potwierdziły pewną intrygującą hipotezę, znaną jako teoria „seksownych synów”. Kobiety, które decydują się na seks z atrakcyjnymi mężczyznami, rodzą seksownych synów. Gdy ci dorosną w ostatecznym rozrachunku przyciągną do siebie więcej kobiet, a zatem dzięki zwiększonej rozrodczości swoich seksownych synów ich matki osiągają sukces reprodukcyjny. Cóż to za piękna teoria ta psychologia ewolucyjna, może wytłumaczyć każde zachowanie człowieka!